piątek, 21 sierpnia 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 4


Lipiec 2026
Przerażenie zawładnęło moim ciałem. Każda komórka wrzeszczała bólem, a ja jej wtórowałem. Łzy płynęły z moich oczu, klatka piersiowa unosiła i opadała w spazmach. Żałowałem, że kiedykolwiek to zrobiłem, że kiedykolwiek spróbowałem. Chciałem cofnąć czas, naprawić swój błąd.
POMOCY. NIECH KTOŚ MI POMOŻE.
Wrzask zamienił się w urywany pisk, gdy opadłem ciężko na ziemię. Czułem zimno, przeraźliwie zimno. Zapiszczałem głośno, chyba zawołałem o pomoc. Nie wiedziałem. Byłem otumaniony. Nie słyszałem, nie czułem zapachów, nie widziałem. Ta chwila była wypełniona jedynie drgawkami, lodowatym powietrzem i piskami. Łzy żłobiły koryta na moich polikach.
Podmuch wiatru. Moja skóra zaprotestowała, gdy coś, jakiś materiał, ją okrył. Wyciągnąłem łapy i wtuliłem się w go, opatulając siebie całego. Czekałem w ciszy, oglądając rozmazane plamy. Słyszałem głos pana Gerranta. Szczeniaki chichotały i wymieniały uwagi, odchodząc. Nie zrozumiałem żadnego słowa. Byłem chyba zbyt zszokowany.
Ktoś do mnie podszedł. Człowiek. Wyciągnął w moją stronę rękę i pomógł wstać. Opatulił mnie szczelniej materiałem. Wspierany przez jego silne ręce, wykonałem pierwszy krok i zachwiałem się. Gdyby nie on, upadłbym. Powoli i uważnie pokonaliśmy karczmę oraz schody prowadzące na piętro. Elvin – bo to właśnie on mi pomagał – nie zaprowadził mnie do pokoju, który zajmowałem; otworzył inne drzwi i poluźnił uścisk. Dłonią wskazał na łóżko.
– Dasz radę sam przejść?
– Spróbuję – mruknąłem i wykonałem pierwszy samodzielny krok. Zachwiałem się; chodzenie z pomocą ludzkich nóg wymagało o wiele większego poczucia równowagi. Dłoń uderzyła o drzwi szafy. Był to instynkt, który kazał mi ochronić się przed upadkiem. Kolejny krok i następny, i jeszcze jeden. W końcu upadłem ciężko na łóżko. Na moim pysku – nie, t w a r z y – widniał dumny uśmiech. Dałem radę! Naprawdę dałem radę!
– Przyniosę ci jakieś ubrania – powiedział Elvin i zniknął wraz z cichym trzaśnięciem drzwi. 
Siedziałem na łóżku i bawiłem się dopiero co zyskanymi palcami. Byłem niski i drobny, znacznie mniejszy od większości dorosłych samców. Różnica we wzroście widocznie nasilała się wraz ze zmianą formy. Uznałem to za bardzo ciekawe zjawisko.
Zerknąłem w stronę materiału, w którym byłem wcześniej zawinięty. Kusiło mnie, żeby do niego podejść i okryć się; moje jasne i łyso ciało drżało z zimna. Brakowało mi ciepłego futra... Nim zdecydowałem się, czy po nie pójść, wrócił Elvin. Mężczyzna podał mi ładnie złożone ubrania.
– Załóż to. Jakbyś potrzebował pomocy... – Urwał i obrócił się w stronę drzwi. Nie zrozumiałem, dlaczego to zrobił, ale nie kwestionowałem.
– Dziękuję. I przepraszam za kłopot... – Spuściłem wzrok na swoje łyse stopy. Wyglądały dziwnie i nienaturalnie. Jak ludzie żyli z takimi szkaradztwami?
– Nic się nie stało. To twoja pierwsza przemiana?
Przytaknąłem, sięgając po pierwszy element ubioru – długie spodnie o brązowej barwie. W tej chwili byłem bardzo wdzięczny za moją szczenięcą dociekliwość; dzięki niej znałem kilka nazw ubrań. 
