poniedziałek, 24 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 2

Koniec grudnia 2023
Zapadł zmrok. Snop światła słonecznego, który wpadał przez wąskie okno naprzeciwko naszych cel, zniknął. Wówczas do korytarza wkroczył inny wilk; prawdopodobnie strażnik z nocnej zmiany. Pokonując długość tej części fortyfikacji, mierzył wszystkich czujnym i uważnym spojrzeniem. Kiedy tak mijał kolejne cele, zapalał także pochodnie; oczywiście na odległość. Widok, jak ktoś inny używał swoich magicznych zdolności, kiedy ja nie mogłam, nie należał do przyjemnych.
Co chwila dało się słyszeć innych osadzonych, jak rzucali do strażnika różnego rodzaju komentarze. Jedni mówili, że są niewinni, kolejni, że już dawno powinni zostać wypuszczeni. Zdawało mi się też, że słyszałam, jak ktoś próbował namówić strażnika, by ten go wypuścił. Zapewniał, iż absolutnie nikt się nie dowie i tak dalej... Oczywiście pilnujący porządku wilk nie zareagował w żaden sposób. Po zakończonym obchodzie, po prostu zawrócił i zniknął nam z oczu za zakrętem. 
Wciąż wszystko ściskało mnie od środka. Podejrzewałam, że to nadal z nerwów; ewentualnie z głodu. Nie wiedziałam, kiedy ostatni raz cokolwiek jadłam. Planowałam wieczorem znów wprosić się do Crane'a na kolację wyczarowaną z Naszyjnika Pożywienia. Teraz chyba mogę już na dobre zapomnieć o tym świeżym, ciepłym posiłku. 
Na dnie stojącej obok wiadra miski znalazłam kilka kostek. Na tej podstawie mogłam przypuszczać, że więźniowie w istocie dostają tutaj jakiekolwiek jedzenie. Ale co do porcji i jakości... pewnie nie można oczekiwać zbyt wiele. 
Ciekawe, czy skazanych na śmierć też nakarmią przed egzekucją... Nie... Nie, nie, nie... Nie mogę o tym myśleć... 
Zaczęłam znów drżeć ze strachu. 
Za dużo myślę... Za dużo... 
Zrobiło mi się niedobrze i jeszcze słabiej. Do tego w dalszym ciągu chciało mi się pić. Podjęłam kolejną próbę wzięcia łyka z wiadra i to był błąd. Skończyło się na tym, że prawie zwymiotowałam. 
- Jeśli woda jest zatęchła, powiedz o tym strażnikowi - usłyszałam. 
- Co? - podniosłam wzrok w stronę głosu. Tak skupiłam się na martwieniu o własny los, że prawie zapomniałam, kto siedział w celi obok. 
- Podobno masz prawo domagać się świeżej wody pitnej - mruknął Freeze, jak gdyby nigdy nic.
- Czemu ty jesteś taki spokojny? - spytałam zdziwiona. Z tego wszystkiego aż przestałam zważać na fakt, jak wściekła byłam na tego basiora. - Przecież... możemy zginąć - wydukałam słabym głosem. 
- Nie panikuj, za takie coś nie skażą nas na śmierć - odparł, po czym ułożył się wygodnie na ziemi i oparł głowę na łapach. 
Dopiero po chwili dostrzegł, że wlepiłam w niego zdezorientowany wzrok. Kompletnie nie wiedziałam, na jakiej podstawie on to określił, do tego z tak absolutną pewnością! 
- No co? Myślałaś, że jestem tu od wczoraj? Trochę już poznałem sposób działania ich aparatu sprawiedliwości. Za takie coś nie każą śmiercią.
- N-nie? 
Pokręcił przecząco głową. 
- Nie. Pewnie po prostu tutaj trochę posiedzimy... Trochę długo - Podniósł wzrok na sufit. 
- Myślisz, że ile..? - spytałam. 
- Pewnie od paru miesięcy do... hm... może paru lat? - Spojrzał na mnie. - Nie wiem w sumie. Mojego znajomego posadzili na siedem lat. 
- Sie-dem? - powtórzyłam to dziwne słowo. Ewidentnie w grę wchodziły większe liczby. 
- Tia... Co tak na mnie dziwnie patrzysz? - Basior podniósł głowę. 
- Ja? Wydaje ci się - Odparłam szybko i zamrugałam oczami. 
- Aaa... Już rozumiem - Freeze wygiął kącik ust w uśmiechu. - Ty nadal nie potrafisz liczyć - Oznajmił rozbawiony.
- Nieprawda - rzuciłam w obronnym geście. Basior jednak nie dał się oszukać.
Freeze oparł głowę o oddzielające nas kraty i zaczął cicho chichotać. Odkrycie, że nie znam się na liczbach straszliwie go rozbawiło. Zaszurałam zębami niezadowolona z jego reakcji.
- Zrobiłeś się strasznie miły przez te lata, nie ma co - mruknęłam ironicznie. 
- P... przepraszam - Opanował się trochę. - Faktycznie powinniśmy być dla siebie odrobinę milsi, skoro mamy spędzić razem tyle czasu.
Popatrzyłam na niego krzywo.
- Ja wcale nie muszę z tobą rozmawiać - Demonstracyjne odwróciłam pysk w przeciwnym kierunku. Moja złość znów zaczęła dawać o sobie znać. 
- Jeszcze zmienisz zdanie... 
Wypuściłam głośno powietrze. Zawahałam się, czy na pewno chcę utrzymać się w swoim postanowieniu. Pierwsza rozmowa z Freeze'm spowodowała paskudny splot zdarzeń. Sprowadziła mnie za kraty! Jednak druga pozwoliła mi wreszcie się odrobinę uspokoić i już nie panikować. Nawet na chwilę odwróciła moją uwagę od całokształtu sytuacji, w który obecnie wchodziło prawdopodobieństwo, że mogę zostać... wydalona ze stada.
Znów ogarnął mnie niepokój. Odsunęłam się od krat i zwinęłam w kłębek. Postanowiłam, że spróbuję zasnąć. Może to coś da. Może kolejny dzień przyniesie więcej podpowiedzi. Chciałabym mieć już ten straszliwy czas oczekiwania za sobą. 

