piątek, 7 sierpnia 2020

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 2


Grudzień 2026
Te dwa duże cienie tylko siedzą i buczą. Najpierw jeden, potem drugi. Ciekawe po co i na co...
– Nie miałam ostatnio okazji do treningu z żywiołem, wiesz o tym – oznajmił mój ulubiony głos.
– Nie o to pytam... – mruknął ten niski. – Pytałem, czy m y ś l i s z, że będzie lepiej.
– Nie dowiem się, dopóki nie sprawdzę. Sam mówiłeś mi, że nie lubisz gdybać.
– Dobra, przepraszam... po prostu się martwię... – zadudnił ten drugi.
– Na razie chyba nie ma o co. Nie używam magii i jest okej – Mój ulubiony głos znów brzmiał smutno. Nie tak smutno, jak ostatnio, ale jednak.
Ciekawe, co mogło się stać. Ja na pewno nie miałam na to wpływu; nadal siedziałam pod Białym Puchem. Dzisiaj był bardzo spokojny.
– To takie dziwne, Crane... Całe życie spędziłam z jednym żywiołem. U innych wilków też jest tak, że chociaż chcą użyć jednego, przypadkiem uaktywnia się drugi?
– Różnie to bywa – odparł niski głos. – Ja nie mam tego problemu, ale moje żywioły są bardzo podobne do siebie. Granica między jednym, a drugim trochę się zaciera...
Usłyszałam głośne, podłużne westchnięcie. Przez chwilę myślałam, że zwieje ono ze mnie Biały Puch. Dla pewności postanowiłam złapać jego część w pyszczek. Smakował tak samo, jak to kolorowe coś, ale mniej uwierał. Bardzo ciekawe...
– Na pewno damy sobie radę, moja droga – kontynuował niski głos. – Jak to powiedziała Torance..? "Nie ma problemów zbyt trudnych."
– Heh... Tak... Najgorsze w sumie za nami – odparł mój ulubiony ton. – Jak Firia podrośnie, będę znów ćwiczyć z moimi... dwoma żywiołami – ostatni pomruk brzmiał dość nienaturalnie. Ciekawe dlaczego.
Może jednak powinnam sprawdzić, co się dzieje. Kto wie, może lodowaty wicher zniknął? A może rudy cień znów go zablokuje?
Wysunęłam niepewnie nos spod Białego Puchu. Zapachy te same, co zawsze. Nie zauważałam jednak wiatru; chyba jest bezpiecznie. Wystawiłam powoli całą głowę, potem uszy, w końcu wyszłam cała. Nie powiem, że na zewnątrz było idealnie, ale zdecydowanie lepiej, niż ostatnio. Niepewnie ruszyłam naprzód.
Nagle ziemia się zatrzęsła. Nad moją głową rozległ się przerażający, obcy głos.
– Och, jaka ona śliczna...
Natychmiast zaczęłam się wycofywać. Pod Puch, pod Puch!!!
– Miło cię znów widzieć, Leah. I ciebie, Silee – O dziwo mój ulubiony ton nie brzmiał na przerażonego. Ja jednak wolałam nie ryzykować i wróciłam do bezpiecznej kryjówki. Tutaj mnie nie znajdą!
– Dzień dobry, ciociu... – O nie, jest ich więcej!!!
Co robić, co robić? Złapałam mocno Biały Puch; teraz absolutnie nie mogłam pozwolić mu na ucieczkę. To jedyny ratunek!
– Wybaczcie... Firia jest trochę nieśmiała – mruknął mój ulubiony głos.
Postanowiłam, że najlepszą strategią będzie się w ogóle nie ruszać. Nagle Biały Puch zadrżał. O nie, nie, nie! Masz zostać na swoim miejscu!
– Może lepiej, jak wrócimy trochę później... – znów odezwał się pierwszy z obcych głosów.
– Za parę godzin mała zgłodnieje – odpowiedział dobrze mi znany, niski ton. Może próbował je przegonić? Nie miałabym nic przeciwko.
– Ciekawe, jak Ting by zareagował na fakt, że nazywasz ją "małą", skoro to Morgana zawsze tytułował "Małym" – kontynuował tamten głos. Im dłużej go słuchałam, tym mniej się bałam. Może na dłuższą metę nie jest taki zły...
W tym momencie na chwilę zapanowała cisza. To było podejrzane...
– Jakieś wieści? – dopytał ten sam głos.
– Nadal nic – odparł krótko mój ulubiony.

<C. D. N.>

Uwagi: brak. 