– Gerrant mówił, że nie miał w planach uczenia was zmiany w człowieka. Mieliście pracować nad żywiołem.
– Tak... To był przypadek – odparłem, zakładając drugą nogawkę. Szło mi bardzo opornie. 
– Przypadkowo zmieniłeś postać? – zaśmiał się. – Na pewno jesteś magicznym wilkiem, a nie likantropem?
– Na pewno – Uniosłem się na rękach i naciągnąłem spodnie na zad. – Czyje to ubrania? 
– Gavriela.
Zamarłem, sięgając po koszulkę na długi rękaw. Była przecięta w połowie, miała beżowy kolor i brązowe guziki. Pasowała do spodni. W mojej głowie widniał obraz czarnego samca, pomocnika Elvina. Wyglądał na aroganckiego i już zaczynałem się bać, jak zareaguje na to, że nosiłem jego ubrania. Nigdy z nim nie rozmawiałem i nie chciałem, żebyśmy poznali się lepiej w takich okolicznościach.
– Nie będzie miał nic przeciwko?
– Raczej nie. I tak już z nich wyrósł. 
Pokiwałem głową i zarzuciłem koszulkę. Okazało się, że guziki były tylko z jednej strony, a po drugiej widniały już małe dziurki. Domyśliłem się, że trzeba było je przez nie przełożyć. Brzmiało to jednak o wiele prościej, niż było to w rzeczywistości. G u z i k o w a n i e wymagało precyzji, której nie potrafiłem jak na razie wykrzesać. Mruczałem niezadowolony, kiedy guziki wymykały mi się z palców. Przyciągnęło to w końcu uwagę Elvina, który pomógł mi z pomocą kilku wprawnych ruchów. Westchnąłem zachwycony.
– Trochę treningu i ty też dasz radę. Wszystko przyjdzie z czasem.
– Mam nadzieję.
Wymieniliśmy uśmiechy. Potem moje spojrzenie natrafiło na jakąś dziwną część odzieży, z którą nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Nigdy jej nie widziałem. Wyglądała jak bardzo krótkie spodenki. Zbyt krótkie, żeby czuć się w nich komfortowo. Podniosłem je, żeby mężczyzna również zwrócił na nie uwagę.
– A co z tym?
Wzruszył ramionami.
– Jak nie chcesz, to nie zakładaj.
Zacisnąłem usta. To nie była odpowiedź, jakiej oczekiwałem.
– No ale co takiego jest?
– Bokserki. Bielizna – wyjaśnił krótko. Widząc jednak, że niewiele mi to mówiło, dodał: – Jeżeli zsuną ci się spodnie, nie będzie ci widzieć pośladków.
Otworzyłem usta i grzecznie zsunąłem z siebie spodnie, by założyć bokserki. Nie czułem większego skrępowania stojąc bez ubrań, ale powietrze było zbyt zimne, żeby odsłaniać dodatkowe miejsca... Ze względu na to nie mogłem dopuścić, żeby jakaś większa przestrzeń była odkryta.
Elvin odwrócił twarz i zaczekał, aż skończę. Kiedy do niego podszedłem, chwiejąc się jak szalony, otworzył szafę. Wyciągnął z niej czarny płaszcz zdobiony futrem, piórami i metalem. Wyglądał na drogi i nie pasował do pozostałych ubrań. Byłem jednak skłonny uwierzyć, że ludzie chodzili ubrani w taki sposób. Widziałem w końcu już tyle dziwnych ubrań i kompletów...
– Jeżeli chcesz, możesz je zatrzymać – powiedział, podając mi ostatni element tego stroju.
– Dziękuję.
Skinął głową.
– Nie ma za co.
Niepewnie sięgnąłem dłonią po płaszcz i założyłem go. Był ciepły, o wiele cieplejszy niż ta dziwna koszulka z guzikami i sznurkami na piersi. To była chyba jego największa zaleta.

