piątek, 4 września 2020

Od Scotta "I zmuszacie bestię, by obnażyła ona swoje kły" cz. 1 (cd. chętny)

Kwiecień 2027
Kulił się za każdym razem, gdy tylko ciszę ciął huk wystrzału. Słyszał ujadanie tropiących psów - musiały już złapać jego ślad. Nie był bezpieczny w tych krzakach. Powoli z nich wyszedł, by nie narobić zbyt wiele hałasu. Rozglądał się wokoło - nie widział w pobliżu nikogo, ale słyszał doskonale, że zbliżali się. 
Łowcy. Oni już go skazali za to morderstwo, na które nigdy by się nie odważył. Gdyby wtedy się przemienił, nie leżałby w łóżku. No bo kto by go do niego położył, jeżeliby wszystkich pozabijał? Vena? Jej nigdzie nie było. 
Scott skarcił się za tę myśl, ale... Czy to ona mogła to zrobić? Po chwili ją odrzucił. Ona zawsze panowała nad swoją wilczą stroną, czego o sobie nie mógł powiedzieć on. To nie jego musieli zamykać za każdym razem, gdy zmieniał się... W co? Nie mógł nazywać się wilkiem - one potrafią zapanować nad swoimi instynktami. On natomiast szalał, dosłownie. 
- Tu jest! - usłyszał. 
- Szlag - szepnął, zrywając się do biegu. 
Nigdy nie miał najlepszej kondycji, jednak adrenalina zawsze wyciskała z człowieka każdą cząstkę jego siły, by tylko przetrwać. "Jednak, pamiętaj Scott - ty nigdy nie byłeś człowiekiem. Jesteś... bestią". 
Nie przebiegł najdłuższego dystansu - chwilę później w zasadzie widział, jak doganiają go psy, następnie mógł dostrzec coraz to wyraźniejsze sylwetki ludzi. "Nie, Scott. Oni nie są ludźmi, to Łowcy". 
To musiało się zdarzyć - nie zauważył wystającego z ziemi korzenia, zamaskowanego przez mech. Zahaczył o niego stopą, wtedy jako pierwsze dopadły go psy. 
Wilczury - przynajmniej trzy - zaczęły go szarpać z każdej strony. Chłopak zaczął wrzeszczeć, szamotać, próbował uwolnić się, zrzucić z siebie przygwożdżające go do ziemi cielska. 
- Scott Reckless. Wilkołak - przemówił ktoś.
Łowca. Przyszedł po niego. W lewej ręce miał sztylet, w prawej zaś kuszę. Celował idealnie między oczy młodego Recklessa.
- Zostałeś skazany na śmierć przez Łowców. Wyrok zostaje wykonany tu i teraz. - powiedział. Psy z niego zeszły, Scott jednak wciąż leżał, jakby pętało go samo spojrzenie kata. Co powinien zrobić? Czy miał prawo do ostatniego słowa? 
- Nie zabiłem... - szepnął. 
- Zabiłeś. - odparł spokojnie Łowca. - Ty i twoja siostra w ten sposób odpłaciliście się za schronienie, jakiego udzielili wam Ville Reckless i Marion Larossa! 
Użył panieńskiego nazwiska matki. To było... dziwne. Odkąd pamiętał, każdy zwracał się do niej per pani Reckless. Marion. Mari... Mamo. 