Zdobyto: 29 czerwonych⎹ 25 pomarańczowych⎹ 28 zielonych⎹ 16 niebieskich⎹ 23 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków

czwartek, 6 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 4


Listopad 2025
Widziałam go wyraźnie. Jego sylwetka sprawiała wrażenie nieco większej, niż zapamiętałam. Wyglądało to, jakby tworzący połowę jego ciała lód stał się grubszy. Na pewno w kilku miejscach wyrastały z niego nowe, ostre sople. Odrobinę przypominały zjeżoną sierść. Freeze trzymał jedną łapę na pobliskim drzewie. Przelewając w nie energię magiczną, sprawiał, że powoli zamarzało od środka. Nie rozumiałam celu tej czynności; jej wykonawca nie wyglądał na kogoś, kto szukałby głupiej rozrywki.
Kawałek dalej siedziała Strażniczka Burzy; cicho zbierała resztki mięsa ze szkieletu jakiegoś zwierzęcia. Nic nie wskazywało na to, iż którekolwiek z nich zauważyło, że są obserwowani.
Zaczęłam uważnie oglądać otoczenie. Wspomniana dwójka zrobiła postój w gęstym lesie; podobnym raczej do tych otaczających mój dawny dom. Nie mogłam jednak rozpoznać żadnego z gatunków rosnących tutaj drzew.
Wizja trwała dosyć długo, ale nie dała oczekiwanego efektu. Kiedy przed moimi oczami znów pojawiła się znajoma plaża, zrozumiałam, na czym polegał mój błąd. Zażyczyłam sobie z o b a c z y ć, gdzie są. Powinnam była powiedzieć, że chcę w i e d z i e ć, gdzie są. Nie chciałam jednak marnować kolejnego życzenia z Wilczego Pazura. Nawet nie wiem, ile ich jeszcze mam. A jeśli okażą się być potrzebne w innej, o wiele gorszej sytuacji?
Zauważyłam, że powoli wstawał już świt. Nie miałam dzisiaj porannego patrolu, ale i tak nie poszłam dalej spać. Wiedziałam, że nie dam już rady zasnąć.
Kolejny dzień przyniósł ze sobą czyste niebo, niewiele wiatru i delikatny szum morza. Crane zostawił u mnie Morgana o tej samej porze, co zwykle. Pewnie zauważył, że jestem dziś wyjątkowo zmęczona, ale w żaden sposób tego nie skomentował. Jedynie Morgan posyłał mi zatroskane spojrzenia.
Tego dnia odkryłam, że w falującym morzu było coś wyjątkowo uspokajającego. Spędziłam na śledzeniu pojawiających się i znikających słupów piany więcej czasu, niż bym się po sobie spodziewała. Niestety to nadal nie wymazywało to z mojej głowy wszystkich obaw. Wrażenie spokoju był tylko tymczasowe.
– Mamo? – usłyszałam nagle.
Odwróciłam głowę w stronę siedzącego nieopodal Morgana.
– Pytałem, co myślisz. – Maluch wskazał łapką swoje dzieło. Było to kilka nierówności usypanych z mokrego piasku. Mój podopieczny przyozdobił je kamykami i patyczkami. – Robiliśmy dziś takie na lekcjach. To płaskorzeźba – pochwalił się nowym słowem.
– Ładna... bardzo ładna.
– Źle się czujesz, mamo? – spytał wreszcie Morgan. Mój wyjątkowy brak entuzjazmu odnośnie jego artystycznych osiągnięć zaniepokoił go jeszcze bardziej.
– Nie jestem chora, jeśli o to się martwisz – Wygięłam kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
– Ale... wyglądasz, jakbyś się czymś martwiła – mruknął nieśmiało szczeniak.
Westchnęłam. Męczyły mnie już te ciągłe pytania, co ze mną, co mnie boli, co mnie dręczy. Miałam przecież powody by niczego nie tłumaczyć. Od jakiegoś czasu zaczęłam się naprawdę obawiać, co mogłyby podyktować Tingowi Zasady Strażnika. Nie miał ich spisanych w żadnej książce; podobno niektórych reguł sam nie był w stanie ponazywać, a co dopiero wymienić. Pewnie byłoby to podobne do wymienienia z pamięci wszystkich swoich czynności życiowych. Robisz to wszystko od małego, a jednak nazwy poznajesz później albo wcale. A podobno dla Tinga obrona Wichury, to odruchy bezwarunkowe.
– Mamo? Możesz mi powiedzieć, nikomu nic nie powiem – zapewnił Morgan, jakby czytał mi w myślach.
