wtorek, 11 sierpnia 2020

Od Yvara "Broń się" cz. 5


Grudzień 2025
Lekcje obrony były według Yvara najlepszymi ze wszystkich, które zaczął. Co prawda wolałby walczyć, ale był jeszcze zbyt młody, żeby rozpocząć takie zajęcia i na chwilę obecną mógł jedynie obserwować lekcje starszej grupy. Chociaż, jeśli miałby byś szczery, sztuki walki napawały go pewnym niepokojem; obawiał się, że nauka pod opieką Dannana nie będzie należała do najprostszych ze względu na to, że samiec wykazywał o wiele większe zainteresowanie rozmową ze swoim bliźniakiem, niż czymkolwiek innym. W końcu bardzo często widział to na zajęciach kreatywnych...
Cieszyło go, że Navri traktowała swoją funkcję bardzo poważnie. Zawsze przekazywała im gruntowną wiedzę, a basiorek słuchał uważnie i odtwarzał wszystkie pozy, które pokazywała im wilczyca. Oczywiście czasem zajęcia polegały jedynie na słuchaniu i wymienieniu się pomysłami. W takich chwilach przypominały one lekcje logiki, gdy Adora nie gadała żadnych głupot. To z kolei było bardzo rzadkim zjawiskiem.
– Czy wszyscy już są? – zapytała nagle Navri.
Yvar rozejrzał się po pyskach wilków z jego grupy. Miał wrażenie, że kojarzył z widzenia już wszystkich i nie dostrzegł żadnych braków.
– Chyba tak – odparł Morgan.
– Wobec tego chciałabym, żebyście wyobrazili sobie, że nasza wataha napotkała na wrogie stado – zaczęła nauczycielka, a Yvar stłumił jęknięcie. Liczył, że tego dnia będzie coś więcej niż teoria...  – Co powinniśmy dowiedzieć się o nich w pierwszej kolejności.
– Czy to nie jest kocie stado – miauknął ktoś. Szczeniaki spojrzały zaskoczone w stronę, z której nadszedł głos. To Redian siedział na piasku pomiędzy nimi jak gdyby nigdy nic i lizał swoją łapkę w ramach kociej kąpieli. – Koty są bardzo silne i niebezpieczne. Zwłaszcza tutaj.
– Ty nie wyglądasz na niebezpiecznego! – zawołał Emerald.
Kociak przerwał toaletę i z prędkością błyskawicy doskoczył do niego. Yvar zauważył złocisty blask, gdy kocur zagiął światło i nakierował je prosto w oczy basiorka. Ten syknął i podniósł łapkę, żeby przysłonić nią pyszczek. Redian wykorzystał to, doskakując i powalając go na ziemię.
– Nigdy nie lekceważ swojego przeciwnika – powiedział wyjątkowo poważnie jak na niego. – Nauczyłem się tego, kiedy chodziłem trochę po dżun... – Urwał nagle i spojrzał przestraszony na Navri, która mierzyła go surowym spojrzeniem spod ciemnych okularów. – Doberek, pani Alfo. Wygląda pani olśniewająco, zresztą jak zwykle.
– Redianie, prosiłabym, żebyś nie przeszkadzał mi w prowadzeniu zajęć. Choć twe odpowiedzi są w pewnym stopniu trafne, nie należysz do grona moich uczniów. Wobec tego bardzo proszę o opuszczenie tego miejsca – rzekła chłodno. Yvar zauważył, że w żaden sposób nie odniosła się do wycieczek kocura. 
– Tak, tak, oczywiście. Nie dajcie się, maluchy – miauknął jeszcze i mrugnął, nim uciekł w stronę drzew.
Yvar przewrócił oczami. Redian był niereformowalny, niepoważny i irytujący. Basiorek najbardziej lubił, kiedy kociak chodził nielegalnie po dżungli – przynajmniej wtedy nie musiał go słuchać, ani znosić jego humorków. Nie rozumiał, dlaczego wszyscy z jego rodziny tak bardzo go lubili. On sam zdecydowanie bardziej wolał cichą i rozważną Elenę.

<c.d.n.>

Zdobyto: 24 czerwonych⎹ 0 pomarańczowych⎹ 23 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 5 granatowych⎹ 10 fioletowych⎹ 7 różowych odłamków