- Twoja siostra była mądrzejsza - kontynuował spokojnie, niewzruszony łzami, które zaczęły płynąć po policzkach Scotta. - Na co czekałeś? Czemu zwlekałeś? Ruszyło cię sumienie? Wiedzieliśmy, że... 
Nie dokończył. Oczy Scotta błysnęły, w świat poszła fala uderzeniowa - odrzuciła psy i człowieka. Nim zdążyli się otrząsnąć, ten biegł już dalej. Kumulował kolejne pociski z energii i strzelał nimi na oślep, próbując jakkolwiek spowolnić swój ogon. Powietrze ciął świst strzał, mieszając się z hukiem broni palnej. Musiał coś zrobić, coś wykombinować, przecież był niewinny... Ale musiał uciekać. Nikt mu nie wierzył. Musiał... 
Musiał znaleźć Venę. Może wiedziała. Może ona byłaby w stanie oczyścić jego imię! 
Następna kula energii poszybowała do przodu, zderzyła się z drzewem - temu jednak nic się nie stało, natomiast otworzył się błękitnofioletowy portal. Miał do niego trzydzieści... dwadzieścia metrów. Ach, czemu musiało to trafić tak daleko!? 
Kolejny strzał - i ból w lewej nodze. Scott upadł metr przed portalem, zamroczony promieniującym w lewej nodze bólem. Na co zdała się ta jego fala uderzeniowa, skoro i tak miał zginąć? Teraz przedstawiało się to jeszcze gorzej, gdy był tak blisko... 
Pies zaczął go szarpać za nogawkę postrzelonej nogi. Scott wrzeszczał, próbował kopać na oślep zdrową kończyną, ale nie mógł. Brakowało mu sił, by stworzyć kolejną kulę z energii, dlaczego nie stworzył wtedy pola siłowego, zamiast bawić się w odrzucanie. Mógł ich załatwić! 
Ale i jednocześnie nie potrafił. Nie był bestią. 
Bestia... 
Łowca już niemal nad nim stał, pochylał się ze sztyletem, portal natomiast powoli się zamykał. Wystarczyło, by go dotknął, ten go wessie! Dusił krzyk, próbując zbliżyć się do ucieczki. Już był tak blisko! I kiedy dotknął portalu, poczuł kolejną, jeszcze ostrzejszą dawkę bólu. Łowca zadał mu cios, ostrze przesunęło się po jego bliźnie, gdy wciągało go przejście. 
Lądowanie nie było przyjemne. Po wylocie z portalu, przekoziołkował się kilka metrów. Za nim zaraz wyskoczył łowca, gdzieś zgubił swoją kuszę. To nie on oddał ten strzał. Przejście się zamknęło. Krew moczyła nogawkę spodni i przesiąkał już przez bluzę. 
- To tu się chowa druga bestia? - zaczął pytać Łowca - Tu się chowacie? 
Scott pokręcił głową - z ledwością. Czuł, jak oczy zaczynają się powoli zamykać. Zasypiał? Umierał? Nie wiedział. 
- Nie zabiłem rodziców... - zdążył szepnąć. Wzrok zaczął się rozmazywać. Widział niewyraźną postać, coś nagle skoczyło na jego kata. Poczuł coś mokrego przy swojej twarzy... A później nie było już nic.

