niedziela, 6 października 2019

Od Torance "Czasem cuda się zdarzają" cz. 2

Listopad 2024
Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Gdzieś na dnie świadomości spodziewałam się nawet choroby podobnej do tej, na którą cierpiała Edel. Ale ciąża... Nic nie mogło mnie jednak przyszykować na to, że zostanę matką.
W mojej głowie szalały miliony myśli. Jak to było w ogóle możliwe? Jak zareaguje Asgrim?
Poczucie winy przygniatało mnie do ziemi i krępowało ruchy. Wiedziałam, że nie miałam na nic wpływu. Zdarzył się cud i musiałam go zaakceptować. Niemniej... Czy As mi uwierzy?
- To na pewno nie jest pomyłka? - spytałam.
Volga zmierzył mnie kolejnym spojrzeniem i pokręcił powoli pyskiem. Przeklęłam głośno.
Co teraz? Co teraz?
Westchnęłam głośno i postanowiłam odejść. Pożegnałam się krótko z medykiem i ruszyłam w stronę Passera. Szczęśliwie Asa tam nie było. Musiał pójść na poszukiwania jakichś roślinek bądź na lekcje. Czas zajęć był czasem lekko modyfikowany przez trwającą podróż i nie zawsze regularne godziny postojów. Uczniowie - jak i nauczyciele - nie byli z tego powodu jakoś szczególnie zadowoleni, ale nie było innej rady.
Odetchnęłam z ulgą i niepewnie wyciągnęłam z naszych bagaży książkę, którą zabraliśmy jeszcze z biblioteki na starych terenach. Zmieniłam postać i z pomocą ludzkich palców przewróciłam żółte kartki. W nos uderzał mnie zapach Asa, którym przesiąknięta była cała powieść. Uśmiechnęłam się blado, odczytując tytuł. Cóż za ironia losu, że to właśnie "Zakonnik" był ulubioną książką mojego partnera...
Zaczęłam czytać, jednak nie potrafiłam skupić się na tekście. Moje myśli nieustannie odbiegały w stronę wizyty u Volgi oraz wszystkiemu, co się z nią wiązało. Nawet magia nie dawała rady mnie ukoić. Podejrzewałam, że gdzieś w głębi nie chciałam być spokojna. Na swój sposób potrzebowałam tego rodzaju stresu. Chociaż cokolwiek czułam, nie?
W końcu do uszu dotarł dźwięk zbliżających się kroków. Uniosłam łeb i od razu napotkałam spojrzenie Asgrima. Na jego pysku widniał wesoły uśmiech.
- Już nie udawaj, że potrafisz czytać.
Przewróciłam oczami.
- Dobrze wiesz, że nie muszę udawać. Przypomnieć ci, kto cię uczył?
As w odpowiedzi wyszczerzył bardziej ząbki.
- Vestar? - zaryzykował odpowiedź.
Prychnęłam i potargałam go po głowie. Miło było mieć nad nim tego rodzaju przewagę. Jednak Asgrim nie odsunął się tak, jak sądziłam. Zamiast tego podniósł na mnie wzrok, po czym przymknął oczy.
- Możesz kontynuować... - wymruczał.
Zabrałam dłoń. Wilk otworzył oczy i zmierzył mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
- Czemu przerwałaś? - spytał z wyrzutem.
Przewróciłam oczami i zmieniłam postać. Mimo wszystko wilcze ciało było znacznie wygodniejsze. As - na moje nieszczęście - w tym czasie, gdy się przeobrażałam, przypomniał sobie to, o co chciał mnie zapewne zapytać od momentu, gdy tylko poszłam na poszukiwania lekarza.
Nerwy zawiązały supeł z mojego żołądka. W pysku momentalnie poczułam gorzki posmak. Miałam ochotę wymiotować ze zdenerwowania. Było to na tyle nagłe, że się zachwiałam.
- Wszystko w porządku? - Spojrzenie samca spoważniało jeszcze bardziej. - Źle się czujesz?
Pokręciłam powoli łbem. Otworzyłam pyszczek, jednak nie zdołałam wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Nie miałam pojęcia, jak w ogóle powinnam zacząć.
- Tori? - Wilk akcentował każdą sylabę. - Co się dzieje?
Machnęłam nerwowo ogonem. Język przejechał po nosie. Łapy zaczęły nieznacznie drżeć.
- Będziemy w rodzicami.
Asgrim spojrzał mi prosto w oczy i... Roześmiał się.
- A tak na poważnie?
- Jestem całkowicie poważna - odparłam.
Zmarszczył brwi. Mierzył mnie uważnym spojrzeniem, próbując wybadać czy faktycznie nie kłamałam.
- Ale... To niemożliwe - stwierdził w końcu.
Westchnęłam głośno.
- Wiem.
- Wobec tego... - zaczął, a w jego oczach zalśniły dziesiątki różnych, skomplikowanych emocji.
Pokręciłam stanowczo pyskiem.
- As, nie. Ono jest twoje.
- Tyle starań... Powiedzieli mi, że... - Potrząsnął łbem. - To nie jest możliwe.
Spróbowałam położyć łapę na jego łapie, jednak samiec odskoczył jakby mój dotyk miał go poparzyć.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknął. - Tori, ja cię kocham. Jak mogłaś mi to zrobić?
Z jego oczu ciekły łzy. Dotkliwy ból oraz poczucie zdrady były wręcz namacalne.
- Nie zrobiłam nic... Ja też cię kocham... - Mój głos się załamał.
Spojrzałam mu prosto w oczy, jednak basior szybko odwrócił wzrok.
- Nie chcę tego słuchać - powiedział i odszedł.
W pierwszej chwili chciałam za nim pobiec, jednak zdołałam się powstrzymać. Potrzebował czasu. Chociaż odrobiny...

