poniedziałek, 28 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 7

<< Poprzednia część <<

Styczeń 2027
– Morgan, uważaj! – zawołał Trevenic i wykonał jakiś nieokreślony ruch tuż nad garnuszkiem, w którym mieszałem tworzony przez nas eliksir. Odskoczyłem przestraszony. Drewniana łyżka, którą trzymałem w pyszczku, upadła na piasek. Kilka ciekawskich spojrzeń skierowało się w naszą stronę. Widząc jednak, że nie miała miejsce żadna większa tragedia, znudzeni wrócili do swoich zajęć.
– Wszystko w porządku?
– Tak, tak – mruknąłem. – Wystraszyłeś mnie. Co się stało?
– Coś ci się chyba zepsuło.
Theo wyciągnął dłoń, w której zaciśnięty był nieregularny bursztyn. Zaniepokojony zerknąłem na swoją pierś, żeby dostrzec, że rzemyk był przerwany. Moje serce zabiło szybciej, kiedy zdałem sobie sprawę, że basiorek uratował mój medalion przed zatonięciem w odmętach mikstury.
– Dziękuję – powiedziałem szczerze, biorąc go w zęby i odkładając na liść palmy, w który wcześniej zawinięte były składniki. Teraz leżał pusty i gotowy odlecieć przy mocniejszym powiewie wiatru. – Ostatnio cały czas się psuje. Nie mam już do niego sił.
– Nie myślałeś, żeby go zostawić? Możesz w końcu go zgubić – zauważył Vic. Sięgał właśnie do zapasów pana Asgrima, by wziąć drugą łyżkę. Nasza była cała obklejona piaskiem. Skrzywiłem się na myśl, że będę musiał ją wyczyścić. Woda była lodowata o tej porze roku.
– Myślałem... – westchnąłem głośno. – Ale nie mógłbym tego zrobić. Jego obecność jest jak najlepsza magia uspokajająca.
– Mógłbym go kiedyś pożyczyć? Myślę, że byłby czasem bardzo przydatny – zaśmiał się samiec.
Od razu pokręciłem głową. Sama myśl o tym, że mógłbym go komuś oddać, budziła niepokój i ból. Nie potrafiłbym tego zrobić. Odkąd pamiętałem, nosiłem go na swojej szyi. Pierwszy raz zdjąłem go dopiero miesiąc temu, kiedy bursztyn odpadł po raz pierwszy. Od tamtego czasu zdarzało się to regularnie. Niezależnie ile próbowałem, nie potrafiłem związać go tak dobrze jak był oryginalnie.
Bursztyn był skazany na odpadanie, ja na naprawianie go.
– Tylko żartowałem – powiedział Trevenic, zauważywszy moją minę.
Uśmiechnąłem się, mówiąc, że wiedziałem o tym. Nie chciałem jednak opowiadać Vicowi o moim drobnym amulecie. Chyba bałem się, że wtedy straci swoją moc. Jakakolwiek by nie była.
– Skąd właściwie go masz?
Wzruszyłem ramionami.
– Mam wrażenie, że był ze mną od zawsze – odparłem. – Tylko rodzice temu zaprzeczają. Żadne z nich nie pamięta, żebym miał go jako maluch. To dziwne, nie sądzisz?
– Noo... Strasznie. Może dostałeś go od jakiegoś ducha czy coś?
Basiorek parsknął szczerym śmiechem. Ja również nie powstrzymałem rozbawionego prychnięcia.
– Nie wierzę w duchy, wybacz.
– Czyli masz jakieś racjonalne wytłumaczenie? – Uniósł brwi.
– Pewnie znalazłem go gdzieś, kiedy byłem zbyt mały, żeby to zapamiętać.
– To brzmi strasznie nudno – Vic ziewnął ostentacyjnie, wywołując u mnie kolejne prychnięcie. – Wolę swój pomysł.
– A ja swój – rzekłem i zerknąłem w stronę przybrudzonej piaskiem łyżki. Niepewnie tknąłem ją łapą. – Pójdę lepiej ją umyć. Poradzisz sobie?
– Jasne. Mieszanie to nic trudnego.
Pokiwałem głową i złapałem ją w pyszczek. Nim odszedłem, ostatni raz spojrzałem na bursztyn. Jego matowa barwa zdawała się pochłaniać światło. Jeszcze niedawno pobłyskiwał w słońcu, jednak ostatnio... Nawet, kiedy promienie sięgały w jego stronę, ten nie dawał żadnego znaku życia. Pozostawał ciemny i zimny.
W przypływie nagłego impulsu, schyliłem się i złożyłem pocałunek na jego martwych ściankach. Delikatny i czuły. Kiedy się odsunąłem, moim szybko bijącym sercem wstrząsnął jakiś dziwny żal i tępy ból, którego źródła nie potrafiłem dociec.
Tak bardzo chciałbym dostrzec blask życia odbijany przez jasnorudą barwę...