<ktoś chętny wybawić księżniczkę z opresji? ^^>

Uwagi: Brak daty. Wolałabym, żebyś wysyłała mi tekst bezpośrednio skopiowany do wiadomości. Z załącznika psują się akapity i jestem zmuszona domyśleć się, gdzie powinny być (bo w podglądzie pliku też nie zawsze to widać dobrze). Powtórzenia. 

>> Następna część >>

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 7


Lipiec 2026
Od tego czasu zaczęliśmy przeliczać w taki sposób; mama podawała mi dziwne i skomplikowane liczby, a ja próbowałem odnaleźć ich s u m ę. Z czasem do tego doszła jeszcze r ó ż n i c a, co oznaczało odejmowanie. 
– To trochę jak to całe dodawanie... Ale na odwrót – zauważyłem, kiedy mama mi je wytłumaczyła.
– Masz rację, Morgan. A teraz spróbuj mi odjąć czternaście od dwudziestu jeden – odpowiedziała.
I odejmowałem, dodawałem, aż mój mózg zaczął pulsować, domagając się przerwy. Miałem wrażenie, że wystarczy jeszcze chwila, żeby ten zmienił swą postać na płynną. Nie poddawałem się jednak i dzielnie próbowałem dalej, popełniając coraz więcej błędów. Było to niezmiernie irytujące.
Kiedy po raz... Chyba czwarty pomyliłem liczby zakończone na "-naście" z tymi z "-dzieścia", mama zaproponowała zakończenie nauki. Początkowo nie chciałem się zgodzić, ale kłótnia była bezcelowa; byłem zbyt zmęczony. 
Odłożyłem liczydło na miejsce, przesuwając po raz ostatni kolorowe koraliki. Miałem nadzieję, że jego właściciel nie będzie mieć za złe tego, że go korzystaliśmy. Koniec końców, pomimo upadków, jego stan nie uległ pogorszeniu. 
Z okien biblioteki wychodził mrok. Zgodnie stwierdziliśmy, że chyba powinniśmy odwiedzić Tinga we "właściwej części biblioteki" i nakłonić go do powrotu do pokoju. 
Kiedy tam dotarliśmy, z łatwością dostrzegliśmy odmieńca, który siedział wokół kilkunastu książek. Jeździł pazurami tuż nad kartką, wyraźnie wskazując samemu sobie literki. Myślałem, że nas nie zauważył, ale widocznie jedynie czekał, aż podejdziemy.
– Nie spieszyliście się – powiedział, nim którekolwiek zdążyło się odezwać. Wyglądał i brzmiał na o wiele spokojniejszego niż wcześniej. Na szczęście.
– Mama uczyła mnie li... – zacząłem, ale Ting przerwał mi machnięciem łapy. Zamilkłem, spoglądając na mamę. Dziwnie czułem się z tym, że górowałem nad nimi wszystkimi. Nawet nie mogłem spojrzeć jej w oczy, dopóki nie uniosła pyska!
– To bez znaczenia. Zdążyłem przejrzeć kilka z nich – Wskazał na kilka cieniutkich książek po swojej lewej. – Same bajki, nic ciekawego. Pomóżcie mi lepiej z tymi – powiedział, pokazując na stos opasłych tomisk po prawej. 
– Nie mogłeś od razu zacząć od tych najgrubszych? – burknęła mama.
– Ważne informacje nie muszą być jedynie w wielkich książkach. Zapamiętaj to sobie, Pierzasta.
Mama spojrzała na mnie i przewróciła oczami.
– Jest już wieczór. Może lepiej przełóżmy to na jutro? Padam z łap – oznajmiła, niepewnie unosząc okładkę jednej z ksiąg. Wyglądała na naprawdę zmęczoną, chociaż wątpiłem, czy chodziło jedynie o czytanie i uczenie mnie... Po mojej głowie ciągle krążyły słowa mamy. Teraz wszystkie jej drobne reakcje na życie w Białym Mieście nabrały dla mnie sensu.
Ting obejrzał się w naszą stronę. 
– Już i tak straciliśmy tydzień. Nie zależy ci na jak najszybszym zgromadzeniu informacji?
Wilczyca westchnęła i usiadła obok niego. Od razu zrobiłem to samo.
– Co polecasz?

Czytaliśmy i przeglądaliśmy książki naprawdę długo. Czas ciągnął się w nieskończoność. Moje czoło pulsowało z bólu, głowa była ciężka. Musiałem czytać niektóre akapity po kilkanaście razy, żeby zrozumieć ich treść. Miałem dość. Marzyłem jedynie o czymś do jedzenie oraz śnie. Niczym innym.
Te małe tortury zakończył bibliotekarz, który kazał nam wyjść z powodu zamknięcia biblioteki. Prawie o nas zapomniał.
Bez słowa odłożyliśmy książki na miejsce i wróciliśmy do karczmy. Mama i Ting rozmawiali o czymś, ale nie przyswajałem słów. Nawet głód odszedł w niepamięć; wszystko ograniczało się do bólu głowy i ogólnego zmęczenia.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zdjąłem buty i rzuciłem się na łóżko. Momentalnie zasnąłem.