>> Następna część >>

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 5


Grudzień 2026
Dzisiejszy wieczór był naprawdę dziwny. Jak zwykle cienie buczą do siebie nawzajem, niezbyt przejmując się mną, tak dziś... chyba było inaczej. Mój ulubiony głos był sam, a i tak coś mruczał. Im dłużej słuchałam, tym bardziej podejrzewałam, że miało być to skierowane do mnie. Tak więc, z całych sił próbowałam zrozumieć, co on chce, ale nie potrafiłam. A głos bardzo, bardzo długo nie przestawał!
– Ale książę wtedy udowodnił im, że nawet pomimo niesprzyjających okoliczności, jest w stanie zwyciężyć ten pojedynek. Niestety wtedy... – Mój ulubiony ton nagle urwał.
Uff, wreszcie. Byłam już potwornie zmęczona bezowocnymi próbami zrozumienia czegokolwiek. To, że skończył, oznaczało, iż mogę wrócić do prostszych zajęć. Na przykład; przeżuwania kolorowych frędzli przytwierdzonych do tych chudych-białych przedmiotów. Pewnego dnia wydobędę z nich jakiś smak!
Głos nie powracał. Może znalazł sobie jakieś nowe zajęcie...
Nagle chude-białe przedmioty uciekły, nie zostawiając za sobą nawet jednego frędzla. Ależ to samolubne, jak tak można! Zaraz potem znów podniosło mnie mokre-ciepłe. Tym razem strasznie-bardzo-długo nie chciało sobie pójść. Tylko trzymało i trzymało. Co gorsza, niewyobrażalnie przy tym kołysało. Pisnęłam parę razy, domagając się zakończenia tego szaleństwa. Nikt mnie nie posłuchał.
Po jakimś czasie świat dookoła pociemniał. Nie tak, jak codziennie; pociemniał na zielono. Dopiero wtedy kołysanie stało się mniej intensywne. Mój nosek podrażniły jakieś nowe zapachy. Kichnęłam; było ich zdecydowanie zbyt wiele.
Wreszcie przestano mną machać. Jednak nadal wisiałam w powietrzu. Znów znalazłam się w całkiem niezrozumiałej sytuacji. Czemu nagle od gryzienia frędzli przeszliśmy do kołysania, obcych zapachów i innych dziwactw? Znów zapiszczałam na znak, że mam dość. Piszczałam coraz głośniej, dopóki ciemna zieleń nie zniknęła, a ja nie wróciłam na to śmieszne sypkie, po którym się codziennie czołgałam. Miałam dość wrażeń na jeden dzień.
Rozejrzałam się, by namierzyć Biały Puch. Jedyne, o czym teraz marzyłam, to wrócić pod niego i tam zostać. Życie jest wtedy prostsze i mniej męczące. I mniej kłuje w nos!
Wreszcie wypatrzyłam mój cel. Leżał trochę dalej, niż zwykle, ale nie przejęłam się tym. Ruszyłam w jego kierunku. Musiałam go dopaść. Pożałuje, że mnie w ogóle zostawił!
Nagle Biały Puch poruszył się. Przez chwilę myślałam, że zamierza znów mi uciec, ale on tylko przysunął się bliżej. Cóż za miła niespodzianka.
– A już myślałam... – zamruczał mój ulubiony głos. O nie... znów był smutny! – Przepraszam, że cię nastraszyłam, Firi.
Mogę coś zrobić, żebyś poczuł się lepiej? Mam nadzieję, ze nie przeszkadzały ci bardzo moje piski... A może to one cię przestraszyły? Już nie będę piszczeć tak głośno, obiecuję!
Biały Puch zatrzymał się tuż obok mnie. Nie byłam pewna, czy chcę pod niego wracać, czy dotrzymać towarzystwa mojemu ulubionemu głosowi. Niestety, decyzję podjął za mnie lodowaty wiatr; powrócił w najgorszym możliwym momencie. Wcisnęłam się z powrotem pod Puch i przymknęłam oczka.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 13 czerwonych⎹ 4 pomarańczowych⎹ 17 zielonych⎹ 14 niebieskich⎹ 13 granatowych⎹ 10 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Od Yvara "Nie jestem jedynakiem" cz. 1

