środa, 22 kwietnia 2020

Od Yvara "Ciocia Yuki ma wielkie kły" cz. 5

Czerwiec 2025
Yvar zauważył wcześniej, że Morgan był na tej samej głębokości co on podczas swoich prób. Jednak ze względu na to, że basiorek był od niego wyższy, woda nie sięgała mu tak wysoko. Wobec tego nie mógł wykluczyć, że to był właśnie powód, dla którego samczykowi wyszło tak dobrze. Wycofał się odrobinę. Na próbę zanurzył głowę i faktycznie - mając tyle ciała nad taflą łatwiej było ją podnieść.
- Powinieneś... - zaczął Morgan.
Yvar nawet nie spojrzał w jego stronę. Natychmiast mu przerwał, aby szczeniak nie zdążył się rozkręcić.
- Wiem, co robię.
- Oczywiście.
Przez moment miał wrażenie, że w głosie jego kolegi wybrzmiała nuta zawstydzenia. Nie miał jednak ani pewności, ani czasu żeby o tym rozmyślać. Ryby kolejny raz zaczęły ignorować jego łapy. Basiorek zamknął na moment oczy, wziął głęboki wdech. Wypatrzył jedną rybę, która powinna zaraz znaleźć się tuż przed nim. W jednej chwili zanurkował i chapnął wodę. Z zaskoczeniem poczuł, jak jego zęby napotykają na opór. Zacisnął mocniej szczęki. Metaliczny smak krwi rozlał się po pyszczku. Wynurzył się i poszukał spojrzeniem wzroku Morgana. Szukał upokorzenia na jego pysku. Nie znalazł go.
- Udało ci się! Mamy kolejną! - zawołał radośnie.
Yvar nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Dał radę. Trochę mu to zajęło, ale ważny był efekt. Nawet jeśli po Morganie nie było widać niezadowolenia, to zwyciężył tę małą walkę. Jednak decydująca miała się dopiero rozegrać i to już za moment...
- Dalej dam radę sobie sam. Więcej złowimy łowiąc osobno.
- Masz rację. Odejdę trochę na bok - Morgan pokiwał głową. - Ale... Yvar?
Spojrzał na niego ze zniecierpliwieniem. Czego on jeszcze chciał? Powinni zabrać się do roboty natychmiast, a nie plotkować. Yv mruknął coś, aby samiec wiedział, że go słucha.
- Uważaj na siebie i w razie czego zawołaj, dobrze? Obiecaj mi to, proszę.
Yvar zesztywniał. W jego głowie kolejny raz pojawiło się to samo pytanie. Morgan był zbyt miły. To musiał być podstęp. Szczeniak zmierzył samca wzrokiem i zadrżał, napotkawszy na jego troskliwe spojrzenie.
- Obiecuję - wyszeptał.
Morgan uśmiechnął się i odszedł na bok tak, jak mówił. Yvar został w tym samym miejscu. Nim ciocia Yuki ich zawołała, basiorek złapał kilka drobnych rybek i nawet jedną dużą. Niestety na nikim nie zrobiło to wrażenia. Wszyscy byli zbyt zajęci podziwianiem zdobyczy Yngvi i Morgana, którzy złapali ich najwięcej. Jedynie Eunice prawie nic nie złapała, ale nie wyglądała jakby było jej z tego powodu przykro. Widocznie pogodziła się ze swoją beznadziejnością.
- Przyglądałam się waszej technice - powiedziała nagle Yuki.
Szczeniaki wymieniły spojrzenia. Morgan zadrżał widocznie spodziewając się nagany. Yvar zacisnął ząbki i utkwił wzrok w nauczycielce. Również miał pewne obawy.
- Yngvi, czy nie potrafisz chociaż przez moment stać spokojnie? Odstraszasz wszystkie ryby. Gdyby nie to, poszłoby ci znacznie lepiej.
- Ale woda jest taka fajna! To niemożliwe, żeby się w niej nie ruszać - zaprotestowała Vi.
