środa, 19 sierpnia 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 3


Lipiec 2026
Adora westchnęła. Odkąd przylecieliśmy do Białego Królestwa, wyglądała na wiecznie niezadowoloną. Dni mijały, a ona chodziła coraz bardziej zdenerwowana. Odbijało się to na lekcjach; częściej ignorowała nasze pytania i urywała swoje wypowiedzi w połowie. Przestała za to tyle mówić o planetach, gwiazdach i innych rzeczach związanych z kosmosem. Częściej opowiadała o rzeczach związanych ściśle związanych z tematem zajęć. Było to... Dziwne.
Tamtego dnia mieliśmy lekcję w terenie. Chodziliśmy po uliczkach miasta i słuchaliśmy Adory. Albo raczej: ja słuchałem, inni rozglądali z zaciekawieniem. Białe Królestwo nadal zachwycało nas swoim ogromem.
– Czy widzicie to tutaj? – Wilczyca nagle zatrzymała się i wskazała łapą na wysoką latarnię. Był środek dnia, więc stała wygaszona i ciemna. Wiedziałem jednak, że gdy nastanie mrok, ta z łatwością go rozświetli. – Czy wiecie, co niesie ze sobą obecność tego  c z e g o ś?
– Sprawia, że w nocy jest jasno? – zaryzykowałem odpowiedź. Przekrzywiałem głowę, nie rozumiejąc skąd to pytanie. Czy lampy były związane ze złodziejami, o których dzisiaj rozmawialiśmy? Jeśli tak, to w jaki sposób?
– To coś, ta l a t a r n i a – Wypowiedziała to jak największą obrazę na świecie – zaćmiewa swoim światłem niebo, przez co gwiazdy są słabiej widoczne – Rzuciła oskarżycielskie spojrzenie wielkiemu słupowi. Pomyślałem, że gdyby miał pysk, przybrałby skruszoną minę.
– Przecież gwiazdy są nadal widoczne. Tak samo jak księżyc – zauważył Chase.
Ismanise przewróciła wymownie oczami.
– Powiedziała, że są słabiej widoczne, a nie wcale.
Nauczycielka przyznała jej rację, nawet nie spoglądając w stronę młodej samicy; nadal mordowała wzrokiem niewinną latarnię.
– Jak mogliście wykazać się taką ignorancją, by tego nie zauważyć? – zapytała nagle. – Proszę, żebyście dzisiejszej nocy zwrócili na to szczególną uwagę.
– Będzie to pani sprawdzać?
Nauczycielka spiorunowała wzrokiem malca, który to powiedział. Dowiedziałem się już, że miał na imię Priam. Bardzo często odzywał się niepytany. Przypominało mi to bardzo Kaiju albo waderki z mojej obecnej grupy – Sinope i Naidę. Oczywiście, poza nimi było jeszcze sporo innych osób. Prowadzenie lekcji wyglądało czasem na bardzo trudne... Osobiście podziwiałem nauczycieli, którzy jakoś dawali radę. Nie zawsze, ale... Przynajmniej próbowali. 
– Tak.
– A jak?
Nauczycielka zawahała się. Otworzyła pyszczek i go zamknęła. W końcu odwróciła łeb i wskazała łapą w bliżej nieokreślonym kierunku. Mój pysk wykrzywił słaby uśmiech, kiedy wpadłem na pomysł, co mógłbym robić dzisiejszego popołudnia... Skoro już mieliśmy małe zadanie na lekcję logiki... Czemu by go nie rozszerzyć o kilka więcej faktów na temat gwiazd? Może dzięki temu pani Adora polubiłaby mnie bardziej?
– Co cię tak śmieszy, Morganie?
– Nic, proszę pani – odparłem szybko. Przybrałem poważną minę i opuściłem uszy. Nie zauważyłem, że patrzyła prosto na mnie! – Myślałem tylko o... – Urwałem. Chyba mówienie o tym, że chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o kosmosie w bibliotece, nie było najlepszym pomysłem. Samica mogłaby odebrać w to... Zły sposób.
