środa, 4 września 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 1

Wrzesień 2024 r.
Obudziło mnie poruszenie w ciszy.
Uniosłem łeb z łap i rozejrzałem się. Zdecydowana większość wilków i smoków już dawno odpłynęła w sen. Tych, którzy jeszcze nie posnęli wyczułem gdzieś dalej, błądzących albo rozmawiających ze sobą półgłosem. Miałem jednak wrażenie, że to nie oni mnie zbudzili. Wysoko ponad śniącym stadem wisiał łuk klifu, rozświetlany nikłą poświatą księżyca. Dół masywnego wzgórza na którym się zatrzymaliśmy porastał gęstniejący las, stygnące powietrze rozpraszał ciepły wiatr, napływający z południa. Nic poza nierównymi oddechami nie zakłócało spokoju tego miejsca.
Dźwignąłem się na łapy, nie bez trudu. Od jakiegoś czasu gdy tylko z nieba znikały chmury, nie czułem się najlepiej. Jakby na przekór moim przeczuciom, że gdy ponownie ujrzymy słońce, trochę odetchnę. Odszukałem wzrokiem Cess i młodego basiora na okresie próbnym, również lecącego na Illae, z którym nie miałem jeszcze okazji porozmawiać. Wadera drzemała w najlepsze w pobliżu niebieskiego smoka, a wilk (Alexander?) spoglądał w nocne niebo. Nie zwrócił na mnie większej uwagi. Nie chciałem go zaczepiać, nie wyglądał na zainteresowanego rozmową. Nawet mi to odpowiadało, bo o moje uszy znowu obiło się to samo wrażenie na pograniczu dźwięku i przeczucia. Wolałem to sprawdzić. Najlepiej sam.
Z uszami postawionymi na sztorc ruszyłem w dół zbocza, niemal się nie zsuwając. Było tak stromo, że co jakiś czas musiałem przystanąć przy jakimś nieugiętym wystąpieniu terenu, jak skała czy drzewo. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się nad tym jak w ogóle wrócę i co w zasadzie strzeliło mi do łba, by pakować się na dół.
Poruszenie to znikało, to wracało, raz gdzieś przede mną, a raz niemal u szczytu wzgórza. Gdy schodziłem coraz niżej, wrażenie też się przemieszczało, zupełnie tak, jakby to ono podążało za mną. Na tą myśl dreszcz przebiegł mi po plecach. Niemal ślizgałem się po trawie, by zachować w miarę szybkie tempo, nie przystawałem już. Coś albo śledziło mnie, albo na odwrót. Może nawet nawzajem deptaliśmy sobie po piętach, ale w takiej sytuacji raczej tajemniczy prześladowca miałby przewagę. Zerknąłem za siebie. Skarpa narosła do rozmiaru góry, teren powoli opadał, a drzewa gęstniały. Nie ma mowy bym teraz zawrócił. Niepokojący byt przemieszczał się znacznie sprawniej ode mnie, a wolałbym nie stawiać mu czoła w miejscu z którego może mnie zepchnąć z łatwością zabrania dziecku lizaka.
W pewnym momencie przystanąłem, nieco skołowany. Pojawiło się coś jeszcze – dzika, ostra woń, od której w głowie mi zawirowało. Dziwne wrażenie drżenia w głębi piersi, rozchodzące się po łapach i wzdłuż kręgosłupa, jakby mnie otumaniło. Postawiłem jeden, dwa kroki i niemal upadłem. Ten zapach... niebezpieczny, przytłaczający i stary jak cała moja pamięć. Nagle tak bardzo go zapragnąłem, pomimo rozpaczy jaką zaczął mną szarpać. Nie rozumiałem go, nie wiedziałem skąd pochodził, gdzie było jego wytęsknione źródło. Poczułem się jakbym wpadł do wody, powoli stracił oddech i osunął się w mrok. Gdzie to jest?
Zjeżyłem się, zmiażdżony przez falę strachu z okrytej mgłą przeszłości, a cały świat przez moimi oczami zapadł się w sobie, w czymś, czego nie widać, bo doskonale wiedziałem skąd znam tę woń.
– Hej, dlaczego za każdym razem jak cię widzę, to odlatujesz?
Mignęło ogniste futro, a potem rozbawione zielone spojrzenie. Zanim dotarło do mnie jak bardzo nie na miejscu jest obecność Einara, już stałem o własnych siłach i wychodziłem z szoku, gdy rudzielec, w swojej ludzkiej postaci, przypatrywał mi się wesoło. Dziwne wrażenie sprzed paru chwil zamazało się, a niepokojący zapach zniknął, zastąpiony przez swojską, zalatującą dymem woń mojego starego przyjaciela.
Zniknęło.
– Skąd ty tutaj…
– Ma się swoje sposoby, a obiecałem ci przecież, że pogadamy. – Einar zachwycony jak dziecko, które po raz pierwszy zobaczyło spadające gwiazdy, zmierzwił moje futro, na co fuknąłem niechętnie. – I tak się składa, że kogoś jeszcze szukam, ty byłeś drugi w kolejności, ale plany trochę się zmieniły.
– Kogo? – odsunąłem się od Rudego, gdy znowu spróbował mnie pogłaskać.
– A pamiętasz tę laskę, co świrowała na twoim oddziale?
– Coś mi świta. – przyjrzałem mu się sceptycznie, szukając na jego twarzy jakichś oznak tego, że zaraz zniknie, a ja się obudzę. – Jej imię zaczynało się na A.
– Ta, no, głupia sprawa – zaśmiał się. – A wtedy cię okłamałem, nazywa się Nora.
– Chyba nie rozumiem.
– Postrzeliła cię, stary.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Lind "Już dobrze, Pierzasta"