<c.d.n.>

sobota, 5 października 2019

PODSUMOWANIE WRZEŚNIA

(Wow, podsumowanie pojawiło się w terminie.)
Nie wiem czy mam aż tyle do gadania, co zwykle. Jedyne co mam do zrobienia, to pogratulować Wam (i sobie), że udało nam się dociągnąć do progu, jaki sobie ustanowiliśmy, czyli 45 opowiadań. Życzę też powodzenia, aby udało się osiągnąć identyczny wynik w tymże miesiącu. Ja niestety przez ilość zamówień na rysunki nie jestem pewna co do moich możliwości pisania w najbliższym czasie. :')
Dotarliśmy jednak do nowych terenów, które możecie spokojnie odkrywać. Mam nadzieję, że to przysporzy Wam wiele funu i jednocześnie liczę na to, że spodobają się Wam one. Mapa tego miejsca powstała podczas siedzenia na huśtawce z Thorem, jednak szczegóły już leżą w moim obowiązku. Trochę się naprodukuję, więc pozostaje mi tylko liczyć na to, że będzie warto.
Jeszcze raz życzę powodzenia!

Jeszcze raz życzę powodzenia i dużej ilości weny!
Administratorka bloga
Navri/Kai/Dante/Joel/Hitam/Mortimer/Eterna/Ismanise/Sinope/Gwidon/Erastus

WCK
Crane: 2+7 = 9
Hitam: 1+0 = 1
---------------------------------------------
Lind: 6+20 = 26 <--- Beta
Edel: 3+3 = 6 <--- Gamma
Eterna Alvarelle Venris: 2+3 = 5
Asgrim: 1+2 = 3 <--- Delta + żona
Torance: 1+2 = 3
Magnus Arvid Eriksen: 1+2 = 3
Mortimer Treunis: 0+2 = 2
Joel Treunis: 1+1 = 2
Cess: 0+1 = 1
Leah: 1+0 = 1
Alexander: 1+0 = 1
Navri: 0+0 = 0
Exan Treunis: 0+0 = 0
Dante: 0+0 = 0
Theodore Treunis: 0+0 = 0
Sinope: 0+0 = 0
Ismanise: 0+0 = 0
Kai: 0+0 = 0
Trevenic Treunis: 0
Gwidon Treunis: 0
Erastus Treunis: 0
Morgan: 0
Za zostanie Betą dostaje się 15 SG i 40 pkt., Gammą 10 SG i 30 pkt., a Deltą 5 SG i 20 pkt.
---------------------------------------------
OKRES PRÓBNY
Eterna Alvarelle Venris (próbny od 20.04): 6/14 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 4 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Mortimer Treunis (próbny od 20.06): 2/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Theodore Treunis (próbny od 20.06): 1/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Exan Treunis (próbny od 20.06): 2/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Ismanise (próbny od 11.07): 0/8 (czas na nadrobienie do 11.10! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 6 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Alexander (próbny od 03.08): 1/6 (czas na nadrobienie do 03.11! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 7 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Sinope (próbny od 05.08): 0/6 (czas na nadrobienie do 05.11! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 7 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Trevenic Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Gwidon Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Erastus Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Morgan (próbny od 28.09): 0/1
---------------------------------------------
Aktywność właścicieli postaci:
Nagroda w postaci 5 SG, 4 SG oraz 3 SG dla każdej z postaci [od których pojawiło się op.] najaktywniejszych osób w watasze.
Lindor: 27 (po 5 SG dla Lind i Crane'a)
Wrona: 6+1=7 (po 4 SG dla Joela, Kai'ego, Mortimera, Eterny, Navri, Ismanise, Sinope, Gwidona i Erastusa)
Thor: 7 (po 4 SG dla Torance, Edel, Asgrima i Morgana)
Lejek: 2 (po 3 SG dla Leah i Magnusa)
Sharky: 1
Mysza: 0
Pulpet: 0