Moje zmęczenie przełożyło się na o wiele zbyt długi sen; tata opowiedział mi potem, że próbował mną potrząsnąć, ale nic to nie dawało. Bardzo się zmartwił i uspokoiła go dopiero mama, która wytłumaczyła mu powód mojego zmęczenia. Wspólnie stwierdzili, że dadzą mi się wyspać.
Co przeklinałem, zbiegając na dwóch patykowatych nogach, żeby jak najszybciej dobiec na lekcję. Według Tinga i Baldora ta trwała już od przynajmniej kilkunastu minut.
Na samym końcu upadłem. Głośny łomot sprawił, że wilki spojrzały w moją stronę. Nim zdołałem się podnieść, Gerrant już był u mojego boku. Szybko wstałem.
– Twoi rodzice mówili, że dzisiaj cię nie będzie. Wszystko w porządku?
– Tak, tak... Tylko zaspałem – powiedziałem, wzdychając ciężko. – Czy mogę jeszcze wziąć udział w lekcji?
– Oczywiście. Nie tylko ty dzisiaj się spóźniłeś – odparł nauczyciel i zerknął w stronę Ismanise. Kiedy tylko na nią spojrzałem, poczułem jak moje poliki zapiekły. Gerrant zaśmiał się. Zdałem sobie sprawę, że w formie ludzkiej było to wyraźnie widocznie. Czym prędzej odwróciłem wzrok i usiadłem jak najdalej od niej. Miałem nadzieję, że tego nie zauważyła. Wolałbym, żeby nie pomyślała sobie, że ja... 
Sam nie wiedziałem, co takiego mogłaby sobie pomyśleć. I chyba nie chciałem się nad tym zastanawiać.
Czułem, jak moje dłonie się pocą ze stresu. Otarłem je o spodnie. Błagałem w myślach, żeby nauczyciel zaczął prowadzić lekcję, ale on odszedł na chwilę zawołany przez Hitama. Obserwowałem jego sylwetkę i próbowałem nasłuchiwać. Nie wychodziło mi to najlepiej. W końcu poddałem się i zacząłem zabawę palcami. Nadal fascynowało mnie jak bardzo są ruchliwe.

czwartek, 3 września 2020

Od Lind "Czwarty Strażnik"