Styczeń 2027
Lodowaty wiatr rozwiewał futro. Unosząca się wokół mgła skutecznie utrudniała widoczność. Yvar przeklinał Yuki, która właśnie ten dzień wybrała na ostateczną próbę uczniów. W zależności od umiejętności mieli za zadanie upolować inne zwierzęta. Najgorsi szukali krabów i małych rybek, średni próbowali złapać największe ryby, a kilku najlepszych miało zmierzyć się z żółwiami. Yvar był w ostatniej grupie. Normalnie nie miałby z tym większego problemu; nierzadko pomagał mamie w polowaniach, również na właśnie te zwierzęta. Radził sobie. Tylko ta okropna pogoda utrudniała chociażby wytropienie czegokolwiek. Miał wrażenie, że wszystkie zwierzęta, które tylko mogły, uciekły do wody. W takiej sytuacji bardzo żałował, że nie należy do tych, którzy musieli łowić ryby.
Wtem zauważył odcinającą się na burym piasku skorupę. Pochylił zad i zamarł, wyczekując odpowiedniej chwili do ataku. Poruszył uszami jakby miał nadzieję, że usłyszy ciche kroki żółwia. Szedł powoli, wyraźnie się nie spiesząc. Jak przystało na żółwia.
Ruszył. Szybko wyprzedził żółwia z jego lewej strony i skoczył w kierunku głowy z wyciągniętymi zębiskami. Już miał zacisnąć je na cielsku zwierzaka, gdy ktoś na niego wpadł. Basior przetoczył się po piasku. Żółw przyspieszył. Pędził prosto na niego i na wilka, który wpadł na Yvara. Miał otwarty pyszczek.
– Uważaj! – zawołał Yvar i odepchnął mocno szczeniaka, którego ogon o włos minął silną paszczę żółwia. Yvar odskoczył szybko na bok i spróbował wyprowadzić atak w łeb zwierzęcia. Na marne; zwierzę z prędkością błyskawicy schowało go w skorupę. Przeklął w myślach.
– Co ty robisz?! Zaraz cię ugryzie! – zawołał wilk. Yvar po głosie rozpoznał, że to Kaiju. Nim jednak zdążył cokolwiek zrobić czy powiedzieć, starszy szczeniak pociągnął go za skórę na karku do tyłu. W tej samej chwili żółw wyciągnął długą szyję i klapnął pyskiem w miejscu, gdzie przed chwilą była łapa Yva.
– Dzięki.
Kaiju nie odpowiedział zbyt zajęty odskakiwaniem i próbami wyprowadzenia ataku. Nieustannie trafiał łapami w grubą skorupę. Yvar otrzepał sierść z piachu i przyłączył się do walki. Oboje siekali pazurami i zębiskami, próbując schwycić żółwia. Zwierzę było uparte. Już dawno mogłoby uciec lub schować głowę. Zamiast tego walczyło, próbując złapać ich nosy lub palce. 
W którymś momencie Yvar poczuł metaliczny smak w pysku. Zacisnął mocniej zęby na szyi żółwia. Satysfakcja wypełniła jego ciało wraz z krwią. Kiedy zyskał pewność, że zwierzę umarło, odrzucił je na mokry piach i oblizał pysk.
– Dobra robota – rzekł, nawet nie patrząc na Kaiju.
– Miał bardzo śliską skorupę.
– Tak. To pewnie przez deszcz.
– Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczął padać – przyznał basior.
– Ja też.
Yvar zerknął na pysk swojego towarzysza. Widniał na nim lekki uśmiech. Młodszy samiec niepewnie uniósł kąciki ust. Patrzyli na siebie przez krótką chwilę.
Yvar nigdy nie sądził, że pomiędzy nim i Kaiju mogłaby nawiązać się jakakolwiek nić porozumienia. Byli skłóceni od... Zawsze. Yvar już nawet nie pamiętał, co zaczęło ten spór. Miał dziwne poczucie, że chodziło o coś bardzo ważnego, ale nie mógł sobie przypomnieć zbyt wiele na ten temat. Odwrócił wzrok i zacisnął powieki. Pod nimi znowu zamajaczyła przez moment samicza sylwetka, a jego serce zabiło szybciej. Nim jednak zdążył skupić się na szczegółach, ta zniknęła. To nie był pierwszy raz. Ostatnio widział ją cały czas. W snach i na jawie. Czuł, że powinien wiedzieć, kim była.
– Zanieśmy go Yuki – zaproponował Kaiju. Yvar otworzył oczy i wrócił spojrzeniem do samca. Miał już całe sklejone futro od deszczu.
– Powiemy, że który z nas go upolował?
– Oboje.
Yvar nie zaprotestował, chociaż dobrze wiedział, że Yuki nie będzie zadowolona. Mieli złapać własne żółwie. W takim wypadku jak ich, nie zdziwiłby się, gdyby wilczyca kazała im upolować po jeszcze jednym żółwiu.
Kiedy ją znaleźli, samica patrzyła na nich, na żółwia i gdzieś w zamgloną przestrzeń, zapewne myśląc, ci zrobić w takiej sytuacji. W końcu poruszyła lekko pyskiem i zaczęła oględziny upolowanej zwierzyny.
– Niech wam będzie – powiedziała w końcu, a samce spojrzały po sobie zaskoczone. – Polowania to także praca zespołowa, którą z pewnością się wykazaliście. Do końca zajęć zajmijcie się łapaniem ryb, najlepiej tych dużych. Na następnych z kolei oboje upolujecie po p r z y n a j m n i e j jednym żółwiu.
Kaiju mruknął coś na potwierdzenie. Yvar uniósł brwi zdziwiony, że basior nie zamierzał wykłócać się z nauczycielką, oraz pokiwał głową. Już miał iść w stronę wody, gdy usłyszał za sobą głos swojego ojca. Spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł sylwetkę Asgrima, która z każdym krokiem była coraz wyraźniejsza.