- Twoim kolegom jakoś się udało - odparła Yuki i zanim samiczka ponownie otworzyła pyszczek, kontynuowała - Morganowi poszło nawet znośnie. Daleko ci do perfekcji, ale nie jest źle.
Szczeniak odetchnął z ulgą i wyszczerzył ząbki w dumnym uśmieszku. 
- Co do Yvara... Dawno nie widziałam takiej niezdary. Na szczęście zauważył swój błąd samodzielnie. - Spojrzała prosto na niego. - Nadal brakuje ci szybkości i zwinności. Musisz jeszcze sporo popracować.
Pokiwał głową. Nie był tak dobry jak tamci, ale jeśli faktycznie popracuje... Może mógłby coś osiągnąć.
Została jedna osoba. Yvar zerknął w jej stronę i zauważył, że wilczyca drży. Morgan zmniejszył dystans między nimi i pozwolił, aby Eunice oparła się o jego pierś. 
- Eunice - zaczęła nauczycielka. Samica zadrżała. Yvar dopiero w tej chwili zrozumiał, dlaczego niektóre szczeniaki tak bały się Yuki - Nawet nie weszłaś do wody na odpowiednią dla siebie głębokość. Cudem upolowałaś jedną drobną rybę, nie zanurzając pyska. Po tym wyszłaś na brzeg i nie opuściłaś go do samego końca. Okazałaś się ogromnym nieposłuszeństwem. Mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy. Inaczej nie chcę cię więcej widzieć na swoich lekcjach. 
- Proszę pani, ona nie powinna... - zaczął Morgan, lecz nie dane mu było dokończyć.
- Nie obchodzi mnie, co ona powinna, a co nie - warknęła. - Na lekcjach powinna wykonywać moje polecania. Nie toleruję braku posłuszeństwa, zrozumiano?
Yvar wyraźnie widział, jak szczeniak zaciska szczękę. Eunice coś do niego powiedziała, ale ze swojego miejsca nie słyszał jej słów. Morgan spuścił wzrok. Coś czaiło się w jego oczach, czego szczeniak nie potrafił nazwać.
- Możecie iść - zarządziła Yuki.
To Morgan i Eunice podnieśli się pierwsi. Yvar zmrużył oczy, kiedy blask zachodzącego słońca odbił się od jednej z łusek waderki.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Od Leah "Wybacz, moje złoto!"

Maj 2025 r.
Tropiki zdecydowanie nie należały i nigdy nie będą należeć do moich ulubionych klimatów. Egzotyce zasiedlonej przez nas krainy nie można było odmówić urzekającego piękna, ale swojego pochodzenia i wynikających z niego skutków nie mogę zmienić. Jak najwięcej czasu starałam się spędzać w swojej ludzkiej formie, która znosiła zawrotne temperatury zdecydowanie lepiej. Byłam osamotniona w swoim problemie, większości wilków pogoda nie robiła wielkiej różnicy (szczęściarze!). Arkan również nie podzielał mojego odczucia, ba, jako gad był bardzo zadowolony, przynajmniej do czasu gdy spadły pierwsze deszcze. Silee, pomimo swojego krótkiego futerka, czasami uskarżała się na ukrop, ale ogółem miewała się całkiem nieźle.
Moja podopieczna zmieniała się bardzo szybko. Nadal była drobna i bardzo szczupła, ale znacząco urosła, niemal dościgając inne szczeniaki. Ciężko było mi uwierzyć, że już niedługo rozpocznie naukę - dalej miałam przed oczami to maleństwo, zwinięte w koszyku, w którym niedługo przestanie się mieścić. Z jednej strony cieszyłam się, że ją przygarnęłam, z drugiej miałam wątpliwości czy nadaję się na jej opiekunkę. Lata mijały, nie byłam już taka młoda, ale w dalszym ciągu tak się czułam. Zdecydowanie bardziej jak ktoś, kto sam potrzebuje opieki, by dalej się rozwijać i przeżywać swoje życie...
