poniedziałek, 14 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 13



Początek grudnia 2025 r.
Lekcja logiki była równie nudna co zwykle, a ostatnie wydarzenia tylko dodały punktów jej bezsensowi. Jeśli skala w ogóle zakładała taki przypadek. Jak nie, to przydałoby się specjalnie dla niego trochę ją rozszerzyć. Wypadek Lind i Tinga zmartwił Leah, ale nie chciała mi powiedzieć co miało miejsce. Że niby to nie wiedziała. Dorośli zawsze wiedzą takie rzeczy, tylko uważają, że to nie sprawy szczeniaków! Było jej głupio dlatego, że mnie okłamała!
Jakby tego było mało, to podobno nie był żaden pretekst dla którego miałabym przestać chodzić do szkoły. Też mi co! Każdy pretekst jest dobry, jeśli następnego dnia jest logika! Szkoda tylko, że Leah nie pomyślała tak samo. I że nie domyśliłam się jej wściekłości na sam pomysł ucieczki z tej lekcji. Jej zdaniem gdybym bardziej przyłożyła się do logiki to wiedziałabym, że chodzenie do szkoły jest jak najbardziej opłacalne i l o g i c z n e. Phi.
Całe szczęście do odebrania mi ostatnich wolnych godzin z planu lekcji przez wilczą historię brakowało jeszcze trochę czasu. Rano mogłam wstać wcześniej i zobaczyć jak miewa się Lind. Kiedy wracałam pędem, by zdążyć na nużący wykład Adory o układzie planet albo kolejną durną zagadkę, jednym uchem wpadł mi głos Arkana, całkiem niedaleko, od strony drzew. Zatrzymałam się i wsłuchałam, a po chwili dosłyszałam także Tinga. Rozmawiali. O dziwo całkiem spokojnie.
Siedziałam obok Yngvi, równie znudzonej, ale nie tak sennej jak ja. Szeptem wymieniła parę uwag ze swoim bratem. Yvar tylko jej odpowiadał. Lepiej udawał zainteresowanego lekcją, ale Adorze chyba i tak nie robiło to różnicy. Mówiła powoli, ciągle tym samym tonem, zupełnie ignorując całą naszą gromadkę. Od położenia głowy na łapach i zaśnięcia powstrzymywał mnie tylko jej wzrok. To całe patrzenie. Drzemki by mi nie odpuściła.
Dzisiejszy wykład należał do tych - moim zdaniem - najmniej wnoszących, ale w krótkich chwilach, zazwyczaj na samym początku, nawet ciekawych. Dziwne słowo na "a" miało oznaczać naukę o naszej przyszłości, którą jesteśmy w stanie wyczytać z gwiazd. I jak samo w sobie brzmiało to absurdalnie (szczeniak z mlekiem pod nosem wie, że przyszłość przewiduje wyrocznia!), tak gwiazdy - to dopiero coś!
Z początku nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Zniechęcona moją niepełnosprawnością (dziwaczne słowo) Adora zdołała wytłumaczyć mi, że gwiazdy można jedynie zobaczyć. Wtedy poderwał się Chase, wówczas jeszcze w naszej grupie, i powiedział, że słońce to przecież też gwiazda, a jego ciepło można poczuć na futrze. Nauczycielka nie była zbyt szczęśliwa, ale przyznała mu rację. Z jakiegoś powodu bardzo mnie to ucieszyło.
Dalej - gwiazdozbiory. O każdej porze roku miały pojawiać się inne, ale zawsze być takie same. Niezmienne. Wieczne. I na końcu - planety. Planety, nazwane imionami starożytnych ludzkich bogów, miały być niepojęcie ogromne, ale nie większe od gwiazd, kuliste i krążyć wokół Słońca. A wszystko razem - kosmos. Kosmos!
Podobno Adora ma futro w barwach kosmosu. Fioletowy i niebieski. Może dlatego tak go lubi? Chciałabym mieć takie futro... Ale za nic nie chciałabym być Adorą!
I na tym skończyła się ta ciekawa część. Nie mówiliśmy więcej o kosmosie, a każde moje pytanie na jego temat Adora ignorowała albo zbywała strzepnięciem ogona. Teraz znaczenie miało tylko to jak ustawienie planet ma mieć wpływ na nasze życie.
Do końca lekcji próbowałam nie usnąć, grzejąc się w promieniach naszej gwiazdy i wędrując myślami gdzieś daleko, daleko...