piątek, 18 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 6


Październik 2026
Po tamtej pamiętnej lekcji nie potrafiłem przestać myśleć o Yngvi. Zaprzątała moją głowę codziennie. Podarowany przez nią naszyjnik z bursztynem cały czas ciążył na mojej szyi. Kiedy tylko na niego patrzyłem, nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Był cudownie nieregularny, a sposób w jaki błyszczące elementy odcinały się od matowych hipnotyzował. Nieustannie zerkałem w jego stronę i bawiłem się nim w zamyśleniu. Uwielbiałem go i cieszyło mnie, że Yngvi również nosiła ten, który dla niej zrobiłem. Ciekawiło mnie, czy powiedziała komuś o naszej wymianie, czy też ciągle o tym myślała. Jednak nie miałem odwagi jej o to zapytać.
Ona zachowywała się, jakby nic się nie stało, a ja próbowałem robić to samo. Rozmawialiśmy tyle samo i tak samo jak wcześniej.
Nic się nie zmieniło.
Oprócz tego, że nagle zaczęła przyciągać mój wzrok, a sama jej obecność poprawiała mi humor lepiej niż cokolwiek innego.
Poza tym dosłownie nic.
W następną sobotę, jak zwykle, poszedłem na zajęcia z tworzenia eliksirów, chociaż kusił mnie całkiem inny fragment plaży, gdzie ona siedziała na piasku w promieniach wschodzącego słońca. Mimowolnie zerkałem w tamtą stronę, na co w końcu zwrócił uwagę sam nauczyciel, wytykając mi zainteresowanie jego córką. Speszony od razu zaprzeczyłem i już więcej nie spojrzałem w jej stronę.
Moje myśli pochłonął przepis na Eliksir Ognia. Razem z Asgrimem próbowaliśmy uwarzyć drobną ilość tej mikstury, bardziej dla samej zabawy niż z faktycznego zapotrzebowania. Nie był to zbyt skomplikowany ani zbyt czasochłonny eliksir w porównaniu do innych. Omawialiśmy go także już wcześniej, przez co teraz stworzenie go nie należało do najtrudniejszych.
– Pozwól, że spróbuję trochę twojego – powiedział nauczyciel, kiedy skończyliśmy. Nabrał kilka kropel do pipety i wlał je sobie prosto do ust. – Taka ilość pozwoli mi włożyć w ogień tylko jeden palec i to przez kilka sekund. Liczę, że się nie poparzę.
– Nie powinien pan... – Urwałem w chwili, gdy mężczyzna włożył palec w płomień. Z moich ust wyrwał się głośny syk, ale nic mu się nie stało. Ogień omijał go, nie czyniąc żadnej krzywdy.
– Tak, tak... Bezpieczeństwo w pracy – Pan Asgrim przewrócił oczami i wyciągnął palec. – To nie ty powinieneś mnie upominać. Oczywiście, że masz rację Morgan. Nie powinienem był tego robić, ale ufam ci. W końcu uczysz się od samego mistrza.
Zaśmiał się głośno, a ja westchnąłem. Kiedy zostawaliśmy sami, wyraźnie dostrzegałem pewien brak odpowiedzialności, który cechował pana Asa. Chociaż na lekcji dbał o nasze bezpieczeństwo, tak w czasie zajęć dodatkowych... Był chyba aż zbyt wyluzowany.
– Cześć, tato, skończyliście już?
Podskoczyłem. Moje serce zabiło szybciej. Zaoferowany próbą eliksiru, nie zauważyłem, kiedy podeszła do nas Yngvi. Spojrzałem w jej stronę. Wilczyca uśmiechnęła się na powitanie. Serce nie zwalniało.
– Tak, właśnie przed momentem. Zanieś to Yvarowi i mamie, dobrze? – odparł nauczyciel i podał waderze małą paczuszkę z kilkoma fiołkami. – Ja tu jeszcze zostanę i trochę popracuję.
Vi skinęła głową.
– Mogę w czymś pomóc? – wtrąciłem.