– To trudne, mój drogi...
– Tak jak twoja wczorajsza kłótnia z tatą..? – Szczeniak opuścił uszka.
– Nie, to nie ma związku z tatą – Pokręciłam głową. – Z tatą się pogodziłam już wczoraj wieczorem.
– Naprawdę? Super! Więc dlatego tata był dziś taki wesoły.
– Na to wychodzi – mruknęłam.
– To może... pójdziemy coś zjeść, mamo? – Morgan nagle zmienił temat.
Wtedy przypomniałam sobie, że zwykle o tej porze jedliśmy coś na kształt drugiego śniadania. Wiedziałam, że jestem dziś zmęczona i rozkojarzona, ale nie sądziłam, że aż tak. Od razu wstałam z miejsca i przedstawiłam Morganowi dostępne opcje:
– Chciałbyś kokosa, banana? Może rybę albo małże?
Morgan skrzywił się lekko. Nigdy nie uważał tych ostatnich za apetyczne. Ja jednak wierzyłam, że gdyby nauczył się nie zwracać uwagi na wygląd tych stworzonek, mógłby naprawdę polubić ich smak.
– No to jaka będzie decyzja?
– A gdybyśmy... – wilczek zawahał się. – Znów pożyczyli od taty ten naszyjnik na pożywienie?
– Nie. Dziś nie. – Westchnęłam.
Chyba nie chciałam wiedzieć, co jeszcze mogę znaleźć w koszu z manatkami Crane'a. Wszystko przecież zaczęło się od tej jednej butelki. Liczyłam, że mój znajomy nie ma więcej sekretów tego typu, ale wolałam na razie nie kusić losu i oszczędzić sobie kolejnych potencjalnych zmartwień.
– To co z... zająciem?
– Zającem – poprawiłam Morgana. – Spróbujesz go innym razem. Na pewno będzie okazja.
Szczeniak mruknął coś pod nosem zawiedziony. W międzyczasie zauważył, że jeden z patyczków spadł z jego płaskorzeźby i uszkodził jej inny element. Tak więc Morgan przysiadł znów nad swoim dziełem, by je naprawić. Dopiero stojąc zrozumiałam, że przedstawiało to wilka goniącego rybę. Pewnie Morgan usłyszał na lekcji opowieść o polowaniach na dużą zwierzynę, ale nie znał niczego, co mogłoby być celem pościgu, więc umieścił w tym miejscu rybę. Sprytne i w sumie oczywiste rozwiązanie. Przynajmniej z perspektywy szczenięcia, które pamięta tylko te tereny.
Kiedy Morgan skończył naprawiać swoją płaskorzeźbę, zdecydowaliśmy, że pójdziemy na kokosy. Bo czemu miałabym odmawiać szczeniakowi jego ulubionego przysmaku? Pewnie byłoby mi wygodniej, gdybym mogła w międzyczasie znaleźć coś do jedzenia dla samej siebie, ale potrzeby Morgana są ważniejsze. Też warto mieć na uwadze, że tego dnia nie miałam zbyt wielkiego apetytu. Myślami wciąż wracałam do widoku, który pokazał mi Wilczy Pazur.
Żałowałam, że Medalion Wizji nie dawał bardziej pewnych obrazów. Wtedy bym się nie martwiła o zużywanie życzeń i zadawanie sobie pytania, czy to co widziałam jest prawdą, a nie tylko jakąś możliwą wersją przyszłości. Szkoda, że nie ma sposobu, by użyć na Medalionie Wizji Naszyjnika Prawdy.
– Mamo, masz jeszcze jakieś historie o dawnych terenach watahy? – zapytał Morgan, kiedy skończył jeść swojego kokosa. Chyba długo trzymał to pytanie w głowie; podejrzewam, że nie chciał odzywać się z pełnym pyszczkiem.
– Myślisz, że jestem w stanie powiedzieć ci o nich więcej niż nauczyciele? – Użyłam mocy wiatru, by odgarnąć gdzieś w gąszcz zielone łupiny kokosów.
– Nie wiem... ale niektóre ich lekcje są strasznie nudne... – mruknął mój podopieczny. – Tylko nikomu nie mów, że tak powiedziałem – dodał szybko.
– Obiecuję, nic nie powiem – Ceremonialnie położyłam łapę na piersi. Morganowi spodobał się ten gest.
Jestem pewna, że obecność tego malca bardzo mi pomogła przejść przez większość dzisiejszego dnia. Opieka nad nim zapewniała mi konkretne zajęcia, jak choćby zdobycie tego kokosa. Morgan też często zagadywał mnie, jeszcze skuteczniej odciągając moje myśli od Freeze'a, Zasad Strażników, czy sekretów Crane'a.