Kiedy wyszedłem z pokoju, zajęcia się już dawno skończyły. Nie zmieniając postaci – byłoby to zbyt traumatyczne przeżycie – ruszyłem do biblioteki. Byłem tam umówiony z mamą. Wilczyca wzięła sobie za cel przeszukiwanie praktycznie całej. Czasem jej pomagałem, innym razem tylko czytałem o kosmosie, medycynie czy jakieś powieści. Pierwsze dwa tematy były bardziej skomplikowane, niż mógłbym się spodziewać. Momentami żałowałem przez to, że poleciałem właśnie teraz – bez większej wiedzy z tworzenia eliksirów było mi bardzo ciężko z medycyną. Gdybym był na terenach watahy, właśnie zaczynałbym właściwe lekcje z panem Asem.
W środku niemal od razu zauważyłem postać białej wilczycy. Przyspieszyłem, jeszcze bardziej potykając się o własne nogi, co nieuchronnie prowadziło do upadku. Uderzyłem mocno o posadzkę, zdzierając skórę na dłoniach i piszcząc bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Mama uniosła wzrok znad książki, spojrzała na mnie, a potem na boki. Wyglądała na zdezorientowaną.
Niepewnie podniosłem się na dłoniach, sycząc z bólu. Tym razem powoli i uważnie zmniejszyłem dystans dzielący mnie do samicy.
– Cześć, mamo – mruknąłem, siadając obok niej.
– Morgan? – Wytrzeszczyła oczy. – To ty?
Przytaknąłem, przyglądając się schodzącej skórze. Wyglądała dziwnie i nieco fascynująco. Nigdy jeszcze nie widziałem zranionego człowieka. Wiedziałem, że w ich żyłach też płynie krew, ale tej nie widziałem u siebie. Na szczęście.
– Kiedy ty...? – zaczęła, ale urwała, patrząc na moje drobne rany. Skóra scalała się ze sobą z każdą sekundą. Magicznie wydłużała i rosła. Minęło kilka chwil i po zadrapaniach nawet nie było śladu.
– Czy ciało każdego człowieka tak działa? – zapytałem.
– Nie wydaje mi się.
– Wobec tego... Co to było?
Wilczyca wzruszyła ramionami, uśmiechając się szeroko.
– Twoja nowa moc – odparła.
– Co? Niemożliwe! Przecież ja tylko... Ja nawet nie myślałem o...
Uśmiech na jej pyszczku stał się szerszy.
– Nie zawsze korzystamy z żywiołu świadomie. Po to uczęszczasz na lekcje magii; żeby poznać i opanować swój żywioł. Przecież wielu twoich znajomych poznało swój przez przypadek. Tak samo jak ty teraz.
Pokiwałem powoli głową. Mama miała rację. Kaiju i Yvar byli tego idealnymi przykładami. Sam widziałem! Jak mogłem o tym zapomnieć właśnie w tej chwili?
– Mamo? Ale jaki to żywioł?
Wilczyca nie odpowiedziała. Zdałem sobie sprawę, że również nie ma pewności. Czym prędzej zmieniłem temat. Później zapytam Kai'ego lub Gerranta. Oni powinni wiedzieć.
– Jak idzie czytanie?
– Opornie. Zaczyna mnie już boleć głowa... – Skrzywiła się samica.
Położyłem jej dłoń na ramieniu. Było to całkiem inne odczucie niż kiedykolwiek wcześniej. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak miękkie ma futerko. Pogładziłem je delikatnie i zabrałem dłoń, żeby ponownie przyjrzeć się palcom. Ludzkie ciało cały czas mnie zadziwiało.
Nagle moje spojrzenie padło na jakąś dziwną rzecz, którąś ktoś zostawił tuż obok nas. Miało kształt prostokąta poprzecinanego przez drewniane patyki, na których widniały czerwone i granatowe koraliki. Wskazałem je mamie, pytając co to takiego.
– Liczydło. Służy do liczenia – odpowiedziała. Zmrużyłem oczy, próbując wyobrazić sobie, jak mogłoby to wyglądać. Nie wychodziło mi to. – Nie umiesz liczyć, prawda?
– Tylko do dziesięciu. Pani Adora nas tego nauczyła...
– Chciałbyś się nauczyć?
Spojrzałem na nią zaskoczony.
– Naprawdę? Ale co z książkami?
– Chyba mogę zrobić sobie krótką przerwę... Tym bardziej, że teraz będę mieć pomocnika.
Wymieniliśmy uśmiechy. Wziąłem do rąk liczydło i podałem go mamie, żeby miała do niego lepszy dostęp. Wilczyca od razu poprosiła mnie o zademonstrowanie, co pamiętałem z lekcji logiki. Grzecznie policzyłem ilość koralików na dwóch pierwszych rzędach (na reszcie było ich tyle samo już na pierwszy rzut oka, ale musiałem się upewnić, licząc drugi), a następnie same rzędy. Było ich właśnie dziesięć. Odetchnąłem z ulgą. Gdyby było ich więcej, nie wiedziałbym, co powiedzieć! Chyba musiałbym zacząć liczyć jeszcze raz od jedynki.
– Po dziesięciu zaczynają się liczby, których zakończeniem jest "naście". Pierwszy ich człon jest od liczb, które już znasz i idą w tej samej kolejności – powiedziała mama. Wyciągnęła łapę i zaczęła przesuwać w drugą stronę kolejne koraliki. Najpierw policzyła do dziesięciu, a potem, nadal przesuwając, zaczęła wymawiać słowa, które znałem wyrywkowo, ale nigdy nie miały zbyt wiele sensu: – Jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście...
Skończyła przy dziewiętnastu. Spojrzałem na nią zdezorientowany. Dlaczego przerwała? Nim zdążyłem jednak zapytać, wilczyca kontynuowała swoje tłumaczenia.
– Następna jest liczba dwadzieścia – Przesunęła ostatni koralik w drugim rzędzie. – Potem liczenie jest o wiele prostsze. Mówimy po prostu: dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa i tak dalej, aż do trzydziestu – Zamaszysty ruch na liczydle. – Zasada jest taka sama jak przy dwudziestu. Tak samo ma się to przy czterdziestu, pięćdziesięciu, sześćdziesięciu, siedemdziesięciu, osiemdziesięciu i dziewięćdziesięciu – Z każdym słowem przesuwała koraliki. W końcu został tylko jeden koralik z ostatniego rządku.
– A co z tym? Nazywa się dziesięćdziesiąt?
Mama zaśmiała się.
– Nie. To jest sto. Od tego momentu zaczynamy liczyć od samego początku, dodając najpierw słowo "sto". Nie pokażę ci tego na liczydle, bo nie ma ono wystarczająco dużo koralików, ale wyobraź sobie, że jest tu jeszcze jeden. Wtedy byłoby ich tu już sto jeden i tak dalej.
Pokiwałem głową. Zaczynałem chyba łapać. Było to o wiele prostsze od nauki czytania. Nazwy miały chociaż jakiś sens. No, może z wyjątkiem stu...