– Raczej nie. Będę tylko robić syropy. Dam sobie radę sam.
Pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem i, pożegnawszy się z panem Asem, odszedłem w swoją stronę. Nie minęła chwila, a dogoniła mnie Vi. Zaczęliśmy rozmawiać o jakichś błahostkach. Dowiedziałem się, że Yvar i ich mama byli chorzy. Ciężko było nawet stwierdzić, które z nich zachorowało jako pierwsze; rozłożyło ich momentalnie wczorajszego ranka. Zdziwiło mnie to. Yvar nie dał po sobie w ogóle poznać, że coś było nie tak. Chociaż z drugiej strony... Nie obserwowałem go zbyt uważnie.
– Chciałbym kiedyś nauczyć się uzdrawiać – rzuciłem w którymś momencie. – Chociaż te małe choroby jak grypa czy przeziębienie.
– A poważniejsze?
Uśmiechnąłem się lekko.
– To moje marzenie.
Yngvi pokiwała głową w zamyśleniu. Staliśmy przez moment w ciszy, jedynie patrząc się na siebie.
– Podziwiam cię – stwierdziła w końcu samica – Masz takie wielkie ambicje i na dodatek tak szlachetne... Ja nie mam takich marzeń.
– A jakie masz?
– Chcę zostać najlepszą piosenkarką na świecie. Sprawić, by muzyka rozświetlała wilkom każdy dzień. Mamy jej tu stanowczo zbyt mało – stwierdziła pewnie. Oboje się zaśmialiśmy, a ja przyznałem jej rację.
– Twoje marzenie też nie jest złe.
– Może i nie... – uznała, uśmiechając się.
Między nami ponownie zaległa cisza. Nie wiedziałem, w jaki sposób powinienem to odczytywać. Yngvi z reguły dość rzadko milczała. Jej wesoła paplanina zdawała się być wszechobecna. Jednak kiedy zostawaliśmy sami... Wydawała się o wiele poważniejsza i spokojniejsza. Nadal niosła w sobie radość, ale... Sam nie wiedziałem.
Normalnie taka cisza nie byłaby znakiem czegoś dobrego, ale mi ona nie przeszkadzała. Vi również nie wyglądała na zirytowaną czy zmęczoną. Prawdę mówiąc, na jej pyszczku widniał uśmiech.
– Mam jeszcze jedno marzenie, wiesz? – zagadnęła mnie.
– Jakie?
– Chcę być we wspaniałym związku, założyć rodzinę i mieć gromadkę szczeniąt. Wiem, że to głupie i nie powinnam myśleć o takich rzeczach w takim wieku, ale kiedyś... Chciałabym mieć osobę, dla której byłabym całym światem – odpowiedziała. Patrzyła w moją stronę, ale zamyślony wyraz pyszczka wskazywał, że mnie nie widziała. Nagle potrząsnęła głową i zaśmiała się z lekka nerwowo. – Wybacz, nie powinnam tego mówić. Sama nie wiem, czemu to powiedziałam. Chyba nikomu jeszcze o tym nie mówiłam. Z jakiegoś powodu... – Urwała. Czekałem na jej słowa. Serce głośno uderzało o moją klatkę piersiową i zwisający na niej bursztyn. – Z nikim nie potrafię rozmawiać tak, jak z tobą. Masz wokół siebie jakąś aurę powagi, która mnie odpręża i zmusza do mówienia takich rzeczy.
– Nie przeszkadza mi to. Też bardzo lubię z tobą rozmawiać – zapewniłem. – I uważam, że każdy zasługuje na taką osobę.
Pokiwała głową. Na jej pyszczku widniał szczery uśmiech. Złapałem się na myśli, że wyglądała ślicznie, gdy słońce odbijało swoje złote promienie w jej rudawym futerku. Speszony odwróciłem wzrok.
Od tamtego dnia myślałem o niej jeszcze więcej. Ale poza tym nie zmieniło się nic w naszych relacjach. Zupełnie nic.
Tylko świadomość tego, że żadna zmiana nigdy nie nastąpi, zaczęła nagle nieść ze sobą dziwny do opisania ból i smutek.