Korzystając z przyjemnego chłodu drobnego deszczu w swojej ludzkiej formie obserwowałam jak maleńka bawi się, próbując schwytać na płyciźnie umykające spod jej łap małe ryby. Gdy już jakąś dostrzegła rozchlapywała gwałtownie wodę wokół siebie i jedynie delikatnie uderzała o powierzchnię wody, jakby chciała poklepać dostrzeżone stworzonka po łuskowatych grzbietach. Dziwiłam się, że ryby w ogóle jeszcze do niej podpływają, ale chyba po prostu nie uznały ją za wystarczająco groźną, by uciekać. Największą krzywdę jaką mogłaby im wyrządzić było potknięcie się i wywrócenie na jakąś w pogoni. W tej całej swojej determinacji była bardzo pocieszna.
Coś nagle uderzyło mnie w bok. Poczułam jak zsuwam się ze skały i zanim zdążyłam zareagować już leżałam do połowy zanurzona w wodzie ze zdartą skórą na prawym przedramieniu. Natychmiast zaczęło szczypać, dzięki uprzejmości morza i zaległej w nim soli. Gdy podniosłam wzrok, napotkałam spokojne, tryumfalne spojrzenie Arkana, rozłożonego wygodnie na moim miejscu. Silee przestała ścigać ryby i znieruchomiała zaniepokojona.
- Zabawne - fuknęłam, podnosząc się do siadu.
- Bardzo - przytaknął wesoło.
- Wszystko w porządku? - spytała cicho Silee, zapewne wietrząc krew. Czasami zazdroszczę jej tak świetnego węchu.
- Tak, to tylko draśnięcie - uspokoiłam ją.
- Myślałem, że jest głębsza - Wyvern trochę zszedł z tonu.
- Uznam to za przeprosiny.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której obejrzałam dokładniej otarcie. W rzeczywistości nie było w nim niczego interesującego i wykorzystałam okazję, by ukryć uśmiech - nie gniewałam się, nawet specjalnie nie bolało, po prostu bawiło mnie to, że zepsułam mu głupi żart.
Silee drgnęła i podniosła lekko głowę, jakby chciała coś powiedzieć. Zawahała się, ale ostatecznie zebrała na odwagę:
- A jak ty to robisz, że cię w ogóle nie słychać?
Przez chwilę zastanawiałam się co ma na myśli i doszłam do wniosku, że chodzi o zaskakująco cichy sposób w jaki przemieszcza się Arkan. Biorąc pod uwagę jego gabaryty (w kłębie przewyższa moją ludzką formę co najmniej o głowę) czasami zastanawiałam się czy to nie jest jakiś efekt magiczny czy coś w tym stylu.
- Praktyka - Smoczysko napuszyło się jak kogut.
- A nie teoria? - machnęła żywo ogonem.
Parsknęłam śmiechem. Arkan jakby trochę się skurczył, ale spokojnie wytłumaczył małej jaka jest różnica między teorią a praktyką. Trochę się zawstydziła, ale szybko odzyskała rezon. Ostrożnie wpełzła na skałę i ciągnęła temat dalej.
- A z czego można robić praktykę i teorię?
- Ze wszystkiego. - odparłam, wychodząc z wody i siadając na piasku.
- Ale jak ze wszystkiego? Z ryb też?
- Możesz wiedzieć co to ryba, wtedy to jest teoria.
- Czyli praktyka to... Bycie rybą?
Zbiła mnie z tropu. Na chwilę zamilkłam.
- Tak... Chyba tak.
Arkan mruknął coś pod nosem z rozbawieniem, ale powstrzymał się od komentarza.
- Czyli nie wszystko? Bo ja nie umiem być rybą - zmartwiła się.
- To inny przykład. Możesz wiedzieć jak łowić ryby, ale nigdy tego nie próbować. Masz wiedzę teoretyczną, ale bez praktyki.
- Czyli do cichego chodzenia potrzeba praktyki?
- Dokładnie tak.
Silee fuknęła z przejęciem i skierowała uszy ku leżącemu obok Arkanowi.
- A... A do czego jeszcze?
Zamyślił się krótko, bezwiednie przesuwając ogonem po piasku.
- Do latania.
- Latania?! - pisnęła. - Ty umiesz latać?
- Tak. Leah też. I Lind.