Koniec czerwca 2024
Usłyszałam szczęk metalu. Był to jeden ze stosunkowo rzadkich odgłosów; szczególnie w tej części więzienia. Tak więc, odrobinę zainteresowana, podniosłam uszy, a następnie uchyliłam napuchnięte powieki. Dostrzegłam przed sobą strażnika więziennego. Stał przed moją celą. Jednak jego postać była wyjątkowo wyraźna, jak na coś, co znajdowało się za kratami. 
Moment... On nie jest za kratami.
Zamrugałam oczami. Pomyślałam, że to znów halucynacje. Jednakże, jak podniosłam wzrok z powrotem na znaną sylwetkę, nic się nie zmieniło. Strażnik stał w drzwiach celi, nie za nimi. 
D... dlaczego? 
- Wstawaj - rzucił.
Wykonałam polecenie, chociaż obejmujące całe ciało bóle nie ułatwiały tego zadania. Kiedy wreszcie stanęłam stabilnie na wszystkich czterech łapach, strażnik znów się odezwał: 
- Idziemy.
- Dokąd? On też idzie? - zwróciłam wzrok na Freeze'a. 
Przecież w oczach władz byliśmy tak samo winni i mamy odbyć tę samą karę. Czemu więc jego cela była zamknięta? 
- On zostaje - burknął bez wyrazu postawny samiec. 
- Jak to? - wydusiłam, nadal wpatrując się w basiora. 
Nie otrzymałam odpowiedzi. Strażnik jedynie skinął głową w kierunku, w którym miałam iść. Z opuszczonym ogonem ruszyłam przed siebie. Miałam wrażenie, że znam ten korytarz. Jednak nie pamiętałam, dokąd prowadził. Mijałam kolejne cele identyczne z moją. Jednocześnie zachodziłam w głowę, co mnie teraz czeka. 
Gdyby miała to być kara śmierci, raczej nie zwlekaliby z tym całe miesiące. Nie, to niemożliwe.
Nie wiedziałam kompletnie, jak powinnam się zachować. W celi wszystko było proste; siedzisz, jesz i śpisz. A teraz? Co mam robić teraz?
Zatrzymaliśmy się za zakrętem korytarza. Stało tam coś na kształt biurka. Siedział za nim jakiś kotowaty humanoid. Zapytał mnie o imię. Zawahałam się. W Białym Mieście kazano mi używać trochę innej formy. Dopiero po chwili odnalazłam ją w pamięci: 
- Lind Gale, Córka Niczyja - odparłam. 
Wszystkie wilki z watahy, które nie znały rodziców przedstawiały się tu jako "synowie i córki niczyje". Reszta podawała imiona rodziców, albo chociaż jednego z nich. Pojedynczy członkowie (najczęściej wilkołaki) szczyciły się "nazwiskiem", chociaż według mnie te było trudniej zapamiętać. 
Humanoid przekartkował grubą księgę, która leżała na jego biurku. Mamrocząc coś pod nosem, przeglądał drobno rozpisane imiona i tytuły. Wkrótce znalazł to, czego szukał. Wówczas wstał z miejsca i poszedł w korytarz, znajdujący się za nim. Spojrzałam na towarzyszącego mi strażnika, jakbym czekała na podpowiedź, co mam robić. Nawet nie drgnął, więc uznałam, że należy po prostu poczekać.
Wkrótce kotowaty wrócił, niosąc coś w łapach. Przez kiepskie oświetlenie w tym korytarzu i napuchnięte oczy, dopiero z bliska rozpoznałam, co to było. Humanoid położył na biurku moją wypchaną torbę i Medalion Nieśmiertelności. 
Jeszcze bardziej zdezorientowana spojrzałam temu osobnikowi w oczy. Gestem łapy dał mi znak, że mam pełen dostęp do tych rzeczy. Wtedy już bez namysłu dopadłam moich własności; natychmiast narzuciłam torbę i założyłam Medalion na szyję. Ból mięśni, kości, głowy i oczu momentalnie zniknął. Kiedy skończyłam odbierać z powrotem to, co mi wtedy zabrali, strażnik więzienny ruszył dalej w drogę. Poszłam oczywiście za nim. Zaczęliśmy wspinać się po stromych schodach. Nagle moich oczu sięgnęło światło. Promienie słoneczne w pełnej okazałości. Z szoku aż zatrzymałam się na chwilę. Świat zewnętrzny... Jest tak blisko. 
Towarzyszący mnie wilk wyprowadził mnie na ulice miasta. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tutaj jestem. Wszystko wydawało się być takie wielkie, a powietrze takie lekkie. Obejrzałam się na strażnika, jakbym oczekiwała potwierdzenia, że naprawdę jestem wolna. Wtedy on nałożył sobie na szyję jakiś wisior i położył na nim łapę. Wymruczał jakieś zaklęcie. Rozpoznałam jedno słowo, które w wielu językach oznaczało "wiatr". 
Wtem poczułam chwilowe osłabienie. Nogi ugięły się pode mną; prawie upadłam na twarde podłoże. Następnie przez chwilę ogłuszył mnie narastający, wszechobecny szum; bliskie i naprawdę odległe dźwięki. Po raz kolejny nie mogłam uwierzyć w to, co się działo. Moje moce wróciły! Wróciły! 
Podniosłam wzrok na basiora. Ten jeszcze chwilę się we mnie wpatrywał, po czym wrócił do fortyfikacji, z której właśnie wyszliśmy i zniknął. Zostałam sama. Na wolności. 
Przymknęłam oczy. Czy to sen? To wszystko wydaje się być zbyt prawdziwe, jak na nocne urojenie. Wszystko wygląda na autentyczne! Powoli podniosłam powieki. Nadal byłam na zewnątrz. Tak... Tak... Jestem na zewnątrz. 
Jakby moja radość nie mogła być jeszcze większa, wówczas usłyszałam znajomy głos. Ten, którego najdłużej nie słyszałam:
- Pierzasta! To naprawdę ty! - ryknął Ting. 
Odmieniec znikąd przybiegł do mnie i przycupnął obok. Parę razy przejechał łapami po moim pysku, jakby też nie był pewien, że to się faktycznie dzieje. Zaczęłam płakać. Objęłam mojego przyjaciela łapami i mocno uściskałam. Nie opierał się.
- Lind, wróciłaś! - Moich uszu dobiegł kolejny głos. 
Nie wypuszczając Strażnika Wichury, zaczęłam rozglądać się za tą kolejną osobą. Przez łzy dostrzegłam, że parę metrów dalej stała Leah. A jeszcze dalej... Torance i Asgrim. Pozostali przyjaciele podbiegli do naszej dwójki. Lee pierwsza dołączyła do grupowego uścisku. Jednak siła jej łap to było już za dużo dla Odmieńca. Tak więc, Ting umknął kawałek dalej, zanim Tori z Asem także mnie dopadli. Słowa nie opiszą tego, jak wtedy się czułam. Płakałam jak bóbr i nie potrafiłam się uspokoić. 
Ruszyliśmy ulicą w stronę zajazdu. Przyjaciele najpierw zasypali mnie pytaniami, a kiedy zobaczyli, że nadal milczę, zaczęli mi opowiadać co się ostatnio działo. Jednakże niewiele z tego do mnie trafiało. W głowie huczało mi z emocji. 