<c.d.n.>

>> Następna część >>

czwartek, 17 września 2020

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 5


Październik 2026
– Mi chyba wystarczy – Wilczyca zmieniła temat, wskazując na jej sporej wielkości kupkę. – Już teraz nie uniosę wszystkiego.
– Możesz chodzić kilka razy – zauważyłem. Odpowiedział mi jęk. Uśmiechnąłem się, widząc niezadowoloną minę Yngvi. – Albo wybrać same najładniejsze rzeczy, a resztę zostawić.
– Wszystkie są najładniejsze.
– To faktycznie jest już jakiś problem – zaśmiałem się. – Mam zaledwie połowę tego co ty, więc mogę ci pomóc.
Vi uśmiechnęła się z wdzięcznością. Razem zaczęliśmy przenosić kolejne skarby na sam skraj dżungli, w miejsce, gdzie czekał już na nas pan Dernet. Obok niego było mnóstwo sznurków różnej długości, drucików, kawałków wyginającego się metalu i trochę dziwnej klejącej papki, którą nazywał klejem.
– Skąd pan to ma? – zapytałem, niepewnie dotykając jednego z drucików. Był zimny i bardzo cieniutki.
– Hitam podarował mi je po powrocie z Białego Królestwa. Były jeszcze koraliki, ale prawie wszystkie w  ykorzystały szczeniaki w czasie normalnych lekcji – Uśmiechnął się przepraszająco i spojrzał na przyniesione przez nas skarby. – Widzę, że wy także przynieśliście własne kamienie. Bardzo dobrze. Spróbujemy zrobić z nich nowe wyjątkowe zawieszki.
Poruszyłem uszami zaciekawiony.
– W jaki sposób?
– Zobaczymy. Mam już kilka pomysłów.
– Będzie je pan robić z nami? – zapytała Vi.
Nauczyciel przytaknął z uśmiechem i wskazał na kilka znajdziek, które sam uzbierał. Całą trójką przysiedliśmy przy swoich materiałach. Naradzaliśmy się, próbując wymyślić najskuteczniejszy sposób na stworzenie biżuterii. Ja i Yngvi postanowiliśmy stworzyć naszyjniki, a pan Dertnet od razu oświadczył, że myśli nad jakąś bransoletką z piórami.
Kiedy tak razem pracowaliśmy, całkiem zapomniałem o wszystkich dręczących mnie troskach. Byłem szczęśliwy, że dałem się namówić Vi na przyjście na te zajęcia. Miała rację – były one naprawdę odświeżające po całych dniach spędzonych na nauce. Poza tym pan Dernet, chociaż już na co dzień był bardzo miły, teraz, kiedy rozmawiał wraz z nami sprawiał wrażenie dziwnie... Normalnego. Nie odczuwałem zbytniej różnicy wieku między nim a nami. Żartował i rozmawiał ze mną i Vi jak z równymi sobie. Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie i początkowo miałem dziwne odczucie, że tak nie powinno być. Szybko jednak porzuciłem tą myśl i zacząłem po prostu cieszyć się chwilą. Było to prostsze i o wiele przyjemniejsze.
W ramach podziękowania za ten cudowny ranek postanowiłem podarować stworzony przeze mnie naszyjnik Yngvi. Uważnie słuchałem, co podobało jej się najbardziej i próbowałem przelać to do swojej pracy. Nie wychodziło mi najlepiej; nie miałem takich zdolności jak pan Dernet i ona, przez co, kiedy oni zdążyli już zrobić po dwie rzeczy, ja ciągle nad nim pracowałem. Ale dzięki temu efekt końcowy był naprawdę zadowalający.
Naszyjnik był zrobiony z białych i jasnoniebieskich piórek oraz brązowego rzemyka. Zebrane kamienie i kwiaty wymieniłem na ostatni koralik, który miał pan Dernet. Dzięki temu mogłem ukryć końcówki piór w taki sposób, że wystawały bezpośrednio z przezroczysto-srebrnego kamyka.