<C.D.N.>

Uwagi: Brak.

niedziela, 23 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 1

Koniec grudnia 2023
Siedziałam w ciasnej celi. Przede mną kraty, po prawej kraty, po lewej kraty, a za tymi paskudna morda Freeze'a.
Huczało mi w głowie. To wszystko stało się tak szybko. Jeszcze parę godzin temu byłam na otwartej przestrzeni. Na placu przy obrzeżach miasta. Tam spotkałam tego "starego znajomego", którego jak się okazało moc MROŹNEJ BURZY zmieniła w pół-lodowego-gargulca. Jakby tego było mało, ten fakt wskazywał, że to właśnie Freeze ukradł Kamienny Las. A teraz chciał jeszcze zmusić mnie do oddania mu Wichury Płomieni - dokładnie tak, jak przewidział Baldor!
Położyłam się na ziemi i nakryłam głowę łapami. Zadawałam sobie pytanie, jak mogłam dopuścić do takiej sytuacji. Jak do tego doszło, że trafiłam tutaj? A co ważniejsze... co w takim razie ze mną się stanie, skoro już tu jestem? Będę tu tylko siedzieć jakiś czas, czy za kilka dni mnie też zwiążą szyję sznurem?! Przecież zabrali mi Medalion Nieśmiertelności! 
Nie! Ja nie chcę umierać! 
Zerwałam się i szarpnęłam kraty. Ku niczyjemu zdziwieniu nie ustąpiły. Ogarnęła mnie panika. W mojej głowie wyła przerażająca myśl, że mogę umrzeć. 
Zaczęłam krążyć po swojej ciasnej celi. Od wyjścia do pustej miski i wiadra z wodą pitną. Postanowiłam zwilżyć ściśnięte ze stresu gardło. Jednakże już po pierwszym łyku zrobiło mi się jeszcze gorzej. Ta ciecz już zdążyła zaśmiardnąć. Zaczęłam kaszleć. 
Nagle usłyszałam szybkie uderzenia pazurów o ziemię. Jakiś wilk, albo inny psowaty biegł korytarzem więzienia. Wtem po drugiej stronie krat ujrzałam drobną sylwetkę Alfy naszej watahy. Tuż za nią podążał strażnik więzienny, ten sam, który mnie tu zamknął. Wadera zatrzymała się naprzeciw mojej celi. Z początku ten widok bardzo mnie ucieszył.
- Co ty zrobiłaś, Lind? Co ty zrobiłaś?! - wydarła się wadera. Na dźwięk jej słów aż podkuliłam ogon. 
- Ja... Ja nie chciałam, żeby to tak wyszło - Zaczęłam nerwowe wyjaśnienia. Zachowanie Alfy w tej sytuacji sprawiło, że skuliłam się, redukując swoją przewagę wzrostu. - Ja...
- Ale to zrobiłaś, tak? Walczyłaś i używałaś żywiołu, tak? - ryknęła.
- Ja... Tak, ale... To było niechcący! - dodałam szybko. - On mnie... - chciałam powiedzieć, że to wszystko wina Freeza, który sprowokował całą sytuację, ale Suzanna nie pozwoliła mi dokończyć. 
- Nie obchodzi mnie to! - rzuciła, nie obniżając tonu głosu. - Obchodzi mnie wataha, która przez ciebie może mieć poważne kłopoty! Zdajesz sobie z tego sprawę?!
- Suzanna, wysłuchaj mnie... - głos mi się załamywał. Uderzyła mnie nowa fala stresu i paskudne poczucie bezradności. 
- Nie! Żadne twoje tłumaczenia niczego już nie zmienią! - Samica Alfa drżała ze złości. - Chciałam, żeby było wam łatwiej, ufałam, że macie dosyć rozumu, by zachować się, jak należy. Zawiodłaś mnie, Lind! Zawiodłaś wszystkich! - Spojrzała mi prosto w oczy. - Jako Beta powinnaś być wzorem dla pozostałych, a nie... 
- P... przepraszam... - wydusiłam. - To wszystko... - W moich oczach stanęły łzy. 
- Żegnaj, Lind!
Suzanna i odwróciła się od mojej celi. W towarzystwie strażnika ruszyła do wyjścia. Rzuciłam się do stalowych krat.
- Nie! Zaczekaj! Proszę! Nie zostawiaj mnie tutaj! - krzyczałam, ale nikt mi już nie odpowiedział. 
Po moich policzkach spłynęła kaskada łez. Zaczęłam jak wariatka gryźć i drapać kraty. Byłam przerażona. Nie potrafiłam myśleć już o niczym innym, niż o słowach Alfy. Brzmiały zupełnie tak, jakby miała zamiar wydalić mnie ze stada i zostawić tutaj na śmierć.
Wkrótce rozbolała mnie szczęka. Na domiar złego przez te obdrapane kraty poraniłam sobie poduszki. Kiedy zabrakło mi już sił, opadłam na ziemię i zaczęłam płakać. To było dla mnie za dużo. Byłam zrozpaczona. Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Nic nie mogłam zrobić. Czułam, że straciłam wszystko. Niepewność, czy w ogóle zachowam życie, była nie do zniesienia. Leżałam z zaciśniętymi powiekami i sercem walącym tak, jakby chciało mnie rozerwać od środka. Krztusiłam się własnymi łzami, z trudem łapałam oddech. 
Dużo czasu minęło, zanim zebrałam się w sobie by otworzyć oczy. Miałam nadzieję, że to tylko koszmar, który zaraz się skończy, a ja tak naprawdę jestem w swoim pokoju, albo... w jaskini. Jednak po uchyleniu napuchniętych od płaczu powiek, ujrzałam znów celę. A za kratami obok... Freeze'a. Spoglądał na mnie tymi białymi oczami. Dostrzegłam, że jego wyraz pyska nie był już tak obojętny, jak przy naszym spotkaniu na placu. Zakasłałam i powoli podniosłam się z ziemi, żeby zachować chociaż resztki godności. Chociaż... co mnie obchodzi, co będzie myślał ten padalec?
- Na co się gapisz? - spytałam i chrząknęłam, żeby pozbyć się chrypki. Otarłam łapą łzy z pyska, ale już po chwili zastąpiły je nowe. 
- Na nic... - Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na ścianę naprzeciwko naszych cel. Skoro zamknęli go po mojej lewej stronie, oglądałam teraz jego "lodową część". 
- To wszystko twoja wina! - krzyknęłam w stronę basiora. 
Nie odpowiedział. Nie drgnął nawet.
- Twoja, słyszysz?! - Uderzyłam z furią w oddzielające nas kraty. 
- Ty już lepiej się zamknij - warknął. 
- Prawda boli, hę?! - rzuciłam z furią. Ledwo go widziałam przez oczy pełne łez strachu i wściekłości.
- Nie lubię słuchać nonsensów. 
Odsłoniłam kły i zawarczałam. 
- Ach tak?!
- Skończyłaś już? Już ci lepiej? - mruknął niezbyt uprzejmym tonem Freeze. Następnie odsunął się od mojej celi. 
- Nie! Nie jest mi lepiej! - ryknęłam. Znów skuliłam się na ziemi, z całej siły powstrzymując kolejną falę płaczu. Nie chciałam już się użalać nad sobą. Przecież to takie żałosne...
Błagam, niech ktoś wreszcie potwierdzi, co mnie teraz czeka!