– Hej, Yuko! – Czarna wilczyca spojrzała na samca wyczekująco. Yvar stał w miejscu i obserwował, jak ojciec dobiega do nauczycielki. – Chciałbym zwolnić Yvara do końca zajęć. – Jego spojrzenie padło na młodego samca. – O, jak dobrze, że jesteś. Yuko, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
– A w jakiej sprawie?
Asgrim zamarł. Przez moment wyglądał, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Chodzi... O Tori – przyznał w końcu.
Jaskrawozielone oczy rozbłysły.
– Co się stało?
– Myślę... Myślę, że wolałaby powiedzieć ci o tym sama – odparł w końcu. – Nie martw się, wszystko z nią w porządku.
– Nie martwię się. Torance nie jest byle chuchrem – prychnęła Yuko. – Miała dobrą opiekunkę.
– Tak... Oczywiście – potaknął As i machnął łapą w stronę Yvara. – Yv, chodź już. Lekcja i tak zaraz się skończy.
Basior zerknął na nauczycielkę, która tylko westchnęła. W związku z tym nie czekał dłużej i podszedł do ojca. Razem poszli w miejsce, gdzie zwykle nocowali. Torance siedziała pod palmą. Jej futro nie było aż tak mokre, co oznaczało, że czekała tam na nich już od jakiegoś czasu.
– Czekaliśmy praktycznie od rana, aż skończysz zajęcia – powiedział tata, kiedy już usiedli obok niej i otrzepali futra z wody. – Na szczęście spotkałem Morgana, który powiedział, że dzisiaj nie robicie nic ważnego. To dzięki niemu podjęliśmy decyzję, żeby zwolnić cię z końcówki lekcji.
Yvar pokiwał głową. Nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że rodzice w końcu sami przejdą do meritum, a tata szybko wciągnąłby go w niepotrzebną rozmowę. O wiele łatwiej było milczeć.
– Yvar, nie jesteś już małym szczeniaczkiem. Wierzę, że zrozumiesz – zaczęła mama. – Zawsze myśleliśmy, że nie będziemy mogli mieć potomstwa.
– Lekarze mówili, że jestem bezpłodny... – dodał As. – Kiedy mama powiedziała mi, że jest w ciąży, byłem pewien, że mnie zdradziła. To nie mogła być prawda.
– Ale nie zrobiłam tego. Wyglądacie jak dwie krople wody.
– Tak. Byłem przeszczęśliwy od chwili, gdy tylko cię ujrzałem. Mój jedyny syn... – rzekł wzruszony samiec.
– Teraz wszystko wskazuje na to, że będziesz mieć rodzeństwo. Braciszka albo siostrzyczkę – Tori uśmiechnęła się.
Yvar zachwiał się. Siostrzyczkę, siostrzyczkę, siostrzyczkę... Słowo krążyło po jego głowie i otumaniało. Nagle rozbrzmiał w niej wesoły śmiech wilczycy. Przed oczami po raz kolejny zamajaczyła ta sama wilcza sylwetka. Jednak tym razem widział rudą kaskadę fal spływającą z czubka łba i wyłaniające się spomiędzy niej długie uszy. Długie białe futro poprzecinane kolorowymi plamkami. Jego serce biło jak szalone. Znał tę wilczycę.
– Ja już miałem siostrę.
Torance i Asgrim spojrzeli na niego jak na wariata.
– Yvar, nie miałeś nigdy rodzeństwa – powiedziała ostrożnie wilczyca. Musiała wyczuć całkowitą pewność siebie, która emanowała z jej syna. – Chyba pamiętałabym, gdybym urodziła kogoś jeszcze.
– Bliźniaczkę. Była niewiele młodsza ode mnie – kontynuował Yvar jakby w ogóle nie słyszał słów swojej matki.
– Kochanie, jesteś jedynakiem. Zawsze byłeś.
Basior pokręcił stanowczo głową. Po raz kolejny jego serce zaczęło bić szybciej, w oczach zbierały się piekące łzy. Przez jego głowę przelatywały nieuchwytne obrazy. Na każdym jednak widniała Ona. Miał pewność, że to była czymś więcej niż wytworem wyobraźni. Czuł to.
– Pamiętam ją. Wyraźnie ją pamiętam. Ona... Ona zaginęła? Umarła? Nie pamiętam. Jak mogę nie pamiętać?!
– Yvar, proszę cię...
– Coś ci się uroiło – stwierdził As. – Przecież pamiętalibyśmy. Nie mógłbym zapomnieć o własnym szczenięciu. To pewnie szok. Ja też nie mogłem uwierzyć, że zostanę znowu ojcem. Pewnie przeżywasz to samo.
– Nie. NIE! – ryknął tak głośno, że As się zachwiał. Paszcza wilka rozbłysła bielą zębów. – To nie jest żaden szok. ONA BYŁA TUTAJ JESZCZE KILKA TYGODNI TEMU!
– Yvar... – Torance wyciągnęła w jego stronę łapę, ale samiec szybko odskoczył.
– NIE DOTYKAJ MNIE! – wrzasnął. – ONA LEDWO ZNIKNĘŁA, A WY ZNALEŹLIŚCIE JUŻ SOBIE KOLEJNE SZCZENIĘ! JAKIEGOŚ GÓWNIARZA, KTÓRY JĄ ZASTĄPI, KIEDY WY WYPARLIŚCIE JĄ Z PAMIĘCI! JESTEŚCIE OKROPNI. JESTEŚCIE NAJGORSZYMI RODZICAMI NA ŚWIECIE!
Nie czekał na ich reakcje. Odwrócił się i pobiegł jak najdalej. Z jego oczu spływały łzy. Teraz, gdy pamiętał... Nie mógł tak po prostu udawać, że nic się nie wydarzyło. Musiał znaleźć dowody. Oraz sposób, żeby ją uratować. Nie mógł jej teraz zostawić. Nie po tym, jak o niej sobie przypomniał.
Nagle przystanął. Zdał sobie sprawę, że nie zna nawet jej imienia.