<C.D.N.> 

Uwagi: brak.

niedziela, 13 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 2


Wrzesień 2026
Nauczyciel nie zrażał się szeptanymi rozmowami. Kontynuował, po kolei wykładając na piasek wszystkie potrzebne do stworzenia składniki. Nie mieliśmy go dzisiaj tworzyć, ale pan Asgrim stwierdził, że wolałby przypomnieć nam wygląd ich wszystkich.
– Najważniejszą rolę pełnią truskawki. To właśnie one nadają smak temu niebezpiecznemu eliksirowi.
– Niebezpiecznemu? W jaki sposób Eliksir Miłości może być niebezpieczny? – spytała Vi.
– Jak już mówiliśmy, wilk, który go spożyje, zakocha się w pierwszej osobie, na którą spojrzy. Jest to głębokie uczucie, które może skończyć się w tragiczny sposób. Nawet bardzo rozwodniony eliksir...
– To znaczy w jaki? – przerwała mu wilczyca.
– Zawsze do rzeczy, co? – Asgrim westchnął i potargał ją po głowie. Yngvi pisnęła i uciekła spod łapy ojca. – Uczucie może nie być odwzajemnione, co może wyniszczyć zakochanego lub przysporzyć problemów drugiej osobie.
– Problemów? – powtórzył Theo. – Jakich problemów?
Pan As nie odpowiedział. Kilka szczeniaków natychmiastowo zaczęło szeptać, wymieniając się przerażającymi teoriami. Moje serce zabiło szybciej. Nie mogłem uwierzyć, że wilki mogły robić tak straszne rzeczy, a moi koledzy z grupy w ogóle o nich myśleć.
– Ale eliksir w końcu przestanie działać – zauważył Gwidon.
Nauczyciel bardzo powoli pokręcił łbem. Szepty rozbrzmiały głośniej i urwały się w jednej krótkiej chwili. Już nikt nie wypowiedział żadnej głupiej teorii. Wesoły nastrój zniknął nagle i już nie powrócił.

Po lekcji udałem się wraz z Kaiju i Eunice na klif. Nie lubiłem na niego wchodzić. Był wysoki, stromy i niebezpieczny. Ale nie miałem zamiaru się z nimi kłócić. Powaga, która zapanowała na eliksirach, nadal nie opadła. Otaczała nas niczym woal i nie puszczała ze swoich łap.
Gdy dotarliśmy na szczyt, słońce chyliło się ku zachodowi. Grube pomarańczowe promienie raziły nas w oczy nawet, kiedy byliśmy ustawieni do nich bokiem.
– Morgan, przepraszam cię, że mówimy o tym dopiero teraz – Eunice przerwała głuchą ciszę, która zaległa między nami od końca zajęć.
Spojrzałem na nią zaintrygowany, ale nie odezwałem się. Czekałem na jej dalsze słowa.
– Kiedy cię nie było... My... Ja i Kaiju... – zacięła się i spojrzała niepewnie w stronę najlepszego przyjaciela.
– Zostaliśmy parą.
Zamknąłem oczy i otworzyłem je. Nie tego się spodziewałem. Ja... Oni...
– Jesteśmy przecież jeszcze szczeniakami – mruknąłem zdezorientowany. – Jesteśmy za młodzi, żeby...
– Morgan, nie! Nawet o tym nie myśl. Po prostu się kochamy, to znaczy... My nie... Ach!
– Noo... Niestety nie, ale kiedyś...
– Och, zamknij się, Kaiju!
Basiorek zaśmiał się.
– Wy... Nie co? – zapytałem już całkiem skołowany. Czułem, że straciłem wątek tej rozmowy. – Jesteście w związku, ale nic do siebie nie czujecie?
– Czujemy.
– Więc o co chodziło wam z... – zacząłem, ale Eunice od razu mi przerwała.
– Nieważne. Zapomnij o tym, dobra?
Niepewnie przytaknąłem. Wyjątkowo nawet nie miałem ochoty drążyć. Zbyt bardzo bałem się, że ich kolejne słowa jedynie przyprawią mnie o jeszcze większy mętlik w głowie.
– Od kiedy? – zapytałem jedynie.
– Od wiosny, ale oficjalnie parą zostaliśmy dopiero po twoim wyjeździe – odparł Kaiju. – Ale pomiędzy nami nic się nie zmieni. Nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Skinąłem głową. Byłem zbyt zaskoczony, by cokolwiek powiedzieć. Ba, by racjonalnie myśleć. Nim zdążyłem zrobić cokolwiek, zostałem przytulony przez tamtą dwójkę. Oddałem od razu uścisk i spojrzałem prosto w wyjątkowo palące dzisiaj słońce.
Jak mogłem nic nie zauważyć?