Mała otworzyła pyszczek w niemym zachwycie.
- Ja też chcę, ja też! - zerwała się na nogi i zaczęła podskakiwać. - Proszę, proooszę!
- Niestety nie każdy tak może. - niemal pożałowałam, że w ogóle się odezwałam na widok jej gwałtownie malejącego entuzjazmu. - To ściśle związane z żywiołem albo rasą.
- Czyli ja nie...? - posmutniała Silee.
- Jeszcze nie wiemy. - uspokoiłam ją szybko, widząc jak w białych ślepkach zbierają się łzy. - Kto wie, może też będziesz władać powietrzem? Kosmosem, tak jak Magnus? Albo wodą, jak Cess, i będziesz tak świetnie pływać, że prawie latać!
- To nie to samo - odburknęła.
- Ale coś równie pięknego. Nie wiemy jaka będzie przyszłość.
Waderka nie zmieniła wyrazu pyszczka, ale wyprostowała stulone uszy. Przez myśl mi przeszło, że nie mogłam być tak gwałtownym szczeniakiem jak ona. Drugi głos gdzieś z tyłu głowy podszepnął mi za to, że owszem, mogłam, a nawet jeszcze bardziej.
- Okej - zaczęła nagle Silee tonem dyplomatki, z miną godną Baldora w trakcie obserwacji mrówek, transportujących w równym rzędzie fragmenty liści. - Nie mogę latać, ale wy tak. Zabierzecie mnie ze sobą!
Arkan zaśmiał się krótko, a ja nie zareagowałam od razu. Niby powinnam spodziewać się takiego obrotu sprawy, ale i tak trochę mnie zaskoczyła. Zanim zdążyłam przemyśleć jej pomysł, już gdzieś z tyłu mojej głowy wykwitł twardy bunt:
- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.
- No ale proszę! Ja też chcę zobaczyć jak to jest! - upierała się dalej Silee.
Nagle poczułam się strasznie niekomfortowo. Wyczuwałam, że łatwo nie odpuści, a jeśli już jakoś ją przekonam, to obrazi się za wszystkie czasy. Na samą myśl o tym miałam wrażenie, że robię się zmęczona. Na pewno nie byłam tak upartym szczeniakiem. Nie ma mowy.
- To niebezpieczne, Silee. Co jeśli spadniesz, a my cię nie złapiemy?
- Będziecie lecieć nad wodą! Jak wpada się do wody to nie boli!
- Hola, co rozumiesz przez to "będziecie"? - oburzył się smok, ale razem z małą zignorowałyśmy go.
- Ale woda może być głęboka. A nawet musi, upadek z wysokości do płycizny też jest niebezpieczny. Umiesz dość dobrze pływać?
Waderka zamilkła na chwilę z lekko otwartym pyszczkiem.
- Nie spadnę! - podniosła lekko łamiący się głos.
- Silee, nie. Jesteś za mała - fuknęłam stanowczo.
- Jak będę większa, to już nikt mnie nie uniesie - zeszła z tonu, z drgającą poddańczo nutą w głosie.
- Na pewno coś się znajdzie - dodałam spokojniej.
Zerknęłam na Arkana z cichą nadzieją, ale ku mojemu przerażeniu ten machnął ogonem i cały się najeżył, co mała natychmiast wyczuła i odsunęła się szybko.
- Nie obiecuj jej takich rzeczy! - syknął gniewnie.
- Dobra, nie to nie! - pisnęła przestraszona.
Zerwała się na nogi i odbiegła w głąb plaży, potykając się o nierówności podłoża. Zatrzymała się pod wysoką palmą, przez chwilę drobiła w miejscu, pewnie licząc kroki, i zwinęła się w mały, szary, obrażony kłębek.
Przez kilka chwil chciałam za nią pobiec i przeprosić, ale wrażenie szybko odparł gniew. Tak ciężko jej zrozumieć co będzie dla niej lepsze? Bezpieczniejsze? To takie oczywiste, ale i tak tego nie rozumie! Nie umie po prostu odpuścić, gra jeszcze na sumieniu, licząc, że pęknę? Jak można być tak dziecinnym...!