<c.d.n.>

czwartek, 20 sierpnia 2020

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 8


Luty 2027
Wilk o jasnym futrze wrócił. Był jedną z moich ulubionych osób, więc bardzo ucieszyłam się na jego widok. Zamerdałam ogonem i zapiszczałam:
– Momo! – Chcąc-nie chcąc musiałam przy tym na chwilę wypuścić z pyszczka mój kawałek kory.
– Cześć Firia – powiedział wilk. – Tak jest, braciszek wrócił. Patrz co mam.
Wtedy dostrzegłam, że coś toczyło się po piasku koło niego; jakieś duże-zielone-okrągłe coś. Zesztywniałam. Wyglądało bardzo dziwnie. A co jeśli ma złe zamiary? Wycofałam się i rzuciłam w ten przedmiot moim kawałkiem kory. Chybiłam, więc nie zareagował. O nie, co teraz?
– Bu-buu – Załkałam, pokazując łapką na to dziwne, zielone zjawisko. Momo, zrób coś!
Przedmiot przestał się toczyć. Wilk położył na nim łapę.
– Nie bój się, Firia. To jest kokos. Ko-kos.
Momo nie wyglądał na przerażonego. Może to coś nie jest niebezpieczne? Niepewnie wyciągnęłam główkę w stronę tego nowego zjawiska. Pachniało kwaśno, ale chyba niegroźnie. Niemniej jednak nadal byłam gotowa do ucieczki.
– Ko-kos – powiedział znów Momo.
Podniosłam wzrok na wilka. O co mu chodziło z tymi dziwnymi zlepkami dźwięków?
– Ko-ko – spróbowałam powtórzyć. Nadal jednak nie mogłam wymyślić, do czego tym razem zmierzał Momo. A może odnosił się do mojego kawałka kory do obgryzania? Zaraz, gdzie ona zniknęła?
– Kola! – Zapiszczałam.
– Tu jest kora... Braciszek znalazł twoją korę – Już po chwili w łapie Momo była moja ulubiona zabawka. Jak te duże wilki to robiły, że zawsze wszystko znajdowały?
– Daj! – Zakomunikowałam, że chcę ją z powrotem.
Wykonałam kilka kroków w stronę wilka. Ostatnio wychodziło mi to coraz lepiej. Momo nigdy nie miał takich problemów ze słuchaniem, jak inne duże wilki, więc oddał mi moją własność. Natychmiast wzięłam kawałek kory z powrotem do pyszczka i zaczęłam gryźć.
– Pokazać ci jak otwierać kokosa? – kontynuował Momo. Dalej nie wiedziałam, o czym mówił, ale chyba było to pytanie. – Patrz, czasem masz już pęknięcie na skorupie, jak kokos spadnie. Zielona skorupa jest zwykle miększa, niż brązowa, więc bywa trudniejsza do rozerwania. Trzeba dobrze chwycić i...
Nagle rozległ się dziwny, krótki szmer. Jakby trzask, ale nie do końca. Podskoczyłam, wypuściłam z pyszczka kawałek kory, a potem całkiem zesztywniałam. Co to było?!
Zobaczyłam, ze Momo miał teraz dwa przedmioty. Jeden zielono-zielony i jeden zielono-brązowy. Co to za czary?
– Odkryliśmy w ten sposób orzecha – Wilk z niebywałą łatwością oddzielił to brązowe od zielonego. Ale on był utalentowany! – Teraz jego też trzeba rozłamać, żeby dostać się do miąższu. Najlepiej wykorzystać przy tym jakąś skałę.
Nagle, zupełnie bez powodu, Momo wstał i zaczął gdzieś iść. Nie, nie odchodź! Nie zabieraj tego brązowego przedmiotu! Nie zostawiaj mnie tu samej! Natychmiast ruszyłam za nim, ściskając w pyszczku moją korę.
– Mo-mo! – wymamrotałam.
Wilk wreszcie zatrzymał się i odwrócił. Opadłam zmęczona na ziemię.
– Hej, spokojnie, braciszek nie ucieka. Patrz, mamy tutaj skałę – Zapukał brązowym przedmiotem w to duże-twarde-kanciaste. Co on znowu wyczynia? – Uwaga...
Zamachnął się i uderzył jeszcze raz. Znów coś trzasnęło; Momo złamał brązowy przedmiot na pół. Dlaczego? To był całkiem fajny brązowy przedmiot!
– I kokos już gotowy do zjedzenia. Chcesz spróbować? – Wilk położył jedną z części przede mną.
Odkryłam, że jej środek był całkiem biały i pachniał bardzo ładnie. Odłożyłam korę i ugryzłam kant tego nowego przedmiotu. Zewnętrzna część była twarda i gorzka; za to wewnętrzna była słodka i miększa. Co zrobić, żeby posmakować tylko tej drugiej?
– Nie, nie tak, Firia – powiedział Momo, nagle zabierając mi to coś.
– Daj! – pisnęłam.
– Już ci oddaję. Tylko oddzielę ci miąższ od skorupy – brzmiał, jakby chciał mnie zapewnić, ze wszystko jest okej. Nadal jednak nie oddawał mojej własności. Momo, podobno umiesz słuchać!
– Daaaaj! Moje!
– Proszę bardzo – Momo wreszcie odłożył omawiany przedmiot na miejsce.
Brązowa część zachowała swój kształt, ale biała wyglądała inaczej; jakby rozpadła się na kawałki. Nie ufałam tej dziwnej zmianie, więc ugryzłam znów zewnętrzną część. Nadal był tak samo twarda i gorzka. A może coś się zmieni, jak ugryzę mocniej? Zaczęłam szarpać. Wtedy odkryłam, że ten przedmiot śmiesznie się turlał. Przestałam myśleć o białej części, która wkrótce spadła na ziemię. Usłyszałam wtedy głośne westchnięcie Momo.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