Czerwiec 2026
Wyślizgnęłam się po cichu na korytarz. Wyciągnęłam łapę, żeby zamknąć za sobą drzwi wynajmowanego pokoju. Niestety, uprzedził mnie w tym przeciąg; zatrzasnął je z donośnym łoskotem. Zbyt donośnym, jak na tak późną porę.
Zamarłam w bezruchu. Nasłuchiwałam, zza których drzwi dobiegnie mnie jakiś szmer; kogo mogłam obudzić. Odczekałam jedną chwilę, drugą i nic. Nie usłyszałam nawet skrzypnięcia materaca. Wyłapałam za to inny dźwięk; ciągnący się z dalszej części korytarza zajazdu. Był to charakterystyczny szmer metalu - dwóch blach ocierających się o siebie. Znałam ten odgłos. Odetchnęłam z ulgą.
Więc Baldor nie poszedł daleko.
Ruszyłam pogrążonym w półmroku korytarzem. Postanowiłam nie bawić się nawet w chodzenie na palcach, skoro tamten huk nikogo nie zaalarmował.
Za zakrętem ujrzałam wielką, kolczastą postać. Opancerzony odmieniec siedział przy jednym z okien; niemal całkiem zasłaniał światło latarni, które zwykle wpadało tędy na korytarz.
– Myślałam, że ty też będziesz dzisiaj spał – mruknęłam.
Strażnik Lasu nie odwrócił nawet głowy. Oglądał coś z wyjątkową uwagą.
– Mój rytm snu nie zawsze pokrywa się z Tingiem... – powiedział. – Ty również jesteś aktywna w porach, w których inne wilki śpią...
Westchnęłam i przysiadłam obok. Odmieniec przesunął się, bym też mogła widzieć świat za oknem.
– Znów miewam koszmary... – westchnęłam. – Wy dwaj macie szczęście, że nie śnicie.
– Nie jestem w stanie sobie tego nawet wyobrazić, Pierzasta.
Wyciągnęłam głowę, by znaleźć to, co Baldor obserwował. Jednak ulica pod nami była całkiem pusta.
– Na co tak właściwie patrzysz?
– Na tego owada – Strażnik Lasu przesunął się jeszcze kawałek. Pozwoliło mi to dostrzec zewnętrzny parapet okna. Faktycznie biegało po nim coś, co Magnus nazwałby nieuskrzydlonym stawonogiem.
– Będziesz chciał go zjeść? – spytałam.
– Później być może... Na razie tylko patrzę...
Pokiwałam głową. Po chwili, ku mojemu zdziwieniu, Baldor kontynuował:
– Taki owad nie musi myśleć o tym, co powinien zrobić. Wystarczy, że znajdzie pożywienie i sam nie zostanie zjedzonym. Jedynym celem jest przeżycie kolejnego dnia. Wiesz, Pierzasta... Zazdroszczę mu. Nie ma żadnych zobowiązań, a świat stoi dla niego otworem. Nigdy go nie zwiedzi całego, ale... może wszystko.
Owad zatrzymał się na krawędzi parapetu. Przez chwilę wyciągał ku miastu swoją parę ruchliwych czułek, po czym otworzył pancerzyk i zniknął. Odleciał, zanim mogłam mrugnąć okiem.
– To podła ironia, Pierzasta... Według smoków Et Magicae wyginęły dawno temu... Gdybyśmy nie byli Strażnikami, niechybnie podzielilibyśmy ich los.
Spojrzałam na zbroję Baldora, potem na jego młot, na czaszko-hełm. Z prawdziwego Et Magicae widać było tylko pazury. Reszta nie była jego.
– Pewnie masz rację... – powiedziałam. – Ale zasłużyliście na coś więcej niż niewolniczą służbę.
– Nadano nam cel. I ten cel mamy spełnić, Pierzasta – zaznaczył odmieniec.
– To zbyt okrutne...
– Ale ktoś musi obronić artefaktów. Taka rola Strażnika – Zielone oko Baldora na chwilę skierowało się w moją stronę. Po kilku sekundach, wróciło na świat za szybą.
Ja nie widziałam już tego świata. Zasłoniły go łzy. Byłam zbyt zmęczona, by je powstrzymywać.
Strażnik ma walczyć o artefakt. Ma go obronić. A jaka ma być tego cena? Życie Strażnika albo nieszczęsnego podróżnika?
Ile cierpienia te artefakty niosą ze sobą? Ile wilków i innych stworzeń zabił każdy z trzech Strażników? Czego oni sami doświadczyli, zanim stali się Strażnikami? Co sprawiło, że stali się poddani swoim Zasadom?
Co więc jeszcze może się stać, jak nadejdzie Freeze - ostatni spadkobierca tej potwornej spuścizny? Artefakty od zawsze miały spleść na nowo nasze ścieżki, ale nie w ten sposób. Nie tego chciałam. Nie chciałam oczekiwać dnia, w którym dojdzie do kolejnego starcia.
A co jest przyczyną naszego konfliktu? Artefakty.
Babcia miała rację. Nie mogę tego tak skończyć; nie mogę zadać tego ciosu. Gdybym to zrobiła... Gdybym...
Nie... Nie chcę zostać Czwartym Strażnikiem.