<c.d.n.>


sobota, 12 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 12


Listopad 2025 r.
Ogarnął mnie wstyd, tak jakby pani Navri stała tuż obok i zaraz miała wyliczyć wszystkie okazje do ataku, które przegapiłam. Ponaglona przez jej wyimaginowane polecenie ruszyłam lekko za wilkiem. Starałam się nie wychylać poza osłonę roślin, obsadzających posterunki przy wydeptanej ścieżce, ale nie było to najłatwiejsze zadanie dzisiejszego dnia.
Może do tego właśnie przydaje się sprawny wzrok? To podobno działa tak, że nie trzeba dotykać ani węszyć żeby zlokalizować absolutnie bezgłośny przedmiot. Warunkiem jest tylko to, że trzeba na niego patrzeć, czyli skręcić oczami w jego stronę. Jak dla mnie brzmiało to magicznie, zwłaszcza ta część ze skręcaniem oczami (czasem nawet po cichu próbowałam to zrobić, jednak nigdy nie odczułam różnicy), ale na pewno byłoby przydatne w mojej sytuacji.
Przeszłam już spory kawałek kiedy w końcu odnalazłam Emeralda. Powęszyłam jeszcze trochę, by uzyskać pewność. Nie było mowy o pomyłce. Wilk stał niemal na początku naszej trasy i węszył zapalczywie, nie tak ostrożnie i cicho jak wcześniej. Czuć było od niego frustracją, na co mój pyszczek rozciągnął uśmiech.
Odetchnęłam głęboko i przymierzyłam się do skoku. Wszystkimi zmysłami próbowałam jak najdokładniej określić położenie przeciwnika, przypominając sobie jednocześnie co mówiła o podobnych sytuacjach pani Navri. Przede wszystkim wytężyłam słuch, nasłuchując węszenia, żeby wiedzieć gdzie jest głowa, a gdzie ogon. Chciałam skoczyć tak, żeby uderzyć go bezpośrednio w bok i wytrącić z równowagi. Był ode mnie większy i lepiej walczył, więc chyba najlepiej od razu go wywrócić. Mniejsza o to jeśli przednimi łapami trafiłabym w głowę albo szyję - pani Navri mówiła, że takich uderzeń musimy unikać przede wszystkim, bo pierwsze może nas zamroczyć a drugie pozbawić oddechu - gorzej jeżeli trafiłabym w biodro albo w ogóle gdzieś obok. Najwyżej by się potknął i od razu odpowiedział zębami.

To... Chyba brzmi logicznie? Tak? Lepiej żeby tak było, bo inaczej zostanie ze mnie mniej niż z dzisiejszego śniadania Arkana! Przełknęłam ślinę i zjeżyłam sierść ze zdenerwowania.
Trzy, dwa, jeden.

Wyskoczyłam w powietrze.
Zanim poczułam pod łapami krótkie futro na lewym barku Emeralda, wilk zawarczał głucho. Przez myśl ledwie zdążyło mi przebiec, że coś zrobiłam źle i zostałam zauważona w kluczowym momencie. Pchnęłam przeciwnika wszystkimi czterema łapami, a wstrząs i głuche łupnięcie poinformowało mnie, że całym swoim ciężarem zdołałam go powalić. Zębami sięgnęłam do jego szyi, ale basior był szybszy. Zarzucił łbem, żeby moje kły napotkały jego, zamiast zaciśnięcia się na sierści w symbolicznym zwycięstwie. Uskoczyłam w bok z prychnięciem, zupełnie przypadkiem unikając przy okazji odepchnięcia tylnymi łapami, które jedynie musnęły mój bok. Emerald zdążył unieść się na przednich łapach zanim znowu na niego skoczyłam. Tym razem był jednak przygotowany - jego grzbiet niespodziewanie opadł, a ja prześlizgnęłam się po nim gładko na drugą stronę.
Zaryłam pyskiem w ściółkę, która pomimo rozpaczliwych prób wyhamowania i tak dostała mi się do nosa. Kichnęłam i spróbowałam wstać, ale coś docisnęło mnie do podłoża z tym rodzajem siły, który nie robił mi krzywdy dopóki nie próbowałam uciekać. A tym czymś był oczywiście Emerald i jego słoniowe jestestwo, którego ciężar za pośrednictwem dwóch przednich łap wgniatał mnie w ziemię.
- Ale ty cuchniesz - parsknął z odstręczającą wesołością basior. - Wytarzałaś się w starej rybie?
- No chyba ty - odburknęłam.
No i klapa. Znowu. Tym razem nawet oszustwo nie pomogło.
Dlaczego choć raz rzeczywistość nie może być po mojej stronie?