Po zakończeniu lekcji pomogliśmy nauczycielowi odnieść wszystkie niewykorzystane skarby. Chciał część z nich wykorzystać w czasie zajęć z młodszą grupą, na co oczywiście wyraziliśmy zgodę. Na szczęście przestało padać, więc nie musieliśmy biegać z jak największą ilością rzeczy.
Kiedy skończyliśmy, odszedłem na bok z Vi.
– Dzięki za dzisiaj. To było naprawdę odświeżające – powiedziałem, uśmiechając się lekko.
– Mówiłam ci! Nie chcesz przychodzić częściej?
Przekrzywiłem łeb, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Chyba nie powiesz mi, że jakieś eliksiry są ciekawsze! – zawołała, kiedy zwlekałem z odpowiedzią.
– Trochę jednak są – przyznałem. – Poza tym potrzebuję wysokiej oceny z nich. Chcę być lekarzem.
– Ale jesteś z nich naprawdę dobry. Tata ciągle gada o tobie i twoim wielkim talencie.
Zmrużyłem oczy.
– Serio tak mówi?
Przytaknęła.
– Morgan to, Morgan tamto. Z Yvarem mamy czasem wrażenie, że wolałby ciebie jako swojego szczeniaka. Wiesz, my raczej nie wyrażamy takiego zainteresowania tymi miksturkami – skrzywiła się. – Serio nie chcesz?
Westchnąłem i potarłem łapką pyszczek. Słowa Vi zawstydziły mnie. Nie chciałem... Czegoś takiego. Teraz łatwiej było mi zrozumieć kolejne powody, dla których Yvar nadal nie pałał do mnie sympatią.
– Skoro tak... Od czasu do czasu mogę przychodzić. Naprawdę mi się podobało – rzekłem.
Yngvi uśmiechnęła się szeroko i podeszła do mnie, żeby mnie przytulić, zapewne na pożegnanie. Szybko się od niej odsunąłem, żeby ją powstrzymać. Waderka zmarszczyła brwi zaskoczona.
– Czekaj. Chciałem ci to dać – powiedziałem, podając jej stworzony przeze mnie naszyjnik. – W ramach podziękowania.
Otworzyła szerzej oczy i pokręciła głową, odsuwając go od siebie.
– Morgan, naprawdę nie musisz... Zatrzymaj go sobie. Tak się starałeś.
– Bo robiłem go dla ciebie. Od samego początku – wyjaśniłem zawstydzony i jeszcze raz go jej podałem. Spodziewałem się, że znowu spróbuje mi go oddać, ale tym razem go zabrała. Kiedy na nią spojrzałem, zauważyłem, że zawiesiła go sobie na szyi.
– Dziękuję – powiedziała i przytuliła mnie mocno. Oddałem uścisk, wtulając pysk w długie włosy na jej głowie. Pachniały kwiatami z dżungli, wokół których spędziła dzisiaj tyle czasu.
Kiedy się odsunęła, podała mi jeden z dwóch stworzonych przez siebie naszyjników. Dokładniej ten z nieregularnym bursztynem. Teraz, w świetle słońca, nawet pobłyskiwał delikatnie.
– Weź go – powiedziała, a kiedy otworzyłem pyszczek żeby zaprotestować, dodała: – Nie przyjmuję sprzeciwu. Nadal mam jeszcze jeden, nie licząc tego, który dostałam od ciebie.
Westchnąłem, ale nie zamierzałem się kłócić. Yngvi bywała naprawdę uparta. Posłusznie założyłem go na szyję. Bursztyn uderzył ciężko o moją pierś.
– Wyglądasz z nim świetnie – stwierdziła samica, uśmiechając się szeroko. – Naprawdę ci pasuje.
– Twój tobie też... – mruknąłem zawstydzony tym niespodziewanym komplementem.
Vi zaśmiała się radośnie.
– Wiem. Jest naprawdę piękny. Dzięki.
Na mój pyszczek wstąpił zadowolony uśmiech. Bardzo cieszyłem się, że prezent jej się spodobał.