...będąc tylko dzieckiem.
Na miejsce frustracji wstąpiła rezygnacja. Z dzieckiem... Chyba nie da się walczyć.
- Naprawdę musiałeś? - mruknęłam do Arkana po dłuższej ciszy.
- Tak - odparł pewnie. - Moi pobratymcy - wypluł to słowo z jadem. - może i pozwalają na robienie z siebie środków transportu, ale ja nie zamierzam. Tym bardziej dla uciechy szczeniaka.
- Straszny ewenement z ciebie.
- Dzięki wielkie - parsknął.
Przez dłuższą chwilę po prostu wsłuchiwaliśmy się w szum morza, ja, bo nie wiedziałam co mam teraz zrobić, a on pewnie z braku lepszego zajęcia. W oczy rzucił mi się nagle pewien szczegół, który wcześniej musiałam zignorować - łuska na bokach smoka lśniła od wody, zbyt wyraźnie jak na efekt deszczu tak drobnego, że podchodził pod mżawkę. Jak na niego było to dosyć niezwykłe, bo zdecydowanie nie przepadał za wodą.
- Przysnęło ci się w locie i wpadłeś do morza?
Arkan spojrzał na mnie zaskoczony, a potem w niesamowity sposób wygiął długą szyję, by przyjrzeć się swojemu grzbietowi.
- Ryby łowiłem - odparł, dalej mrożąc się wzrokiem, jakby chciał onieśmielić i przegonić całą wodę.
- Zabrakło ci innych ofiar?
- No. Nic dzisiaj nie mogłem znaleźć - westchnął.
Parsknęłam cichym śmiechem.

Uwagi: brak.

Od Ismanise "Moja historia" cz. 4 (cd. Infernum)

Luty 2026 r.
Infernum znowu buchnął ogniem z futra. To sprawiło, że po raz kolejny Isa odskoczyła przestraszona. Na Infinite zaś nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Znowu, nie mrugnąwszy okiem, ugasił za pomocą swojej mocy ogień basiora.
– Przestań mnie gasić – Warknął – Nie potrzebuję nikomu o tym gadać.
Infinite ledwo słyszalnie westchnął. Isa jednak doskonale wiedziała, że jej chłopak czuł się co najmniej rozczarowany.
– Dołączę – powiedział po chwili, ale to, że przeszło mu to z trudem, nie umknęło uwadze Isy. Infinite zaś ponownie się uśmiechnął.
– Liczyłam, że sobie pójdziesz – oświadczyła dumnie Isa.
– To masz pecha – Stwierdził z krzywym uśmieszkiem Infernum – Gdzie te wasze Alfy?
Spojrzenie Isy skrzyżowało się z Infinite. W jej głowie pojawił się pewien plan.
Ruszyła przodem, a Infinite oraz Infernum bez zastanowienia ruszyli w ślad za nią. Nie widzieli jej miny, więc pozwoliła sobie na uśmiech. Złowieszczy uśmiech. Nie pozwoli, by jakiś "nowy" z wygórowanym mniemaniem o sobie będzie straszyć lub irytować jej chłopaka.
Po drodze nie rozmawiali. Kiedy dotarli na nieco częściej odwiedzane tereny, cała trójka spotkała się z wieloma pytającymi spojrzeniami reszty wilków. Nikt jednak nie zadawał pytań. Infernum dumnie ignorował wszystkie spojrzenia. Infinite szedł dwa kroki za basiorem, co pozwalało mu na obserwowanie jego mimiki. Miał mieszane odczucia co do jego osoby.
Nagle Isa skręciła nieco na lewo. Infinite w pierwszej chwili pomyślał, że Isa wypatrzyła gdzieś Hitama lub Navri, lecz zatrzymała się tuż przed... Danem – naprawdę wysokim i umięśnionym basiorem. Miał niebieskie, posiwiałe futro i przenikliwy wzrok. Popatrzył pytająco na wnuczkę, a później na jej chłopaka. Najwięcej swojej uwagi poświęcił jednak na osobie Infernum.