<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 1

Wrzesień 2026
– Dzisiaj chciałbym omówić z wami recepturę na Eliksir Miłości – powiedział pan Asgrim, gdy tylko rozpoczęła się lekcja eliksirów. Siedziałem tuż przed nim, jak zwykle słuchając z pełnym skupieniem. Te zajęcia były zdecydowanie moimi ulubionymi i żałowałem, że mamy ich tak mało względem reszty. – Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, co on takiego daje?
– Noo... Wilki się w sobie zakochują – powiedziała od razu Yngvi. – To wynika z nazwy, nie?
– Oba? – drążył z uśmiechem nauczyciel.
– Tak...? – zaryzykowała wilczyca. 
Asgrim pokręcił głową i spojrzał wyczekująco na resztę grupy. Niepewnie uniosłem łapkę. 
– Wilk, który go wypije, zakochuje się w pierwszej osobie, którą zobaczy – odparłem, kiedy nauczyciel udzielił mi głosu. 
– Nawet jeśli jest tej samej płci? – Gwidon uniósł brwi.
Przytaknąłem i zerknąłem nauczyciela. Omawialiśmy już ten eliksir na zajęciach dodatkowych, ale nie byłem pewien, czy dobrze zapamiętałem. Asgrim pokiwał głową na znak, że nic nie pomyliłem. Odetchnąłem z ulgą.
– Ohyda – stwierdził basiorek.
Kaiju przewrócił oczami.
– Sam jesteś ohydny.
– Mówisz tak, bo lubisz basiorki? 
– Daj mu spokój – warknęła Eunice, mierząc Gwidona wściekłym spojrzeniem.
– Boisz się, że obraża też ciebie? – wtrącił Yvar. 
– Nie. Boję się, że wasz idiotyzm przejdzie na kogoś innego – parsknęła samica. Spojrzałem na nią zaskoczony. Zazwyczaj nie dawała się tak łatwo sprowokować i to jeszcze przez takie głupoty.
Pan Asgrim odchrząknął, próbując zwrócić na siebie uwagę uczniów. Minęła chwila wypełniona kilkoma kolejnymi chrząknięciami, nim wszyscy na niego spojrzeli. 
– Czy ktoś jest w stanie powiedzieć mi, jakie są składniki Eliksiru Miłości?
Widząc, że nikt inny nie kwapi się do odpowiedzi, podniosłem łapkę i zacząłem je wymieniać. Ktoś wymieniał szeptem jakieś komentarze, co bardzo mnie rozpraszało. W końcu westchnąłem i, opuściwszy uszy, urwałem, pozwalają, by to nauczyciel kontynuował
– Czemu oni są tak niedojrzali? – burknęła Eunice.
– Nie zwracaj na nich uwagi.
Kaiju położył łapę na jej łapie. Wilczyca uśmiechnęła się delikatnie. Patrzyłem na nich zaskoczony. Zazwyczaj to Eunice uspokajała basiorka, nie na odwrót. Dziwnie było obserwować ich w takiej sytuacji.
Moi przyjaciele poczuli na sobie moje spojrzenie. Kaiju zabrał łapkę i zaśmiał się nerwowo. Wymienił spojrzenie z Eunice, a ta skinęła głową. 
Patrzyłem na nich z rosnącym zdziwieniem. To nie była pierwsza taka sytuacja, przez co miałem wrażenie, że już od jakiegoś czasu graliśmy w jakąś dziwną grę i tylko mnie nikt nie wytłumaczył jej zasad. Poruszałem się całkiem po omacku... A nawet jeszcze gorzej, bo Silee, chociaż niewidoma, nie odstawała od reszty szczeniaków tak, jak ja odstawałem teraz od reszty moich przyjaciół.
Chciałem już dawno ich o to zapytać, ale ciągle nie ułożyłem odpowiedniego pytania. Miałem wrażenie, że każde brzmiało... Źle, dziwnie, nienaturalnie...
Westchnąłem głośno i zacząłem w zamyśleniu malować w piasku. Nie wychodziło mi najlepiej; raczej nie miałem zdolności plastycznych. Nie było mi z tego powodu żal. Już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że nikt nie był wszechstronnie uzdolniony.
Nagle Kaiju szturchnął mnie w łapę, niszcząc efekt mojej nie w pełni świadomej pracy.
– Musimy z tobą pogadać po zajęciach.
Westchnąłem, całkowicie zamazując krzywą palmę, którą narysowałem.
– My?
– Ja i Eunice – Wskazał na przyjaciółkę, która patrzyła na nas, marszcząc brwi. Nic dziwnego; tuż za mną na niebie wisiało słońce. Musiało palić ją w oczy. Skrzywiłem się na samą myśl. – To jak?
– Mam wybór?
Kaiju wyszczerzył zęby i pokręcił głową. Uniosłem wzrok, uśmiechając się. 