<c.d.n.>

środa, 16 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 15


Grudzień 2025 r.
- Jak to jest latać?
Piasek zaszurał, kiedy Arkan podniósł łeb, by na mnie spojrzeć. Na chwilę ogarnął mnie niepokój - co jeśli z jakiegoś powodu nie powinnam była pytać? Wyvern odejdzie i zabierze ze sobą skórzaste skrzydło, które na wpół rozłożone oddzielało mnie od piachu. Wszędobylskie drobiny nie sprawiały mi już co prawda takiego kłopotu jak kiedyś, ale w dalszym ciągu pozostały najbardziej irytującą rzeczą martwą jakiej dane mi było stawiać czoła. Nigdy nie przepuszczałam okazji, by ułożyć się wygodnie za zgięciem smoczego ramienia i cieszyć ciepłem bijącym od łuskowatych boków, z dala od plaży i jej okropieństw.
Całe szczęście Arkan tylko odmruknął obojętnie:
- Jak się ma skrzydła to zupełnie normalnie.
- A jak wysoko potrafisz polecieć? - podchwyciłam temat.
- Bardzo - ziewnął rozdzierająco.
- Jak bardzo?
- Bardzo bardzo.
- A do gwiazd dolecisz?
Parsknął śmiechem, wydmuchując nosem trochę drażniącego dymu. Odkaszlnęłam.
- Nie. To za daleko. A nawet gdybym był w stanie lecieć tak długo, to między gwiazdami nie ma powietrza.
- Czyli... Nie potrafisz dolecieć n a p r a w d ę daleko.
- Co, uważasz że daleko to tylko gwiazdy?
- No tak.
- Mierz siły na zamiary - Arkan znowu się zaśmiał. - Nie znam nikogo na tym świecie kto potrafiłby polecieć do gwiazd. A żyję dużo dłużej od ciebie.
Mimo lekceważącego tonu, doszukałam się w jego głosie uśmiechu. Musiał mieć całkiem niezły humor, skoro w ogóle rozmawiał ze mną na taki temat. W innym przypadku pewnie pogoniłby mnie do diabłów (a konkretniej do jednego z dwóch - do Leah albo do Adory na logikę).
- Ale to że kogoś takiego nie znasz wcale nie znaczy, że kogoś takiego nie ma. Prawda? - uparłam się.
- Teoretycznie prawda - westchnął. - Ale ja w żadnych bogów nie wierzę.
- Kto to bogi?
- Bogowie - poprawił mnie, na co tupnęłam gniewnie łapą. Nawet nie zauważył. - Przepotężne istoty, którym musimy składać pokłon, bo stworzyły nas i cały nasz świat. Znają nasze przeznaczenie, bo przecież sami je nam zapisali, a po śmierci sądzą za złe i dobre uczynki.
- To była... ironia?
- W pewnym sensie.
- Czyli... - przemyślałam przez chwilę dobór słów. - Czyli uważasz, że bogów nie ma, bo nigdy żadnego nie spotkałeś?
Na chwilę umilkł. Odwrócił łeb w stronę szumiącego morza.
- Tak. Tak uważam.
***
- Proszę pani? - podniosłam wysoko łapkę.
Adora ledwo zdążyła nabrać powietrza w płuca. Dobrze wybrałam moment - logika dopiero się zaczynała i nauczycielka jeszcze nie zdążyła niczego powiedzieć. A to oznaczało, że nie mogłam jej przerwać!
- Tak? - powiedziała z niezmiennym spokojem.
- Mam pytanie.
- Czy dotyczy ono lekcji?
Przestąpiłam z nogi na nogę.
- Tak!
- Mów w takim razie.
- Czy to, że bogowie istnieją... Czy pomysł... - zająknęłam się. - Czy bóg jest logiczny? Pani zdaniem?
Nauczycielka sapnęła z niedowierzaniem. Nie byłam pewna, co to może oznaczać.
- A skąd indziej miałaby brać się nasza magia? Kto inny zapisywałby naszą przyszłość w gwiazdach, jeśli nie bogowie?
Gdzieś z tyłu westchnął głęboko Emerald. Chyba nie podobało mu się jaki tor zaczynał przybierać wykład. Może nawet zamierzał mnie o to później obwinić?
- Skąd my byśmy się w ogóle wzięli? - kontynuowała Adora. - Znikąd. Nie byłoby nas. Nie byłoby nic świadomego i rozumnego, bo nie miałby kto pomyśleć, że coś takiego może w ogóle powstać.
Przerwała, pewnie by ponapawać się posłuchem. Przez ostatnie kilka chwil milczenia miałam wrażenie, że to na mnie spoczywa jej wzrok.
- Ale tym tematem zajmiemy się dokładniej kiedy indziej. Jak już wam zapowiadałam, dzisiaj omówimy znaczenie ułożenia Marsa w stosunku do Saturna...
Przestałam słuchać. Głowę zajęła mi naprawdę dziwna myśl - Adora powiedziała coś, co miało sens.
Ale czy to wystarczający dowód?

