piątek, 18 października 2019

Od Sinope "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 8

Grudzień 2024 r.
– Coś ty powiedziała? – warknęła nauczycielka. Sino nie sięgała jej nawet do ramienia, ale mimo tego bez trwogi patrzyła prosto w jej oczy.
– Isa tak mówi.
– Ja?! – wrzasnęła.
– Ismanise... – nauczycielka zwróciła się groźnie do jej siostrzenicy.
– Nic takiego nie mówiłam! To ona sobie coś wymyśla!
– Jak to nie? – prychnęła Sino.
– W życiu!
– Porozmawiam sobie z waszymi rodzicami po lekcjach – powiedziała lodowato Yuki, nieco się odsuwając.
Sino ostrożnie zerknęła przez ramię. Pozostała część grupy patrzyła na nich ze zgrozą.
– Teraz może wróćmy do tego, co mieliśmy zrobić od samego początku, czyli lekcji – Zaczęła Yuki, starając się zachować spokój – Wszyscy mamy iść w jednej grupie, nie ma oddalania się. Poruszamy się parami, więc znajdźcie sobie swoich towarzyszów.
Sino spojrzała wyczekująco na Isę. Isa zaś krzywiąc się na pysku zwróciła się do siedzącego obok białego basiorka. Sino zwiesiła głowę zawiedziona. Miała nadzieję na podenerwowanie jej jeszcze trochę.
– Jeśli ktoś odejdzie od grupy na więcej, niż niecały metr, zjedzą go dzikie bestie z dżungli.
– A co to jest dżungla...? – zapytała nagle ożywiona Sino.
Nauczycielka ją zignorowała. Zaczęła przydzielać do par pozostałe szczeniaki, które jeszcze tego nie zrobiły. Sino trafił się szaro-biały basior we wzorzystym szaliku. Patrzył przed siebie, ani razu nie zerknął na swoją parę. Sino zmrużyła ślepia.
– Hej.
– H-hej... – odpowiedział cicho.
– Jak masz na imię?
– Chase.
– Ja jestem Sino. Ale nie jestem sina. Czaisz żart? – Zaśmiała się – Sina Sino. Czaisz?
– Tak, chyba tak...
– Ale ja nie jestem sina, tylko ruda, więc to imię jest głupie.
– A ja sądzę, że ładne.
– Naprawdę? – ucieszyła się.
Nauczycielka akurat skończyła ich ustawiać w szeregu, więc nakazała im ciszę. Ruszyli przed siebie.
Sino i Chase byli bliżej końca, niż początku, powstałego ze szczeniaków węża. Waderka raz na jakiś czas przydeptywała łapkę dużo starszego basiora idącego przed nią i za każdym razem przepraszała.
– Nie rozumiem. Byłaś wredna, a teraz jesteś miła – powiedział nagle Chase.
– Ja zawsze jestem miła – oburzyła się Sino.
Chase zacisnął usta w wąską kreskę. Sino zmarszczyła brwi z brakiem zrozumienia wymalowanym na pyszczku.
– Przerażasz mnie – oznajmił po chwili.
Sino wywróciła oczami.
Yuki starała się opowiadać o mijanych terenach, ale były krótko mówiąc nudne. Jej opowieść nawet się nie kleiła. Wiedziała dokładnie tyle, co oni.
– Proszę pani, ale my wiemy, że to się nazywa "drzewo" – wypaliła nagle Sino.
Yuki posłała jej mordercze spojrzenie. Sino uśmiechnęła się szeroko.
– A tam jest kamień – kontynuowała ostentacyjnie nauczycielka.
– Wiemy – podkreśliła Sino.
– Dalej... jakiś krzak. Chyba ma owoce, ale lepiej ich nie jedzcie. Jeśli ktoś ma się zatruć, to tylko Bezumstvo.
Kilka wilków się zaśmiało. Sino znowu wywróciła oczami i popatrzyła ponownie na Chase'a. Patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i zniesmaczenia.
– Mam coś na pyszczku, że tak się gapisz?
– I znowu jesteś wredna.
Sapnęła z niezadowoleniem.
– Nie to nie. Nie podoba ci się to spadaj.
Do końca lekcji Chase nie spojrzał na nią już ani razu.