Dodaję po 6 pkt. umiejętności i 3 pkt. mocy każdemu wilkowi (jak to zawsze czynię po podsumowaniu) za kolejny miesiąc członkostwa. 

Od Leah "Kraina Zapomnianych"

Koniec listopada 2024 r.
Podniosłam wzrok znad niedokończonego posiłku, szukając mignięcia z przed paru chwil. Powtórzyło się po chwili, bardziej na lewo i nieco bliżej. Uniosłam nieco łeb i wytężyłam wzrok. To zdecydowanie nie wilk, bardziej jak jakiś drobny kopytny. Prędki i lekki skok, smukła, niewysoka postać i jasna barwa. Może kozica? Zwierzę, blada plama na tle zielonej roślinności, z wtórującym mu szelestem poszycia, wyłoniło się zza ściany zarośli.
Okazało się smukłą, białą sarną. Z trudem wytraciła pęd i przystanęła, w oszołomieniu wlepiając spojrzenie w odpoczywające stado. Parę wilków, ze mną włącznie, wyszczerzyło kły i powstało ze swoich miejsc. Koziołek nie potrzebował większej zachęty, zawrócił i wystrzelił przed siebie, w panice potykając się o własne nogi. Skoczyłam za nim, podobnie jak parę nieco młodszych basiorów i dwie wadery. Żadnego z nich nie rozpoznałam - specjalnie za prośbą Arkana tego dnia przeniosłam się w nieco bardziej widoczne miejsce, oddalone od Passera. Z jakiegoś powodu kazał mi na siebie czekać, ale w pogoni za wyjątkową zdobyczą szybko wyleciało mi to z głowy.
Jelonek był nadzwyczajnie zwinny. Kluczył lekko między drzewami, cały czas zachowując stałe tempo i raz po raz niknąc nam z oczu. Parę młodych wilków szybko odpadło z nagonki. Ja nie radziłam sobie może najlepiej - parę razy nie wyrobiłam na zakręcie i wpadłam w poślizg; dopiero co padało - ale nie pozwoliłam sobie zgubić rogacza. Wiatr buchał mi w uszach, ziemia uciekała spod łap, ciepło jak smużki dymu ulatywało spod futra...
Koziołek bez zastanowienia wpadł na stromą skarpę i w paru susach znalazł na jej szczycie. Uformowałam skrzydła wiatru, odbiłam się od ziemi i ledwo nadążając z machnięciami, wylądowałam na górze. Pozostała część grupy szybko odpuściła próby wspinaczki i pobiegła poszukać innej drogi. Rogacz mignął mi kilkanaście metrów dalej i zniknął za skałą.
I więcej już nie uraczyłam jego widoku. Jeszcze przez jakiś czas biegłam jego domniemaną trasą (o dziwo nie pozostawiał żadnego oczywistego tropu), dopóki nie doszłam do wniosku, że pewnie po prostu skręcił gdzie indziej niż ja i teraz jest już daleko. Mogłam mieć co najwyżej nadzieję, że trafił na pozostałych łowczych, ale w obu wypadkach odpadałam z gry. Zwolniłam nieco, wzdychając z frustracją.
Postanowiłam nie szukać już reszty grupy z domniemaną zdobyczą albo jej brakiem. Zawróciłam. Przez jakiś czas kluczyłam górskimi ścieżkami, kierując się własnym tropem, pozostawszy sam na sam ze swoimi myślami. Biernie powróciłam do tematu podróży i domysłów co do terenów na których ostatecznie się zatrzymamy. Nie znałam się co prawda na kalendarzu, ale zaczęłam odnosić wrażenie, że wysoka temperatura utrzymuje się dziwnie długo. Nie świadczyło to dobrze, przynajmniej dla mnie. Co właściwie mogłabym zrobić, by uodpornić się na ciepły klimat? Kiedyś o uszy obiła mi się nazwa eliksiru który pozwalał odmienić swój wygląd (co mogło odnosić się też do długości futra), ale raczej nie zdecydowałabym się na tak drastyczny krok. Najprościej byłoby przyciąć futro, a ściślej regularnie przycinać. To można przemyśleć.