środa, 19 sierpnia 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 3


Lipiec 2026
Adora westchnęła. Odkąd przylecieliśmy do Białego Królestwa, wyglądała na wiecznie niezadowoloną. Dni mijały, a ona chodziła coraz bardziej zdenerwowana. Odbijało się to na lekcjach; częściej ignorowała nasze pytania i urywała swoje wypowiedzi w połowie. Przestała za to tyle mówić o planetach, gwiazdach i innych rzeczach związanych z kosmosem. Częściej opowiadała o rzeczach związanych ściśle związanych z tematem zajęć. Było to... Dziwne.
Tamtego dnia mieliśmy lekcję w terenie. Chodziliśmy po uliczkach miasta i słuchaliśmy Adory. Albo raczej: ja słuchałem, inni rozglądali z zaciekawieniem. Białe Królestwo nadal zachwycało nas swoim ogromem.
– Czy widzicie to tutaj? – Wilczyca nagle zatrzymała się i wskazała łapą na wysoką latarnię. Był środek dnia, więc stała wygaszona i ciemna. Wiedziałem jednak, że gdy nastanie mrok, ta z łatwością go rozświetli. – Czy wiecie, co niesie ze sobą obecność tego  c z e g o ś?
– Sprawia, że w nocy jest jasno? – zaryzykowałem odpowiedź. Przekrzywiałem głowę, nie rozumiejąc skąd to pytanie. Czy lampy były związane ze złodziejami, o których dzisiaj rozmawialiśmy? Jeśli tak, to w jaki sposób?
– To coś, ta l a t a r n i a – Wypowiedziała to jak największą obrazę na świecie – zaćmiewa swoim światłem niebo, przez co gwiazdy są słabiej widoczne – Rzuciła oskarżycielskie spojrzenie wielkiemu słupowi. Pomyślałem, że gdyby miał pysk, przybrałby skruszoną minę.
– Przecież gwiazdy są nadal widoczne. Tak samo jak księżyc – zauważył Chase.
Ismanise przewróciła wymownie oczami.
– Powiedziała, że są słabiej widoczne, a nie wcale.
Nauczycielka przyznała jej rację, nawet nie spoglądając w stronę młodej samicy; nadal mordowała wzrokiem niewinną latarnię.
– Jak mogliście wykazać się taką ignorancją, by tego nie zauważyć? – zapytała nagle. – Proszę, żebyście dzisiejszej nocy zwrócili na to szczególną uwagę.
– Będzie to pani sprawdzać?
Nauczycielka spiorunowała wzrokiem malca, który to powiedział. Dowiedziałem się już, że miał na imię Priam. Bardzo często odzywał się niepytany. Przypominało mi to bardzo Kaiju albo waderki z mojej obecnej grupy – Sinope i Naidę. Oczywiście, poza nimi było jeszcze sporo innych osób. Prowadzenie lekcji wyglądało czasem na bardzo trudne... Osobiście podziwiałem nauczycieli, którzy jakoś dawali radę. Nie zawsze, ale... Przynajmniej próbowali. 
– Tak.
– A jak?
Nauczycielka zawahała się. Otworzyła pyszczek i go zamknęła. W końcu odwróciła łeb i wskazała łapą w bliżej nieokreślonym kierunku. Mój pysk wykrzywił słaby uśmiech, kiedy wpadłem na pomysł, co mógłbym robić dzisiejszego popołudnia... Skoro już mieliśmy małe zadanie na lekcję logiki... Czemu by go nie rozszerzyć o kilka więcej faktów na temat gwiazd? Może dzięki temu pani Adora polubiłaby mnie bardziej?
– Co cię tak śmieszy, Morganie?
– Nic, proszę pani – odparłem szybko. Przybrałem poważną minę i opuściłem uszy. Nie zauważyłem, że patrzyła prosto na mnie! – Myślałem tylko o... – Urwałem. Chyba mówienie o tym, że chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o kosmosie w bibliotece, nie było najlepszym pomysłem. Samica mogłaby odebrać w to... Zły sposób.
– O czym?
– O temacie – skłamałem szybko. – Zastanawiałem się, czy złodziejem mógłby być malutki szczeniak. Taki uloczy i lóżowy...
Nie brzmiałem przekonująco. Wiedziałem o tym. Kaiju i Eunice wielokrotnie mówili o tym, że nie potrafiłem zbyt dobrze kłamać. Podobno mój głos brzmiał wtedy piskliwie, a wada wymowy nasilała... Usłyszałem chichot jakiegoś szczeniaka, kiedy tylko nieudolnie wypowiedziałem słowa "uroczy" i "różowy". A ostatnio zdołałem nauczyć się mówić chociaż odrobinę wyraźniej! Czemu w takich chwilach, wszystkie moje starania szły na marne?
Odetchnąłem z ulgą, kiedy pani Adora powstrzymała się przed komentarzem na ten temat i wróciła do mówienia o tym, jak można rozpoznać złodzieja. Dzisiaj uznała, że ze względu na nasz pobyt w Białym Mieście, powinniśmy znać jakieś środki ostrożności. Było to... logiczne. Bardzo logiczne i sensowne. Przypomniałem sobie, że kilkoro szczeniaków to aż zdziwiło.