Koniec listopada 2025
– Cześć tata! – zawołał Morgan, dopadając swojego rodzica. Crane starym zwyczajem sprawdził, czy maluch nadal ma wszystkie cztery łapy. Dziś jednak robił to spokojniej, niż parę miesięcy temu.
– Pójdziemy na występy, prawda? – spytał maluch, spoglądając raz na mnie, raz na swojego tatę.
– O ile mi wiadomo, nasze plany się nie zmieniły – mruknął Crane. – Prawda? – Też skierował wzrok w moją stronę.
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Dziś pierwszy raz od dawna artyści z naszej watahy organizują koncert. Podobno niektórzy z muzyków wykorzystają wykonane tu na miejscu instrumenty. Jednak najbardziej interesowało mnie, jak zaśpiewa Misty; podobno chciała zaprezentować swoją nową piosenkę. Miałam szczerą nadzieję, że występ ubogacą jakieś efekty świetlne; pięknie prezentowałyby się na tle ciemniejącego nieba.
Słyszałam, jak kilka wilków mówiło, że trzeba będzie wszystko odwołać, bo na pewno przyjdzie burza. Jednak artyści i wytęskniona publika nie słuchała tych paranoików.
Już chciałam ruszyć z Crane'm i Morganem w kierunku klifu, ale nagle usłyszałam głos Tinga:
– Plany uległy zmianie. Muszę pogadać z Pierzastą.
Wspomniana dwójka zatrzymała się wpół kroku. Odwróciłam głowę w stronę odmieńca.
– Przepraszam? Nie możesz z tym poczekać?
– Nie mogę – rzucił Ting.
– Jakbyś nie zauważył, chcę zdążyć na koncert.
Kątem oka zobaczyłam, jak Crane pokazał Morganowi, że ma iść dalej. Wyglądało na to, iż już uznał tę dyskusję za przegraną. Maluch nie wyglądał na pocieszonego, ale nie chciał głośno protestować.
– Pierzasta... – Ton Tinga nie łagodniał.
Zmarszczyłam czoło.
– Idę z nimi. Porozmawiamy później – Odwróciłam się od odmieńca.
Strażnik Wichury wyskoczył przede mnie.
– Mam dość czekania, Pierzasta.
Spróbowałam go wyminąć, ale on skutecznie zachodził mi drogę.
– Przestań! – warknęłam.
– Naprawdę musimy pomówić – powtórzył z naciskiem Ting.
Wypuściłam głośno powietrze. Strasznie mnie zdenerwowało jego natręctwo. Zrozumiałam, że tylko tracę czas.
– Dobra, wygrałeś. O czym chcesz rozmawiać? – rzuciłam.
– Kim jest wilk o połowie ciała z lodu?
Zesztywniałam. Po raz kolejny poczułam, jak po moim grzbiecie przebiega nieprzyjemny chłód.
D...dowiedział się. Dowiedział się!
Wykonałam parę kroków w tył.
– Pierzasta?
Natychmiast uformowałam skrzydła i odbiłam się od ziemi. Szybko nabierałam prędkości, również wysokości. Po chwili jednak zauważyłam, że niosę ze sobą jakiś dodatkowy ciężar. Strażnik zdołał uczepić się mojej torby tuż przed startem. Coś krzyczał, ale nie mogłam zrozumieć przekazu. Wykonałam pełen obrót, by zrzucić odmieńca. Nic mi to nie dało; jego pazury zbyt mocno trzymały się materiału. Niewiele myśląc, sięgnęłam do paska utrzymującego torbę przy moim boku. Jednym szarpnięciem wyciągnęłam go z klamry. Skórzany worek poleciał bezwładnie w stronę ziemi. Niestety do tego czasu szpony odmieńca schwyciły moją sierść. Zaczęłam znów szaleńczo wirować w powietrzu. Nie skontrolowałam, że wciąż wzlatywałam coraz wyżej.
Nic nie przynosiło oczekiwanych efektów. Odmieniec nadal trzymał się blisko mnie. Spróbowałam przywołać więcej wichru, by schwycić nim Strażnika. Bez skutku. Stres nie był moim sprzymierzeńcem, jeśli w grę wchodziła magia. W akcie desperacji zaczęłam lecieć pionowo w górę. Liczyłam, że wkrótce grawitacja uwolni mnie od szponów odmieńca. Wciąż nie zwalniałam.
Nagle świat dookoła zaczął znikać. Jakby nagle zakryła go gęsta, bura mgła. Nie zastanawiałam się nad tym; zbyt przerażał mnie fakt, że nadal miałam na grzbiecie śmiertelnie niebezpieczne stworzenie. Wtem gdzieś w oddali zaszumiał grzmot. Zbyt późno zrozumiałam, gdzie się znaleźliśmy.
Oślepiło mnie jasne światło. Nie minęła sekunda, nim dołączył do niego straszliwy huk. Zupełnie jakby tuż przede mną wybuchł wulkan. Ten dźwięk przeszył mnie całą; rozerwał bębenki w uszach i unieruchomił wszystkie członki. Usłyszałam podłużny pisk, a potem była tylko cisza i ciemność.
A potem wicher. Nie taki, nad którym miałabym kontrolę. Wicher wiejący od dołu. Jakby sam z siebie próbował unieść ciało spadającego bezwładnie wilka.
To naprawdę miło z jego strony...
Uchyliłam oczy. W uszach nadal mi dzwoniło, a po ciele rozchodziło się nieprzyjemne mrowienie. Zamrugałam. Spod moich powiek uciekło kilka łez. Poleciały ku górze.