Co jeszcze miało wiązać się z dotarciem na miejsce? Przez cały czas trwania podróży dość rzadko widywałam się z Arkanem. Dlaczego tak było dowiedziałam się dopiero po paru tygodniach w drodze. Wyvern wolał co prawda unikać jakiejkolwiek konfrontacji ze swoim starym środowiskiem, ale zrobił jeden wyjątek - Inlustris. Oboje, pomimo niemal dojrzałego już wieku, byli zabawnie niewielcy przy reszcie smoków (z wyłączeniem rodziców Inlu) i czasami mam wrażenie, że to właśnie dzięki temu znaleźli wspólny język. Pytanie brzmi, co zdecyduje zrobić Arkan gdy przyjdzie im się rozstać? Jeśli zapragnąłby odejść, nie broniłabym mu tego, ale nie byłabym w stanie ukryć, że wolałabym gdyby tego nie zrobił...

Z chmury niezbyt radosnych myśli wyrwało mnie to, że za ostatnim zakrętem nie ukazała się skarpa, a górskie jezioro. Czysty, ciemny akwen, ze wszystkich stron otoczony przez potężne wzniesienia. Od jego brzegów odbiegała przeplatana gdzieniegdzie drobnym kwieciem, niska trawa. Darnina jak zielone macki wspinała się po zboczach, coraz bardziej niknąc w zasypie szarych skał. Sama tafla jarzyła się ostatnimi promieniami słońca, niknącego już za masywem granitowych skał. Rdzawe przebłyski na ciemnoniebieskim zwierciadle wyglądały jak płomienie na tle nocnego nieba...
Zaintrygowana tym widokiem na chwilę zapomniałam o tym, że zgubiłam drogę i zbiegłam ku wodzie. Korciło mnie, by skosztować trochę tego małego cudu, ale zaniechałam tego. Co prawda wyglądała na niemożliwie wręcz czystą, ale wolałam nie kusić losu. Tego tylko brakowało, bym pochorowała się po samowolnej wyprawie. Przejechałam łapą po przejrzystej powierzchni. W dodatku przyjemnie chłodna... Dno wyściełały drobne, gładkie kamyczki, które rozgarnęłam szybko zygzakowatym ruchem. Pod opuszkami poczułam coś większego, o nierównej fakturze. W ostrym, słonecznym promieniu zalśniło ogniście na brzegach. Odkopałam przedmiot, którym okazała się grudka jakiegoś metalu. Po chwili znalazłam jeszcze dwie kolejne. Miały charakterystyczną barwę, praktycznie niemożliwą do pomylenia. Nie wiem skąd mogło się tu wziąć, ale wygląda na to, że trafiłam na srebro. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch, natychmiast zwróciłam się w tamtą stronę. Ku mojemu zdumieniu na przeciwległym brzegu stał ten sam biały rogacz, za którym zapędziłam się w to miejsce. Obwąchiwał coś zawzięcie, ale gdy tylko mnie dostrzegł, uciekł. Pogoń nie miała już najmniejszego sensu. Szybko zniknął na końcu tylko sobie znanej ścieżki.
Wiedziona rozbudzoną już ciekawością, poszłam zobaczyć co tak zainteresowało koziołka. Owalny przedmiot okazał się koszem, wyściełanym nadpalonym na brzegach kocem o sinoniebieskiej barwie. Pomiędzy ściankę kobiałki, a kłębowisko pledu wciśnięto pomięty papier. Zarówno koc, jak i łubianka nosiły na sobie kilka zapachów, jeden w miarę świeży, a pozostałe niemal niewyczuwalne. I nic więcej. Dziwne znalezisko, jakby ktoś to tutaj zgubił...
Koc się poruszył. Coś spod niego zakwiliło cicho.
Drgnęłam, gotowa odsunąć się o krok. Popiskiwanie powtórzyło się, przeciągłe i cichutkie. Ostrożnie powęszyłam nad koszem, a gdy trąciłam nosem koc, coś pod nim poruszyło się nerwowo i znowu zapłakało. Zawahałam się, dla pewności rozejrzałam się jeszcze za ewentualnym właścicielem. W okolicy żywej duszy. Delikatnie schwyciłam zębami materiał i uniosłam go.
W wyściełanej kobiałce leżało szare, co najwyżej dwutygodniowe szczenię. Waderka kręciła się niespokojnie, próbowała unieść na zdecydowanie za słabych na to łapkach. Co ona tu robi? Nie odrywając od niej wzroku, sięgnęłam po kartkę. Dalej niezaschniętą farbą niezgrabnie napisano niezrozumiałe dla mnie słowo - Sileenthar.
Ktoś zostawił tu małą Sileenthar. Może chciał, by ktoś od nas ją odnalazł? Przed oczami stanęło mi naraz wiele scenariuszy, jak mogło do tego dojść, a już parę pierwszych ścisnęło mi serce. Przemieniłam się w człowieka i podniosłam koszyk. Jedyna świeża woń, którą nosiła na sobie kobiałka, należała do waderki. Wcisnęłam papier na swoje miejsce, wpatrując się w zrozpaczonego malucha. Głucha, ślepa i całkiem sama pośrodku niczego. Jak długo mogła tu leżeć?
Zabrałam ją ze sobą. Bo co innego mogłam zrobić?
Uwagi: brak.