<c.d.n.>

Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 7


Styczeń 2027
Lodowaty wicher zaszumiał. Mama od razu zareagowała i otuliła mnie mocniej tym fajnym, ciepłym materiałem. Pamiętała nawet żeby nakryć moje uszy. Mama jest najfajniejsza!
Nagle rozległ się inny szum; niepodobny do wspomnianego wcześniej. Najbardziej zaniepokoiło mnie to, że nie mogłam określić, skąd do nas docierał. Wybrzmiał z przodu, potem nagle z boku, a czasem nawet z góry! Zaczął cicho, pojedynczymi odgłosami, by wkrótce gęstnieć, huczeć coraz głośniej.
Wcale mi się to nie podobało; było dziwne, nienaturalne i w ogóle! Zgrzytało, uderzało, dudniło, sama nie wiem! Wiem tylko, że w życiu nie słyszałam niczego podobnego. Zaskamlałam i ukryłam nos w materiale, którym byłam owinięta. Poczułam, jak obejmuje mnie łapa mamy.
– Ma-ma! – zapiszczałam, szarpiąc za kolorowe frędzle.
– Spokojnie, kochanie. To tylko deszcz – usłyszałam mój ulubiony, miły głos. Jednak nie zdołał on odstraszyć tego dziwnego rzężenia. Rzężenia, które wciąż narastało!
Złapałam frędzle i zaczęłam je przeżuwać. Wtedy poczułam na odkrytym pyszczku, że zrobiło się jeszcze zimniej. Czyżby ten nowy szum kradł ciepło? Nie chce zamarznąć!
– Spokojnie, Firi – Niepewnie podniosłam łepek, słysząc swoje imię. – Jestem tutaj, nic się nie stanie.
Zdawało mi się, że góra wyglądała jakoś inaczej, niż zwykle. Spróbowałam odszukać to, co tam wisi i świeci, ale bez powodzenia. Wypatrzyłam tylko różne odcienie szarości, czasem nawet granatu. To znaczy, część widoku zasłaniał ten rozczapierzony zielony baldachim, pod który przyniosła mnie mama. A może właśnie on miał obronić nas przed rzężącym-szumem?
Pomimo uspokajającego tonu wilczycy, postanowiłam nie ruszać się z miejsca. Tu jest ciepło, a tam jest strasznie; decyzja zbyt prosta.
Wkrótce nabrałam przekonania, iż jestem bezpieczna. Porzuciłam jednak tę myśl, kiedy coś uderzyło w materiał leżący na mojej główce. Podskoczyłam. Atakują! MAMO! Zaczęłam głośno piszczeć. Miejsce na moim okryciu, które oberwało, zrobiło się ciężkie, zimne i klejące. Co ja teraz zrobię?
Zanim wydałam z siebie kolejny pisk, mama przybyła na ratunek. Ostrożnie zdjęła uszkodzony materiał z mojej główki. Przysunęła się bliżej i pochyliła nade mną.
– Ciii... to tylko woda.
Wyciągnęłam łapki do jej wielkiego pyszczka. Był taki fajny i ciepły i miły i fajny. Był najfajniejszy. Mama położyła głowę tuż obok mnie, więc wykorzystałam tę okazję, by wtulić się w jej sierść. Wkrótce byłam już całkiem spokojna. Cokolwiek tam szumi i atakuje, nie da sobie rady z mamą!