***

Ting zdołał przekonać pozostałych, by zostawili mnie samą w pokoju. On najlepiej widział to, jak bardzo wykończona jestem. Wreszcie zamknął drzwi za rozemocjonowaną grupką wilków. Tymczasem ja już leżałam na wielkim, niemożliwie miękkim posłaniu. Kątem oka dostrzegłam, że Baldor - Drugi Strażnik, spoglądał w moim kierunku. 
- Dobrze cię widzieć żywą, Pierzasta - mruknął znacznie łagodniejszym tonem, niż bym się po nim spodziewała. Po tych słowach, zajął się znów sobą. 
Łzy nadal nie wyschły na moim pyszczku. Te wszystkie dawno zapomniane zapachy, dźwięki, widoki... To wszystko było tak daleko. 
Zwinęłam się w kłębek.
Ile czasu minęło? Ile czasu byłam oddzielona od świata? Nie wiem... Nie wiem... 
Wspomnienie celi nagle stało się nie do zniesienia. Mały, zimny kawałek przestrzeni pod ziemią, którzy przecież właśnie zostawiłam za sobą, stanął mi ponownie przed oczami.
Zaczęłam znów płakać. Medalion działał na ból fizyczny i tylko fizyczny. Nie działał na to, co teraz gryzło mnie od środka. Nie potrafił wymazać z mojej pamięci tych strasznych chwil, począwszy od spotkania z Freeze'm na placu. Położyłam uszy, cicho pochlipując.
Wtedy poczułam na swojej głowie delikatny dotyk chudej łapy Tinga. Otworzyłam oczy. Odmieniec stał przy łóżku. 
- Już dobrze, Pierzasta - powiedział cicho. - Już dobrze.