<c.d.n.>

Zdobyto: 118 czerwonych⎹ 105 pomarańczowych⎹ 88 zielonych⎹ 106 niebieskich⎹ 46 granatowych⎹ 108 fioletowych⎹ 34 różowych odłamków


niedziela, 9 sierpnia 2020

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 4


Grudzień 2026
Okazuje się, że Biały Puch też ma kolorowe frędzle. Niebywałe! Siedzę pod nim całe życie, a nigdy tego nie zauważyłam. Były znacznie miększe, niż te, które znalazłam na tamtym podłużnym przedmiocie. Niestety, nie smakowały lepiej.
Jak w ogóle coś tak barwnego może nie smakować kolorami? Chcę wiedzieć, jak smakują prawdziwe kolory!
Kiedy tak przeżuwałam znalezione w Białym Puchu frędzle, znajome głosy dalej buczały do siebie nawzajem. Nie żeby mnie to dziwiło. Robiły to zawsze, każdego dnia. Gdybym tylko wiedziała, dlaczego to robią i co z tego mają.
– Nie znam się na smokach... Wiem tylko, że jajo może się nie wykluwać latami – mruknął niski głos.
– To ja też wiem. Inaczej już mielibyśmy na głowie poza szczenięciem pisklę smoka – zawtórował mu mój ulubiony.
– A może ktoś w watasze będzie wiedział, po jakim czasie ten gatunek się wykluwa? Jak myślisz, Lind?
– Nie spotkałam tu jeszcze żadnego speca od smoków... – Usłyszałam głośne westchnięcie. – A my nawet nie wiemy, ile to jajo leżało samo w dziczy... Tak, wiem, lubisz być pewien, czego się spodziewać.
– No... Masz rację – mruknął niższy głos.
– Boisz się, że pisklę zrobiłoby krzywdę Firii?
– No... chyba nie... Ale byłbym spokojniejszy, gdyby była już nieco większa, jak smok się wykluje.
Wyplułam jaskrawy frędzel. Może następny będzie smakował lepiej. Nagle Biały Puch podniósł się, pozbawiając mnie i stałego ciepła i czegoś do przeżuwania. Zapiszczałam cicho, zaskoczona.
Nagle poczułam, że w powietrzu unosił się jakiś nowy zapach. Co ciekawe, przyniósł ze sobą falę ciepła. Trochę kuł w nozdrza, ale byłam w stanie to przeboleć. Ruszyłam w odpowiednim kierunku. Ciepło stale narastało. To było takie bardzo ciepłe ciepło. Cieplejsze niż ciepło Białego Puchu; nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe!
– Ejże! – Chude-białe z frędzlami nagle położyło się na mojej drodze. Tym samym, skutecznie zablokowało Cieplejsze Ciepło. Co to ma być?! Zaczęłam napierać na tę nową przeszkodę, ale nie osiągnęłam nic. Chude-białe przesunęło mnie tylko jeszcze dalej.
– Gorący popiół jest tylko dla smoczego jaja – zamruczał mój ulubiony ton. Nie wiem, co chciał mi przekazać, ale jego odgłosy nie powstrzymały Chudego-białego.
Nie zawsze rozumiałam, co ten dziwaczny przedmiot chciał osiągnąć. Nieraz zabierał mnie do tego fajnego mniej-puszystego miejsca, gdzie brzmiało "bum-bum", a czasem psuł moją zabawę; zupełnie jak dziś. Spróbowałam ugryźć mojego nowego wroga, ale on nawet nie drgnął. Nie przejął się też faktem, że zaczęłam szarpać jego kolorowe frędzle. (Czemu one nadal nie mają żadnego smaku?!)
Nagle usłyszałam znajomy odgłos. "Bum-bum'! Chyba Chude-białe chciało mnie przeprosić za wcześniejszy wybryk, skoro mnie tu zabrało. Wtuliłam się w mniej puszysty puch, wsłuchałam w piękną melodię i w końcu zapomniałam o tajemniczym Cieplejszym Cieple. Przynajmniej na razie.
Przymknęłam oczka. Ciekawe gdzie tym razem się pojawię, jak je otworzę. Może znów będzie ciemno i zimno? Może nadal będzie jasno i odrobinę mniej zimno? Czemu w ogóle raz jest jasno, a raz ciemno? Czemu pod Białym Puchem jest tak ciepło, a poza nim już nie?
Świat jest taki dziwny...

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 18 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 0 zielonych⎹ 25 niebieskich⎹ 18 granatowych⎹ 1 fioletowych⎹ 0 różowych odłamków