Kiedy Isa lekko się pokłoniła, Infinite pojął, co planowała zrobić.
– To Alfa – oświadczył, również się kłaniając.
– Lepiej okaż mu należny mu szacunek – powiedziała ostro Isa w stronę Infernum.
Infinite widział, że Dan z trudem powstrzymał zdumienie. Najwyraźniej zdecydował nie polemizować z tym, co właśnie się działo i wkręcić się w realizację planu.
– Nie jestem głupi – burknął Infernum, naśladując gest Isy i Infinite. Zrobił to jednak dość niedbale i szybko.
– Kim jesteś? – zapytał nieco za głośno Dan.
– Jestem Infernum. Moja wataha zginęła w pożarze, który wywołałem, a który zniknął. Ale to prawda! Mogę dołączyć do twojej watahy?
Wypowiedź Infernum zdumiała jeszcze bardziej Dana. Powiedział to jednym ciągiem, zupełnie bez wahania. Posłał pytające spojrzenie Infinite, ale ten tylko wzruszył ramionami. Isa zaś całkowicie pochłonięta była powstrzymywaniem uśmiechu na pysku.
– Możesz – powiedział po chwili wahania Dan – Infinite i Ismanise pokażą ci tereny. Nie ma tego dużo, ale jednak coś...
– Ok – odparł Infernum, niemal wchodząc mu w słowo. Odwrócił się natychmiast tyłem do Dana. Patrzył gniewnie w kierunku Infinite, czego już nie widział dziadek Isy.
– To... chodźmy – rzekł Infinite z dość koślawym uśmiechem na pysku. Dan zaś nadal wyglądał na kompletnie zbitego z tropu.
– Co byś chciał zobaczyć jako pierwsze? – zapytał Infinite, kiedy już nieco się oddalili.
– A co macie najciekawszego? – odparował bez cienia zainteresowania Infernum.
– Chcesz zobaczyć rafę koralową? To dobra okazja, żeby cię... 
– Nie, Isa, nie – potrząsnął głową Infinite. Cały zapał z Isy nagle wyparował – Mamy zrobić dobre wrażenie, a nie straszyć nowych.
Isa westchnęła.
– Tak naprawdę to obecnie głównie możemy się poruszać po plaży i skraju dżungli. Nasze ekipy zwiadowcze nadal badają tereny, czy aby na pewno są bezpieczne dla reszty stada. Nie wiemy kiedy się skończą, ale dostępne miejsca powinny się zwiększać z miesiąca na miesiąc. Póki co trochę się nudzimy. Głownie się kąpiemy w morzu, uczymy się, chodzimy w tą i z powrotem i zbieramy to, co znajdziemy w dżungli. To co mamy, to jest to, co masz teraz w zasięgu wzroku. Tak naprawdę nie ma do końca po czym oprowadzać.
Infinite słuchał Isy, kiwając głową. Szli wzdłuż brzegu morza.
Słońce już niemal całkowicie zaszło. Ich sylwetki rzucały długie cienie na już chłodnący piasek. Isę znowu zaczynało ogarniać znużenie.

<Infernum?>

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Od Infernum "Moja historia" cz. 3 (cd. Infinite/Ismanise)

Luty 2026 r.
Te wilki były dziwne. Jakim cudem ten cały Infinite zgasił mój ogień? Byłem silny, dopiero co podpaliłem całą dżunglę, a tu byle wilczek zgasił mnie calkowicie. Musiał być silniejszy. Ta cała Ismanise też nie była fajna. Wredna i niemiła. Czy tak czuły się wilki, które rozmawiały ze mną...? Może, ale nie miało to znaczenia.
W końcu postawili mi utilmatum - dołączę do watahy, albo się wynoszę. Chciałem sobie pójść. Wolałem samotność, poza tym ich słowa bolały mnie w środku. Nie chciałem być z nimi w jednej watasze.
Oni siedzieli na dupach, kiedy ja zwiedzałem cała dżungle wraz ze swoja watahą. (Która teraz nie żyje...) Znowu wypeniła mnie wsciekłość. Zapłonąłem ogniem, a Infinite znowu mnie zgasił. Głupi szczeniak.