<c.d.n.>

Uwagi: Brak.

piątek, 21 czerwca 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 2 (cd. Crane)

Listopad 2023
W Zakonie otrzymałam odpowiednią edukację i choć nigdy nie byłam szkolnym prymusem, to nie uważałam się za osobę mało inteligentną. Jednak czasem nie mogłam uwierzyć, na jak głupie pomysły zdarzało mi się wpaść. Może nie było ich specjalnie wiele (lub przynajmniej tak wolałam myśleć), lecz zawsze czymś się wyróżniały. A już zwłaszcza te, które dotyczyły osoby Crane'a.
Basior był pierwszym wilkiem z tej watahy, którego tak naprawdę poznałam i choć czasem wydawał się nieco dziwaczny, to lubiłam go. Przyjemnie się z nim rozmawiało czy nawet milczało. Cieszyłam się z jego obecności tuż obok, jednak nie spodziewałam się, że ten kiedykolwiek odwzajemniłby moje uczucia. Chociażby w minimalnym stopniu. Nasza mała sprzeczka, kiedy to zaczęłam mu narzucać własną pomoc, jedynie mnie w tym upewniła. Byłam dla niego jedynie koleżanką, przypadkową towarzyszką podróży.
Wszystkie moje myśli posypały się w momencie, gdy ten przyszedł do mnie ze Smoczą Różą jako prezentem przeprosinowym. Sądziłam, że zacznie mnie unikać lub nie odniesie się do całej sytuacji, lecz on przyszedł. To... Naprawdę namieszało mi w głowie.
Wobec tego wszystkiego, nikogo nie powinien dziwić fakt, że z utęsknieniem wyczekiwałam kolejnego spotkania. Byłam ciekawa jego zachowania, reakcji, wszystkiego co go dotyczyło. Czy to było normalne? Nie wiedziałam.
W każdym razie, gdy to nie nadchodziło, pokusiłam się o wyjście na korytarz i grzeczne czekanie, aż uzbieram wystarczająco dużo odwagi, by zapukać do drzwi, za którymi znajdował się pokój samca.
Ten jednak musiał mi zepsuć moje piękne plany, oczywiście, że tak.
Odskoczyłam nerwowo w chwili, gdy klamka poruszyła się, a przez powiększającą się szparę dostrzegłam sylwetkę Crane'a. Starałam się wyglądać, jakbym jedynie przechodziła obok, co prawdopodobnie nie wyszło ani trochę przekonująco, bo basior zatrzymał się zszokowany, kiedy tylko mnie zauważył.
Minęła chwila, nim zdałam sobie sprawę, że chyba powinnam się odezwać. Odchrząknęłam szybko i zbierając całą moją pewność siebie, zdołałam się odezwać. Jakoś.
- Cóż... Cześć, Crane.

Błagam, nie pytaj, co tu robiłam. Błagam, nie pytaj, co tu robiłam - powtarzałam w myślach jak mantrę. 