<C.D.N>

Od Ismanise "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 7

Grudzień 2024 r.
W końcu nadszedł ten dzień. Dzień, w którym lekcje Isy przestały być tak przyjemne, jak do tej pory. Na zajęciach zawitała najbardziej znienawidzona przez nią osoba – Sinope. Trudno było jej w ogóle wyrazić niechęć do tej wadery. Irytowało w niej Isę chyba wszystko – od wrednych oczu, bijących po ślepiach kolorem włosów, irytującej maniery, czy na samym zachowaniu kończąc. Lub to, że ją rodzice kochają. I to, że ma tatę. I że w dodatku lubi się z tego powodu przechwalać.
– To nowa uczennica. Sinope. Możecie ją przywitać – powiedziała ze znużeniem Yuki. Robiła to prawdopodobnie tylko dlatego, że tuż za jej plecami stał uśmiechnięty od ucha do ucha dziadek Isy. Szczeniaki krótko wiwatowały na widok małej, a potem wróciły do porządku dziennego. Dziadek szybko się ulotnił, a Isę przeszedł dreszcz. Nie był to jednak wcale przyjemny dreszcz.
Sino usiadła tuż obok Isy.
– Co to za lekcja? – wyszeptała o pół głowy mniejsza waderka.
– Idiotka – warknęła Isa.
– W związku z tym, że jesteśmy na nowych terenach, które dla odmiany mamy dobrze poznać, ta lekcja będzie inna niż dotychczasowe. Urządzimy sobie wycieczkę krajoznawczą.
– A co to znaczy? – wypaliła Sino.
Isa zaczęła ją w duchu przeklinać. Już wiedziała, co się szykuje – setki niepotrzebnych pytań co dwa zdania.
– Będziemy zwiedzać.
– A co to znaczy "zwiedzać"?
– Chodzić.
– Chodzić to znaczy spacerować. Czemu pani nie powiedziała po prostu spacerować?
– Bo to nie jest spacer.
– A co? Przecież też jest chodzenie.
– Ale inne chodzenie.
– Czym się różni od chodzenia na spacerze?
– Nie zadajemy głupich pytań i oglądamy krajobraz.
– Co to znaczy "krajobraz"?
– Okolica.
– To coś w oku? Lica jak ulica, czy jak buzia?
Yuki zamilkła, patrząc na nią z mieszanką złości i zrezygnowania. Isa zaś zaczęła lekko drżeć. Chciała się odsunąć, ale postanowiła to zrobić dopiero, kiedy nauczycielka popatrzy w inną stronę.
– Masz zakaz na zadawanie durnych pytań do końca lekcji, inaczej przetrzepię ci dupsko – syknęła Yuki.
Isa nie mogła się powstrzymać. Wybuchnęła śmiechem.
– Co cię tak bawi? – zapytała ostro Yuki.
– Nic, proszę pani. Nic takiego – wykrztusiła, nadal się śmiejąc. Im dłużej to robiła, tym bardziej niepokojąco to brzmiało.
– Co znaczy dupsko? – zapytała nieśmiało Sino, na co Isa zaśmiała się jeszcze głośniej. Zagłuszyła resztę rozmów. Spłoszone ptaki poderwały się do lotu. Szczeniaki w pierwszej chwili wydały się poważnie speszone.
– Tobie grozi to samo, młoda damo – zagroziła Yuki – Jeśli tylko nie przestaniesz z łaski swojej się śmiać.
– Przestać? Ja?
– Nikt inny się nie śmieje.
– Mam się bać klapsa w zad? Mogę zawsze oskarżyć panią o...
– I komu to zgłosisz? Mamusi? Na pewno potraktuje cię poważnie. Już to widzę.
Isa popatrzyła wyzywająco na Yuki.
– Nie. Zgłosiłabym to prosto do Alfy.
– I on niby coś mi zrobi? – kpiła dalej nauczycielka – On?
– Chce się pani przekonać?
Yuki postąpiła kilka kroków w jej kierunku.
– Nie będziesz mi grozić, ty mała... – stała już na tyle blisko, że Isa czuła jej gorący oddech na pysku.
– Niech pani dokończy.
Warknęła coś i odsunęła się.
– Nie zrobi tego pani przy dzieciach, co? – zaśmiała się ironicznie Isa.
– Isaaa, psujesz nam lekcję! – jęknęła przeciągle Sino.
– Właśnie! – zawtórowała jej reszta grupy.
Z gardła Isy wydarł się warkot. Sino wyglądała na dumną z siebie. Wyraz głupiutkiej waderki zniknął z jej pyska. Teraz była Sino-niszczycielem.
– Tylko spróbuj, powiedzieć coś jeszcze, a cię zabiję.
– Proszę pani, ona mi grozi! – powiedziała Sino.
– Uspokójcie się, bo będziecie musiały być rozdzielone, a nikt z nas tego nie chce.
– My chcemy – odparowała Isa.
– Co ci do łba strzeliło, Ismanise? – syknęła Yuki – Coś się zmieniło, że nie możesz usiedzieć choć chwili w spokoju, bez obrażania innych?
– Może – uśmiechnęła się wstrętnie.
– Porozmawiam z twoją mamą.
– Wie pani, że nie obchodzę mojej mamy – odpowiedziała słodko Isa – Więc po co to robić?
– Odbierzemy jej prawa do opieki i...
– I dobrze.
W Yuki aż się gotowało. Nie mogła zebrać słów. Isa widziała to doskonale na jej pysku.
– A więc to tak...
– Złość piękności szkodzi – dodała Isa.
– Pani już zaszkodziła – powiedziała cicho Sino. Niestety dostatecznie głośno, by pobudziło to wściekłość Yuki.