<c.d.n.>


piątek, 11 września 2020

Od Scotta„ Odkupienie jednak nigdy nie nadejdzie” cz.1

Kwiecień 2027
Ta noc była wyjątkowo chłodna. Stał na łące z zadartą głową. Był sam. Na głowie miał kaptur swojej ulubionej bluzy – i w zasadzie jedynej, jaka mu została. Dłonie na przemian chował do kieszeni spodni, to zakładał ręce na piersi – jakby kompletnie nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić. I było to właściwe założenie. Scott całkowicie nie wiedział, co dalej.
Zaczerpnął głębszy wdech – akurat zerwał się delikatny wiaterek, niosący ze sobą dodatkową porcję nocnego chłodu. Mocniej naciągnął na dłonie rękawy bluzy, chcąc zatrzymać jak najwięcej ciepła. Jego wewnętrzna energia jakoś nigdy nie nadawała się do dogrzewania zziębniętego ciała. Przestało mu to przeszkadzać, gdy zatopił się we własnych myślach.
Wpatrywał się w małe, lśniące punkciki układające w konstelacje. Odznaczały się wyraźnie na tle czarnego sklepienia, ale nie sprawiały, by problem z bezsennością miał zniknąć. Widział ciała rodziców za każdym razem, gdy zamykał oczy. One również nie chciały zniknąć, zostawiając po sobie niewypowiedziany żal, pustkę w roztrzaskanym sercu i pytania bez odpowiedzi. Wciąż nie wiedział, co dokładnie zaszło tamtej nocy. Kto mógłby powiedzieć mu coś więcej? Nie mógł uwierzyć, by zrobił to ktoś z domowników – to przecież od razu oznaczało jego albo siostrę. Późniejsze wydarzenia potoczyły się tak szybko, że sam już nie wiedział, co dokładnie się działo. Potrzebował kogoś, kto mógłby pomóc mu to wszystko ułożyć w logiczną, spójną całość – dostrzec to, czego nie zauważył wcześniej.
***
Odkąd pamiętał, ogród przy ich domu był bardzo zadbanym miejscem. Zajmowała się nim mama, czasem do pomocy przychodziła jej matka, a jego babcia – zazwyczaj jednak to Scott zajmował się pieleniem grządek u boku przybranej rodzicielki. Gdzieś w oddali słyszał chichot babci, gdy Marion z dezaprobatą kręciła głową, widząc nieco nieudolne próby ułatwienia sobie roboty przez syna. Obraz starszej kobiety już dawno zatarł mu się w głowie, pamiętał jedynie jej głos, gdy ta w wolnych chwilach tłumaczyła mu cyrylicę i gramatykę języka rosyjskiego. Taki kojący, opiekuńczy…
Naprawdę, Scott był w tym wszystkim jedynie biernym obserwatorem. Nie miał wpływu na to, co się działo – widział zatem trzy pokolenia, siebie, mamę i babcię. Siostra gdzieś hasała wesoło, goniąc za kolorowym latawcem. I chciał zapytać – gdzie był ten czas, gdy byli tacy młodzi i nie interesowało ich nic poza tą beztroską? Obserwował, jak powoli sceneria zmieniała się, niektóre postaci dorastały, rozwijały się, inne starzały. Pierwszy dzień szkoły. Wytworzona, stabilna kula z energii krążącej wokół. Opatrzone kolano Veny. Pierwsza bijatyka za czasów podstawówki – dzieciaki bywały okrutne. Miłosne zawody. Mógł zobaczyć wszystko, czego świadkiem był ten ogród. Pierwsza przemiana – ach, ciarki przechodziły go za każdym razem, kiedy tylko przypominał sobie ten ból i oślepiającą jego zmysły furię.