– O czym?
– O temacie – skłamałem szybko. – Zastanawiałem się, czy złodziejem mógłby być malutki szczeniak. Taki uloczy i lóżowy...
Nie brzmiałem przekonująco. Wiedziałem o tym. Kaiju i Eunice wielokrotnie mówili o tym, że nie potrafiłem zbyt dobrze kłamać. Podobno mój głos brzmiał wtedy piskliwie, a wada wymowy nasilała... Usłyszałem chichot jakiegoś szczeniaka, kiedy tylko nieudolnie wypowiedziałem słowa "uroczy" i "różowy". A ostatnio zdołałem nauczyć się mówić chociaż odrobinę wyraźniej! Czemu w takich chwilach, wszystkie moje starania szły na marne?
Odetchnąłem z ulgą, kiedy pani Adora powstrzymała się przed komentarzem na ten temat i wróciła do mówienia o tym, jak można rozpoznać złodzieja. Dzisiaj uznała, że ze względu na nasz pobyt w Białym Mieście, powinniśmy znać jakieś środki ostrożności. Było to... logiczne. Bardzo logiczne i sensowne. Przypomniałem sobie, że kilkoro szczeniaków to aż zdziwiło.

<c.d.n.>

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 7


Styczeń 2027
Lodowaty wicher zaszumiał. Mama od razu zareagowała i otuliła mnie mocniej tym fajnym, ciepłym materiałem. Pamiętała nawet żeby nakryć moje uszy. Mama jest najfajniejsza!
Nagle rozległ się inny szum; niepodobny do wspomnianego wcześniej. Najbardziej zaniepokoiło mnie to, że nie mogłam określić, skąd do nas docierał. Wybrzmiał z przodu, potem nagle z boku, a czasem nawet z góry! Zaczął cicho, pojedynczymi odgłosami, by wkrótce gęstnieć, huczeć coraz głośniej.
Wcale mi się to nie podobało; było dziwne, nienaturalne i w ogóle! Zgrzytało, uderzało, dudniło, sama nie wiem! Wiem tylko, że w życiu nie słyszałam niczego podobnego. Zaskamlałam i ukryłam nos w materiale, którym byłam owinięta. Poczułam, jak obejmuje mnie łapa mamy.
– Ma-ma! – zapiszczałam, szarpiąc za kolorowe frędzle.
– Spokojnie, kochanie. To tylko deszcz – usłyszałam mój ulubiony, miły głos. Jednak nie zdołał on odstraszyć tego dziwnego rzężenia. Rzężenia, które wciąż narastało!
Złapałam frędzle i zaczęłam je przeżuwać. Wtedy poczułam na odkrytym pyszczku, że zrobiło się jeszcze zimniej. Czyżby ten nowy szum kradł ciepło? Nie chce zamarznąć!
– Spokojnie, Firi – Niepewnie podniosłam łepek, słysząc swoje imię. – Jestem tutaj, nic się nie stanie.
Zdawało mi się, że góra wyglądała jakoś inaczej, niż zwykle. Spróbowałam odszukać to, co tam wisi i świeci, ale bez powodzenia. Wypatrzyłam tylko różne odcienie szarości, czasem nawet granatu. To znaczy, część widoku zasłaniał ten rozczapierzony zielony baldachim, pod który przyniosła mnie mama. A może właśnie on miał obronić nas przed rzężącym-szumem?
Pomimo uspokajającego tonu wilczycy, postanowiłam nie ruszać się z miejsca. Tu jest ciepło, a tam jest strasznie; decyzja zbyt prosta.