Warknalem ostzegawczo:
- Przestań mnie gasić. Nie potrzebuję nikomu o tym gadać.
Chciałem dodać, że nie muszę też dołaczać do ich watahy, ale pewna myśl mnie powstrzymała. Mogłbym zostać ich Alfą i im rozkazywać! Wtedy może ta wataha byla bardziej porządna i przypominała moją. Byłem genialny!
- Dołączę - zdecydowałem, a Infinite usmiechnął się.
- Liczyłam, że sobie pójdziesz - powiedziała Ismanise.
- To masz pecha - uśmiechnąłem się paskudnie - Gdzie te wasze Alfy?
Wilki zaprowadzily mnie do jakiegos dużego wilka. Budził szacunek swoim wyglądem.
- To Alfa - powiedział Infinite.
- Lepiej okaż mu należny mu szacunek - warknęła Ismanise
- Nie jestem głupi - burknąłem.
- Kim jesteś? - zapytał Alfa.
- Jestem Infernum. Moja wataha zginęła w pożarze, który wywołałem, a ktory zniknął. Ale to prawda! Mogę dołączyć do twojej watahy?
Alfa zastanowił się. Wyglądał naprawdę groźnie i nawet ja się troche wystraszyłem. Ugryzłem się w wargę. Dobrze, że nie powiedziałem, ze chce zostac Alfą, bo wyrzuciłby mnie na zbity pysk jak nic.
- Możesz - powiedział - Infinite i Ismanise pokażą ci tereny. Nie ma tego dużo, ale jednak coś...
- Ok.

Ismanise lub Infinite?

Uwagi: Te same błędy związane z tytułem (tym razem brakuje w nim znaków interpunkcyjnych i pisany był Caps Lockiem, choć nie powinien - reszta jest w porządku) i brakiem daty. Nadal nie ma też polskich znaków. Zastrzegam, że jeśli nie będzie poprawy, mam prawo do nieprzyjmowania opowiadań i żądania poprawek od Ciebie.
Pamiętaj, że to są wilki, zatem jako ogół postaci mówimy jako o wilkach, a nie o ludziach. "Powstrzymać" piszemy przez "rz". "Alfa" piszemy po polsku, a nie przez "ph". "Porządna" piszemy przez "rz". "Okaż" piszemy przez "ż". "Możesz" piszemy przez "ż". "Pokażą" piszemy przez "ż".
Alfa WMK jest dość szczupły i kościsty. Wygląda raczej jak nastolatek, niż budzący grozę przywódca.

Od Eterny "Zazdrość" cz. 1

Luty 2026 r.
Gdy Eterna otworzyła oczy, było zupełnie cicho. W pierwszej chwili pomyślała, że to nadal sen. Dopiero po chwili do jej uszu dobiegł szum morza. To chyba jednak nie był sen. W następnej kolejności dotarł do niej szelest krzątającego się Kai'ego, który szykował materiały do dzisiejszych zajęć.
– Masz lekcje z moją grupą czy młodszą? – wymruczała, nadal zaspana. Poprzedniego dnia Kai zabrał ją na spacer. Zdecydowanie zbyt długi spacer.
– Młodszą – odparł odrobinę rozbawiony – Wciąż nie pamiętasz swojego planu lekcji?
– Niezbyt – oznajmiła, przewróciwszy się na bok. Do tej pory z jakiegoś powodu leżała na plecach z łapami uniesionymi w górę.
– Bardzo dobra pozycja do spania – skomentował Kai – Dzięki temu nie będziesz miała aż tak zdrętwiałych łap dzisiaj.
– Ale zmęczona jestem nadal – westchnęła, wstając i otrzepując się z jasnożółtego piasku.
– Masz mi to za złe? – zapytał zatroskany. Rozmawiali ze sobą szeptem, aby nie wybudzić reszty watahy.
– Może trochę... Po prostu przeraża mnie trochę myśl o dzisiejszej lekcji sztuk walki. Pewnie znowu Dannan będzie nas dręczył.