środa, 2 września 2020

Od Yvara "Zostaw w spokoju" cz. 1

Czerwiec 2026
Odkąd część watahy pojechała do Białego Królestwa, Yvar codziennie coraz bardziej zdawał sobie sprawę, jak dużą rolę sprawowało te kilka szczeniaków w czasie lekcji. Nagle, praktycznie z dnia na dzień, zabrakło durnowatych pytań Morgana, spokojnej aury Nikaelli i Chase'a oraz nieco aroganckiej Ismanise. Grupa, choć nadal duża i niezmiennie kłótliwa, była wybrakowana, co potęgował fakt, że zabrakło również kilku nauczycieli – Adory, Kai'ego i Gerranta. I jak za tą pierwszą nikt nie tęsknił, tak za basiorami czasem ktoś napominał, że mu ich brakuje.
Yvar nie czuł nic takiego. Z pełnym spokojem znosił zastępstwa, często nawet znacznie lepiej prowadzone od normalnych zajęć. Tylko jedna lekcja sprawiała, że żaden szczeniak nie chciał na nią iść – magia. Zastępujący Gerrenta Fort nie miał jakiegokolwiek podejścia do szczeniaków. Był cichy, surowy i już na pierwszy rzut oka równie niezadowolony z tego obrotu spraw, co oni. Zdawał się także nieznacznie faworyzować szczeniaki z Watahy Czarnego Kruka, które poznały już swoje zdolności, co Yvarowi ani trochę się nie podobało.
Już na pierwszej lekcji z Fortem ta zależność doprowadziła do rozmowy o eliksirach, które zwiększały umiejętności części wilków. 
– Ogólnie to one są całkiem fajne. Gdyby nie one, nie mógłbym zrobić tego – stwierdził Kaiju, szczerząc się głupkowato i podpalając swoje futro. Kilka tygodni wcześniej opanował utrzymywanie ognia na swojej sierści i teraz ciągle popisywał się robieniem z siebie żywej latarni. 
Yvar nie rozumiał, jak można myśleć tak krótkodystansowo. Dobrze wiedział, że wilki z Watahy Czarnego Kruka, chociaż silne i uzdolnione magiczne, cieszyły się o wiele krótszym życiem.
– Powiesz inaczej, kiedy będziesz na skraju śmierci – zauważył – Albo kiedy umrze ktoś ci bliski. Na razie jesteś zbyt młody, żeby cokolwiek rozumieć. 
Eunice zmrużyła groźnie oczy. Gdy się odezwała, jej głos był chłodny. Zawsze tak brzmiała, ilekroć się do niego zwracała. Yvar przypuszczał, że mogło to być związane z tym, że kiedyś wypomniał jej istnienie tych ohydnych łusek. Wadery nie lubiły, gdy wypomina im się ubytki w urodzie. A akurat tą Eunice nie grzeszyła...
– Kaiju jest od ciebie starszy.
– I co z tego? Jest niedojrzały.
– Cisza! – zawołał Fort, ale nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Szczeniaki były zbyt zainteresowane kolejną kłótnią, która wybuchała na ich oczach.
– Zostaw go w spokoju, co? Nic ci nie zrobił – kontynuowała Eunice.
– Zrobił – odezwał się Exan, ściągając w ten sposób wzrok wszystkich – Kaiju rozmawia przecież z Yngvi, nie?
Wspomniana samica przekrzywiła głowę. Zaskoczenie wymalowane na jej pyszczku dodało jej uroku.
– Ze mną? A co ja mam z tym wspólnego?
– Yvar...
Nie było dane mu skończyć. Basiorek jednym ruchem doskoczył do starszego szczeniaka i przyparł go do ziemi. Drobinki piasku wzniosły się ku górze, tworząc dymną zasłonę. Głowę Yvara zajmował głośny szum, skutecznie zagłuszając wszystko inne. Czuł, że jego łapy drżą z skumulowanych w nim emocji. Nie chciał sprawić Exanowi krzywdy, ale jednocześnie nie widział innego wyjścia, żeby ten raz na zawsze zamknął swój durnowaty pysk. Z jego gardła wydobył się głośny warkot, wyszczerzył zęby i... Ktoś mocno pociągnął go do góry. Zabolało, jednak szczeniak dał radę stłumić syknięcie.
– Dosyć tego! – zagrzmiał Fort. – Wy dwaj zostajecie po lekcji. Zastanowię się nad jakąś karą dla was. A teraz wracamy do tematu. Natychmiast!