Uwagi: brak.

wtorek, 3 września 2019

Od Lind "Trzecia albo piąta doba" cz. 4

Styczeń 2024
Następne dni Freeze poświęcał nauczeniu mnie "dodawania" i "odejmowania". Polegało to głównie na zadaniach typu "Jeden wilk upolował dwa zające, kolejny cztery. Ile zajęcy mają razem?" oraz "Gospodarz miał w kurniku dwanaście kur. Lisy ukradły stamtąd osiem kur. Ile ptaków zostało gospodarzowi?". Na początku pomagałam sobie, licząc na palcach, ale wkrótce coraz rzadziej sięgałam po tę technikę. Zwłaszcza, że nie można było jej użyć na liczbach większych niż dwadzieścia. 
Nigdy nie wiedziałam, że mam konkretnie tyle palców. Ni mniej, ni więcej. Ciekawe odkrycie. 
Kilka dni później, mój sąsiad wreszcie wprowadził liczby powyżej setki. Znów musiałam wkuwać na pamięć nowe nazwy; tym razem kończące się na "-set". Na szczęście bazą nadal były numery od dwóch do dziewięciu; także poszło jeszcze łatwiej niż z liczbami z grupy "naście". 
Po jakimś czasie już w zupełności opanowałam tworzenie nazw wartości większych od stu. (Polegało to głównie na poprzedzaniu znanej liczby wyrazem "sto", "dwieście" albo "pięćset". Łatwizna.) Wówczas Freeze zapoznał mnie z pojęciem "mnożenia" i "dzielenia". Zadania robiły się coraz bardziej skomplikowane, ale nadal wykonalne. Wystarczyło dalej ćwiczyć. No i przede wszystkim nie zapomnieć nazwy żadnej liczby, co na początku (aż wstyd przyznać) zdarzało mi się całkiem często. 
Jak na ironie, skupiona na nauce matematyki, straciłam rachubę czasu. Przestałam zwracać uwagę na to, ile dni upłynęło odkąd tu jestem. Nie byłam pewna, czy Freeze zaczął przekazywać mi wiedzę na temat liczenia, tydzień, dwa, czy może cały miesiąc temu. Teraz przynajmniej miałam jakieś zajęcie, ale mimo to wszystkie chwile między wschodami i zachodami słońca zlewały mi się w jedno. 
Cela nic się nie zmieniła, odkąd tutaj jestem. Nadal była ciasna, zimna i niewygodna. Jedynym jej plusem było to, że z więzienia odprowadzano wszelkie nieczystości. Więc przynajmniej zapach był znośny. 
Znałam już każdy kąt przydzielonego mi kawałka przestrzeni. Nawet gdybym zamknęła oczy, byłabym w stanie wyminąć wiadro z wodą, miskę na jedzenie i stertę kości w kącie. Znalazłabym też na ślepo ubytek w ścianie z krat, przez który co dzień przekładałam wspomniane drewniane naczynie. 
Za każdym razem, jak mieliśmy przerwę od nauki (niezależnie czy przez nastanie ciszy nocnej, czy dlatego, że znów pożarłam się ze swoim nauczycielem) w mojej głowie roiły się na nowo różnorakie myśli. Najczęściej odwoływały się one do moich przyjaciół, watahy, a także Tinga. Najczęściej zatrzymywałam się nad wspomnieniami związanymi z tym Odmieńcem. Im więcej czasu tak spędzałam, tym częściej miałam przed oczami też jego "kuzyna" - Baldora. Co za tym szło, kontemplowałam także nad trzema artefaktami i Trzecią Strażniczką. 
Do tej pory nie miałam odwagi spytać Freeze'a, skąd w ogóle wiedział o Kamiennym Lesie. Nie dociekałam też kto teraz ma ten przedmiot, dokąd basior odesłał swoją "podwładną" i jaką część historii artefaktów naprawdę poznał mój sąsiad. Zasady, klucze, spadkobiercy... Zastanawiałam się, ile z tego będzie skłonny mi w ogóle zdradzić.
I tak zastanawiałam się, zastanawiałam... Kolejne godziny i dni... Ale nie mogłam się zebrać w sobie, by faktycznie zacząć którykolwiek temat. 


Początek marca 2024
Jestem zmęczona. Potwornie zmęczona. 
A przecież nic tu tak naprawdę nie robię. Ot, tkwię w miejscu. Śpię, jem, piję i znów śpię. 
Ewentualnie jeszcze od czasu do czasu rozmawiam z Freeze'm. Dotychczas głównym tematem naszych rozmów była matematyka. A kiedy to wreszcie się nam przejadło, zaczęliśmy prowadzić konwersacje o przeszłości. Dowiedziałam się wówczas, że Stary Juan nie żyje, mój wuj, a ojciec Freeze'a też, że Hasley zniknęła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach... Słysząc te wieści zdałam sobie sprawę, iż ledwie już pamiętałam, jak te wilki w ogóle wyglądały.
Nikogo jednak nie zdziwiłby fakt, że wciąż przynajmniej raz na kilka dni dochodziło do kłótni między mną, a moim sąsiadem. Przy paru okazjach nawet współwięźniowie darli się, żebyśmy zamknęli już pyski. 
Co poradzę? Nadal żywiłam dozgonną urazę do tego basiora. 