piątek, 4 października 2019

Od Crane'a „Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie” cz. 3


Listopad 2024
Biegłem przed siebie. Przed oczami przewijały mi się sceny sprzed parunastu minut. Naszyjnik Prawdy, moje wyznania, reakcja Edel, Redian i na końcu to słowo: „Odejdźcie”.
Złapała mnie autentyczna zadyszka. Ściśnięte z emocji gardło nie ułatwiało nabierania powietrza podczas biegu. Ja jednak nie chciałem się zatrzymać. Niestety wkrótce moje ciało samo znalazło wyjście, by świadome decyzje nie wyczerpywały możliwości organizmu. Mianowicie; podwinęła mi się łapa. Zaryłem pyskiem w ziemię, przeturlałem i uderzyłem w pień powalonego drzewa.
Nie poczułem nic; w końcu na mojej szyi dalej wisiał Medalion Nieśmiertelności. Czemu, czemu te przedmioty nie znieczulają także na ból niefizyczny? 
Leżałem tak parę dobrych minut. Tymczasem w moim wnętrzu kotłował się wir straszliwych emocji. Od wściekłości na tamtego parszywego kota, po rozdzierający żal odnośnie mojego postępowania wobec Edel. Skrzywdziłem ją. Z własnej, nieprzymuszonej woli. To była MOJA świadoma decyzja. E mówiła, że nie potrafi mnie znienawidzić... więc teraz ja robię to za nią. 
Wstałem i ruszyłem dalej przed siebie. Z jakiegoś powodu nogi miałem teraz słabe, oddech płytki. Ciężko było mi nawet utrzymać głowę w górze. Po jakimś czasie dotarłem na skraj młodego lasu. Za drzewami majaczyła jakaś inna sceneria; nie pola, nie łąki. Wyminąłem ostatnie pnie i stanąłem naprzeciwko przepaści.
Podszedłem bliżej jej krawędzi. Na samym dnie tej drogi w dół połyskiwało srebrne pasmo rzeki. Wbiłem pazury w ziemię i naśladując niektóre drzewa, wychyliłem się jeszcze bardziej. Wypatrzyłem ostre skały centralnie pode mną. Chwilę się w nie wpatrywałem, ale potem, postawiłem kilka kroków w tył.
– Cześć Crane! – usłyszałem nagle.
Zastygłem w miejscu i odwróciłem powoli głowę w kierunku, z którego, jak sądziłem, dobiegał głos. Dostrzegłem pośród drzew uśmiechniętą Lind. Kiedy znalazła się bliżej, ten wesoły wyraz zniknął z jej pyszczka. Od razu zauważyła, że nie witam jej swoją pogodną miną.
–  Co się stało?  – spytała, wyraźnie zmartwiona.  – Wyglądasz, jakbyś...  – Nawet nie dokończyła myśli.
Nie próbowałem poruszyć kącików ust; wiedziałem, że to mi się nie uda. Pierwszy raz od dawien dawna pozwoliłem, żeby na moim pysku widniała rozpacz. Po tym, do czego dzisiaj dopuściłem, udawanie tego samego, uśmiechniętego przyjaciela, nie miało już sensu. To, co było najważniejsze... być może już straciłem.
Biała wadera dostrzegła, że jak na razie nie zabieram się do udzielenia odpowiedzi na jej pytanie. Usiadła więc naprzeciwko mnie i spróbowała zgadnąć, o co chodzi:
– Ma to związek z Edel, prawda?
Trafiła w samo sedno. Pokiwałem powoli głową. Lind przyszła podobnie jak ja, z obozowiska, więc raczej nie podejrzewała, że chodzi mi teraz o zdrowie E. Ta kwestia pozostawała bez zmian. 
Lind rozejrzała się po okolicy, zerknęła na urwisko, następnie wróciła wzrokiem na mnie. Tymczasem ja zastanawiałem się, co tu jeszcze robi. Już mniej więcej wie, jest grane. Jaki ma jeszcze interes tutaj ze mną siedzieć?
–  Pokłóciliście się, tak?
Nie miałem bladego pojęcia, jak ubrać sytuację w słowa. Oraz... czy w ogóle chciałem ją ubrać w słowa. Przecież to i tak bezcelowe.
– Może będzie ci lepiej, jeśli o tym porozmawiamy...  – mruknęła Lind.
Jakoś dotychczas radziłem sobie bez tego. Chociaż w sumie... To nie jest tak, że mogę teraz zająć się czymkolwiek innym. Tak czy inaczej, będę myślał o tej sprawie. Nie ucieknę od tych rozważań. Zbyt mocno skrzywdziłem E, by po prostu o tym zapomnieć.
–  Nie pokłóciliśmy się... Znaczy... - Zgrzytnąłem zębami. - Skrzywdziłem ją. Nie fizycznie, ale mocno – powiedziałem.
Parę dni temu nie powiedziałbym nikomu otwarcie, co zajmuje moje myśli. Teraz jednak byłem przekonany, że nieważne, co zrobię, nie będzie już gorzej. Moja sytuacja sięgnęła dna. Czy powiem cokolwiek Lind, czy nie... nic się nie zmieni.
– I co było dalej?  – kontynuowała wadera.
– Błagałem ją o wybaczenie...  – Usiadłem na ziemi.  – Ale ona tylko kazała mi... odejść – wymamrotałem.
– A... rozumiem – odparła Lind.  – Czyli uznała, że potrzebuje chwili samotności – Tu wilczyca zrobiła krótką pauzę.  – Nie martw się, Crane. Podobno w każdej relacji zdarzają się trudne sytuacje. Z tego co mi wiadomo, to zupełnie normalne.
–  Mówisz?  – mruknąłem, przyglądając się wyblakłej trawie. Nie gadała kompletnie bez sensu, aczkolwiek jej słowa raczej nie miały zastosowania w mojej sytuacji.
– Musisz dać jej i sobie trochę czasu. Na pewno jeszcze dojdziecie do porozumienia – oznajmiła wilczyca.
Nie zareagowałem w żaden sposób. Zapragnąłem tylko po cichu, by miała rację. Lind przykucnęła, by spojrzeć mi prosto w oczy.
– Kochasz ją, prawda?  – spytała.
–  Tak – odparłem szczerze, o ile faktycznie wiem, czym jest miłość.
– Więc na pewno wszystko się ułoży.
Jej wnioski brzmiały aż nazbyt optymistycznie. Jednak z drugiej strony, jeśli się ich nie chwycę, równie dobrze mógłbym być już martwy. Powoli podniosłem głowę. Lind zrobiła to samo i posłała mi pokrzepiający uśmiech.
– Chcesz się przejść, Crane? Możemy iść poszukać jakiejś zwierzyny – zaproponowała.
– Nie, dzięki... Nie mam siły iść dalej.

Uwagi: brak.