Nade mną była tylko bura mgła. Natomiast pode mną zaczynała jawić się granatowa toń morza. Dopiero wtedy zrozumiałam, że spadam. Pamiętam, jak długo leciałam w dniu, w którym zostałam zrzucona ze szczytu góry. Tym razem byłam jeszcze wyżej. Usłyszałam nerwowe kołatanie własnego serca. Spróbowałam przywołać wicher, by uformować z niego skrzydła. Bez powodzenia.
Bura mgła z chmur zaczęła się przerzedzać. Wtedy dostrzegłam, że parę metrów ode mnie był Ting. On także leciał bezwładnie w kierunku morza. Jednak mój towarzysz nie miał na sobie Medalionu Nieśmiertelności i nie odzyskiwał przytomności. Co ja narobiłam...
Skupiłam wszystkie siły na tym, by użyć swojego żywiołu. Chciałam za wszelką cenę znaleźć się bliżej Tinga.
Jak mogłam być tak głupia? Jak mogłam dopuścić do tej sytuacji? Tak niewiele wystarczyło, bym założyła, że przyszedł ze mną walczyć. Że przyszedł, żeby...
Wyciągnęłam głowę w stronę odmieńca. Udało mi się złapać w zęby jego pióropusz. Przyciągnęłam Tinga do siebie i objęłam łapami. Spod mgły pod nami wyłaniał się coraz intensywniejszy kolor wody. Zacisnęłam oczy, by znów użyć magii i sprowadzić wicher. Chciałam uformować skrzydła, ale nic z tego nie wyszło. Postanowiłam więc nakierować wiatr tak, by chociaż odrobinę nas spowolnić. Nie wiem na ile to pomogło. Po prostu nie chciałam sobie pozwolić na bezczynność.
Kiedy woda była już niebezpiecznie blisko, obróciłam się, by osłonić Tinga przed uderzeniem w morskie fale. Przynajmniej tyle mogłam jeszcze zrobić.
Nie pamiętam momentu zetknięcia się z wodą. Pamiętam mrok przed oczami.
***
– Co się stało? Widziałeś coś? – odezwał się Pierwszy Głos.
– Widziałem tylko jak spadają – odparł mu Drugi.
– Ona w ogóle żyje? – przestraszył się Pierwszy.
– Odsunąć się, Ellamaria przyszła! – syknęła Cess.
Szelest łap na piasku. Szmer pazurów ocierających się o metal wisiorka.
– Jej nie mogę już bardziej pomóc. Ma Medalion Nieśmiertelności. Wkrótce sama się obudzi.
– A co z tym jej towarzyszem? – spytał Pierwszy.
– Nie wiem. Nie znam się na odmieńcach.
– Jemu też musisz jakoś pomóc! – jęknął.
– Z drogi! – wybrzmiał nowy, niski głos.
– Hej, uważaj z tymi kolcami!
– Powiedziałem z drogi, Granatowy! – warknął Baldor.
Kolejne szmery i szelesty. Potem wszystko stopniowo cichło.
***
Kolejną rzeczą, którą pamiętam było jasne światło słoneczne. Było to dość dziwne, skoro ostatnią rzeczą, którą pamiętałam, były ciemne chmury. Ujrzałam leżącą przy sobie torbę. Jej klapa była niedomknięta, a jeden koniec paska był odpięty.
Czyżbym znów miała zły sen?
Nagle poczułam jakiś znajomy zapach. Coś, co pachniało prawie jak dom. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to rumianek. Zamrugałam oczami. Przede mną stał kubek ozdobiony psimi łapkami i napisem "I wuff coffee". Cokolwiek ta fraza oznaczała.
Podniosłam głowę. Zobaczyłam przed sobą Baldora.
– S...skąd wziąłeś rumianek? – Nie pytałam o samo naczynie, jego pochodzenie pamiętałam.
– Podobno dała go wam Kawiarka.
– Kto..? – zmrużyłam oczy. Nadal nie mogłam zebrać myśli. Huczało mi w głowie i brzęczało w uszach.
– Wadera, która opiekowała się twoją Babcią.
Zacisnęłam powieki. Jak ona miała na imię... jak ona miała...
– Haslaye? Ona... nie jest kawiarką... – mruknęłam, przysuwając się do kubka.
– Ale podobno spełniła rolę podobną do kawiarki, jak tam byliście...
Pociągnęłam nieśmiało łyk z kubka. Powoli przypominałam sobie, co się stało. Mieliśmy iść na koncerty, a potem przyszedł do nas...
– Ting! – zerwałam się z miejsca. Wszystko wirowało mi przed oczami, ale utrzymałam się na nogach. – Baldor, gdzie jest Ting? Co z nim?!
– Jest cały... – odparł spokojnie kolczasty odmieniec. – Okazało się, że miał jeszcze dość swojego eliksiru... – Wyciągnął spod zbroi pustą fiolkę.
Przypomniałam sobie, o tych eliksirach, które mieli Strażnicy. Natychmiast działały na różne obrażenia; złamania i nie tylko. Zrobiło mi się nieco lżej na sercu, ale tylko przez chwilę. Przysiadłam na ziemi.
– Gdzie on jest teraz?
– Nie wiem... Powiedział mi tylko, że będzie ci łatwiej, jeśli zobaczysz po przebudzeniu kogoś innego.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 152 czerwonych⎹ 266 pomarańczowych⎹ 293 zielonych⎹ 228 niebieskich⎹ 209 granatowych⎹ 281 fioletowych⎹ 88 różowych odłamków