<c.d.n.>

>> Następna część >>

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 6


Lipiec 2026
Mnóstwo pytań kłębiło się w mojej głowie jednocześnie. Mama jako kryminalistka... Nawet nie umiałem sobie tego wyobrazić. Ta wizja była po prostu zbyt abstrakcyjna. Mama była dobra. To musiało być jakieś nieporozumienie. Nie było innej opcji.
Zerknąłem na wilczycę. Milczała, wpatrzona w jeden punkt. Przysunąłem się do niej i z całej sił objąłem jej sylwetkę. Miała ciepłe i milutkie w dotyku futerko. Nigdy nie czułem go tak wyraźnie jak teraz, w tej jednej wypełnionej niepokojem chwili. Wtuliłem twarz w jej sierść i delikatnie pogładziłem dłońmi jej grzbiet. Ze wszystkich sił pragnąłem dać jej chociaż odrobinkę poczucia bezpieczeństwa, jakie ja czułem, gdy ją przytulałem.
Mama po chwili oddała uścisk. Trwaliśmy tak, wilk i człowiek, wtuleni w siebie przez kilka chwil. Kiedy się od niej odsunąłem, na jej pyszczku widniał delikatny uśmiech.
– Te czasy już minęły. Wszyscy ciągle mówią, że Białe Królestwo jest już inne – rzekłem. 
– To prawda. Teraz jest całkiem inaczej.
Pokiwałem głową i między nami zapadła cisza. Niepewnie położyłem dłoń na jej łapie i zacisnąłem lekko palce wokół niej. Była taka malutka w porównaniu z ludzką. 
– Może wrócimy do liczenia? – zaproponowałem.
– Tak, to chyba najlepsze wyjście.
Zabrałem dłoń i podniosłem liczydło. Upadek nie zrobił na nim największego wrażenia, co bardzo mnie uspokoiło. Mimo wszystko nie należało do nas i wolałem go nie zniszczyć. 
Mama zaczęła przepytywać mnie z dopiero co poznanych nazw. Przekładałem koraliki, próbując jak najszybciej dojść do odpowiednich. Było to męczące, zwłaszcza, kiedy pytała o jakieś bardzo wielkie. 
– Nie ma jakiegoś szybszego sposobu? Takie liczenie jest nudne i nieopłacalne! – jęknąłem po jakimś czasie. Zaczynałem mieć już tego serdecznie dość.
– Oczywiście, że jest – odparła mama. – Skoro w każdym rzędzie jest po dziesięć koralików, to w dwóch będzie już dwadzieścia. Dziesięć i dziesięć to dwadzieścia. 
– A jak wezmę pięć rzędów to będzie pięćdzieścia?
– Pięćdziesiąt – poprawiła mnie od razu mama. 
– To miałem na myśli – mruknąłem niezadowolony, że znowu pomyliłem nazwę. To już był... Sam nawet nie wiedziałem, który raz.
– Tak. Tak samo ma się to do pozostałych koralików. Jeżeli stąd weźmiesz pięćdziesiąt i z kolejnego jeszcze siedem, to będzie to już...
– Pięćdziesiąt siedem! To logiczne – ucieszyłem się. 
– Dokładnie. Jesteś bardzo mądry – pochwaliła mnie mama. – Bardziej skomplikowane jest już dodawanie na przykład szóstki i ósemki. – Otworzyłem szerzej oczy. Sześć i osiem? Przecież to... – Spróbuj policzyć to na liczydle.
– Ale ja nie wiem jak...
– Chociaż spróbuj – powiedziała i przesunęła wszystkie korale na jedną stronę. – Na pewno dasz radę. Jesteś inteligentnym basiorkiem.
Westchnąłem i, nie chcąc zawieść mamy, zacząłem liczyć. Najpierw doliczyłem do sześciu, potem zacząłem liczyć od nowa, aż do ośmiu. Skończyło mi się miejsce na pierwszym rzędzie. Dotknąłem palcem drugiego i niepewnie zerknąłem na wilczycę. Skinęła głową z uśmiechem. Dodało mi to odwagi na tyle, by skończyć. Kiedy potem to przeliczyłem, okazało się, że sześć i osiem to dokładnie czternaście.
Spojrzałem z nadzieją na mamę. Na jej pysku widniał jeszcze szerszy uśmiech.
– Mówiłam, że dasz radę.

<c.d.n.>