– Mogę dać ci zwolnienie z ćwiczeń. Chcesz?
– Nie – potrząsnęła głową – Trzeba sobie radzić w niesprzyjających warunkach.
Kai wyglądał na usatysfakcjonowanego taką odpowiedzią.
– Bardzo dobrze. Może nauczysz się czegoś nauczysz... Sztuki walki to bardzo ważna lekcja.
– Wiem. Jak niemal każda inna lekcja – Skinęła głową – W takim razie pamiętasz może od jakiej zaczynam?
– Polowania – odpowiedział z drobnym rozbawieniem. Zabrał jakąś książkę z pysk i wyszedł na sam środek plaży. Eterna zza krzaków obserwowała, jak jej przybrany tata wertuje księgę i zaczyna coś czytać.
Wtedy zza krzaków wyłoniła się jakaś drobna sylwetka, a zaraz potem kolejna. Było to rodzeństwo. Mieli bardzo dziwne imiona, ale Eterna nie była pewna, jakie dokładnie. Nie rozmawiali nigdy ze sobą. Wiedziała tylko tyle, że byli w młodszej grupie. Ich rodzice często rozmawiali z tatą Mortimera.
Pomagali Kai'emu (czy też może przeszkadzali), zagadując go. Nie miał serca, aby mówić innym wprost jeśli mu wadzą, więc Eterna nigdy nie była pewna. Z uśmiechem coś im opowiadał, więc domyśliła się, że tym razem raczej nie byli niechcianym towarzystwem.
Uwagę Eterny szczególnie przykuła postać wadery. Była naprawdę ładna. Miała rude falowane włosy i estetycznie kropkowane miękkie futro. Eterna poczuła ukłucie zazdrości. Niemrawo przypomniała sobie również, że od czasu do czasu wadera ta rozmawiała z Mortimerem. Widziała ją jednak z naprawdę daleka, zatem nigdy nie zdołała się jej przyjrzeć. Nie sądziła, że była tak ładna. Dużo ładniejsza od Eterny.
– Masz zamiar się tak gapić czy pomożesz mi, tak jak oni pomagają staruszkowi? – syknęła nagle Yuki. Eterna odskoczyła. Nie spodziewała się jej tam.
– W czym?
– Idź po nożyki. Bezumstvo powinien jakieś mieć – powiedziała. Eterna wyczuła niechęć bijącą od Yuki.
– Już idę – oświadczyła cicho, po czym truchtem ruszyła w kierunku jamy między kamieniem a piaskiem. To właśnie tam Bezumstvo postanowił zamieszkać tuż po przeprowadzce. Dzieciaki lubiły mu tę jamę zasypywać piaskiem i wślizgiwać się do środka. Reagował zawsze strasznie emocjonalnie, ale nie robił im krzywdy, więc stanowiło to nie lada rozrywkę wśród maluchów.
Dotarcie tam zajęło Eternie dobry kwadrans. Zatrzymała się na samym krańcu dołu, a po chwili wahania zawołała nieśmiało:
– Halo?
– Czego?!
– Pani Yuki prosi o nożyk do lekcji polowań.
Bezumstvo wymamrotał coś pod nosem tym swoim skrzekliwym głosem. Potem z dołu wysunął się czubek jego pyska. W zębach błysnął nożyk, który podrzucił tuż pod jej łapy. Zaraz potem dołożył kolejny i kolejny.
– Dziękuję!
Każdy kontakt z Bezumstvo wprawiał ją w specyficzny stan. Truchtając z powrotem w kierunku Yuki aż otrząsnęła się ze wspomnienia tej krótkiej wymiany zdań z nim. Nie bała się go, ale... wprawiał ją w jakiś niepokój. Chyba każdego.
Z zadumy wytrącił ją widok nie zbierającej się powoli grupy, a krzątającej się przy Mortim wadery o dziwnym imieniu. Zacisnęła zęby na ostrzu noża tak mocno, że aż ją zabolały. Niewiele brakowało, a przecięłaby sobie kącik ust.

<C.D.N.>