Wszystko to było jak wirtualna rzeczywistość, niekiedy obrazy zatrzymywały się, by mógł przyjrzeć się im bliżej – i nagle przestały. Chłopak rozejrzał się wokół, przy oczku wodnym niezmiennie stała huśtawka. Na niej siedziała prawie dorosła już Vena.
- Porobiło się, co? – roześmiała się ponuro, zatrzymując bujające się siedzenie.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, że tym razem mógł już cokolwiek zrobić. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale brakowało mu słów. Z niedowierzaniem zerkał na postać siostry, która wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętał.
- Jak…?
Vena wzruszyła ramionami, wstając z miejsca.
- Słuchaj, Scottie. Nie mamy za wiele czasu, ale pewnie się domyślasz – zaczęła – Zakładam, że znowu za długo zwlekałeś z przemianą i pewne sprawy ponownie wymknęły się spod kontroli?
Szatyn zmarszczył brwi, zastanawiając się, o czym dokładnie mówiła. Owszem, pamiętał, że zdarzały się przypadki, w których jego siostra mogła do niego dotrzeć podczas jego „napadów”, jak nazywał swoje przemiany. Poczuł ukłucie zazdrości – ona nigdy nie miewała takich problemów.
- Może – stwierdził po chwili – Równie dobrze po prostu mi się śnisz.
- Może – odparła – Ale chyba to zbyt realistyczny sen, nawet jak na nasze standardy.
„Skubana, ma punkt”, pomyślał. Zastanawiał się, jak to robiła.
- Mamy mało czasu, więc zamknij dziób i mnie słuchaj – powiedziała. Jej ton jakby nie miał zamiaru znosić żadnego sprzeciwu. Jego siostra zawsze miała w sobie coś z lidera – Jestem na tropie tego, co zabiło rodziców. Ty masz na ogonie rozochoconych łowców. Wyświadcz mi zatem…
- Co? – przerwał wypowiedź – Skąd wiesz, co ich zabiło!?
- To nie był człowiek, Scott – odpowiedziała – I niech na razie to ci wystarczy. Wyświadcz mi zatem przysługę i gdzieś się ukryj. Po prostu przeżyj i nie mieszaj się do tego, co będę robić.
- Vena, powiedz mi, gdzie do diabła jesteś?
- Nie mogę.
Cisza, która zapadła, była wyjątkowo ciężka.
- Będziesz wkurzony po królewsku, ale oficjalnie zabraniam ci się do tego mieszać, Reckless. – oświadczyła.
- To ja jestem tym starszym – pokręcił głową.
- Natomiast ja to ta rozsądniejsza i wybacz za to, jak to źle i brutalnie zabrzmi, stabilniejsza. Nie ja teraz szaleję po lesie! – podniosła głos – Wybacz, ale dopóki nie zrobisz ze sobą porządku, nie możesz mi pomóc. Jeżeli już, opłacz za mnie rodziców. Nie wiem, czy zdążę – uśmiechnęła się na koniec ponuro.
- Nie mówisz poważnie – szepnął.
Scott rozejrzał się wokoło. Kwiaty już przekwitały. Poczuł, jak na głowę spadają mu pierwsze, grube krople deszczu. Po chwili ponownie patrzył w oczy Veny, tak samo świecące jak jego, jednak o innej barwie.
- To nasze pożegnanie, braciszku. To mój bilet w jedną stronę i jedyny sposób, w jaki mogę się z tobą pożegnać. Oczyszczę twoje imię. Nie zapomnij o tym, czego nauczyli nas rodzice. – powiedziała – To czas na to, byś ich opłakał, ale pamiętaj, co mówili.
Spuścił głowę. Zaczerpnął głębszy wdech, po chwili podnosząc wzrok.
- Jest czas na opłakiwanie zmarłych… Jednak musisz wrócić do świata żywych.