Maj 2024
Słońce wschodzi i zachodzi. Wschodzi i zachodzi. Codziennie. 
Zegar bije i bije... Liczy godziny... Pierwsza, drugą, trzecią... I tak codziennie.
Strażnik chodzi tam i z powrotem... Tam i z powrotem... I tak codziennie. 
A ja siedzę w miejscu. Siedzę albo leżę. Kończyny mam już zupełnie zesztywniałe przez brak ruchu. Mięśnie wiecznie spięte przez niewygodę. Żołądek wiecznie ściśnięty przez głód, którego te maleńkie porcje nigdy nie zaspokoją. Tkwię w tej celi. Czuję się, jakbym ledwie żyła. 
Z czasem przestałam w ogóle rozmawiać z Freeze'm. Miałam absolutnie dosyć jego widoku, jego zapachu, jego głosu. Basior przyjął moją decyzję bez protestów. Od teraz w porach, kiedy zwykliśmy rozmawiać, po prostu patrzył przed siebie. Podczas tych kontemplacji, w ogóle się nie poruszał. Zupełnie, jakby już cały zmienił się w bryłę lodu. 
Przed moimi oczami majaczyły sylwetki moich przyjaciół. Zdawało mi się, że kilka razy niektórzy z nich zjawili się tutaj. Chyba, że to był tylko piękny sen, który przez głód i wyczerpanie wyglądał dla mnie jak jawa. Jednak z jakiegoś powodu pośród tych sylwetek ani razu nie widziałam Tinga.

Uwagi: W połowie opowiadania zmieniłaś czas narracji z przeszłego na teraźniejszy.