<C.D.N.>

czwartek, 17 października 2019

Od Torance "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 1 (cd. Lind/Kai)

Początek stycznia 2025
Kiedy zdecydowałam się na zostanie zwiadowcą, nie przyszło mi do głowy, że podróż będzie równoznaczna z opuszczeniem szczeniaków. Chciałam jakoś odwołać swoją decyzję, jednak Hitam nie udzielił mi na to zgody. Potrzebowaliśmy zwiadowców, a maluchy mogły zostać pod opieką Asgrima. Gdy wypomniałam mu, że mój partner również należał do ekipy, basior jedynie przypomniał mi o istnieniu opiekunów. Niechętnie przyznałam mu rację.
Z tego też powodu trzymałam w pyszczku Yvara i niosłam go w zacienione miejsce, gdzie Peggy oraz Helga sprawowały pieczę nad mniej lub bardziej rozbrykanymi szczeniakami. Od razu zauważyłam Yngvi. Waderka piszczała, poruszając się niezgrabnie. Serce zabiło mi mocniej na jej widok. Podbiegłam w jej stronę, co z kolei wywołało przestraszony skowyt ze strony Yvara. Zwolniłam nieznacznie i odłożywszy go obok jego siostrzyczki, zaczęłam nerwowo wylizywać ich ciałka. Dopiero wówczas uspokoili się.
Obserwowałam, jak Yngvi próbuje odepchnąć brata, walcząc o moją uwagę. Na moim pysku widniał delikatny uśmiech. Rozkoszne maluchy.
- Nie musisz się o nich martwić.
Podskoczyłam, słysząc tuż za sobą głos Helgi. Nie zauważyłam, kiedy do mnie podeszła.
- Nie martwię - skłamałam.
Wilczyca uśmiechnęła się z łatwością wyczuwając fałsz w moim głosie. Powstrzymałam grymas i skupiłam ponownie uwagę na szczeniakach. Ostatni raz polizałam ich po pyszczkach, czując dziwny ból w sercu. To miał być pierwszy raz, gdy zostawiałam je pod opieką kogoś innego...
- Mamusia wróci - obiecałam.
Jakimś cudem zdołałam zmusić się do pożegnania z opiekunkami i pójścia w stronę miejsca zbiórki mojej grupy zwiadowczej. Szybki rzut okiem uświadomił mi, że przyszłam jako ostatnia. Wilki siedziały zapewne już od jakiegoś czasu. Na mój widok jeden z basiorów wstał i ostentacyjnie się rozciągnął. Chwilę mi zajęło, nim przypomniałam sobie, że miał na imię Nevil.
- No wreszcie. Dłużej się nie dało?
- Odprowadzałam szczeniaki do opiekunek - mruknęłam, zerkając niepewnie na Claytona, który pełnił rolę dowódcy. Z tego co kojarzyłam, samiec miał dobre kilkaset lat, więc (delikatnie mówiąc) budził mój niepokój.
Basior skinął łbem, przyjmując moje usprawiedliwienie.
- Następnym razem bądź na czas - powiedział tylko.
- Oczywiście.
Opuściłam uszy. Grzecznie poczekałam, aż odwróci ode mnie wzrok i dopiero wtedy chyłkiem podeszłam do Lind oraz Tinga. Zdążyliśmy jedynie wymienić powitania, nim Clayton zarządził rozpoczęcie zwiadów.
Odmieniec od razu zaczął narzekania na tych, co wybrali lewy klif jako miejsce, które miel;iśmy eksplorować. Twierdził, że nie wygląda on interesująco i znacznie bardziej wolałby zobaczyć, co też mieści się w dżungli. Milczałam, nie mając najmniejszego zamiaru powiedzieć mu, że między innymi to ja nalegałam na pójście w lewą stronę. Mimo wszystko zostałam niedawno matką i choć Peggy oraz Helga były wyśmienitymi opiekunkami, nie chciałam zostawiać swoich maluchów na zbyt długo. Już wystarczyło, że Asgrim wraz ze swoją grupą ruszył na podbój dżungli, jak to sam stwierdził.
Skierowałam uwagę na otoczenie. Szmer rozmów mieszał się z szumem morza. Fale miarowo uderzały o piasek, wydając przy tym kojący odgłos. Gdzieś ze strony wielkiego lasu wypełnionego dziwacznymi drzewami, które Lind trafnie porównywała do przerośniętych paproci, nadchodził radosny świergot ptaków. Grały swoje melodie pod akompaniament morza. Do tego dochodził jeszcze stały rytm łap tonących w piasku.
Wielu z nas nadal nie mogło uwierzyć, że trwała zima. Przywykliśmy do śniegu lub przynajmniej nieustannych deszczy. Lodowatego wiatru, wywołującego dreszcze. Zamiast tego słońce ogrzewało nasze grzbiety, a piach popołudniami nawet delikatnie palił nienawykłe poduszeczki łap.
Ogromny kamień, będący centrum naszego zainteresowania, rósł w oczach z każdym krokiem. Widząc go, miałam wrażenie, że to jakiś olbrzym zostawił swoją zabawkę na środku plaży. Z drugiej strony coś mi przypominał...
Musiało minąć kilka chwil, nim dotarło do mnie, że wyglądał dziwnie podobnie do Wschodniego Klifu na naszych starych terenach. Zrobiło mi się głupio, że tak długo zajęło mi wygrzebanie wspomnienia dotyczącego miejsca, gdzie spędziłam dobrą połowę życia.
Lind musiała zauważyć mój wyraz pyska, bo nie minęła chwila, a już mnie zagadała. Chyba stwierdziła, że martwię się o Yvara i Yngvi, bo to o nich spytała.
- W porządku. Yvar zdecydowanie dominuje nad Yngvi. Jest znacznie większy i silniejszy, więc czasem jestem zmuszona go odgonić, żeby nakarmić i małą - odpowiedziałam, mimowolnie uśmiechając się na wspomnienie maluchów oraz ich drobnych przepychanek.
Lind pokiwała ze zrozumieniem łbem.
- Niezły łobuziak z niego, co?
Roześmiałam się i pokręciłam głową.
- A skąd. Jak na ironię to właśnie Yngvi woli eksplorować miejsca, które nie powinna. 
- Pierzastej też to się zdarza, chociaż jest znacznie starsza - wtrącił Ting.
- Nieprawda!
Lind posłała swojemu towarzyszowi groźne spojrzenie, na które ten odpowiedział jedynie wzruszeniem ramion.
- Przypomnieć ci o...?
- Nie - przerwała mu wilczyca, wymownie unosząc wzrok ku górze - Zresztą, zwykle i tak mi towarzyszysz.
- Pilnuję, żebyś nie wplątała się w coś głupiego - odparł odmieniec, dodatkowo akcentując pierwsze słowo.
Parsknęłam cicho śmiechem, sprowadzając tym na siebie chmurne spojrzenia przyjaciół.
- Dobrze, że teraz OBYDWOJE możecie legalnie eksplorować.
Lind otworzyła pyszczek gotowa mi jakoś odpowiedzieć, jednak przerwał jej Clayton. Basior nakazał nam dobranie się w grupy oraz ostrożne podejście do klifu i zorientowanie się, czy w pobliżu nie ma jakiegoś większego zagrożenia. No i oczywiście mieliśmy odnaleźć ewentualną drogę na jego szczyt.
Ze względu na to. że i tak byłam obok Lind oraz Tinga stworzyliśmy jedną grupę. Rozglądałam się jeszcze w poszukiwaniu wilków, które zechciałyby do nas dołączyć. Clayton miał rację; nie znaliśmy terenu i nawet samotny wstęp do eksploracji był zwyczajną głupotą.