- Cześć - odpowiedział, delikatnie się zająkując. Sytuacja wydawała się być dla niego równie niezręczna, co dla mnie - Masz jakąś sprawę do mnie?
Spuściłam wzrok na drewnianą podłogę i jak zaklęta wpatrywałam się w szczeliny między deskami. Przez głowę przeszło mi, czy ta zdołałaby mnie pochłonąć w chwili, gdy tylko zacznę mówić.
- Chciałam cię zobaczyć - powiedziałam, zaciskając oczy. Miałam jednocześnie nadzieję, że nie dosłyszał moich słów, a z drugiej strony nie żałowałam, że je wypowiedziałam. Pomimo tego nie chciałam go w tamtym momencie widzieć. Za bardzo obawiałam się jego reakcji na moje słowa.
- Tak po prostu?
Nerwowo przestąpiłam z prawych łap na lewe.
- Tak... po prostu...? - przytaknęłam, jednak pomimo moich usilnych prób, zabrzmiało to bardziej jak pytanie, niż potwierdzenie. Ponownie zaczęłam się kołysać na łapach, naiwnie licząc na to, że to zdoła mnie uspokoić.
Crane wciągnął głośno powietrze, a ja przygotowałam się na słowa potępienia lub zwyczajne wyśmianie. Fakt, takie zachowanie nie pasowało do basiora, lecz w tamtej chwili byłam zbyt zdenerwowana, by myśleć w pełni racjonalnie.
- To... to... - zaczął. Czekałam na zakończenie zdania, lecz to nie nadchodziło. 
Moje emocje wzmogły się kilkakrotnie. Podniosłam na niego wystraszone spojrzenie, jednak samiec niemal od razu odwrócił wzrok.
Nie chciał na mnie w ogóle patrzeć?
- Więc... Zobaczyłaś mnie.
Zaśmiałam się nerwowo, jednocześnie czując jak jeszcze bardziej zapadam się w sobie. Cały czas zadawałam sobie pytanie, dlaczego po prostu nie odpuściłam. Kwiaty ewidentnie nie były propozycją związku, a ja przeżywałam to aż za bardzo. Zdecydowanie jestem mało inteligentna, gdy do gry wchodzi miłość.
- Nie da się ukryć.
Zdawałam sobie sprawę, że ta krępująca sytuacja może trwać wieczność i już powoli układałam plan, jak w taktowny sposób uciec do własnego pokoju, na ulicę lub gdziekolwiek indziej, byle daleko od Crane'a. W momencie, kiedy chciałam się odezwać, ciszę przerwał głośny odgłos burczenia w brzuchu. Z tych całych nerwów całkiem zapomniałam o głodzie, który nękał mnie odkąd zamieszkaliśmy w Białym Mieście.
- Jesteś głodna?
Podniosłam wzrok na basiora i spojrzałam prosto na jego pysk. Drgało na nim kilka emocji, jednak żadna nie przeważała. Zdawał się być jednocześnie zmieszany, zdziwiony oraz przerażająco poważny. Byłam ciekawa, co też w tej chwili myślał, jednak nie pokusiłam się o skorzystanie z magii. To nie byłoby w porządku.
- Nie - skłamałam, czemu niemal od razu zaprzeczył kolejny dźwięk wydobywający się z mojego brzucha. Miałam jeszcze większą ochotę zapaść się pod ziemię.
Crane pokręcił głową i westchnął.
- Chodź do środka - powiedział, robiąc mi przejście.
- Ale... - zaczęłam, jednak szybko zgubiłam się w tym, co chciałam powiedzieć, by nie wyjść na jeszcze większą idiotkę. W końcu zdecydowałam się powiedzieć pierwsze, co przyszło mi do głowy - Nie miałeś dokądś iść? 
Przez otwarte na oścież drzwi mogłam zauważyć, jak samiec nachyla się nad niewielką szufladką i czegoś w niej szuka.
- Mam czas.
Ugryzłam się w wewnętrzną część polika i niepewnie weszłam do środka. Szybko rzuciłam okiem na sam pokój, jednak nie było w nim na co patrzeć. Wyglądał identycznie jak mój. Wróciłam spojrzeniem do gospodarza, który wyciągnął z szafki naszyjnik z dużą ilością jasnych kryształków. Wyglądał ślicznie, lecz ani trochę... męsko. Nie rozumiałam, czemu samiec go szukał, ani tym bardziej posiadał. No chyba, że w wolnym czasie lubił udawać wilczą księżniczkę.
- Możesz użyć tego naszyjnika, żeby wyczarować sobie jedzenie. Co chcesz i ile chcesz. Mam go od mojego drugiego opowiadania na blogu.
Zastrzygłam uszami, wyłapując między jego słowami nieznane słowo. Brzmiało ono jakoś obco i całkiem niezrozumiale. Wydawało się nie pasować do naszego języka, choć niewykluczone było, że odniosłam takie wrażenie ze względu na to, że nigdy wcześniej go nie słyszałam.
- Blogu? - powtórzyłam, marszcząc brwi.
- Nieważne. Po prostu załóż naszyjnik i pomyśl, co chciałabyś zjeść.
Chciałam jeszcze zapytać o to tajemnicze "blogu", lecz w ostatniej chwili się rozmyśliłam i wolałam skupić się naszyjniku, który nadal trzymał Crane.
- Jesteś pewien?
Wzruszył ramionami.
- Nic się z nim nie stanie, jak raz go użyjesz.
Niespecjalnie przekonana wpatrywałam się w magiczny przedmiot, który wilk do mnie podsunął. W końcu postanowiłam go wziąć. Nachyliłam się w stronę wilka, mimowolnie wstrzymując oddech, kiedy znalazłam się tak blisko niego. Nim się odsunęłam (niczym płochliwy królik, należy dodać), zdążyłam zauważyć, że zapach lasu, którym basior był wcześniej przesiąknięty, teraz już niemal zniknął. Odległość od domu robiła jednak swoje...
Szybkim ruchem założyłam naszyjnik i wyobraziłam sobie jakiekolwiek zwierzątko. Tak się stało, że pierwszym, jakie przyszło mi do głowy był zwykły zając, który zmaterializował się tuż przy moich łapach.
Wciągnęłam w nozdrza jego zapach i niemal poczułam, jak z pyska cieknie mi ślina. Nie jadłam od naprawdę dawna, a kusząco tłusty zając był tak blisko...
- Wystarczy ci?
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Crane'a. Samiec patrzył z powątpiewaniem na truchło brązowawego zwierzątka.
Przytaknęłam i popchnęłam stworzenie nosem w stronę wilka.
- Zdecydowanie. Mało tego, myślę, że będę potrzebowała z nim twojej pomocy - powiedziałam, uśmiechając się delikatnie.
Samiec odpowiedział równie niepewnym uśmiechem, na co mój żołądek zacisnął się i nie miało to nic wspólnego z chorobą czy też głodem. 
- Dobrze - Usiadł tuż przed nim i zachęcił mnie spojrzeniem, bym zaczęła jeść. - Nie krępuj się.
- Nie krępuję się - odparłam i by udowodnić swoje słowa, nachyliłam się nad zającem. Przyjemny zapach zaczął jeszcze bardziej drażnić moje nozdrza. Wzięłam nieco niepewny kęs mięsa i westchnęłam z rozkoszy. Był pyszny.
Starałam się jeść w miarę wolno, jednak chyba niespecjalnie mi to wychodziło, bo w pewnym momencie poczułam na sobie spojrzenie Crane'a. Uniosłam na niego wzrok i niemal od razu go odwróciłam. Było mi trochę wstyd za mój brak jakichkolwiek manier przy jedzeniu.