- Tego się trzymaj, braciszku. – uśmiechnęła się Vena, podchodząc bliżej.
Poczuł jej dłoń na swoim ramieniu. Była tak realna. Nie chciał, by ją zabierała, przecież nie musiała odchodzić! Scott uparcie próbował wyprzeć słowa siostry, nieważne jak mocno wwiercały się w świadomość, jakby wyryła je w skale jego pamięci.
- Uważaj na siebie, Scott. Jeżeli zdążę… Przyjdę do ciebie – powiedziała – Ale ułatw mi sprawę i śpij, zamiast wariować po lesie. Nowi towarzysze byliby ci za to wdzięczni.
Nie mógł zdobyć się na żaden uśmiech, nieważne jak mocno Vena próbowała sprawić, by ten pojawił się na jego ustach. Po policzkach ich policzkach spływały łzy.
- Już czas. Jestem coraz bliżej. Może… Do następnego, kiedykolwiek. – usłyszał, nim jej postać zniknęła.
***
Jego ciało drgnęło, gdy tylko zaczął odzyskiwać świadomość. Gdy otworzył ślepia, otoczenie wydawało się nienaturalnie mgliste i mało kolorowe – z początku zrzucił to na kompletną dezorientację. Jednak wzrok nie wyostrzył się nawet, gdy rozbudził się bardziej, natomiast czuł tysiące zapachów, niektóre z dość dużej odległości. Co się działo?
Gdy chciał wstać, zrozumiał, że tkwił w plątaninie własnych ubrań – w zadziwiająco dobrym stanie, może nieco przybrudzonych trawą i piachem, mokrych od porannej rosy. Zamiast rąk widział łapy – znał zatem odpowiedź. Vena miała rację, znów zbyt długo zwlekał z przemianą…
Dotarło do niego nagle, jak to wszystko wyglądało. Pamiętał przecież obserwowanie gwiazd, gdzieś odpłynął myślami i budził się nagle tu, jako wilk. Zanim to, Scott kompletnie nie wiedział, czy to wszystko mu się śniło, zaś jego wyobraźnia wskoczyła na nowe wyżyny, czy też to sprawka jego siostry…
„To nasze pożegnanie, braciszku”.
Jeszcze czuł jej dotyk na swoim ramieniu. W głowie miał mętlik. Chciał wiedzieć, co to wszystko miało oznaczać – czy Vena naprawdę miała możliwość aż takiej manipulacji? Wyplątując się z rękawów i nogawek, próbował zrozumieć kolejne rzeczy, które wydawały się aż nazbyt absurdalne. Gdy już stał – nieco chwiejnie, nieprzyzwyczajony do chodzenia na czterech łapach – zebrał w pysk swoje ubrania i zaczął powoli oddalać się w stronę watahy. Chciał dowiedzieć się, jakim cudem był przy swoich zmysłach jako wilk, chociaż ten jeden raz. To też sprawka siostry?
Spojrzał na księżyc, który jeszcze nie zaszedł, blado świecąc na tle porannego nieba Czuł ciepło słońca, które zaczynało ogrzewać ciemne futro na grzbiecie. Wiedział, że powinien kierować się w jego stronę – gdy szedł poprzedniego dnia, również kierował się nim jak kompasem. Chociaż, tym razem miał do przejścia większy dystans – i kilka obalonych, średniej wielkości drzew do przeskoczenia. Może jednak do końca nie udało mu się pozostać przy zmysłach i każda przemiana okupiona będzie początkowym szaleństwem? Nie wiedział. Kto mógłby mu na to odpowiedzieć?
Czy musiał się powtarzać? Oczywiście, że nie wiedział. Musiał się po prostu przekonać.

<C. D. N.>

Uwagi: "Nieważne" piszemy łącznie. Słowa "księżyc" i "słońce", jeżeli nie odnoszą się do astronomii, piszemy z małej litery.