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

>> Następna część >>

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 4


Październik 2026
Zgodnie zagłębiliśmy się nieco bardziej w dżungli. Początkowo szedłem z przodu, rozglądając się za czymś interesującym, ale kiedy po raz trzeci niemal zgubiłem Vi, która nieustannie zatrzymywała się, odbiegała i wracała, przynosząc kolejne kolorowe skarby, zwolniłem i pozwoliłem, by to ona prowadziła.
– Jakim sposobem zauważasz te wszystkie rzeczy? – mruknąłem, wskazując łapą na rosnący stosik. Były na nim kolorowe kamienie, pióra, późne kwiaty i liście. A teraz Vi dokładała do niego jeszcze zbłąkany bursztyn, który w tajemniczych okolicznościach opuścił plażę. Miał nieregularny kształt i matowy kolor.
– Tylko patrzę.
– Ja też patrzę, a w ogóle ich nie widzę, dopóki nie zwrócisz mi na nie uwagi.
Yngvi odłożyła bursztyn na miejsce i spojrzała na mnie, przekrzywiając głowę.
– Może patrzysz w nieodpowiedni sposób – stwierdziła po dłuższym namyśle.
Zmrużyłem oczy.
– Co masz na myśli?
– Nie skupiasz się.
– Skupiam. Mam wrażenie, że moja głowa zaraz wybuchnie ze skupienia, a oczy mnie bolą od wypatrywania – jęknąłem niezadowolony.
Yngvi potrząsnęła głową.
– Robisz to w zły sposób – stwierdziła stanowczo. Zmarszczyłem brwi, ale gdy tylko otworzyłem pyszczek, wilczyca ponownie się odezwała: – Nie przerywaj mi. Próbujesz szukać ładnych rzeczy, przez co jednocześnie je ignorujesz.
– To nie ma sensu.
– Może i nie – Uśmiechnęła się szeroko. – Ale tak to działa. Po prostu podziwiaj wszystko, co cię otacza. Reszta przyjdzie sama.
Westchnąłem głośno.
– To nie brzmi zbyt przekonująco.
– Sam zobaczysz – powiedziała i odeszła na bok, by szukać kolejnych skarbów.