Od Edel "Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie" cz. 2 (cd. Crane)

Listopad 2024
- Nie, to imię nie jest wcale aż tak ładne. Trudno było je w ogóle zapamiętać.
Głos mojego partnera wybudził mnie z płytkiego snu. Zdezorientowana uniosłam łeb i zmierzyłam go spojrzeniem. O czym on w ogóle mówił i to o takiej porze? Czyżby lunatykował?
Mój wzrok zatrzymał się na Naszyjniku Prawdy. Białe klejnoty odbijały skąpe światło, zostawiając na sierści basiora jasne refleksy.
- Co...? - Otworzyłam pyszczek ze zdziwienia. Nie rozumiałam, co się właśnie działo.
- Mówię o twoim imieniu - odparł.
Nim zdążyłam zareagować, basior ponownie się odezwał.
- Mój ojciec nie miał nigdy Posłańca Mroku. Przed wyruszeniem watahy w podróż nigdy nie byłem tak blisko smoka.
Paskudna prawda powoli dochodziła do mojego zaspanego umysłu. Klapki, które miałam na oczach odkąd poznałam Crane'a powoli znikały.
- O... Okłamałeś mnie? - spytałam cicho.
Czekałam na stanowcze zaprzeczenie, jednak to nie nadeszło. Nie mogło, dopóki wilk nosił na sobie magiczny przedmiot. Był zmuszony wyrzucać z siebie prawdę, którą ukrywał przede mną miesiącami.
- Tak.
Jego głos był całkowicie beznamiętny. Nie było w nim żadnej skruchy, wstydu, czegokolwiek. Miałam ochotę wyć. Jedynie siłą woli powstrzymywałam łzy cisnące mi się do oczu. Czułam, jak łapy zaczynają mi delikatnie drżeć z nerwów.
- A te... Inne historie? Je też zmyśliłeś?
- Wszystkie - odpowiedział, a z moich płuc uleciało całe powietrze. - Nigdy nie zbliżyłem się do Mostu Nieskończoności, nie zadałem pytania Drzewu Wiedzy, nie uratowałem mojej siostry przed dwellingiem. Nie pamiętam żadnego epizodu związanego z moją rodziną.
- Crane... 
Tylko tyle zdołało wyrwać się z mojego pyszczka. Jedno słowo, imię ukochanego, który od początku karmił mnie kłamstwami. Spojrzałam prosto w jego oczy. Brązowe tęczówki patrzyły na mnie jakby ze wstydem, jednak nie miałam pewności. W tej chwili niczego nie mogłam być pewna, kiedy chodziło o niego.
- A to, co mówiłeś... kiedy...
Żołądek zacisnął się mocniej. Miałam ochotę wymiotować z nerwów. Na języku czułam metaliczny smak krwi. Dopiero wówczas zdałam sobie sprawę, że cały czas gryzłam własne poliki.
Czekałam na odpowiedź jak na najgorszy wyrok. Obawiałam się tego, co mogę usłyszeć. Nie mogłam jednak nie zadać tego pytania. Nie wobec tego, co już mi powiedział. Musiałam wiedzieć, czy dosłownie wszystko było jednym, ciągnącym się w nieskończoność kłamstwem.
– Chciałem być tylko dla ciebie miły. Chciałem, żebyś zapamiętała mnie jako tego miłego, bo dobra opinia zawsze jest przydatna – wymamrotał.
Tori miała rację - ta myśl uderzyła mnie niewyobrażalnie mocno i pozbawiła powietrza. Kotłowała się w mojej głowie bez końca.
Odwróciłam wzrok. Nie mogłam na niego patrzeć. Nie potrafiłam. Oczy piekły, gdy mrugałam, próbując odgonić łzy.
– Ale potem sam zacząłem szczerze cię lubić. Naprawdę. Okazałaś się inna, niż wszyscy. Zaczęło mi na tobie zależeć.
Nie odpowiedziałam na to wyznanie. Wiedziałam, że mówił prawdę. Zależało mu na mnie. Szkoda, że dopiero od któregoś momentu. Wcześniej... Co widział we mnie wcześniej? Dlaczego nigdy mnie nie spławił, skoro nic dla niego nie znaczyłam?
Potrząsnęłam delikatnie pyskiem. Przecież przed momentem mi odpowiedział na to pytanie. Chciał być miły. Nic więcej. Cały czas grał, a ja zakochałam się w masce, którą nosił. Jestem taka naiwna...