poniedziałek, 2 września 2019

Od Cess "Zapisane przeznaczenie" cz. 3

Styczeń 2024 r.
Zaglądałam mu przez rękę i śledziłam ruchy jego dłoni. Dziwnie było mi z myślą, że siedział koło mnie w postaci człowieka, a ja natomiast - wilka. Co by było, gdybym dała radę się przemienić? Poczułabym się jakoś lepiej? Czy może jeszcze bardziej niezręcznie? Postanowiłam jednak się tym nie przejmować. Byłam ciekawa, co teraz mi wyjaśni. 
- Teraz litera "b". Jakie znasz słowa na literę "b"? - spojrzał na mnie kątem oka.
- Bułka, Białe Miasto, Burza… - zaczęłam wymieniać wyrazy, które pierwsze przyszły mi do głowy. Zanotował to, co powiedziałam.
- Któreś z tych literek już znasz? - w odpowiedzi pokazałam na „a”, „e”, „b” oraz „r”. Pokiwał głową. Dla pewności, aby nie podpatrywała starych notatek, zgniótł poprzednią kartkę w kulkę.
- Któraś z tych liter, których nie znasz, zainteresowała cię? - spojrzałam smutno na zgniecione kartki. Westchnęłam cicho i zaczęłam patrzeć na wyrazy. Moją uwagę przyciągnęło „u” , które pokazałam Elvinowi końcówką pióra.
- Domyślasz się, jak to przeczytać?
- Nie wiem... Może „uuuy” lub coś w tym kierunku? - Mój pysk przyjął śmieszny wyraz, gdy starałam się wymówić literkę. Zgadywanie było naprawdę trudne. 
- Po prostu „u” - również się uśmiechnął i zapisał duże oraz małe „u”. Nie różniły się one zbyt bardzo. - A jakieś słowa?
- Uroczy uśmiech, ukochany... - spojrzałam na niego, a po chwili na mojej mordce pojawił się uśmiech zakłopotania - Ul, u... u ten no... - zaczęłam się nerwowo rozglądać w poszukiwaniu jeszcze jakiegoś słowa - ulica! - Elvin i tak zapisał wszystkie z tych słów.
- Ciekawy dobór.
- Trudno je tak na zawołanie znaleźć... - stwierdziłam i poczułam jak moje poliki pieką. Nie planowałam tego. Nie było to w moim stylu. Poczułam się podle i nie rozumiałam czemu. 
- Strasznie się speszyłaś. Czyżbyś była rekinem-romantykiem i plamiło to dumę twojego gatunku? - zerknął na mnie rozbawiony. Wzięłam wdech. Otworzyłam oczy szeroko i jeszcze bardziej się zawstydziłam słysząc to co powiedział. Czyżbym się ośmieszyła? 
- Ja-a... ja przepraszam. Nie powinnam w ogóle tego robić. Nawet nie wiem co ja robię. Jakieś głupoty plotę. I-i no... - powiedziałam szybko na jednym tchu. Szukałam ratunku, zerkając co jakiś czas w kąty czytelni. Spanikowałam. Nie wiedziałam co o tym myśleć. Chciałabym cofnąć czas o te kilka chwil. Teraz już tylko na mnie patrzył, mrużąc oczy w głębokim skupieniu, i stukając piórem o stolik. Czułam na sobie jego wzrok. Poczułam się niekomfortowo. Skupienie, które wkradło się na twarz Elvina, przeszywało mnie na wylot. 
- Idiotka ze mnie... - mruknęłam zrezygnowana, a moje spojrzenie utkwiło na podłodze. Położyłam uszy wzdłuż karku i lekko się zgarbiłam. 
- Coś nie w porządku? - w jego głosie można było wyczuć małe zmartwienie. 
- Nic... Po prostu jestem mistrzynią wpadek, jak pewnie zdążyłeś już zauważyć oraz poczuć... - przyglądałam się swoim łapom. - Mam wrażenie, że robię z siebie idiotkę, nie umiem składać zdań i się jąkam…
- Czyli po prostu mam udawać, że nic się nie stało i kontynuować lekcję? - jego reakcja sprawiła, że mi ulżyło. 
- Proszę... jeśli byś mógł... - powiedziałam, błagalnie wpatrując się teraz na kartki. Skręcało mnie w środku. - Czasami powiem o słowo za dużo…
- Zatem... wiesz, istnieje coś takiego jak alfabet. Alfabet to zbiór wszystkich literek w odpowiedniej kolejności. W słownikach hasła pojawiają się w kolejności alfabetycznej... Co prawda ja zacząłem nie po kolei, ale to głównie po to, abyś mogła dostrzec, że każda słowo składa się z powtarzających się w innych wyrazach liter. Kolejność alfabetyczna to: a, b, c, d, e, f... - mówiąc to, notował na kartce. Starałam się skupić na fali informacji, w duchu dziękując mu, że przeszliśmy dalej. Słuchałam uważnie i próbowałam zapamiętać brzmienie oraz kolejność liter. Obrałam sobie cel - nauczenie się alfabetu. Tym razem, nie skupiając się na jego osobie. 
- Możesz powtórzyć wszystkie z tych sześciu liter, które powiedziałem i napisałem? 
- Aa, bee, ce, te, ee, eww - wydukałam - Było dobrze, czy znów coś pokręciłam?
- Prawie, ale nie do końca... to jest "de", a to "ef" - wskazał na literki, przy których się pomyliłam - Teraz powtórz je wszystkie jeszcze raz.
- Aa, be, ce, de, ee, elf - powtórzyłam, poprawiając dwie błędnie wymówione chwile wcześniej litery.
- Nie "elf", tylko "ef" - znów wytknął mi pomyłkę. 
- Ef - ponowiłam próbę, a następnie powiedziałam wszystkie szybciutko i tym razem poprawnie - Aa, be, ce, de, ee, ef.
- Dobrze... - napisał kolejne litery w kolejności alfabetycznej - A teraz?
- Oh, teraz trudnej... - wymamrotałam pod nosem, patrząc uparcie w zapisane symbole.
- Mam ci pomóc? - spytał. Kiwnęłam lekko głową, co miało oznaczać że chętnie przyjmę pomoc. Zaczęłam się zastanawiać, jak mogłabym mu się później odwdzięczyć. Pomoc za pomoc? Było to naprawdę miłe z jego strony. Szarpałam jego nerwy i cierpliwość. Zajmowałam mu czas. On jednak trwał tu przy mnie i starał się czegoś mnie nauczyć. - Gie, ha, i, jot, ka, el, eł... teraz ty