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 5


Koniec listopada 2025
Nie wyruszyłam od razu szukać Tinga. Wiedziałam, że MUSZĘ go przeprosić, wyjaśnić swoją reakcję, ale nie wiedziałam jak. Nie znajdowałam żadnego tłumaczenia, które ominęłoby Freeze'a i artefakty. A moje poczucie winy tylko narastało. Coraz bardziej wyglądało mi to na sytuację bez wyjścia. Chyba, że wybrałabym unikać tego odmieńca do końca życia.
– Wiesz, Pierzasta, Ting miał naprawdę dużo szczęścia – mruknął Baldor, wyrywając mnie z zadumy.
– Co masz na myśli?
– Kiedy poszedł cię szukać, zapomniał o swoim plecaku – wyjaśnił.
– A... W nim były fiolki, prawda? – Spuściłam wzrok na swój niedokończony rumianek.
– Też Wichura.
Zamarłam. Zdałam sobie sprawę, że zderzenie z wodą zniszczyłoby wszystko, co znajdowało się w tym plecaku. Szkło oddzielające ten mały płomień od reszty świata roztrzaskałoby się w drobny mak. Czysta energia żywiołu zostałaby uwolniona z pradawnego zamknięcia. Otaczało nas morze, ale nie sądzę, że to by cokolwiek zmieniło. Ten artefakt to nie tylko ogień; również wiatr, który mógłby ponieść płomienie... gdziekolwiek.
Było o krok od katastrofy.
– Czy wy Strażnicy... widzicie przyszłość?
– Gdybym widział przyszłość, przywiązałbym sobie ten młot do łapy o wiele wcześniej – rzucił gorzko kolczasty odmieniec.
Przypomniałam sobie, że zawsze interesowało mnie, dlaczego Baldor nie może odłożyć swojej broni. Nigdy jednak nie miałam dość śmiałości wybadać, co konkretnie się stało. Uznałam, że właśnie nadarzyła się idealna okazja; Strażnik Lasu sam poruszył ten temat. Podeszłam do odmieńca pod pretekstem odstawienia kubka, w międzyczasie układając odpowiednie pytanie.
– Tak trudno się domyślić? – burknął Strażnik Lasu. – Upuściłem broń podczas walki, a potem straciłem część tego hełmu – Wskazał na "niedźwiedziej czaszce" miejsce po wyłamanych zębach – Koniec historii.
Westchnęłam. Krótko i na temat; Baldor nigdy nie był tak wylewny jak Ting. Dobrze, że przynajmniej odpowiedział na pytanie.
Wróciłam na miejsce, w którym się obudziłam. Spróbowałam uformować sobie skrzydła z wiatru. Tym razem obyło się bez żadnych problemów. Do tego czasu opuściły mnie już wszelkie dolegliwości fizyczne, poza zawrotami głowy. Jednak ciężar na sercu ani myślał odejść.
– Ruda wraca – oznajmił nagle Baldor.
Spojrzałam w kierunku plaży. Istotnie nadbiegała stamtąd moja droga przyjaciółka Torance. Już z daleka usłyszałam, jak ciężko dyszy. Dopadła mnie z głośnym:
– Lind! Nic ci nie jest!
– Tak... Jest dobrze. Mam Medalion – Udało mi się pomimo jej uścisku unieść łapę z wspomnianym wisiorkiem.
Wadera wypuściła mnie i rzuciła już mniej wesołe spojrzenie temu przedmiotowi. Jednak niechęć nie utrzymała się na jej pysku zbyt długo. Zapewne dlatego, że gdyby nie Medalion, mogłabym nie dożyć dzisiejszego poranka.
– Byłam u ciebie wcześniej, ale wtedy jeszcze się nie obudziłaś – mruknęła Tori.
– Tak, wiem. Domyśliłam się...
Torance głośno westchnęła.
– Jak się czujesz teraz?
– Lepiej. Jak widać, żyję – Posłałam jej niewinny uśmiech. – Nic mnie nie boli.
Tori zawiesiła na mnie zmartwione spojrzenie. Ewidentnie wyczuła, że coś mnie nadal trapiło. Przełknęłam ślinę.
– Znalazłam dziś w nocy twoją torbę – powiedziała już bez entuzjazmu Torance. – Co się stało tam w chmurach? Czemu w ogóle wzleciałaś tak wysoko?
Odwróciłam głowę, by spojrzeć na wspomniany przedmiot. Nie odpowiadałam. Nie umiałam wymyślić żadnej wymówki. A nie chciałam kłamać mojej przyjaciółce w żywe oczy. Nie chciałam być Crane'm.
– Lind, jeśli coś się dzieje, możesz mi powiedzieć... Widzę, że to coś poważnego.
– To zbyt skomplikowane – odparłam. – To zbyt delikatny temat.
Zerknęłam na Baldora. Wyglądał na wyjątkowo nie-niezainteresowanego naszą rozmową. Nie podobało mi się to.
– Lind... Nie ma problemów zbyt skomplikowanych. Po to masz nas, pamiętasz? – Tori przyozdobiła pyszczek pokrzepiającym uśmiechem. 
Wstałam z miejsca. Świat zachwiał mi się przed oczami, ale wiedziałam, że wkrótce to minie.
– Chodźmy gdzieś indziej...
Dopiero kiedy oddaliliśmy się od Baldora i większych skupisk wilków, pozwoliłam sobie kontynuować rozmowę z Torance. Nie zamierzałam powiedzieć jej wszystkiego, ale postanowiłam chociaż trochę wyjaśnić moją sytuację. Nie chciałam, żeby Tori pomyślała, że próbuję trzymać ją na dystans.
– Wy macie swoje rodziny, swoje sprawy... Nie chcę, żebyście się mieszali w to wszystko. Nie chcę was narażać.
– No dobrze, ale teraz prosto z mostu – Torance przystanęła, blokując mi drogę. – Ktoś cię wczoraj zaatakował?
– Nie! Znaczy... ja... myślałam, że... – zrobiłam pauzę. – Uch, nieważne... Nic się nie stało. Już jest okej.
Wilczyca opuściła brwi. Nie zadowoliło jej takie wyjaśnienie. Westchnęłam ciężko, widząc, że nie zamierza ustąpić.
– Lind, nie chcę potem patrzeć, jak dzieje się tobie krzywda... Zaraz – Tori podniosła uszy i skierowała je w moją stronę. – Czy to ten wilk z Białego Królestwa?
Zesztywniałam.
– Ciszej! – rzuciłam odruchowo. – Ciszej...
– Lind?
Odeszłam kawałek dalej. Spojrzałam na morskie fale, próbując się uspokoić. Wbiłam pazury w zbity przez przypływ piach.
– Lind, to o niego chodzi?