Wkrótce nabrałam przekonania, iż jestem bezpieczna. Porzuciłam jednak tę myśl, kiedy coś uderzyło w materiał leżący na mojej główce. Podskoczyłam. Atakują! MAMO! Zaczęłam głośno piszczeć. Miejsce na moim okryciu, które oberwało, zrobiło się ciężkie, zimne i klejące. Co ja teraz zrobię?
Zanim wydałam z siebie kolejny pisk, mama przybyła na ratunek. Ostrożnie zdjęła uszkodzony materiał z mojej główki. Przysunęła się bliżej i pochyliła nade mną.
– Ciii... to tylko woda.
Wyciągnęłam łapki do jej wielkiego pyszczka. Był taki fajny i ciepły i miły i fajny. Był najfajniejszy. Mama położyła głowę tuż obok mnie, więc wykorzystałam tę okazję, by wtulić się w jej sierść. Wkrótce byłam już całkiem spokojna. Cokolwiek tam szumi i atakuje, nie da sobie rady z mamą!

Koniec stycznia 2027
Znowu gdzieś mnie niosą. Nie zawsze było to takie fajne; nieraz kończyło się położeniem przed nowym, przerażającym przedmiotem. Miałam szczerą nadzieję, że dzisiaj nie będzie tak samo, chociaż mama naprawdę długo się nie zatrzymywała. Szła też dość szybko, to chyba oznaczało, że znała drogę.
Wlepiłam wzrok w to niebieskie coś przed nami. Było tam od zawsze, ale teraz zdawało się stawać coraz wyższe. Też jego własny szum był coraz głośniejszy. Hm... strasznie dużo szumów jest na tym świecie. Wiatr szumi, to niebieskie coś szumi, zielony baldachim szumi; można powiedzieć, że rzężące-dudniące coś też szumi. Wszystko szumi!
Dzięki dalszej obserwacji dowiedziałam się, że rosnące-niebieskie-coś, co jakiś czas przecinały białe pasy. Niektóre docierały do piasku, ale większość znikała zbyt szybko, by to osiągnąć.
A mama nadal się nie zatrzymywała, jedynie odrobinę zwolniła. Wtedy zauważyłam, że obserwowany obiekt zaczął zmieniać kolor. Stawał się szarawo-przezroczysty; zachował jednak ruchome, białe akcenty, o których wspomniałam wcześniej.
Mama położyła mnie z powrotem na piasku. Z jakiegoś powodu tutaj nie był ciepły i sypki; raczej zimny i klejący. Poderwałam łapki, by spróbować go strząsnąć. To naprawdę niefajna wersja piasku.
Wybrzmiał kolejny szum; znacznie bliższy, a przez to donośniejszy. Podskoczyłam. Albo mi się zdawało, albo to przezroczyste coś przed chwilą próbowało się do nas zbliżyć!
– Maamaaa! – Też to widziała? Nie wygląda na zaniepokojoną...
Kolejny szum. Wtedy wszystko się powtórzyło. To nie omamy! Mamo, zrób coś! Zapiszczałam i dopadłam nóg wspomnianej wilczycy.
– Nie ma się czego bać, Firi – usłyszałam jej ciepły głos.
Mama polizała mnie po główce. Niestety, nie uspokoiło mnie to na długo; przezroczyste coś po raz kolejny wyciągnęło się w naszą stronę. Mamo, musimy uciekać! Zaczęłam szarpać kolorowy puch, ale bez skutku.
– To woda, złotko. Patrz, niegroźna – Wilczyca wyciągnęła łapę w stronę tego dziwacznego zjawiska.
Struchlałam. Nie, nie rób tego!
Pisnęłam, kiedy jej łapa zetknęła się z przerażającym, szumiącym czymś. Wtem dostrzegłam, że nikomu nic się nie stało. Po futrze mamy spłynęło kilka połyskujących drobinek i to tyle.
Chwila... czy to może być to samo, co duzi noszą w tych okrągłych, drewnianych naczyniach? Nie pachnie tak samo; też wydaje znacznie więcej odgłosów... Ale te drobinki były uderzająco podobne.