środa, 16 października 2019

Od Eterny "Pierwsze polowania" cz. 3 (cd. Naida)

Styczeń 2025 r.
Eterna nieszczególnie emocjonalnie obserwowała Naidę z trudem broniącą się przed szczypcami małego żyjątka. Miało ciemne, wyłupiaste oczy, dość długie odnóża i wyjątkowo twardy pancerz. Nie do końca tak sobie je wyobrażała, ale brak pretensji nauczycielki upewniły ją w tym, że to w rzeczy samej jest krab, którego tak poszukiwali.
– Przyniosę jakiś patyk, to go załatwimy! – wrzasnęła waderka. Jej głos ponownie podrażnił czułe uszy Eterny. Najchętniej pozbyłaby się natrętnej małej. Sama jej obecność wzbudzała w niej odrażającą niechęć do robienia czegokolwiek.
Morti i Theo rzucali się z wielkim zaangażowaniem na kraba, sypiąc wokół piaskiem. Zrobiła dwa kroki w tył.
– A może odetniemy mu głowę? – zapytała Eterna powoli.
– Jak?! – odkrzyknął Morti, po raz kolejny usiłując uderzyć kraba łapą.
Wtedy Theo udało się naskoczyć całym ciężarem ciała na żyjątko. Krab przestał uciekać, ale wciąż usiłował mu się wyślizgnąć.
– Szybciej, bo mi ucieknie! – wył Theo.
– Mam kija! – krzyknęła waderka, znowu wracając do ich grupy.
W jej pysku znajdował się stanowczo zbyt długi jak na nią badyl. Haczyła jego końcami o ziemię, kiedy szła. Nie utrzymywała równowagi. Nim Eterna zdołała to jakoś skomentować, samiczka rzuciła się na kraba i zaczęła go uderzać na tyle, ile potrafiła. Eterna odsunęła się dosłownie w ostatniej chwili, inaczej oberwałaby końcem kija. Z bliska rozpoznała, że był to bambus. Ostry na końcu.
– Dawaj, dawaj! – dopingował ją Morti.
– Właśnie! Bij go, bij go! – wtórował Theo, raz po raz unikając uderzeń waderki.
Yuki w milczeniu obserwowała ich poczynania. Eterna zauważyła kątem oka, że dookoła nich zaczyna się zbierać mały wianek widzów. Niektóre ze szczeniaków dołączyły do dopingowania.
Nagle koniec bambusa utknął w piasku, ale mała zauważyła to zbyt późno. Z impetem uderzyła w niego głową, aż zabrzęczało.
– Ała! – pisnęła – Zabiłam go?!
– No nie za bardzo – mruknęła Isa stojąca teraz tuż za plecami waderki.
Eterna westchnęła przeciągle i wyrwała z piasku bambus. Następnie używając maksymalnej siły, wbiła go ostrym końcem w sam środek kraba. Przeszedł na drugą stronę z zaskakującą łatwością. Wycofała się, oczekując na aprobatę nauczycielki.
– O ile na co dzień jesteś bezużyteczna... To akurat było niezłe – skomentowała Yuki.
– Nie można być dobrym we wszystkim – odparła Eterna.
– Zapytaj o to Navri.
Szczeniaki śmiały się piskliwie jeden przez drugiego. Eterna zerknęła na Isę, która położyła po sobie uszy. Patrzyła dziko na resztę grupy.
– Ja przynajmniej nie jestem wredna.
Szczeniaki zareagowały na tę uwagę równie żywiołowo.
Kiedy Eterna już niemal zapomniała o tej małej niedojdzie, jaką była łaciata wadera, ta znowu zabrała głos:
– Brawo, załatwiłaś go! Ja bym nie dała rady.
Eterna spojrzała na nią groźnie. Mała patrzyła na swoje łapy i uśmiechała się głupio. Eterna nabrała ochoty naplucia jej na czubek głowy, ale miała zbyt wiele dumy, by to zrobić. Poza tym Morti wciąż na nią patrzył.
– Podsumowując – zaczęła Yuki – Polowanie na kraby nie jest tak oczywiste i banalne, jak polowanie na króliki. Mają twardy pancerz, więc należy go przebić lub celować prosto w głowę – Popukała koniuszkiem pazura w punkt, o którym mówiła – Dużo łatwiej mają wilki, które znają już swoją moc, bo mogą się nią wspomóc. Używając żywiołu ognia macie od razu przysmażone mięso.
– W tym w ogóle jest mięso? – zapytała Isa z pretensją w głosie.