- Gie, ha, i, jot, kael, el - rzekłam, lecz sądząc po jego wzroku, pomieszałam coś. 
- Ka i el to dwie literki. Widzisz? - wskazał na nie.
- Oh, zmyliła mnie ta ostatnia - wskazałam na nią. Jeździłam wzrokiem po wszystkich zapisanych literkach. - Gie, ha, i, jot, ka, el, el
- El, eł - poprawił mnie po raz któryś.
- El, eł - przymknęłam oczy i zmarszczyłam brwi, bardzo się skupiając. - Aa, be, ce, de, ee, ef, gie, ha, i, jot, ka, el, eł - uniosłam brew i delikatnie otworzyłam lewe oko. - Było dobrze?
- Dobrze - pokiwał głową. - A teraz pokaż mi która literka to była litera „f”
Końcówkę pióra skierowałam początkowo na literkę „g”, po chwili jednak gdy powtórzyłam w myślach początek alfabetu, poprawiłam się i wskazałam na „f”, które znajdowało się tuż obok „e”. A je rozpoznałam od razu.
- A litera "k"?
- To chyba ta - pokazałam na „k” i uśmiechnęłam się. Zapamiętałam ją, ponieważ Elvin chwilę wcześniej poprawił mnie, gdy mówiłam alfabet.
- Dobrze - skinął głową - Mam podawać wyrazy zaczynające się na te litery, czy wypisywać dalej?
- Lepiej wypisać dalej, w ten sposób chyba lepiej oswoję się z literami. Znaczy, moim zdaniem...
Pokiwał głową i po prostu zaczął pisać wszystkie litery alfabetu jedna pod drugą, aż do samego końca. Gdy skończył, odchylił się w fotelu i oznajmił:
- To już wszystkie - zaniemówiłam patrząc na nie wszystkie. Wiele z nich nie różniło się prawie niczym. Zapewne tylko wymową, jak to już zdążyłam zauważyć. Westchnęłam, rozpoznając niewiele z nich. - Chciałabyś może spróbować coś przeczytać z książek? - odparł po chwili zastanowienia. 
- Jasne, jeśli będziesz mi pomagał. - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając cały czas na zapisane symbole.
- To zostań tutaj, możesz poprzeglądać te literki i powtarzać te, które już znasz. Przyniosę ci coś z obrazkami, aby było łatwiej - zdecydował, po czym wstał z fotela, zmienił się znowu w wilka i zniknął między regałami. Podążyłam wzrokiem za znikającą sylwetką. Westchnęłam cicho, przez dłuższy moment wpatrując się w pustą przestrzeń. Otrząsnęłam się jednak po chwili, wracając do literek. Randomowo patrzyłam na różne z nich. "E jak Elvin. U jak uroczy." - plątało mi się przez myśli. - „Tej nie znam, ale pewnie nazywa rzecz, która kojarzy mi się z Elvinem…”. W upływie tego rozważania, zupełnie nie skupiłam się na faktycznym powtórzeniu literek. Nie chciałam ośmieszyć się przed samcem. Był on pierwszą osobą, z którą bardzo lubiłam rozmawiać. Choć zaczęliśmy dopiero jakiś czas temu...
- Co z tobą jest nie tak? - warknęłam do siebie cicho pod nosem.
Elvina nie było dość długo. Gdy wrócił, zmienił się w człowieka, usiadł na fotelu, a następnie wyciągnął kilka kolorowych książeczek... Otworzył pierwszą i przysunął pod mój nos. Ilustracja przedstawiała arbuza oraz wiele innych przedmiotów, które jak się mogłam domyślić - zaczynały się na tę samą literę. Wszystkie z nich były jakoś dziwnie podpisane. Rozpoznałam literkę, która była tam podkreślona - była to litera "A".
- Możesz sobie zobaczyć pisownię każdego z tych słów i spróbować przeczytać podpisy pod tymi rzeczami, których nie znasz - oglądałam kolorowe obrazki na jednej ze stron książki, którą przyniósł mi Elvin. Były bardzo ładne i pomagały w zrozumieniu słów. Po tym, gdy mi wszystko wytłumaczył, kiwnęłam głową na znak, że rozumiem. Widziałam obrazek arbuza oraz podpis pod nim. Znajdowały się tam też inne przedmioty, a z częścią z nich miałam nawet styczność. - Jakbyś miała wątpliwości to możesz pytać... A wyrazy czytać na głos, bym miał pewność, że rozumiesz. Byle nie za głośno. 
- Dobra… - ponownie kiwnęłam głową. Poprawiłam postawę i wgapiałam się w pojedyncze słowa. 
- Aa, el, ee, jot... - zaczęłam czytać pierwszy wyraz, a konkretniej mówić po literce. Na szczęście wszystkie w nim, były mi znane. - ka... aa!
- Więc co to za słowo? Spróbuj je złożyć.
- Alejotka… Aelejkaaa... Alejka! 
- Bardzo dobrze. Jak chcesz możesz dalej próbować czytać z tej strony albo kolejnej. - uśmiechnął się do mnie. Postanowiłam spróbować z następną stroną, czyli kolejną literką z alfabetu. Nosem starałam się przerzucić na następną stronę, próbując przy tym nie zniszczyć kartek. Elvin nieco mi z tym pomógł, przesuwając swoimi ludzkimi palcami delikatnie po papierze. Podziękowałam mu skinieniem łba.
- Spójrz na obrazki. Na jaką literę się one zaczynają? 
- Be - mruknęłam, przekręcając łeb w lewo. Mój entuzjazm osłabł, zmarszczyłam brwi. - „Bee” to się to małych dzieci mówi, gdy coś przeskrobią… - spojrzałam na niego z lekko skrzywionym wyrazem pyska. - Bachory… 
- Tak, bachory - parsknął śmiechem, nie mogąc już najwyraźniej wytrzymać. Otępiale popatrzyłam na niego.
- Czemu się śmiejesz? - nie rozumiałam jego nagłego wybuchu. Przeszyłam go niepokojącym wzrokiem praktycznie na wylot. - Powiedziałam coś nie tak?