Niepewnie wyciągnęłam łepek w stronę przezroczystego czegoś, którego przed chwilą dotknęła mama. Cofnęło się, jakbym teraz ja je przestraszyła. Chyba że po prostu chciało być złośliwe.
– Uwaga... fala zaraz wróci!
Odskoczyłam, ledwo ratując swoje łapy przed kolejną powtórką tego dziwacznego zjawiska. Mamie nie zrobiło krzywdy, ale bałam się, że ja nie będę mieć tyle szczęścia. A co jeśli to jest miłe tylko dla dużych wilków?!
Znów pociągnęłam za pióra na łapie mamy. Idziemy stąd! Chcę wracać! Tam piasek jest miły i nie ma tego przezroczystego-szarego-szumiącego-kto-wie-jeszcze-jakiego!
– No dobrze, nic na siłę – usłyszałam głos mamy. Zaraz po tym, znów byłam w powietrzu. Hura!

<C. D. N.>

Uwagi: Zgubiłaś kilka przecinków.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 2


Czerwiec 2026
– Podobno egzekucje były p... polityczne – wtrącił ten sam szczeniak, co wcześniej. Zerknąłem w jego stronę. Nie znałem go; był z młodszej grupy. Przeraziło mnie, że taki szkrab mówi o tym z lekkością, której ja chyba nigdy nie zdołałbym z siebie wykrzesać. – Widział pan jakąś?
– Masz na myśli publiczne? – zapytał pan Kai.
– Tak, chyba tak. Nie wiem.
Nauczyciel bardzo powoli i bardzo poważnie skinął głową.
– Widziałem.
Moje ciało ponownie zadrżało. Nie potrafiłem wyobrazić sobie takiego okrucieństwa, takiej scenki. Nie przeszkadzało to jednak przerażeniu, krążącego w mojej krwi. Pan Kai rzucił na mnie okiem i to musiało przeważyć szalę; zmienił temat i opowiadał dalej jak filozof wywinął się śmierci i został wyrzucony za bramy miasta, gdzie kontynuował swoją działalność. Ucinał krótko pytania malca, a ja powoli uspokajałem pędzące jak szalone serce.
Dlaczego wilki robiły takie rzeczy?
***
Po zajęciach, tak jak obiecywali rodzice, wybraliśmy się na wycieczkę. Zwiedziliśmy parki, świątynie oraz różne place. Białe Miasto było cudowne w swojej odmienności od mojej małej ojczyzny, jednak nie potrafiłem się tym cieszyć. Niczym przerażające widmo siedziała nade mną wizja egzekucji. Rodzice kilkukrotnie pytali mnie, czy coś się stało. Byli zmartwieni. Zbywałem ich pytania krótkimi odpowiedziami i kontynuowałem swoje rozmyślenia przetykane cichym zachwytem otaczającymi mnie widokami.
W którymś momencie stwierdziłem, że nie wytrzymam tego dłużej. Zerknąłem w stronę rodziców i drżącym głosem zadałem swoje pytanie:
– Mamo, tato... Widzieliście kiedyś egzekucję?
Mama przełknęła głośno ślinę. Wyraźnie widziałem, jak jej gardło drga.
– Um... Ja starałem się ich unikać – odparł tata. Wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Jego głos był poważny, zresztą jak zwykle. 
Spojrzałem w stronę mamy. Milczała, wpatrzona we własne łapy.
– Widziałam początek... – mruknęła.
– One... One nie są dobre. Nikt nie zasługuje na taki los, prawda?
Mówiłem szybko, nerwowo. Przeczuwałem, że rodzice mi przytakną. Nie przeszkadzało to jednak irracjonalnej obawie, która rozkwitała w mojej głowie. Nadal się bałem. Co jeśli...?
Mama przystanęła. Uniosła łapę i położyła ją na moim ramieniu. Delikatnie i czule.