– Jest... Ale najlepiej zostawić to dorosłym zmieniającym się w ludzi, bo trzeba rozerwać pancerz za pomocą noża, aby dostać się do mięsa.
– Nie wyglądają na smaczne... Są też strasznie małe! – wtrąciła irytująca waderka – Po co mamy się tyle męczyć łapiąc je, skoro i tak się tym dobrze nie najemy? One są bez sensu!
– A masz lepszy pomysł, cwaniaku?
Eterna pożałowała, że Yuki nie użyła mocniejszego określenia.
– Zostawmy kraby i zacznijmy polować na coś większego – mówiła niby stanowczo, ale jej niepewny uśmiech ją zdradził.
– Na przykład?
– N-na przykład... – zająknęła się mała – Jelenie albo króliki... Albo jakieś większe ptaki... em...
Waderka przeleciała błagalnym wzrokiem po reszcie grupy. Wszyscy milczeli jak zaklęci.
– I gdzie znajdziesz królika? – wtrąciła ironicznie Isa.
– No... zwykle są pod ziemią w swoich norach, albo gdzieś na ziemi... Może będą tam?
Eterna skierowała swój wzrok we wskazywany przez nią kierunek. Pokazywała na wulkan. "Sama się pogrążasz, mała", pomyślała. Poniekąd bawiło ją to, jak bardzo ośmieszała się przed resztą.
– Tutaj jest dżungla, i zapewniam, że nie znajdziemy królików, ani jeleni – powiedziała Eterna.
– Więc będziemy jeść tylko kraby?
– Są jeszcze ryby – oznajmiła Yuki.
– Fuj! – pisnął jakiś szczeniak.
– A co z tymi ptakami, które widzieliśmy wcześniej? – nie poddawała się mała.
Eternę na nowo zalała fala irytacji. Chciałaby rozszarpać tę waderkę na strzępy.
– Przy odrobinie szczęścia – może, ale latają szybko, a my nie powinniśmy póki co wchodzić do dżungli – mówiła Yuki.
Eterna zaczęła się dziwić jej iście anielskiej cierpliwości.
– To może jedzmy rośliny, tak jak robią to króliki? One jakoś z tego żyją.
Nauczycielka już nie wytrzymała. Wybuchnęła perlistym śmiechem.
– To... może znajdziemy jakieś kozy? – zapytała drżącym głosem mała. Eterna z rozbawieniem dostrzegła łzy w jej oczach.
– I gdzie je znajdziesz? Wspinając się po bananowcach?
Mała się skuliła.
– Możemy... Jeść te kraby, jeśli trzeba... Chociaż nadal wierzę, że jest lepsze wyjście...
– Póki co – nie.
Łaciata wciąż rozdygotana pokiwała głową i wskazała łapką na dziurawego kraba.
– Więc będę jeść to coś... Ale nie mam zamiaru ich łapać. To trudne!
– Kiedyś się nauczysz.
Wtedy Eternę ogarnęła trudna do opisania wściekłość. Najczystsza, najprawdziwsza nienawiść. Gniew.
Morti położył łapę na plecach Łaciatej.
Położył. Łapę.
Zrobił to. Dotknął jej.
Martwił się? O tę małą cholerę?
– Kiedyś wszyscy się nauczycie. Niekoniecznie teraz.
Eternę już nie obchodziły słowa nauczycielki. Wbijała palące spojrzenie w tę dwójkę. Szeptali coś między sobą. Miała ochotę ją odtrącić, a później wgryźć się w jej szyję. Rozszarpać i rozrzucić po całej plaży.
Morti i mała zaczęli na nią patrzeć. Eterna zmusiła się do wyjątkowo krzywego uśmiechu. Morti chyba nie zauważył, jak sztuczne to było, bo wrócił do swobodnego szeptania z Łaciatą, która jednak ciągle na nią zerkała. Raz nawet popatrzyła na nią wyjątkowo dziwnie, akurat wtedy kiedy nareszcie przestali rozmawiać, a łapa Mortiego zniknęła z jej grzbietu. Dlaczego pocieszał akurat Łaciatą, a nie ją? Dlaczego nigdy nie kładł tak łapki na jej plecach? Bo była za stara? Bo mu się nie podobała?
Dlaczego podobała mu się akurat Łaciata? 
Yuki zaczęła prezentację rozłupywania kraba, ale Eterna nadal nie mogąc się uspokoić wewnętrznie, obserwowała tę kulkę cuchnącej sierści. Obiecywała sobie w duchu, że w końcu ją zabije. Nie wiedziała jeszcze kiedy to nadejdzie, ale zrobi to na pewno. O niczym innym nie marzyła. Chciała krwi, chciała zemsty. Brutalnej i jak najboleśniejszej. Za to, że ją dotknął.