środa, 5 sierpnia 2020

Od Violi "Wspaniałe podróże wspaniałego podróżnika" cz. 1

Grudzień 2026
„Głęboko, wśród mroku gęstej dżungli, przedzierałam się ja - Wielka Podróżniczka z Rodu Podróżników, Poszukiwaczka Przygód nad Poszukiwaczami Przygód. Nie straszny mi chód czy gorąca, wielkie potwory czy dzikie zwierzęta. W pogoni za sławą i bogactwem dotarłam na nieznane mi dotąd tereny. Szum drzew i śpiew ptaków dawały złudne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Doskonale znam te sztuczki, iluzje za którymi kryje się szczerząca kły i szpony, iście zabójcza Natura. Taki zaprawiony w bojach łowca jak ja nie da się tak szybko nastraszyć...”
Nagły trzask suchej gałęzi wytrącił mnie z mojego podniosłego monologu. Rozejrzałam się nerwowo dookoła, pewna, że zaraz zginę. Serce zaczęło mi bić mocniej. Zapadła cisza, jedynie co słyszałam to dudnienie w uszach od przyspieszonego tętna. Ruszyłam dalej, oglądając się za siebie. „ Nie da... nie da... em... nastraszyć. Tak, nieustraszona Viola nie da się tak łatwo pokonać dziwnym, nieznanym odgłosom... w nieznanym miejscu. Żadne niebezpieczeństwo nie jest mi... straszne.”
Poczułam, jak coś pociągnęło mnie za ogon. Poskoczyłam z wrzaskiem i w panice pobiegłam na oślep przed siebie. Coś mnie goniło. Wielkie, ogromne bydle. Czułam jego oddech na swoim karku, nawet nie próbowałam odwracać się. Ze strachu serce prawie wyskoczyło mi z piersi.
Zaczęłam potykać się o własne pióra. Zaraz, pióra? Nawet nie zauważyłam, kiedy zmieniłam formę. Wymachując skrzydłami, biegłam dalej; w końcu na szali było moje życie. Gnałabym tak jeszcze długo, gdybym nie wpadła do wielkiego rowu. Desperacko próbowałam wydostać się z niego, ale drobne ptasie pazurki i skrzydełka nie pomagały. To już koniec. Przycupnęłam za drobnym kamieniem. Zamknęłam oczy, wtulając się w zimna ścianę skały.
- Proszę niech ten potwor będzie ślepy. 

<C. D. N.>

Uwagi: Jak mówiłam, mam wrażenie, że momentami używałaś entera zamiast spacji. Kiedy coś wymieniasz według wzoru "coś czy coś", przecinek jest zbędny. 


Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 1

Grudzień 2026
Biały Puch, pod którym leżałam, nagle się przesunął. Z góry zaczęło padać na mnie rażące światło, ale nie to było najgorszą konsekwencją tej zmiany. Znów zaatakował ten straszliwy, zimny wiatr. Z mojego pyszczka wydobył się cichy pisk. Czym prędzej wywęszyłam wspomniane wcześniej okrycie i wróciłam pod nie. Tutaj zawsze było najwygodniej, najlepiej, a przede wszystkim, najcieplej.
– Chyba jednak woli zostać pod twoim ogonem – zadudnił niski głos.
– Tylko sprawdzałam, czy nadal tam jest – odparł drugi, o wiele milszy dla uszu.
Wtuliłam się w Biały Puch. Co mogłabym zrobić, żeby nigdy ode mnie nie uciekał? Nieraz zachowywał się, jakby wcale nie należał do mnie. A przecież bez niego na pewno bym zamarzła!
– Już się obudziła? – Do pozostałych dołączył nowy głos. Ten słyszałam najrzadziej, ale też brzmiał całkiem miło.
– Tak, ale pewnie nie na długo...
Biały puch po raz kolejny się przesunął. Tym razem wystawił na wiatr tylko moją główkę, ale to i tak było za wiele. Znów zapiszczałam. Tym razem moje okrycie zareagowało i posłusznie wróciło na swoje miejsce. Więc piski faktycznie działały!
– Ale ona kapryśna – zaśmiał się cicho najmilszy głos.
Nagle poczułam nieprzyjemny ścisk w brzuchu. To zawsze oznaczało, że muszę wyjść spod puchu, żeby znaleźć jedzenie. Nie powiem, lubiłam czas posiłku, ale nie znosiłam zimna. Czemu ten świat jest taki trudny?
Wysunęłam nos spod białej kity. Od razu sięgnął go zimny wiatr. Zamruczałam niezadowolona.
– Głodna? – po raz kolejny usłyszałam mój ulubiony głos.
Biały Puch znów się usunął, ale po chwili zastąpiło go coś innego. To coś było ciepłe i mokre. Złapało mnie, uniosło i położyło w innym miejscu. Tuż obok jedzenia!
Zaczęłam ssać. Nagle zauważyłam, że lodowaty wiatr zniknął. Coś go zatrzymało. Kątem oka zobaczyłam jakiś ciemnorudy cień; chyba to on dzielnie przyjął cały wicher na siebie. Niesamowite!
Nagle wszystko dookoła zadrżało. Znów usłyszałam znajome głosy:
– Crane, widziałeś to? – zaczął mój ulubiony ton.
– Chyba tak... – odparł ten niższy.
– Myślisz, że to...
– Pójdę sprawdzić – Zadudnił, przerywając najmilszemu głosowi. – Ty zostań z małą.
– Weź ze sobą Morgana.
Ciemnorudy cień z głośnym szelestem usunął się z drogi. Lodowaty wiatr znów do mnie dotarł. Zadrżałam. Dobrze, że w tamtym momencie już kończyłam jeść. Spróbowałam znaleźć najszybszą drogę z powrotem do białego puchu. Wtedy jednak powróciło mokre, ciepłe coś. Ponownie złapało mnie i położyło w nowym miejscu.
Znalazłam się bliżej innego źródła ciepła. Również białego, ale mniej puszystego. Prawie zapomniałam o nim! To miejsce miało w sobie najlepszą rzecz na świecie - takie coś, co robiło "bum bum". Kochałam ten dźwięk. Wtuliłam się w mniej puszysty puch i wsłuchałam we wspomnianą melodię. Może powinnam przenieść się na stałe tutaj? Może to by nie uciekało i nie wystawiało mnie znienacka na lodowaty wiatr?
Coś objęło mnie, dostarczając jeszcze więcej ciepła; jakiś podłużny przedmiot ze sterczącymi, barwnymi frędzlami. Z ciekawości wzięłam jeden nich do pyszczka. Nie był zbyt smaczny.
– Fałszywy alarm, mamo – odezwał się z daleka trzeci głos.
– Och... – westchnął smutno mój ulubiony ton. Tylko czemu było mu przykro?
<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 0 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 12 niebieskich⎹ 14 granatowych⎹ 29 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