– Zapamiętaj to, co mówisz – rzekła z porażającą powagą. – bo masz rację.
Tata pokiwał głową. Moje spojrzenie zetknęło się z jego. Patrzyłem w jego spokojne brązowe oczy i na niebieską plamkę. Wyglądała jak kałuża lub mała sadzawka na środku ziemi. Fragment kolorowej mapy, którą moglibyśmy obejrzeć na lekcji historii. Jednak ja widziałem ją teraz. W środku Białego Miasta, w oczach mojego ojca.
– Dlaczego wilki robiły takie rzeczy? – zapytałem, z trudem opanowując drżenie głosu i łap.
– Te egzekucje miały na celu zastraszenie poddanych. Władza odbierała publiczne życie, by pokazać, czym grozi w ich królestwie... nieposłuszeństwo. Te egzekucje... były czymś nadzwyczajnym dla poddanych... Schodzili się, by zobaczyć, co się dzieje, aż w końcu ten widok przestał być dla obserwatora niewyobrażalnym okrucieństwem, a tylko... ciekawym wydarzeniem. – Mama urwała. Patrzyła na mnie, ale miałem wrażenie, że mnie nie widziała. – Nie wszyscy postrzegają wszystko tak samo jak my – zakończyła w końcu.
Zadrżałem. Poczułem, że do moich oczu napływają piekące łzy. Miałem wrażenie, że świat się kręci.
– To okropne – powiedziałem cicho. Mój głos zabrzmiał bardzo słabo.
– Masz rację... Uważaj, Morgan, czasem zbyt łatwo jest stracić wrażliwość na takie rzeczy. "Wystarczy otrzeć się o zło... A zło już tak nie złości"...
Nie odpowiedziałem. Przez jedną długą chwilę staliśmy w ciszy. Łzy spływały z moich oczu, a ciało drżało. Nie chciałem nigdy stracić wrażliwości. Nie mogłem pozwolić, by takie coś miało miejsce. Nie mogłem...
– Chcę pomagać innym, nie ich krzywdzić – zdecydowałem nagle. Kiedy tylko to powiedziałem, wszystko zamarło. Łzy, dreszcze... Czekały na moje kolejne słowa. Moja własna widownia szukająca oznak niepewności, by wrócić. Ale nie znalazła ich. – Myślicie, że mógłbym zostać lekarzem? Leczyć, pomagać wilkom w potrzebie i robić wszystko, aby ich życie... było prostsze? Znaleźć poranionych i im pomóc?
Na pyszczki rodziców wkradły się uśmiechy.
– Morgan, to wspaniały pomysł – pochwalił mnie tata.
Mama poszła o krok dalej; zmniejszyła dzielący nas dystans i pocałowała mnie w czoło. Jej język był ciepły, a gest wypełniony miłością.
– Oczywiście, że mógłbyś nim zostać. To bardzo potrzebna funkcja.
Przytuliłem najpierw ją, potem tatę.
Wokół nas było wielkie miasto, mnóstwo obcych pysków wszelakich stworzeń. Byliśmy też my. Trójka wilków przytulająca się na środku ulicy. Czułem ciepło ich ciał, a krople płynęły po moim pysku. Byłem tak szczęśliwy, że ich miałem...

<c.d.n.>

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 6


Koniec listopada 2025
– Lind?
Podniosłam uszy i odwróciłam głowę. Parę metrów dalej ujrzałam znajomą sylwetkę Crane'a. Zaczęłam się zastanawiać, jak długo czekał z zasygnalizowaniem swojej obecności.
– Um... dobry... – mruknęłam.
Wilk przejechał wzrokiem po okolicy, po czym podszedł bliżej.
– Jak się czujesz? – spytał. – Słyszałem, że...
– Jest okej – Nie pozwoliłam mu dokończyć. – Gdzie jest Morgan? – Rozejrzałam się w poszukiwaniu naszego szczenięcia.