<Naida?>

Od Lind „Zostali sami” cz. 1 (Morgan/Crane)

Styczeń 2025
Skoro samodzielne zwiedzanie nowych terenów było surowo wzbronione, musiałam znaleźć sobie nowy sposób na zabicie czasu. Przynajmniej podczas „zwyczajnych” dni; pomiędzy wyprawami z grupą zwiadowczą. Nadal mogłam co prawda czytać książki, które zostały uratowane z Biblioteki, ale zasób był dosyć ograniczony. Musiałam być więc oszczędna w tej kwestii, jeśli nie chciałam skończyć wszystkich w parę tygodni.
Spróbowałam poświęcać czas wolny na spacery po plaży. Z początku wyjątkowo przyjemne i relaksujące, wkrótce utraciły swój urok. Przywykłam do środowiska i wędrowanie bez celu po tak krótkim odcinku, stało się zbyt wtórne. Zwłaszcza, jeśli akurat nie miałam żadnego ciekawego towarzystwa. Niemniej jednak, wyglądało na to, że jestem skazana na takie spędzanie czasu, dopóki nie wymyślę czegoś lepszego.
Kiedy po raz kolejny spacerowałam wzdłuż linii brzegu, zwróciłam uwagę na dwa małże rzucane przez fale. Przypomniałam sobie wówczas, jak przepyszną zawartość skrywały te twarde pancerzyki. Przycisnęłam łapą jeden z nich do ziemi i wyciągnęłam z wody. Nie miałam jeszcze wprawy, więc otworzenie małża zajęło dobrą minutę, ale zdobyty kawałek mięsa był jak najbardziej warty każdego wysiłku. Oblizałam pysk i wyłowiłam następne, dostrzeżone wcześniej żyjątko. Obie porcje były bardzo małe. Pomyślałam, że musiałabym złowić ich jeszcze trochę, żeby się najeść.
W ten sposób znalazłam sobie nieco mniej nudny sposób na zabicie czasu.
Weszłam do wody po kostki i rozpoczęłam poszukiwania następnego celu. Przypomniałam sobie wtedy, jak Magnus mówił mi, że małże są „owocami morza”. Szczerze powiedziawszy, brzmiało to co najmniej niedorzecznie; w końcu na pewno mieliśmy do czynienia ze źródłem mięsa. Ogólnie rzecz ujmując, według mnie małże niewiele różnią się od dżdżownic. (Zaznaczę tylko, że tego drugiego w życiu bym nie zjadła.) Niemniej jednak, jakby odruchowo zaczęłam wypatrywać w morzu krzewu lub drzewa, z którego gałęzi wyrastałyby bure pancerze. Znalazłam jeszcze kilka samotnych małży, ale nigdzie nie było widać nawet łodygi „małżowego krzewu”. Wtedy uznałam, że zapewne ta roślina, jeśli jest prawdziwa, rośnie dopiero w ciemnych głębinach; z dala od brzegu. 
Pewnie fale odrywają od gałęzi w pełni wykształcone żyjątka i niosą je ku plażom. W sumie... Może to nie brzmi aż tak bezsensownie.
Po otwarciu, zdaje się, szóstego małża, dostrzegłam, że z pancerza wypadło coś jeszcze, poza kawałkiem mięsa. Nieduży przedmiot błysnął odbitym światłem i zatonął w piasku pod wodą. Zainteresowana, na chwilę zignorowałam przekąskę i zaczęłam szukać tego, co było do niedawna ukryte razem z nią. Przejechałam parę razy łapami po piaszczystym dnie. Poczułam pod poduszką coś twardego; jakby malutki, gładko oszlifowany kamyk. Całe szczęście, że tego dnia fale nie były zbyt wysokie; znalezienie tak niedużego przedmiotu mogłoby nie być wówczas wcale proste. 
Wyciągnęłam wspomniane znalezisko spod wody. Wyglądało to prawie jak lśniący, idealnie okrągły koralik. Jedynym elementem, którego brakowało, była dziurka na powleczenie nitki. Zmrużyłam oczy i nachyliłam się jeszcze bardziej nad tym fascynującym przedmiotem. Pewnie nikogo nie zdziwi, że podjęłam decyzję o zachowaniu go. Nie rozumiałam jednak, skąd wziął się pod pancerzem małża. Schowałam lśniący "kamyk" do torby, po czym wyłowiłam z wody upuszczone wcześniej mięso. Przeżuwając, zaczęłam się zastanawiać, czy to niespodziewane znalezisko jest tylko jednorazowym przypadkiem.