Koniec stycznia 2027
Znowu gdzieś mnie niosą. Nie zawsze było to takie fajne; nieraz kończyło się położeniem przed nowym, przerażającym przedmiotem. Miałam szczerą nadzieję, że dzisiaj nie będzie tak samo, chociaż mama naprawdę długo się nie zatrzymywała. Szła też dość szybko, to chyba oznaczało, że znała drogę.
Wlepiłam wzrok w to niebieskie coś przed nami. Było tam od zawsze, ale teraz zdawało się stawać coraz wyższe. Też jego własny szum był coraz głośniejszy. Hm... strasznie dużo szumów jest na tym świecie. Wiatr szumi, to niebieskie coś szumi, zielony baldachim szumi; można powiedzieć, że rzężące-dudniące coś też szumi. Wszystko szumi!
Dzięki dalszej obserwacji dowiedziałam się, że rosnące-niebieskie-coś, co jakiś czas przecinały białe pasy. Niektóre docierały do piasku, ale większość znikała zbyt szybko, by to osiągnąć.
A mama nadal się nie zatrzymywała, jedynie odrobinę zwolniła. Wtedy zauważyłam, że obserwowany obiekt zaczął zmieniać kolor. Stawał się szarawo-przezroczysty; zachował jednak ruchome, białe akcenty, o których wspomniałam wcześniej.
Mama położyła mnie z powrotem na piasku. Z jakiegoś powodu tutaj nie był ciepły i sypki; raczej zimny i klejący. Poderwałam łapki, by spróbować go strząsnąć. To naprawdę niefajna wersja piasku.
Wybrzmiał kolejny szum; znacznie bliższy, a przez to donośniejszy. Podskoczyłam. Albo mi się zdawało, albo to przezroczyste coś przed chwilą próbowało się do nas zbliżyć!
– Maamaaa! – Też to widziała? Nie wygląda na zaniepokojoną...
Kolejny szum. Wtedy wszystko się powtórzyło. To nie omamy! Mamo, zrób coś! Zapiszczałam i dopadłam nóg wspomnianej wilczycy.
– Nie ma się czego bać, Firi – usłyszałam jej ciepły głos.
Mama polizała mnie po główce. Niestety, nie uspokoiło mnie to na długo; przezroczyste coś po raz kolejny wyciągnęło się w naszą stronę. Mamo, musimy uciekać! Zaczęłam szarpać kolorowy puch, ale bez skutku.
– To woda, złotko. Patrz, niegroźna – Wilczyca wyciągnęła łapę w stronę tego dziwacznego zjawiska.
Struchlałam. Nie, nie rób tego!
Pisnęłam, kiedy jej łapa zetknęła się z przerażającym, szumiącym czymś. Wtem dostrzegłam, że nikomu nic się nie stało. Po futrze mamy spłynęło kilka połyskujących drobinek i to tyle.
Chwila... czy to może być to samo, co duzi noszą w tych okrągłych, drewnianych naczyniach? Nie pachnie tak samo; też wydaje znacznie więcej odgłosów... Ale te drobinki były uderzająco podobne.
Niepewnie wyciągnęłam łepek w stronę przezroczystego czegoś, którego przed chwilą dotknęła mama. Cofnęło się, jakbym teraz ja je przestraszyła. Chyba że po prostu chciało być złośliwe.
– Uwaga... fala zaraz wróci!
Odskoczyłam, ledwo ratując swoje łapy przed kolejną powtórką tego dziwacznego zjawiska. Mamie nie zrobiło krzywdy, ale bałam się, że ja nie będę mieć tyle szczęścia. A co jeśli to jest miłe tylko dla dużych wilków?!
Znów pociągnęłam za pióra na łapie mamy. Idziemy stąd! Chcę wracać! Tam piasek jest miły i nie ma tego przezroczystego-szarego-szumiącego-kto-wie-jeszcze-jakiego!
– No dobrze, nic na siłę – usłyszałam głos mamy. Zaraz po tym, znów byłam w powietrzu. Hura!

<C. D. N.>

Uwagi: Zgubiłaś kilka przecinków.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 2