– Jeszcze ma lekcje.
Zamrugałam oczami i spojrzałam znów na Crane'a. Przyszedł sam?
– Masz jakąś... sprawę do mnie?
– Tylko chciałem sprawdzić jak się miewasz... Nie widziałem cię odkąd przyszedł do nas Ting, a potem usłyszałem, że mieliście wypadek...
Dostrzegłam na jego pysku oznaki szczerego zmartwienia. Przypomniałam sobie, że mieliśmy wczoraj iść na występ artystów z watahy; ja, Crane i Morgan... A potem zjawił się Ting, by spytać o "wilka o połowie ciała z lodu". Przełknęłam ślinę. Przez to wszystko nawet nie pomyślałam, że tamci dwaj mogli nie otrzymać żadnego wyjaśnienia. Albo co gorsza; że dotrze do nich tylko informacja o wypadku.
– Więc mówisz... jest okej?
Pokiwałam głową. Zapragnęłam uwierzyć, że basior przyszedł tutaj sam z siebie. Bez nacisku ze strony Morgana lub kogokolwiek innego.
Przypomniałam sobie inny moment, w którym nagle uciekłam, niczego nie tłumacząc. Było to jakoś tydzień temu, jak poprosiłam Crane'a, by odczytał moje lęki. Pożegnałam się, jak zapytał o Freeze'a; o wilka o połowie ciała z lodu...
Wtedy zrozumiałam, jak Ting dowiedział się o tym osobniku. Poczułam gorąco na policzkach. Moje łapy zadrżały; były gotowe po raz kolejny uderzyć pysk Crane'a.
Podniosłam wzrok na rozmówcę. Wtedy mój zapał do ataku zaczął znikać. Po raz kolejny zobaczyłam zatroskane spojrzenie wilka. Crane po prostu się martwił. Nie dotrzymał obietnicy, ale... zrobił to, bo się martwił.
Wzięłam głęboki wdech i znów spuściłam wzrok. Pomyślałam o tym, co było dalej. To wszystko mogło się skończyć tragicznie, jednak teraz... teraz wiem, że Ting wciąż jest po mojej stronie. Ta informacja była nieoceniona. Gdyby Crane nie poszedł do mojego towarzysza, nie miałabym jej.
Wspomniany wilk w milczeniu usiadł obok. Kątem oka dostrzegłam, że chciał położyć łapę na moim ramieniu, ale szybko z tego zrezygnował. Upłynęło kilka minut wypełnionych tylko ciszą. Nie wiedziałam, czy chcę patrzeć na Crane'a, czy gdzieś indziej. Horyzont nie był już taki piękny przez to, jak straszna wczoraj wydawała się toń morza.
– Na pewno dajesz sobie radę? – usłyszałam.
– Jest lepiej, niż było wcześniej – wyznałam szczerze. – Po prostu... zrobiłam kilka głupot...
– Aha... – Crane brzmiał trochę nieswojo. Teraz zaczynałam podejrzewać, że było to wywołane poczuciem winy po niedotrzymanej obietnicy.
– Mamy ze sobą jednak coś wspólnego... – Spojrzałam na niego spode łba. – Oboje mamy problemy z zaufaniem.
Crane odwrócił pysk w moją stronę. Zmrużyłam oczy, wpatrując się w jego barwne tęczówki. Basior opuścił uszy; zrozumiał, że domyśliłam się wszystkiego.
– Widać czasem powód jest uzasadniony – westchnął ciężko.
– No... tak czasem jest... – Zdecydowałam się jednak spojrzeć w dal. Odkryłam, że stąd niebo zdawało się być znacznie większe od morza. Po chwili uznałam, że stąd żadne z nich nie wyglądało aż tak groźnie. Po prostu... były tam, gdzie zwykle. I to tyle.
– Lind, chciałbym coś zrobić, żeby to naprawić... Żeby było jak dawniej.