Cóż, najlepszym sposobem na poznanie odpowiedzi będzie wyłowienie jeszcze paru małży – pomyślałam. Przystąpiłam do dalszych poszukiwań. Nawet jeśli okaże się, że nie natrafię na więcej błyszczących "kamyków", nadal zdobędę kilka przepysznych kąsków. Co jak co, ale małże mogłabym jeść codziennie, o każdej porze dnia. 
Bez problemu wyłowiłam kilka kolejnych pancerzyków zamieszkanych przez wspomniane stworzenia. Trzy skrywały tylko i wyłącznie mięso, ale w czwartym znalazłam również następny lśniący przedmiot. Był uderzająco podobny do tego, na który natrafiłam wcześniej. Wróciłam na brzeg i porównałam oba „koraliki”. Nie dostrzegłam między nimi żadnych różnic poza kolorem. Odcień jednego pochodził pod szary, a drugiego – jakby pod blady fiolet.
Zgarnęłam kamyki z powrotem do torby i zwróciłam się w stronę morza, by kontynuować poszukiwania. Wtem spośród mieszaniny dźwięków otoczenia, wybiło się coś nowego; bardzo alarmującego. Mianowicie - płacz szczenięcia. Piskliwy wyraz prawdziwego przerażenia. Odruchowo skupiłam się na dźwięku. Wpierw myślałam, że może to nic nadzwyczajnego i maluch zaraz ucichnie; w końcu młode często reagują skamleniem na różne niegroźne zjawiska. Głosik jednak nie tracił na sile. Postanowiłam więc to sprawdzić.
Ruszyłam pośpiesznie w kierunku, który wydawał mi się tym właściwym. Zaprowadziło mnie to do granicy plaży z lasem. Teoretycznie nie powinnam tam się zapuszczać sama, ale to nie była zwyczajna sytuacja. Piski szczenięcia z całą pewnością dochodziły właśnie stamtąd. Tak więc, weszłam pomiędzy drzewa. Kiedy moje łapy zaszurały o tutejszą ściółkę, przeszedł mnie dreszcz. Oby szczenię nie było w poważnym niebezpieczeństwie.
Natrafiłam na wyraźny ślad malca; niemal idealną mieszaninę zapachu obu watah. To bardzo ułatwiło precyzyjne określenie, gdzie znajdowało się źródło wołania o pomoc. Zmysły zaprowadziły mnie przed ciasną jamę pod drzewami. Nachyliłam się i zajrzałam do nory. Kulił się tam niespełna dwumiesięczny szczeniak. Rozpoznałam, że to syn Crane'a. Osobista uraza do rodzica nie wystarczyła jednak, żebym nie przystąpiła do działania.
– Morgan – szepnęłam ciepło do szczeniaka. Nadal popiskiwał, więc należało zacząć od uspokojenia go. – Nie ma się czego bać. To ja, Lind. Pamiętasz mnie?
Wyciągnęłam do niego łapę, żeby poczuł zapach członka watahy. Miałam szczerą nadzieję, że przez stałą obecność Crane'a nie przywykł tylko i wyłącznie do swądu wilków z drugiego stada. Szczeniak wahał się, ale wreszcie wyciągnął pyszczek w moją stronę. Obrana strategia okazała się całkiem skuteczna; kolejne piski Morgana były coraz bardziej oddalone od siebie.
– Zabiorę cię stąd, dobrze? – Spojrzałam mu prosto w oczy. Szczeniak skierował uszy w moją stronę. Zapewne nie rozumiał wszystkich słów, ale na pewno wiedział, że nie chcę zrobić mu krzywdy.
Położyłam się na ziemi i wcisnęłam głowę do nory, w której ukrywało się szczenię. Złapałam delikatnie skórę na karku Morgana, wyciągnęłam go na światło dzienne, po czym zaczęłam się wycofywać z powrotem na plażę. Kiedy niosłam malucha w pyszczku, po paru chwilach przestał skamleć. Dobry znak.
Powróciwszy na „teren dozwolony”, rozejrzałam się uważnie dookoła. Ojca Morgana nigdzie nie było widać. 
Wiedziałam dobrze na podstawie obserwacji otoczenia, że Crane, kiedy tylko mógł, osobiście zajmował się swoim synkiem. Nie pozwoliłby mu uciec. Wniosek; basior musiał być teraz na patrolu. Co jednak miało miejsce między jego rozstaniem z Morganem, a momentem, w którym znalazłam malucha w jamie? Czemu w ogóle szczeniak został sam? Nikt nie zostawiłby niespełna dwumiesięcznego szczeniaka bez opieki. 