<C.D.N.>

Od Lind "Gdzie jest Wichura?" cz. 1 (cd. chętny)

Koniec grudnia 2023
- To ty Lind? - usłyszałam za sobą jakiś niski głos. 
Odwróciłam się. Pośród przechodniów wypatrzyłam pewnego osobliwego basiora. Tylko on jeden stał w miejscu i spoglądał w moją stronę. Zmrużyłam oczy i omiotłam wzrokiem tę sylwetkę. Obcy miał szare, puszyste futro i dosłownie połowę ciała zrobioną z lodu; część pyska, ucho, kawałek klatki piersiowej, prawy bok i obie prawe łapy. Spoglądał na mnie własnymi, błękitnawymi oczami, które zachował w całości.
Patrzyłam na tego osobnika, jakbym nie miała pewności, czy to na pewno on mnie wołał po imieniu. Nie było jednak mowy o pomyłce.
- Skąd znasz moje imię? - rzuciłam odrobinę zdezorientowana.
- Nie poznajesz mnie... Nic dziwnego - Spuścił głowę i przechylił ją tak, że widziałam teraz tylko jej, nazwijmy to, zwyczajną część. Wtedy w mojej głowie odblokowało się odpowiednie wspomnienie, które pozwoliło mi go rozpoznać 
- Freeze? - wydusiłam, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. - Co się z tobą stało?! 
Basior podniósł wzrok z powrotem na mnie. 
- To była cena... - zaczął, podchodząc bliżej. - ...zapanowania nad mocą pewnego artefaktu zwanego Mroźną Burzą. Być może nie pierwszy raz słyszysz tę nazwę. 
Miał rację. Baldor wspomniał tem sam przedmiot, kiedy mówił o osobniku, który wtargnął do jego komnaty i odebrał mu Kamienny Las. Zrozumiałam, że teraz wszystko wskazywało, iż to właśnie Freeze jest tym "złodziejem". W najśmielszych snach bym się nie spodziewała takiego splotu wydarzeń. Myślałam, że nasze drogi nigdy się już nie spotkają. A szczególnie nie w taki sposób!
- To był spadek, po który wyruszyłem. Pamiętasz? 
- Oczywiście - odparłam, marszcząc nieco czoło. Podświadomie obniżyłam ton głosu. - To był powód, dla którego odrzuciłeś moją propozycję na wspólną wyprawę.
Poczułam w sercu dawne ukłucie.
Jak dumnym bucem trzeba być, żeby nie odezwać się o takiej sprawie nawet słowem?
- Właśnie, wyprawę... Zdobyłaś Wichurę, jak chciałaś? - spytał Freeze, jak gdyby nigdy nic.
Spojrzał mi prosto w oczy. Stąd mogłam zauważyć, że jego tęczówki stały się niemal zupełnie białe. Wyglądało to ciekawie, a zarazem odrobinę niepokojąco.
- Tak. Zrobiłam to sama, bez twojej pomocy - wycedziłam z wyrzutem.
Chciałam teraz rzucić w jego stronę wszystko, co leżało mi na sercu od tamtego dnia. 
- Dobrze. Więc mi ją oddaj - zażądał basior.
- Co proszę?! - Poczułam, że futro na moim karku zjeżyło się.
- Widzę po tobie, że nie zapanowałaś nad jej mocą, więc nadal posiadasz ten artefakt. Masz mi go oddać - oznajmił z naciskiem. 
- O czym ty mówisz, Freeze?! - wybuchłam. - Wymieniłam klucz na ten artefakt! Wichura Płomieni jest m o j ą własnością! 
- Nie. Jeśli nie pokonałaś Strażnika, nie powinnaś jej mieć! - warknął w odpowiedzi basior. 
- Ty także go nie pokonałeś!
- Dałem jej klucz. Mi przysługuje prawo do tego - akcentował każde słowo tego zdania.
- Mówię o Strażniku Lasu! - rzuciłam, zanim jeszcze dotarł do mnie sens jego poprzedniej wypowiedzi. 
- Lasu..? Skąd o tym wiesz? - zmieszał się wilk.
- Strażnik Lasu poluje na ciebie - Odsłoniłam odrobinę kły. - Nie zabiłeś go, ale zabrałeś artefakt. 
- Próbujesz mnie przestraszyć? 
- Tylko cię ostrzegam. Ze względu na "dawną przyjaźń" - prychnęłam. 
- Ewidentnie nie rozumiesz o co w tym chodzi, Lind - burknął Freeze.
- Oświeć mnie w takim razie - rzuciłam lekceważąco. 
- Te artefakty to dorobek rodziny; zostawiony w spadku przez średniowiecznego władcę. Ja jestem dziedzicem, ty nie. Stara wariatka oddała klucz jakiemuś żałosnemu podrzutkowi - mruknął pogardliwie basior, odwracając wzrok.
- Co ty powiedziałeś?! - Pokazałam kły w pełnej okazałości. 
- Odnoszę wrażenie, że usłyszałaś każde słowo.