– Poniekąd... Prawie o niego – mruknęłam cicho. – Uch, mam dość przypominania sobie o nim na każdym kroku...
– Może jeśli dotąd cię nie znalazł, już nigdy nie znajdzie?
Poczułam nieprzyjemny ścisk w gardle i klatce piersiowej.
– Nie ma takiej opcji – skwitowałam. – Stanęłam mu na drodze, on mi tego nie daruje. Widziałam na własne oczy, jak obiecywał, że wróci po Wichurę. On wróci... – Wzięłam głęboki wdech; czułam się, jakby brakowało mi powietrza. – Z każdym kolejnym dniem boję się tego coraz bardziej.
– Och, Lind... – Torance znów mnie przytuliła. – Masz nas. Masz watahę. Po to tu jesteśmy, żeby ci pomóc.
Poczułam jak rytm mojego serca, a także oddech, zaczęły się uspokajać. Tori dobrze wywnioskowała, że to moment na użycie swojego talentu. Byłam jej za to naprawdę wdzięczna.
– Nie chcę was narażać... to wszystko się skomplikowało... Tylko nie mów o niczym odmieńcom. Błagam, nie mów niczego odmieńcom...
– Dlaczego nie? – Tori wypuściła mnie z objęć. – Jeśli ktoś będzie w stanie cię obronić, przed bezpośrednim atakiem, to właśnie...
– Oni nie mogą o niczym wiedzieć!
Pysk Torance znów poszarzał. Po raz kolejny posłała mi zmartwione spojrzenie.
– Dlaczego? – powtórzyła pytanie.
– Ta sytuacja jest mocno z nimi związana... nie chcę, by którykolwiek z nich zrobił coś głupiego – Spuściłam głowę. Moje łapy podmyła woda. Przez chwilę zobaczyłam w niej zarys swojej sylwetki. – Baldor ma z nim osobisty zatarg... A Ting...
– Co Ting? – spytała Tori, widząc, że nie kończę myśli.
– On... – Nie wiedziałam, jak ubrać w słowa mój lęk. Zbyt ściskało mnie serce na samą myśl o tym.
– Może jednak powinnaś z nimi o tym porozmawiać?
W moich oczach przez chwilę stanęły łzy. To nic nie da. Oni mają swoje nienaruszalne Zasady. One podyktują im wszystko, moje słowa się nie liczą. Nigdy się nie liczyły.
– Gdzie jest As?
– Prowadzi lekcje. Jak zwykle o tej porze – odparła bez entuzjazmu Torance. – Lind... Proszę, pozwól sobie pomóc.
– To zbyt trudne... Ale dzięki.
Niedługo po tej wymianie zdań rozeszłyśmy się. W końcu Tori miała dzisiaj własny patrol.
Ruszyłam przez plażę bez żadnego konkretnego celu. Obserwowałam otoczenie; głównie morskie fale. Gdybyśmy teraz byli na dawnych terenach, pewnie udałabym się na polowanie. Nic nie uwalniało moich myśli tak, jak polowanie na prawdziwą zwierzynę. Łapanie małży, czy nawet ryb, nie zapewniało takiej samej satysfakcji. W większości przypadków nie wymagało to nawet tropienia; wystarczyło podejść do brzegu.
Przystanęłam. W cieniu drzew wypatrzyłam znajomą sylwetkę. Ting siedział na pniaku powalonej palmy; w łapach trzymał banjo. Moim pierwszym odruchem było wycofanie się. Odmieniec jeszcze mnie nie zauważył, w końcu siedział tyłem do plaży. Po chwili jednak odrzuciłam tę myśl. Czas przestać odwlekać tę konfrontację; czas po prostu tam do niego pójść i przyznać się do błędu.
Westchnęłam ciężko i ruszyłam w stronę Tinga. Nie próbowałam się skradać, więc odmieniec wkrótce odwrócił głowę. Zobaczyłam błysk jego złotej tęczówki.
– Przyszłaś szybciej, niż myślałem – Odłożył banjo na ziemię.
– Jestem ci winna przeprosiny... – mruknęłam.
Ting postukał pazurami w pniak, na którym siedział.
– Przyjmuję – odparł.
Poniosłam nieznacznie uszy. Mówił to szczerze. Jednak moje poczucie winy nie znikało. Poszukałam innych słów, które mogłyby to wszystko jakoś uzupełnić, ale nie zdążyłam ułożyć kolejnego zdania.
– Ja też przepraszam – dodał nagle odmieniec. – Nie powinienem był tak... tylko bardziej cię wystraszyłem.
W moich oczach przez chwilę znów stanęły łzy. Przypomniałam sobie, jak próbowałam go zrzucić w powietrzu. Nic z tego nie było byle złym snem...
– Co się dzieje, Pierzasta? – spytał Strażnik, wlepiając we mnie badawczo wzrok.
– P... przestraszyłeś mnie.
– Niby czym? Chciałem tylko porozmawiać.
– Myślałam, że... – urwałam.
Ting zmrużył oczy.
– Ale... Jesteś Właścicielką Wichury – oznajmił po chwili. – Nawet, jakbym chciał, nie mógłbym ci zrobić krzywdy.
Na razie myśli, że jestem Właścicielką Wichury... Co by zrobił, gdyby się okazało, że nie mam prawa się tak nazywać?
Odmieniec odczekał trochę. Wkrótce jednak zrozumiał, że nie zamierzam mu nic odpowiedzieć.
– Martwi mnie to wszystko, Pierzasta. Wiesz o tym?
Nadal nic nie mówiłam.
– Podejdź no tutaj, bo nie chce mi się przez całą rozmowę wykręcać.
Westchnęłam. Jakby to on nie mógł zejść z tego pniaka... Przeskoczyłam nad powaloną palmą i usiadłam naprzeciwko Strażnika Burzy. Po raz kolejny zapragnęłam, by nie miał na sobie tego głupiego hełmu, żebym mogła wyczytać cokolwiek z jego pyska. Pragnęłam wiedzieć, czy odmieniec był zły, smutny, wściekły, zrozpaczony czy może całkiem obojętny.
– Jeszcze raz... Co się dzieje, Pierzasta?
– Jakiej odpowiedzi chcesz ode mnie? – westchnęłam.
– Kim jest wilk o połowie ciała z lodu?
Zacisnęłam oczy. Usłyszałam szybsze bicie własnego serca.
– Freeze... na imię mu Freeze – wydukałam.
– To nie wszystko, Pierzasta...
– To mój dawny przyjaciel... – oznajmiłam. – Złodziej Lasu, Władca Burzy, Dziedzic Artefaktów – wymieniłam jednym tchem.