Poczułam w sercu zimne ukłucie. Nie odpowiedziałam nic, nie odwróciłam nawet głowy. Nie potrafiłam. Co mogłam mu powiedzieć, czego już nie wiedział?
– Chciałbym żebyś znów mi ufała.
– Mówisz, jakby to było takie proste...
– A gdybyś.... Wiesz... masz Naszyjnik Prawdy i... – Crane przysunął bliżej moją torbę.
Drgnęłam. Przyciągnęłam skórzany worek do siebie i otworzyłam klapę. Spomiędzy różnego rodzaju śmieci błysnął wspomniany wisiorek. Wyciągnęłam łapę w jego stronę, ale po chwili ją cofnęłam. 
– Chcesz tego? – spytałam, spoglądając na Crane'a. Nie mogłam uwierzyć, że sam zaproponował takie rozwiązanie.
Basior chwilę się wahał, ale w końcu skinął głową. Przełknęłam ślinę i znów zaczęłam przyglądać się wisiorkowi. Wizja zarzucenia Crane'owi tego Naszyjnika raz na zawsze nie wyglądała już tak pięknie. Teraz czułam, że to nie jest rozwiązanie, którego poszukuję.
– Nie. Ja tego nie chcę – mruknęłam, zamykając torbę. – Po prostu... – Nie umiałam ubrać swoich uczuć w słowa. Naszyjnik Prawdy zdawał się być ostatecznością; zbyt brutalną i niebezpieczną.
Crane spuścił wzrok. Wtedy w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Całkiem inny; bardziej ryzykowny, ale jedyny logiczny. Zacisnęłam łapy na torbie. Usłyszałam głośne bicie własnego serca.
– Zróbmy tak... Dam ci jeszcze jedną szansę.
Wilk natychmiast odwrócił głowę w moją stronę. Widać było, że nie wierzył własnym uszom.
– Ale jeśli okłamiesz mnie choć jeden raz, choćby w dobrej wierze... – Podniosłam łapę. Znów zabrakło mi odpowiedniego zwrotu. Ponownie poczułam ścisk w gardle. Z jakiegoś powodu w moich oczach stanęły łzy.
Crane wyglądał, jakby sam nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Widziałam na jego pysku wyraźny szok, ale towarzyszyło mu coś jeszcze.
Nagle wilk zbliżył się do mnie, objął i mocno przytulił. Ze zdziwienia wstrzymałam oddech. Odruchowo zaczęłam przywoływać wiatr. Chyba chciałam go użyć, by się uwolnić. Po chwili jednak to pragnienie ucieczki zniknęło. Poczułam... ciepło. Uścisk Crane'a nie był jak te udawane, które wymienialiśmy lata temu. Był szczery; przepełniony... czymś wyjątkowo przyjaznym.
– Dziękuję ci, Lind – wydusił wilk.
Nie powiedziałam już nic. W moich oczach zbierało się coraz więcej łez. Jakoś tak wyszło, że zdecydowałam również opleść łapy dookoła sylwetki Crane'a.
– Boisz się...
– No... – westchnęłam. – Na to wygląda...

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Yvara "Broń się" cz. 11


Grudzień 2025
Yvar był zły. Miał ochotę drapać pazurami po piasku, skórze, drzewach. Mięśnie kusiły, żeby przestał słuchać rodziców i zagłębił w zieloną dzicz dżungli. Mama co rusz wyciągała w jego stronę łapę, ale uciekał spod niej. Nie chciał magicznego uspokojenia. Był wściekły i miał zamiar rozkoszować się płynącymi w jego krwi uczuciami. Było to lepsze niż pustka, którą odczuwał, kiedy czekał aż ktoś przyjdzie powiedzieć jego rodzicom. Bo nie miał wątpliwości, że ktoś przyjdzie; przewrażliwiony ojciec Morgana nie puściłby mu tego płazem.