W sekundę przywołałam skrzydła z wiatru i jednym susem dopadłam basiora. Przydusiłam go na ściany i warknęłam donośnym głosem:
- Odszczekaj to! 
- Bo co? - usłyszałam w odpowiedzi.
W tym momencie poczułam solidne uderzenie w brzuch. Odrzuciło mnie to dobre kilka metrów. Obiłam się o bruk i przetoczyłam po śniegu. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że Freeze stanął tuż nade mną. 
- Gdzie jest Wichura? - spytał ostro.
Postanowiłam nie być mu dłużna i też użyłam swoich mocy, by zadbać o własną przestrzeń osobistą. Pół-lodowy-gargulec został rzucony przez nagłe uderzenie wiatru na ścianę pobliskiej kamienicy. Wstałam z ziemi i stanęłam gotowa do dalszej walki. Kątem oka dostrzegłam, że wszelkie stworzenia znajdujące się na tym małym placyku zaczęły ewakuację. Tymczasem basior zagwizdał przez zęby. Wtedy spod bruku wyrosło kilka ostrych sopli lodu. Dwóch zdołałam uniknąć, ale trzeci zranił mnie w nogę. Na szczęście Medalion Nieśmiertelności sprawił, że zamiast bólu poczułam tylko lekkie mrowienie. Uderzyłam łapą w jeden z sopli, żeby sprawdzić, czy mogę go złamać. Lód skruszył się bez większego oporu. Schwyciłam więc ten długi, ostry szpikulec w zęby, podrzuciłam i używając wiatru, wymierzyłam prosto w basiora. Freeze sprawnie uniknął pocisku i ruszył w moją stronę. Zauważyłam, że jego przednia, lodowa łapa zaczęła zmieniać kształt. Po chwili kończyły ją znacznie większe i dłuższe pazury. Kiedy Freeze znalazł się dostatecznie blisko, spróbował mnie nią zaatakować. Odbiłam wszystkie jego ciosy, używając swojego żywiołu. 
- Musisz się bardziej postarać, padalcu! - rzuciłam prześmiewczo.
Następnie skumulowałam moc, by uderzyć przeciwnika z całej siły wiatrem. Zanim jednak zdążyłam ocenić, czy to coś dało, ktoś podciął mi nogi. Przewróciłam się i uderzyłam głową w bruk. Jęknęłam z bólu. Oparłam łapy na ziemi i wstałam, jednak zostałam znów powalona na ziemię. Tym razem z pewnością przez Freeza. Basior zacisnął łapę z lodu na mojej szyi. 
- Powtórzę; gdzie jest Wichura?! - warknął. 
Nie odpowiedziałam mu. Zamiast tego, splunęłam na ten paskudny pysk. Następnie złapałam wiatrem jego kanciastą łapę. Spróbowałam się uwolnić, lecz uścisk był zbyt silny. 
- Lepiej będzie dla ciebie, jeśli zaczniesz wreszcie gadać! 
Powoli brakło mi tchu. Miałam ochotę znów rzucić jakimś złośliwym tekstem, ale wkrótce moim priorytetem stało się znalezienie sposobu, na odzyskanie swobody oddychania. Skumulowałam w sobie moc i uderzyłam Freeza jeszcze raz wichrem. Celowałam przede wszystkim w głowę. Ten ruch zdał egzamin. Oszołomiony basior zachwiał się, po czym rozluźnił nieco palce lodowej łapy. Nie tracąc ani chwili, wyrwałam mu się i stanęłam z powrotem na własne cztery nogi.
Wtem moich uszu dotarły jakieś głosy, którym wtórowały uderzenia parunastu łap. Spróbowałam wyłapać chociaż kilka urywków zdań. To był błąd. Rozkojarzyłam się, a basior wykorzystał ten moment, żeby znów zaatakować za pomocą swojego żywiołu. Przymroził mi trzy łapy do podłoża, po czym rzucił we mnie kulą energii. Na chwilę pociemniało mi przed oczami. Poczułam jednak, że zdołałam uwolnić łapy. Kiedy odzyskałam orientację, co gdzie jest, dostrzegłam, że Freeze już nie atakował. Spoglądał gdzieś za mnie i pokazywał coś komuś gestem. 
Odwróciłam się. Kawałek dalej stała jakaś drobna, dwunoga istota w ciepłym ubraniu z futrzanym kapturem. W łapie ściskała długą włócznię. Dostrzegłam na jej pyszczku czaszkę kota, a raczej czaszko-hełm. W odpowiedzi na niemy rozkaz Freeza, stworzenie wzięło swoją broń w pysk i wspinając się po ścianie kamienicy uciekło z pola widzenia. Ostatnim, co widziałam, był biały, jakby-lisi ogon. Dopiero po ruchach rozpoznałam, że to była samica. Strażniczka..?
Wtedy dostrzegłam, jak z jednej z alejek wyłoniło się kilka wilków i ludzi w zbrojach. Nie ulegało wątpliwości, że to była straż z Białego Zamku. 