Posadziłam Morgana na piasku przed sobą. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi oczkami. Wyglądał już na niemal zupełnie spokojnego. Pewnie teraz zastanawiał się, co będziemy robić dalej.
– Zaczekamy na twojego tatę – powiedziałam do szczeniaka.
Po chwili zdałam sobie w pełni sprawę, na co się piszę. Ostatnio próbowałam za wszelką cenę uniknąć spotkań z Crane'm. Nadal miałam do niego żal i nadal miałam ochotę dać temu niewerbalny wyraz. Nabrałam w płuca więcej powietrza.
Może jeszcze mogę się z tego wycofać. Mogłabym do powrotu Crane'a przekazać Morgana komuś innemu. Kto byłby w stanie zająć się maluchem przez... Ile może trwać jeszcze partol Crane'a? Od paru minut do paru godzin... Mógł wyruszyć rano, czyli...
Z rozważań wyrwał mnie Morgan. Niepewnie pociągnął pióra u dołu moich przednich kończyn. Pewnie chciał się bawić, ale nie wiedział, czy mu wolno. Poruszałam łapami, żeby dać mu sygnał, że jak najbardziej pozwalam. Szczeniak chwilę się jeszcze wahał, ale już wkrótce próbował złapać pierze w pyszczek.
Nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu, patrząc na tego uroczego malca. Odsunęłam chwilowo na dalszy plan moje zmartwienie związane z potencjalnym spotkaniem Crane'a. Skupiłam się na uczestnictwie w niewinnej zabawie nieuprzedzonego do nikogo Morgana.
Minęło trochę czasu. Szczeniak wreszcie wyczerpał większe zasoby energii i zdecydował, że chce odpocząć. Dał mi to do zrozumienia, układając się do snu na moim puszystym ogonie. Teraz byłam zupełnie przyparta do ściany. Za nic w świecie nie potrafiłabym zabronić Morganowi odpoczynku i zacząć go ciągać po okolicy. Nie było już szans na znalezienie innego, tymczasowego opiekuna. Z trudem akceptując swój los, położyłam się na piasku i pozwoliłam małemu spokojnie odpłynąć. Słuchając szumu morza, zdałam sobie sprawę, że to fantastyczna kołysanka.
Po chwili, pośród mniej lub bardziej znanych wilczych sylwetek, pojawił się Crane. Basior gnał jak szalony przez plażę. Na przemian rozglądał się i węszył. Oczywistym było, że szuka Morgana. Próbował utrzymywać tempo, ale wkrótce zabrakło mu na to sił. Zwolnił akurat wtedy, kiedy dzieliło mnie od niego zaledwie parę metrów. Nie było absolutnie żadnej opcji na ucieczkę od interakcji, jeśli chciałam mu przekazać Morgana. 
– Crane – uniknęłam krzyku, żeby szczeniak mógł spać dalej.
Basior zatrzymał się zupełnie. Odwrócił głowę w moją stronę. Łapy się pod nim prawie ugięły, kiedy zobaczył śpiącego na moim ogonie wilczka. Podbiegł do nas i usiadł naprzeciwko. Przełknęłam ślinę i spojrzałam gdzieś w bok. Emocje ścisnęły mi gardło. w głowie huczała myśl, jak bardzo chcę, żeby już stąd poszedł.
– D...dziękuję ci Lind – mruknął Crane.
Zaraz po tym, dał się ponieść bezmiarowi szczęścia i przytulił mnie. W pierwszej chwili, zesztywniałam z szoku. Następnie, agresywnym ruchem odepchnęłam wilka od siebie. Zdecydowanie zrobiłam to zbyt gwałtownie. Morgan obudził się i pisnął cicho. Oboje z Crane'm zwróciliśmy oczy na malucha. Mój wyraz pyska momentalnie złagodniał. Pożałowałam, że nie zdołałam powstrzymać emocji.
Morgan wygramolił się z puchu mojego ogona z powrotem na piasek. Crane podszedł do swojego synka i trącił go nosem. Maluch zapiszczał „tata” i podbiegł bliżej niego. Kątem oka dostrzegłam, że basior zerknął teraz na mnie.
– Byłem na patrolu – mruknął. – Jak zawsze, zostawiłem Morgana u Helgi... Jak wróciłem, były z nią inne szczenięta, ale nie Morgan. Do mojego przyjścia nie zauważyła, że zniknął. 
Sytuacja niecodzienna. Tak się zdziwiłam, że aż darowałam sobie złośliwy komentarz, którym planowałam przegnać Crane'a.

<Morgan/Crane>

Uwagi: brak.