Próbował ignorować łagodne słowa mamy i cichą wściekłość ojca. Jednak nie potrafił tego znieść. Żadne z nich nie było sobą, a jakąś wypaczoną, odwróconą wersją swojego charakteru. Szczególnie zachowanie Asgrima go wstrząsnęło. Jednocześnie wprawiało w furię i poruszało jego serce.
Drżał przez całą rozmowę, a kiedy wszystko uległo zakończeniu, odszedł kawałek dalej z bólem w każdej swojej cząstce. Czekał na łzy, patrząc na zachodzące słońce, jednak te nie nadchodziły. Łapy nadal błagały go ucieczkę. Wiedział jednak, że nie byłby to najlepszy pomysł na świecie. Musiał być grzeczny. Nie mógł podpadać. Nie chciał widzieć zimnej burzy w szaroniebieskich oczach ojca. Nie był na to gotów. Jeszcze nie.
Yngvi próbowała do niego podejść i zapytać o wydarzenia tego popołudnia. Słyszał jej wesołą paplaninę i zmęczony głos Torance, gdy ta ją powstrzymała. Był jednocześnie wdzięczny i niezadowolony. Sam już nie wiedział, co czuł wyraźniej.
W końcu niebo pokryło się czernią, a skrząca droga gwiazd znalazła odbicie w jego oczach. Yvar zatracił się w tym widoku i gamie emocji, która wypełniła jego umysł. Stracił poczucie czasu; był tylko on, gwiazdy, uczucia i cichy oddech śpiącej kawałek dalej siostry. Nic więcej nie miało znaczenia.
***
Yvar siedział przed Adorą, zamiatając piasek ogonem. Yngvi już dawno odeszła, żeby porozmawiać z Silee. Oprócz nich była tylko Nikaella, ale ona trzymała się jak zwykle na uboczu. Yvar nawet ją lubił, chociaż nigdy nie zamienili nawet słowa. A może właśnie dlatego.
Oblizał nerwowo pysk, gdy jego myśli wróciły do wczorajszego starcia. 
Bał się spotkania z Morganem. 
Bał się szeptanych plotek i nieprzyjaznych spojrzeń innych.
Bał się pogardy, wściekłości i nienawiści.
Ale nie żałował. Nadal, pomimo tego wszystkiego, nie żałował tych kilku chwil satysfakcji, kiedy walczył z basiorkiem. Kiedy adrenalina wypełniła jego żyły. Kiedy górował i patrzył w przerażone brązowe ślepia. 
Adora patrzyła w niebo, a Yvar na jej ciemne futro. Piaszczysty brzeg zbyt przypominał sierść Morgana; kiedy na niego spoglądał, miał ochotę rzygać. Gwar szczenięcych rozmów narastał wraz z ilością uczniów. Obok niego wylądowało trochę śliny. Yv zignorował to oraz ostre słowa Kaiju. Jego serce biło jak szalone.
Nauczycielka przeszła do lekcji. Opowiadała coś o słońcu i planetach, czasem przerywając na mówienie wartościowych rzeczy lub milczenie. To ostatnie podobało się Yvarowi - i, jak przypuszczał, nie tylko jemu - najbardziej.
Adora mówiła coś o problemach związanych z wchodzeniem na nieznane terytorium. Ciągły monolog, którego nie zdołał przerwać żaden szczeniak; wilczyca ignorowała wszystkie pytania i kontynuowała monotonnym tonem, co jakiś czas porównując taką sytuację do kosmosu. Żaden szczeniak nie wiedział, o co chodzi, a ona nie tłumaczyła. Yvarowi ten układ wyjątkowo pasował. Wokół nauczycielki i ucznia rozchodziła się aura zrezygnowania i zmęczenia. Nikt jednak nie zapytał. Ani teraz, ani później.
Miał wrażenie, że nie istnieje. A jeśli już istniał, chciał przestać. Przynajmniej na chwilę.