<Chętny?>

Uwagi: brak.

Od Cess „Gdy lis spotka wilka” cz.2

Listopad 2023 r. 
- Tak, pomogę - powiedziałam, gdy znalazłam się tuż przy ich stoliku. Obecni samce wymienili się porozumiewawczym spojrzeniem, jakby była to decyzja życia. Nieważne kogo. Cisza robiła się coraz dłuższa, sprawiając, że poczułam się niezręcznie. Postanowiłam ją przerwać i jakoś przedstawić swoje atuty, czy cokolwiek, co mogłoby pomóc im w tej jakże trudnej decyzji. - Umiem doskonale panować nad wodą czy innymi płynami. Poza tym, mam ostre zęby, rogi… a w zasadzie półtora rogu… 
- Właśnie widzę… - burknął kojot, który wciąż przyglądał się mi uważnie. Po chwili, pochwycił w łapy końcówkę mojego ogona i obejrzał dokładnie płetwę. - Ciekawa z ciebie mieszanka… Co potrafisz zrobić z tym ogonem? 
- Utrudniać innym życie - skrzywiłam się lekko i podążyłam wzrokiem w stronę karczmarza, wzdychając cicho. Bo nic innego nie potrafię - pomyślałam i zwróciłam się z powrotem w kierunku kojota. - Ułatwia mi też pływanie, no i dzięki niemu przybrałam na sile. Co, jak co, ale on leciutki nie jest. 
- Umiesz zmieniać się w człowieka? - spytał kocur z lekką pogardą, cały czas mając na mordzie kpiący uśmiech. Warknęłam cicho pod nosem. Ten osobnik nie potrafił zaakceptować faktu, że nie jestem taka kiepska na jaką wyglądam i starał znaleźć słabszy punkt.
- Jeszcze nie - prychnęłam, podkreślając pierwsze słowo. Prawdę mówiąc, raczej nie miałam takiego zamiaru, lecz nie chciałam, aby stracili zainteresowanie. Może kiedyś dałabym radę się przełamać, choć na pewno nie byłoby to dziś. - Zresztą, po co miałabym to umieć? 
- By ułatwić sobie łapanie lisa - kot pokręcił łbem. W sumie nie pomyślałam o tym, jednak nie traciłam nadziei. Byłam pewna, że dam radę bez tej zdolności. Wzruszyłam, więc tylko ramionami.
- Dobra, jak wygląda ten wasz kolega? - uniosłam brew, zmieniwszy temat i czekając na odpowiedź.
- Dość wysoki, smukły lis, który posiada rozciętą brew. Jego sierść przybiera ładny, czerwonawy odcień. Zachowuje się dość sceptycznie, jak to na lisią naturę przystało. Spróbuj mu jakoś nie ulec lub zamącić sobie w głowie - powiedział spokojnie szary basior swoim niskim tonem. Chrząknął kilka razy, a następnie podrapał się po nosie. - To chyba wszystko. Powinnaś go znaleźć raczej gdzieś tu w mieście, niż na obrzeżach Królestwa. Lubi wpasowywać się w tłum. 
- Gdy go znajdziesz, przyprowadź go do nas. Będziemy gdzieś w tej okolicy, chyba trafisz? - odrzekł kocur, a ja pokiwałam lekko głową, dając mu do zrozumienia, że wiedziałam jak tu trafić. 
- Dziękuję - odparłam krótko i pospiesznie ruszyłam w stronę wyjścia. Byłam pewna, że już teraz nic mi nie przeszkodzi ze znalezieniem go. Przecież lisy wyróżniały się swoim wyglądem, głównie przez swój puchaty ogon. 
Znalazłam się na zewnątrz. Wiatr uderzył mnie prosto w pysk, sprawiając, że mimowolnie przymknęłam oczy. Straciłam chwilowo orientację w terenie i nie do końca wiedziałam, gdzie się znajduję oraz w którą stronę podążyć. Droga jaką przebyłam, aby znaleźć się w tym miejscu, wynikła z śledzenia dwóch samców. Nie skupiłam się na zapamiętaniu szczegółów. W tym tkwił mój problem. Fuknęłam pod nosem, skręcając w lewo. Nie chciałam marnować czasu na zbędne wyliczanki. Stąpałam równo po czystym chodniku i nie oglądałam się za siebie. Co jakiś czas zerkałam na boki, by sprawdzić czy w pobliżu nie dostrzegę przypadkiem rudego jegomościa.
Rudego... Moje myśli w tamtym momencie, powędrowały w zupełnie inną stronę, niż powinny. Z głową w obłokach, rozmyślałam o wszystkich rudych, tajemniczych nieznajomych wilkach, jakie dotychczas spotkałam. Nie było ich zbyt wiele, lecz każdy zostawił coś po sobie, gdzieś w resztkach mojego serca. Dziwnie się z tym czułam. Nie przywykłam do takich myśli oraz uczuć. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę na kogoś zwracać uwagę. Nadal nierealną sprawą było to, że ja mogłabym kogoś zainteresować. Ta nieprzyjemna sentencja sprawiła, że gwałtownie wróciłam na ziemię, z powrotem do Białego Królestwa, na bliskie spotkanie z lampą uliczną. Nie było to nasze pierwsze zetknięcie. Zadudniło mi w uszach, a łeb zaczął mnie boleć. 
- Brawo… - warknęłam sama do siebie. Pokręciłam lekko obolałą głową, aby potem rozejrzeć się uważnie. Sprawdzałam, czy nie miałam zbyt wielu świadków, przy tym wypadku. Nikt jednak nie zwrócił na mnie większej uwagi. Ucieszył mnie ten fakt, ponieważ miałam już dość krępujących sytuacji. Szczególnie, jak świadek to basior… - Dość! - krzyknęłam sama do siebie, potrząsając gorączkowo łbem. Skarciłam się w myślach mianem „idiotki” i ruszyłam, czym prędzej dalej. Chyba jednak ktoś mógł mnie zauważyć… 