Czerwiec 2026
– Podobno egzekucje były p... polityczne – wtrącił ten sam szczeniak, co wcześniej. Zerknąłem w jego stronę. Nie znałem go; był z młodszej grupy. Przeraziło mnie, że taki szkrab mówi o tym z lekkością, której ja chyba nigdy nie zdołałbym z siebie wykrzesać. – Widział pan jakąś?
– Masz na myśli publiczne? – zapytał pan Kai.
– Tak, chyba tak. Nie wiem.
Nauczyciel bardzo powoli i bardzo poważnie skinął głową.
– Widziałem.
Moje ciało ponownie zadrżało. Nie potrafiłem wyobrazić sobie takiego okrucieństwa, takiej scenki. Nie przeszkadzało to jednak przerażeniu, krążącego w mojej krwi. Pan Kai rzucił na mnie okiem i to musiało przeważyć szalę; zmienił temat i opowiadał dalej jak filozof wywinął się śmierci i został wyrzucony za bramy miasta, gdzie kontynuował swoją działalność. Ucinał krótko pytania malca, a ja powoli uspokajałem pędzące jak szalone serce.
Dlaczego wilki robiły takie rzeczy?
***
Po zajęciach, tak jak obiecywali rodzice, wybraliśmy się na wycieczkę. Zwiedziliśmy parki, świątynie oraz różne place. Białe Miasto było cudowne w swojej odmienności od mojej małej ojczyzny, jednak nie potrafiłem się tym cieszyć. Niczym przerażające widmo siedziała nade mną wizja egzekucji. Rodzice kilkukrotnie pytali mnie, czy coś się stało. Byli zmartwieni. Zbywałem ich pytania krótkimi odpowiedziami i kontynuowałem swoje rozmyślenia przetykane cichym zachwytem otaczającymi mnie widokami.
W którymś momencie stwierdziłem, że nie wytrzymam tego dłużej. Zerknąłem w stronę rodziców i drżącym głosem zadałem swoje pytanie:
– Mamo, tato... Widzieliście kiedyś egzekucję?
Mama przełknęła głośno ślinę. Wyraźnie widziałem, jak jej gardło drga.
– Um... Ja starałem się ich unikać – odparł tata. Wyglądał na zaskoczonego moim pytaniem. Jego głos był poważny, zresztą jak zwykle. 
Spojrzałem w stronę mamy. Milczała, wpatrzona we własne łapy.
– Widziałam początek... – mruknęła.
– One... One nie są dobre. Nikt nie zasługuje na taki los, prawda?
Mówiłem szybko, nerwowo. Przeczuwałem, że rodzice mi przytakną. Nie przeszkadzało to jednak irracjonalnej obawie, która rozkwitała w mojej głowie. Nadal się bałem. Co jeśli...?
Mama przystanęła. Uniosła łapę i położyła ją na moim ramieniu. Delikatnie i czule.
– Zapamiętaj to, co mówisz – rzekła z porażającą powagą. – bo masz rację.
Tata pokiwał głową. Moje spojrzenie zetknęło się z jego. Patrzyłem w jego spokojne brązowe oczy i na niebieską plamkę. Wyglądała jak kałuża lub mała sadzawka na środku ziemi. Fragment kolorowej mapy, którą moglibyśmy obejrzeć na lekcji historii. Jednak ja widziałem ją teraz. W środku Białego Miasta, w oczach mojego ojca.
– Dlaczego wilki robiły takie rzeczy? – zapytałem, z trudem opanowując drżenie głosu i łap.
– Te egzekucje miały na celu zastraszenie poddanych. Władza odbierała publiczne życie, by pokazać, czym grozi w ich królestwie... nieposłuszeństwo. Te egzekucje... były czymś nadzwyczajnym dla poddanych... Schodzili się, by zobaczyć, co się dzieje, aż w końcu ten widok przestał być dla obserwatora niewyobrażalnym okrucieństwem, a tylko... ciekawym wydarzeniem. – Mama urwała. Patrzyła na mnie, ale miałem wrażenie, że mnie nie widziała. – Nie wszyscy postrzegają wszystko tak samo jak my – zakończyła w końcu.
Zadrżałem. Poczułem, że do moich oczu napływają piekące łzy. Miałem wrażenie, że świat się kręci.
– To okropne – powiedziałem cicho. Mój głos zabrzmiał bardzo słabo.
– Masz rację... Uważaj, Morgan, czasem zbyt łatwo jest stracić wrażliwość na takie rzeczy. "Wystarczy otrzeć się o zło... A zło już tak nie złości"...
Nie odpowiedziałem. Przez jedną długą chwilę staliśmy w ciszy. Łzy spływały z moich oczu, a ciało drżało. Nie chciałem nigdy stracić wrażliwości. Nie mogłem pozwolić, by takie coś miało miejsce. Nie mogłem...
– Chcę pomagać innym, nie ich krzywdzić – zdecydowałem nagle. Kiedy tylko to powiedziałem, wszystko zamarło. Łzy, dreszcze... Czekały na moje kolejne słowa. Moja własna widownia szukająca oznak niepewności, by wrócić. Ale nie znalazła ich. – Myślicie, że mógłbym zostać lekarzem? Leczyć, pomagać wilkom w potrzebie i robić wszystko, aby ich życie... było prostsze? Znaleźć poranionych i im pomóc?
Na pyszczki rodziców wkradły się uśmiechy.
– Morgan, to wspaniały pomysł – pochwalił mnie tata.
Mama poszła o krok dalej; zmniejszyła dzielący nas dystans i pocałowała mnie w czoło. Jej język był ciepły, a gest wypełniony miłością.
– Oczywiście, że mógłbyś nim zostać. To bardzo potrzebna funkcja.
Przytuliłem najpierw ją, potem tatę.
Wokół nas było wielkie miasto, mnóstwo obcych pysków wszelakich stworzeń. Byliśmy też my. Trójka wilków przytulająca się na środku ulicy. Czułem ciepło ich ciał, a krople płynęły po moim pysku. Byłem tak szczęśliwy, że ich miałem...

<c.d.n.>