<c.d.n.>

Uwagi: Przecinki.

Od Torance "Pragnienie walki"

Lipiec 2024
Od czasu, kiedy pierwszy raz zmierzyłam się z innym wilkiem podczas ulicznych walk, nie mogłam przestać o tym myśleć. Dziesiątki razy roztrząsałam błędy, które popełniłam. Zastanawiałam się, co mogłam zrobić inaczej. Marzyłam o powrocie.
Asgrim oczywiście zauważył rozkojarzenie, któremu się poddałam. Wielokrotnie pytał mnie o jego powód, jednak nie podałam mu go. Za bardzo obawiałam się jego reakcji. W końcu walki były nielegalne, a mój partner mimo wszystko uczciwy. Nie, zdecydowanie wolałam, żeby nic nie wiedział na ten temat.
Starałam się o tym zapomnieć. Ze wszystkich sił próbowałam nie myśleć. Nic nie mogłam jednak poradzić. Moje ciało gotowało się do walki, umysł nie mógł wyrzucić z pamięci tych kilku krótkich chwil podekscytowania, zanim dałam się przyszpilić do ziemi.
Zamierzałam wrócić i wygrać.
Niestety nie było to takie łatwe, jak myślałam. Minęło kilka długich dni, nim udało mi się ponownie trafić na tamtą uliczkę. Ze względu na zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, nie zapamiętałam drogi zbyt dobrze.
Dołączyłam do tłumu w chwili, kiedy szukano drugiego ochotnika. Szybkim spojrzeniem zmierzyłam mojego przyszłego przeciwnika. Krótkie, ciemnoszare futro poprzecinane było białymi bliznami. Oznaki przeprowadzonych wielu bitew. Wilczyca miała spore doświadczenie, jednak to niekoniecznie oznaczało, że była dobra. Albo lepsza ode mnie.
Wyszłam na środek.
- Czy posiadacie medaliony lub eliksiry, które mogłyby wspomóc was w walce?
To samo pytanie, co poprzednim razem. Widocznie była to standardowa formułka.
- Nie - powiedziałam niemal równo z moją przeciwniczką. 
Samica posłała mi chmurne spojrzenie. Odpowiedziałam jej słodkim uśmiechem.
- Zaczynacie, kiedy doliczę do dziesięciu - poinstruował nas prowadzący. 
Skinęłam łbem i oddaliłam się od wadery na bezpieczną odległość. 
Basior rozpoczął odliczanie. Tym razem nie miałam żadnych wątpliwości. Nie mogłam doczekać się tej walki.
- Dziesięć! - zawołał i wycofał się, umożliwiając nam rozpoczęcie bójki.
Podobnie jak wtedy, teraz też krążyłam wokół mojej przeciwniczki. Przyglądałam się jej sylwetce, szukając słabych stron. Szybko zauważyłam, że prawą łapę trzymała możliwie jak najdłużej w powietrzu. Widniała na niej na oko dość świeża blizna. Musiała niedawno doznać jakiegoś urazu.
Mijały sekundy, a ja nadal nie atakowałam. W końcu wilczycy musiało znudzić się zwykłe krążenie. Jednym susem doskoczyła do mnie i zamachnęła się łapą w mój pysk. Długie pazury niemal dosięgnęły mojego nosa. Odsunęłam się jak najdalej mogłam.
Samica coś warknęła. Zrobiła to jednak na tyle niewyraźnie, że nie zrozumiałam ani słowa. Wyczułam jednak drwiący ton. Posłałam jej wesoły uśmiech.
Ciemnoszara przewróciła oczami. Wykorzystałam to, że nie patrzyła w moją stronę i jak najszybciej umiałam, doskoczyłam do niej. Uderzyłam pazurami prosto w łapę, którą tak zaciekle chroniła. Z jej gardła wydobył się pisk. Nachyliła się w moją stronę, kłapiąc głośno zębami. Uchylałam się przed atakami, jednak w którymś momencie straciłam równowagę. Upadłam, co samica od razu wykorzystała. Przyszpiliła mnie do ziemi. Na jej pysku widniał triumfujący uśmiech.
Widownia już zaczynała odliczanie. Ja jednak nie miałam zamiaru przegrać. Nie tym razem.
Wykrzywiłam pysk w taki sposób, by ugryźć przeciwniczkę w tę cudowną łapę. Zadziałało. Samica odskoczyła ode mnie z głośnym sykiem. 
- Koniec tego dobrego - burknęła.
W moją stronę poleciał ognisty pocisk. Upadłam na ziemię, starając się go uniknąć.
Ogień. Dobrze. Nie powinna zdołać obronić się przed moim atakiem.
Wilczyca wystrzeliła w powietrze kolejne płomienie. Ogniste bicze falowały, nadpalając sierść. Widownia wycofała się w obawie przed poparzeniem. Byłam zmuszona ciągle się poruszać, jednak to nie zdołało wytrącić mnie z rytmu. Posłałam w stronę samicy strumień magii. Nie minęła chwila, a w oczach samicy pojawiły się łzy. Ogień stracił na intensywności. Kolejna fala smutku trafiła w jej ciało. Łzy zaczęły spływać, ograniczając tym samym jej pole widzenia. Została zmuszona do przerwania magicznego ataku. Choćby dla własnego bezpieczeństwa.
Ledwo ogień zniknął, pobiegłam w jej stronę. Zapłakana samica nawet w pełni nie zdała sobie sprawy, że została przyszpilona do ziemi. Posłałam do niej iskierkę szoku, co całkiem pozbawiło jej zdolności walki.
Widownia rozpoczęła odliczanie, a ja z uśmiechem przywitałam moją ukochaną piątkę. Udało mi się zwyciężyć.