Niepewnie ruszyłem za nią, próbując zastosować się do rady Yngvi. Nie było to tak łatwe, jak mógłbym sądzić. Cały czas przyłapywałem się na myślach, że gdzieś tu musi być coś o niewyobrażalnej urodzie. Oczywiście, nie znalazłem nic takiego. Dżungla była całkowicie pozbawiona tak wyniosłych rzeczy, ale zamiast tego było w niej mnóstwo innych, znacznie mniejszych cudów. Zacząłem od szukania rzeczy, które znalazła już wcześniej Yngvi, ale szybko porzuciłem ten sposób; nie chciałem jej kopiować oraz miałem dziwne poczucie, że zawiodę ją, jeśli nie otworzę się na piękno otaczającego mnie świata.
Wziąłem głęboki wdech i cichutko wypuściłem powietrze. Przymknąłem oczy i zacząłem nasłuchiwać kroków Vi. Kropel uderzających w liście wysokich drzew i krzewów, przeciskających się oraz upadających na ubitą ziemię. Nadchodzącego z oddali śpiewu ptaków i, w końcu, cichego bzyku owadów. Mimowolnie się uśmiechnąłem, doceniając tę wybitną orkiestrę natury.
Otworzyłem oczy. Miałem wrażenie, że świat w jednej chwili nabrał kolorów. Zieleń roślin była intensywniejsza, mokre kamienie odbijały skąpe światło i błyszczały niczym klejnoty. Podszedłem do nich i przeniosłem je, tworząc swoją własną kupkę ozdób. Po drodze urwałem jeszcze kilka kwiatów. Ledwo się odwróciłem i dostrzegłem następne skarby. Biegałem w jedną i w drugą, zbierając kolejne rzeczy.
– Widzę, że nauczyłeś się patrzeć – powiedziała Yngvi, kiedy zauważyła rosnący z każdą chwilą stos.
Przytaknąłem, uśmiechając się.
– Postaraj się tylko nie zebrać całej dżungli w jedno miejsce – zaśmiała się, widząc radość na moim pyszczku. – Przynajmniej połowa jest moja.
Parsknąłem rozbawiony.
– Nie musisz się o to martwić. Mogę oddać ci nawet dwie trzecie.
– Nie wiem, co to znaczy, ale niech będzie. Wierzę, że mnie nie oszukasz – stwierdziła.
Zmrużyłem oczy.
– Nie potrafisz liczyć?
Pokręciła łbem.
– Rodzice chcieli mnie nauczyć, kiedy byłam mała, ale bardzo się przeciwko temu buntowałam. Nie lubię nauki – przyznała, krzywiąc się. – Ale teraz trochę tego żałuję. Liczenie bywa dość przydatne.
– Jeśli chcesz, mogę cię kiedyś nauczyć – zaproponowałem.
Na pyszczek Vi wstąpił niepewny uśmiech.
– Kiedyś... Czemu nie?

<c.d.n.>