wtorek, 4 sierpnia 2020

Od Yvara "Zazdrość" cz. 16


Grudzień 2026
Yvar obserwował Vi jeszcze uważniej niż zwykle. Tego dnia były ich urodziny. Według rodziców drugie, co oznaczało, że wszystkie pory roku minęły równo dwa razy od momentu ich narodzin. Z tej okazji Yngvi przed zajęciami siedziała bardzo długo przed jednym z naczyń taty. Poprzedniego wieczora poprosiła nawet mamę, żeby pomogła jej rozczesać sierść. Wilczyca zawsze zwracała jej uwagę, że o wiele ładniej wyglądałaby bez drobnych kołtunów, ale Yngvi zwykle całkiem to ignorowała. Tym większe było zdziwienie Yvara, kiedy samica zaczęła tak bardzo się stroić. To do niej nie pasowało, ale basior nie powiedział na ten temat ani słowa. Jego siostra wyglądała zbyt dobrze, by mógł zacząć negować te pomysły.
Yngvi z każdą kolejną lekcją wyglądała na coraz bardziej podekscytowaną. Nieustannie zerkała w stronę Mortimera, co jednak nie było niczym szczególnym. Pomimo mijających miesięcy jej zainteresowanie nim nadal nie mijało. Yvar był z tego, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Nie powiedział jednak na ten temat ani słowa. Nie umiałby jej czegoś zabronić, a ona najpewniej i tak by go nie posłuchała. Zawsze wiedziała lepiej.
Westchnął i kontynuował mieszanie eliksiru. Ostatnie lekcje Asgrim poświęcił na nauczenie ich przepisu na Czerwony Napój. Dzisiaj mieli pokazać, czego się nauczyli i uwarzyć własną miksturę. Oczywiście tata miał później ich ocenić. Zapowiadał, że będzie surowy, ale Yvar wątpił w to; pomimo całej jego miłości do eliksirów, samiec był zbyt... Wyluzowany. Prawdopodobnie o wiele bardziej niż większość jego uczniów.
Yvar nie przykładał się do pracy, zresztą podobnie jak połowa jego grupy. Eliksiry były ostatnimi zajęciami i wszyscy chcieli już po prostu to zakończyć. Kiedy przyszła pora na sprawdzanie, Asgrim od razu zwrócił na to uwagę.
– Rozumiem, że ten eliksir nie należy do najprostszych. Jest w końcu czymś więcej niż byle maścią czy syropem. I to właśnie jest w tym niesamowite. To właśnie dlatego powinniście szczególnie uważać – mówił, a Yvar ziewnął przeciągle. Eliksiry były jednymi najnudniejszych zajęć w starszej grupie. – Jedyne dobre eliksiry to te stworzone przez Morgana, Nikaellę, Exana i Mortiego. – Basior zmierzył szczeniaki spojrzeniem, które w założeniu miało być groźne. – Odejdźcie w poczuciu wstydu.
Yvar wstał i już miał kierować się w stronę najbliższej palmy, żeby wziąć coś do jedzenia, gdy usłyszał głos Vi:
– Morti! Jesteś taki mądry!
Samiec zatrzymał się, a jego bracia poszli dalej. Widocznie nie mieli ochotę na niego czekać. Yngvi dobiegła do Mortiego i stanęła tuż przed nim. Yvar przymknął oczy, licząc, że w ten sposób lepiej usłyszy kolejne słowa siostry.
– Zrobiłeś najlepszy eliksir z całej grupy. To jest... Niesamowite.
Yvar powstrzymał prychnięcie. Mortimer był największym możliwym przeciętniakiem z tego przedmiotu. Był pewien, że dzisiejsze osiągnięcie zawdzięczał Exanowi, który radził sobie całkiem nieźle i całkiem przypadkiem pracował tuż obok Mortiego.
– Wcale nie. Było dużo osób, które zrobiły równie dobre.
– Dla mnie i tak jesteś najlepszy.
Yvar otworzył oczy. Nie chciał tego dłużej słuchać. Już miał odwrócić łeb, gdy zauważył, że Yngvi zbliża głowę niebezpiecznie blisko Mortiego. Nim którykolwiek zdążyłby zareagować, wilczyca polizała go w pyszczek i wycofała się.
– To moja nagroda dla ciebie – stwierdziła. Yvar nie widział jej wyrazu pyska, ale wyraźnie słyszał zadowolenie w jej głosie. Jego serce biło jak szalone i bolało. Tak cholernie bolało, że miał ochotę wyć.
Mortimer zwiększył dystans między nim a Vi. Yvar zauważył Elanor. Stała przy skraju dżungli. Niewątpliwie widziała całą scenę. Basior napiął mięśnie gotowy w każdej chwili skoczyć i odeprzeć jej atak na rudą samicę.
– Chyba... Nie powinniśmy – stwierdził samiec i odszedł. Wyglądał na przerażonego. Natomiast Elanor uśmiechała się z satysfakcją. 
Yngvi stała tam dłuższą chwilą. Ogon zamarł, a uszy były oklapnięte. Yvar podszedł do siostry i ją przytulił. Miał wrażenie, że wilczyca nawet tego nie zarejestrowała.
– Myślałam, że... – łkała – Mam szansę. Rozmawiał ze mną. Kolegowaliśmy się. Było już prawie tak samo jak przed... – Przerwa na głośne chlipnięcie. – To jej wina. To wszystko jej wina.
Yvar przytulił ją mocniej. Nie powiedział nic.
– Zmanipulowała go. Nastraszyła i zmusiła do bycia nieczułym. Gdyby nie ona...
– Morti to gnojek – wtrącił Yvar. Yngvi od razu odskoczyła od brata, przez co ten niemal stracił równowagę.
– Wcale nie! To najcudowniejszy basior na ziemi. Yvar, zrozum wreszcie, że go kocham. To nie jest już tylko durne zauroczenie. Zakochałam się w nim! – zawołała, a każde jej słowo było niczym kolec raniący jego serce.
– Vi...
– Nie, Yv. Ty nigdy tego nie zrozumiesz. Nie wiesz, jak to jest kogoś kochać w taki sposób. To dlatego tak na mnie patrzysz, kiedy rozmawiam z jakimś basiorem. Jesteś zły na myśl, że mogłabym być szczęśliwa, co?! – warknęła i nim Yvar zdążył odpowiedzieć, dodała: – Zostaw mnie już lepiej w spokoju. Nie chcę cię więcej widzieć. Jesteś taki sam jak Elanor. 
Odbiegła, zostawiając po sobie jedynie kilka ciemnych śladów po łzach na piasku.
Został sam. Chciał płakać, ale nie potrafił. Czuł w sercu pustkę. Nie wiedział, jak długo tak stał. Nie obchodziło go to. Nic już nie miało znaczenia. Tylko ten okropny ból.

<c.d.n.> 

Zdobyto: 40 czerwonych⎹ 10 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 33 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 47 fioletowych⎹ 11 różowych odłamków

>>Następna część >>