Otworzyłam oczy. Zdałam sobie sprawę, że te słowa jakby same ze mnie wypłynęły. Nie, nie, co ja zrobiłam... Spojrzałam na swoją szyję. Wisiał na nim Naszyjnik Prawdy. Och, Ting... czemu mi to zrobiłeś... W innych okolicznościach pewnie wykrzyczałabym swoje pretensje do niego. Teraz jednak byłam zbyt przerażona tym, co się działo.
Podniosłam powoli wzrok na Tinga. Nie wyglądał jednak, jakby chciał zaatakować. Raczej... jakby próbował zrozumieć, co oznaczały moje słowa.
– Jak to... "Dziedzic"?
– Dziedzic... artefaktów... – odparłam ze ściśniętym gardłem. Nie mogłam się poruszyć; nawet unieść łapy, żeby zrzucić Naszyjnik.
– Pierwsze słyszę – mruknął Ting.
– Jak to? Zasady nie mówią nic o... dziedzicach i kluczach? – Próbowałam oddychać równomiernie. Czułam jak fala gorąca zalewa moje czoło.
– Tylko o kluczach. Zasady są proste, Pierzasta – Odmieniec zeskoczył z pnia palmy. – Kto daje Strażnikowi Klucz, otrzymuje artefakt i może wyjść z Komnaty żywy.
– Na pewno tylko tyle?!
– Tak. Nic o dziedzicach, Pierzasta – zapewnił Ting. – Czemu to takie ważne?.
– F-Freeze mówił, że nie miałam prawa użyć Klucza. Że... my... że my możemy tylko ze sobą walczyć – Obraz przed moimi oczami zaczął się rozmazywać. Zrozumiałam, że zaczynam płakać.
– Pierzasta... – Odmieniec podszedł bliżej i przycupnął naprzeciw mnie na piasku. – Skąd ten brak zaufania? Jestem twoim towarzyszem już od lat. 
– Te Zasady... Ty... masz te swoje Zasady, a ja nie wiem czego się po nich spodziewać. Nie wiem, czego się spodziewać po tobie! – Spuściłam głowę. – Jesteś Strażnikiem Wichury, a ja jestem Właścicielką Wichury. Między nami jest Wichura. Jakby poza nią nią nic nas nie łączyło.
– Połączyła nas Wichura – poczułam, że Ting odgarnął moją grzywkę na bok. – Ale zechciej zrozumieć Pierzasta, że nie chodzi mi teraz tylko o nią.
– Ale gdybyś musiał wybierać między moim życiem a Wichurą? – Podniosłam wzrok z powrotem na odmieńca. Ledwo go widziałam zza zasłony łez.
– Nie dojdzie do tego, Pierzasta.
– A jeśli jednak? – Zacisnęłam zęby pod naporem narastającego we mnie żalu.
– Nie pozwolę na to.
– Ale jeśli?! – warknęłam.
Ting spojrzał na mnie, potem na moje pióra, na moje łapy, na swoje szpony, w końcu na wiszący na jego szyi naszyjnik - Klucz i prezent, który otrzymałam kiedyś od Babci.
– Wybór nie należy do mnie, wiesz o tym...
Znów zacisnęłam oczy. Poczułam, że cała drżę.
– Więc do kogo?! Do tych wilków, które zamknęły ten płomyczek w słoiku? Oni nie żyją od setek lat!
Ting odruchowo odsunął się ode mnie. Wlepiłam w niego wzrok, wyczekując odpowiedzi.
– Ale Wichura nadal tu jest. Nadal jestem jej Strażnikiem...
Po moich policzkach popłynęły łzy. Nie umiałam ich już dłużej powstrzymać.
– Już dobrze, Pierzasta... będzie dobrze – Poczułam, że wyposażona w ostre szpony łapa gładziła moją głowę. – Nie dopuszczę do tego, Pierzasta... Obiecuję ci.
– Nie chcę cię zabić, Ting... Nie umiałabym, rozumiesz?! – Zatopiłam łapy w piasku. Znów cała drżałam.
– Rozumiem to już od dawna... – westchnął odmieniec. – Chyba... powinienem ci już zdjąć ten wisiorek...
Strażnik Wichury ostrożnie wsunął łapy pod łańcuszek Naszyjnika Prawdy i ściągnął go z mojej szyi.
Wyjątkowo nie miałam do niego pretensji o to, że w ogóle mi to założył. Spędziłabym kolejne dni myśląc, że nie ma już innego wyjścia; że tej walki nie da się już uniknąć.
Kiedy tak płakałam, powoli schodziły ze mnie emocje. Moje lęki stały się mniejsze o ten jedną, od dawna nawracającą myśl. Nie muszę być Dziedzicem. Nie muszę...
Poczułam, że Ting zaczął rozczesywać moje poplątane włosy swoimi szponami. Nie robił tego od lat. Odniosłam wrażenie, że dziś robił to delikatniej, niż kiedyś.
– Ile z tego powiesz Baldorowi? – spytałam, kiedy już udało mi się powstrzymać kolejne łzy.
– Jeśli nie chcesz, żebym mówił mu o czymkolwiek...
– Nie musisz mu mówić? – Spojrzałam na mojego towarzysza.
– Nie mam żadnych powinności wobec Strażnika Lasu... – zapewnił. – Boisz się, że ruszy na Władcę Burzy sam, prawda?
– Tak... W końcu raz już przegrał...
– Nie miałby szansy w ponownym starciu na otwartym terenie... My Strażnicy byliśmy przystosowani do walki z przeciwnikami bez żadnych zdolności magicznych.
– Co robisz? – Odwróciłam nieznacznie głowę, czując, że odmieniec nie zajmował się już tylko rozczesywaniem.
– Nie ruszaj się, próbuję zapleść warkocz. Zaraz wszystko popsujesz.
– A...
Spojrzałam znów przed siebie. Na gałęzi nieopodal nas wylądował barwny ptak. Przyjrzał się naszej dwójce, a następnie zaczął wyśpiewywać znaną swojemu gatunkowi, przepiękną melodię. Brzmiał zupełnie inaczej niż ptaki, które pamiętałam z dzieciństwa.
– Czemu ty przestałaś gwizdać, Pierzasta? Nie robiłaś tego, odkąd opuściliśmy Góry...
– Ja... – zawahałam się. – Uznałam, że to głupie... Słyszałeś kiedyś o "ćwierkającym wilku"? – Opuściłam uszy. Te bolesne słowa zadała mi kiedyś jedna z osobowości Karou.
– Właśnie w tym rzecz, że nie słyszałem. Pod tym względem jesteś wyjątkowa. To unikalny talent.
Spojrzałam znów na siedzącego na gałęzi ptaka. Ciekawe, czy by się zgodził z moim towarzyszem.

<C. D. N>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 141 czerwonych⎹ 261 pomarańczowych⎹ 218 zielonych⎹ 131 niebieskich⎹ 171 granatowych⎹ 252 fioletowych⎹ 95 różowych odłamków