- P-proszę, wybacz mi...
W głowie miałam mętlik. Myśli biegały bez ładu i składu. Serce biło jak szalone i nie było w tym nic wspaniałego. Potrzebowałam dłuższej chwili, by jakkolwiek ułożyć słowa. Nie ufałam własnego głosowi.
- Ja... Nie wiem co powiedzieć, Crane. Choćbym chciała cię znienawidzić... nie potrafię - westchnęłam. - Przynajmniej teraz mam pewność, że nie kłamiesz.
Zerknęłam na naszyjnik, który nadal wisiał na piersi wilka. Crane podążył za moim spojrzeniem. Kiedy tylko dotarło do niego, co widzi, podskoczył nerwowo i zrzucił z siebie magiczny przedmiot. Rozejrzał się w poszukiwaniu winowajcy. W końcu zatrzymał na czymś wzrok. Skierowałam łeb w tamtą stronę. Redian patrzył na nas w czystym osłupieniu.
- J-ja... - powiedział i zamilkł. Spojrzenie zielonożółtych oczu krążyło między mną a Cranem. Minęła chwila, nim się opanował. Wówczas z całą mocą spojrzał na basiora - Ty perfidny kłamco - syknął.
Wilk opuścił uszy i skierował wzrok w moją stronę. Czując na sobie jego spojrzenie, odwróciłam łeb. Wpatrywałam się w uparcie ziemię. Nie potrafiłam ponownie spojrzeć mu w oczy. Nie teraz. 
Redian natomiast stwierdził, że to dobry moment na bronienie mojego honoru. W normalnej sytuacji bym go powstrzymała, jednak to nie była normalna sytuacja.
- Kiedy zamierzałeś jej to powiedzieć?
- To sprawa między naszą dwójką. Starczy twojego wtrącania się - mruknął w odpowiedzi. W jego głosie pobrzmiewał smutek. Musiał być szczery, jednak... Nie mogłam powstrzymać cienia wątpliwości, że to była w dalszym ciągu gra. W końcu nie miał już na sobie Naszyjnika Prawdy...
- Odpowiedz mi! - zażądał kocur. - Nigdy, prawda? Nie chciałeś, żeby wiedziała, jak wielkim śmieciem jesteś, co?
Wilk nie odpowiedział. Zmusiłam się do podniesienia wzroku i zobaczyłam, że jego pysk jest delikatnie otwarty,
- Czyżby zabrakło ci w końcu słów?
Nadeszła chwila milczenia. Crane opuścił drżące powieki.
- Tak. 
- Brzydzę się ciebie - przyznał Redian. Nienawiść w jego głosie była aż namacalna.
Spojrzałam ponownie na ziemię. Tłumione łzy poleciały z pełną mocą.
- Odejdźcie. Obaj - poprosiłam łamiącym się głosem.
- Nie. Błagam, nie każ mi tego robić - powiedział Crane.
- Edel... - Ton Rediana złagodniał. - Nie mogę cię zostawić.
Pokręciłam powoli pyskiem.
- Po... Potrzebuję samotności. Proszę...
Ciche kroki oznajmiły mi, że spełnili moją prośbę. Westchnęłam z ulgą i w pełni świadomie pozwoliłam sobie na łzy. Głośny szloch wstrząsał moim ciałem, co w końcu wyrwało ze snu Morgana. Szczeniak skierował w moją stronę małą główkę. Z jego pyszczka nadeszło ciche piszczenie. Nachyliłam się i polizałam jego uszka.
- Wszystko dobrze, kochanie - wyszeptałam, chociaż w rzeczywistości nic nie było dobrze. Cały świat zawalił mi się w jednej chwili i nie miałam pojęcia, co powinnam w związku z tym zrobić.
Morgan wtulił się mocniej w moją sierść, jakby próbując dodać mi otuchy. Uśmiechnęłam się smutno. Z moich oczu wciąż płynęły piekące łzy.
Tamtego dnia Crane i Redian nie wrócili do ostatnich chwil przed odlotem. Starannie unikałam ich wzroku, poświęcając całą swoją uwagę synkowi. Wiedziałam, że musiało dojść do jeszcze jednej konfrontacji, ale nie byłam na nią gotowa. Najpierw musiałam przetrawić wszystkie wydarzenia tego poranka. A na to nie wystarczało zaledwie kilka godzin.

<Crane?>