Musiałam skupić się na misji, której się podjęłam. Nie mogłam zawieść kolejnych osób. Lista z dnia na dzień zapewne powiększała się, a ja nie miałam na to żadnego wpływu. Moje zachowanie i głupota przyczyniały się do tych wszystkich, złych rzeczy, jakie przydarzyły się moim bliskim. Miałam jedno, jedyne postanowienie na tamten moment. Znaleźć lisa i dostarczyć go do nich. Była to moja priorytetowa sprawa. 
Skręciłam w jedną z ulic i szłam jej lewą stroną, aż dotarłam do kolejnego rozwidlenia. Znów ruszyłam w lewo, rozglądając się po stojących przy drodze budynkach. Były dla mnie zupełnie obcym widokiem. Miasto przytłaczało mnie niemiłosiernie. Czułam się jak w klatce, ale za to jakiej ładnej. Wszystko różniło się od lasu i dziczy, do których przywykłam. Wolałabym wrócić do domu. Tego pierwszego, do ruin. Nie trafiłabym tam jednak za nic w świecie. Za daleko… Skręciłam w kolejną uliczkę, już którąś z kolei. Z reguły nie byłam typem myśliciela, lecz coś co tkwiło we mnie, postanowiło męczyć mnie w głowie. Nie dało racjonalnie myśleć, sprawiając, że co chwilę uciekałam myślami, gdzieś daleko. 
- Zataczasz koło - mruknął ktoś nagle, na co znów zostałam wyrwana z małego transu. Rozejrzałam się poddenerwowana, szukając źródła tajemniczego głosu. Przyjęłam pozycje obronną, kręcąc się powoli, wokół własnej osi. Usłyszałam zduszony śmiech.
- Kim jesteś i gdzie jesteś? - warknęłam, lecz nie dostałam nic w odpowiedzi. Samą ciszę. 
Popatrzyłam po budynkach, które mnie otaczały. Ujrzałam karczmę. Tą samą, z której jeszcze kilkanaście minut temu wyszłam. Faktycznie krążyłam bez celu, trafiając w to samo miejsce. 
- Jesteś porażką. - szepnęłam do siebie, skręcając tym razem w prawo. By nie popełnić tego samego błędu, postanowiłam się skupić oraz następnym razem, skręcić w lewo. Nie chciałam zrobić kolejnego kółka. 
Trafiłam w mniej ruchliwą dzielnice Białego Miasta. Było tu mniej ludzi, czy jakby to sprecyzować - mniej osób, które mogły zmieniać się w ludzi. Praktycznie same czworonożne postacie. Od wilków po koty. Było mi tu jakoś lżej i przede wszystkim lepiej. Brak gwaru głównych ulic, był dla mnie małym zbawieniem. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam się rozglądać. Uważnie i ze skupieniem. Przed oczyma migały mi różnokolorowe futra mieszkańców. Jednak, ani razu nie ujrzałam rudawej sierści. Skrzywiłam się, stwierdzając, że może nie był to zbyt dobry pomysł. Musiałam przetrzepać całe miasto, co do łatwych zadań nie należało. Było to cholernie trudne. Nie rozumiałam, czemu się wepchnęłam w to bagno i jakie mogą być tego konsekwencje. 
Nagle w oddali coś dostrzegłam. Rudawy ogon. Tak, to musiał być on. Innej opcji tu nie widziałam. Pobiegłam czym prędzej za nim, mając nadzieję, że daleko nie ucieknie. Skręciłam w pierwszą uliczkę, a następnie w drugą. Biegłam ile miałam sił w moich łapach. Czułam się jak na treningu, podczas pokonywania toru przeszkód. Tak, dokładnie takie samo uczucie. Podążałam za nasilającym się zapachem, należącym do lisa. Od razu gdy przed moimi oczami pojawił się rudy kolor, rzuciłam się w jego stronę. Dosłownie, wskoczyłam na posiadacza ogona. 
- Co pani robi?! - ani trochę nie zabrzmiało to jak męski głos. Odskoczyłam zawstydzona i spojrzałam na samicę, która wydała jeszcze chwilę temu piskliwy krzyk. Podkuliłam się, omijając kontaktu wzrokowego. 
- Prze-przepraszam… - powiedziałam cicho i ledwo zrozumiale. - Potknęłam się… 
- Jeszcze się policzymy! - fuknęła na mnie odchodząc. Patrzyłam na nią, aż do momentu, gdy zniknęła za rogiem budynku. Podniosłam głowę ku górze i nabrałam powietrza do płuc. Było ono chłodne oraz nieprzyjemne. Nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić. Znów usłyszałam ten sam, wredny śmiech. Rozejrzałam się gorączkowo, lecz i tym razem nikogo nie mogłam zobaczyć. Byłam sama i to mnie bardzo niepokoiło. 
- Że ty masz mnie złapać? - samiec parsknął, wprawiając mnie w złość. Echo odbijało się od ścian, sprawiając, że nie mogłam znaleźć źródła dźwięku. Moja irytacja sięgała zenitu. 
- Pokaż się, tchórzu! - ryknęłam, stając w pozycji, z której byłam gotowa zaatakować. Chyba znalazłam lisa lub to on znalazł mnie. 


<C.D.N.>


Uwagi: "Niepokoiło" piszemy łącznie.