niedziela, 6 października 2019

Od Magnusa "Groźba pamięci" cz. 3

Wrzesień 2024 r.
– Ma jakieś imię? – spytał Rudy, jakby od niechcenia.
Falkhest postanowił wybrać się z nami, a ściślej mówiąc, ze mną. Trzymał się jak najdalej od Einara, a gdy ten posyłał mu zaciekawione spojrzenie, odwzajemniał je z kamienną złością.
– Falkhest – rzuciłem, na co hipogryf zastrzygł uszami.
– Serio? – parsknął mój rozmówca.
To rzeczywiście niezbyt odkrywczy wybór, a dla kogoś, kto zna nasz ojczysty język, wręcz prześmiewczy. „Falk" i „hest" to po prostu sokół i koń.
– Tak.
– Nie no, gratuluję, nie spodziewałbym się po tobie takiej kreatywności. Szacun.
Jedynie przewróciłem oczami.
– A dużo u was takich?
– Nie widziałem żadnych innych.
– Hej, widziałeś to? – Einar nagle zmienił temat i wskazał coś na wzgórzu.
Spojrzałem w tamtą stronę. Jakieś drobne stworzenie w szaleńczym tempie zbiegało ze zbocza. Zmrużyłem oczy, ale w dalszym ciągu pozostało zlewającą się z tłem szarą plamą. Nie byłem w stanie określić co to dokładnie jest.
– Szop? – zasugerował rudy.
Wzruszyłem ramionami, bo nie miałem pojęcia. W pewnym momencie stworzenie musiało się poślizgnąć, bo po krótkiej walce z grawitacją, uderzyło bezwładnie w drzewo. Skrzywiłem się, mimowolnie wyobrażając sobie nieprzyjemne, głuche łupnięcie.
– A na wprost drugi. Co one tak pędzą? – mój przyjaciel fuknął z rozbawieniem, ale w jego głosie wyczułem źle skrywany niepokój.
Druga szara istotka pędziła w naszą stronę z naprzeciwka. Biegła bardzo niezgrabnie, potykała się o własne łapki. Powoli zaczynała nabierać kształtów. Zdecydowanie za smukła na szopa, chód też jakiś inny. Mały, młody psowaty...
Szczeniak.
– Ktoś od nas. – rzuciłem szybko, ale sądząc po zmarszczonym pysku Einara, już sam to stwierdził. – Ale co tu robi o tej porze?
– Ni cholery, nie mam pojęcia.
Mały znalazł się na granicy słyszalności, coś pokrzykiwał piskliwie. Nie widziałem jego pyszczka, ale w głosie doskonale słyszałem panikę. Gdy tylko przyspieszyliśmy w stronę małego, coś wystrzeliło nagle w jego stronę i zwaliło go z nóg. Przeturlał się z boku na bok i zatrzymał, ryjąc pyszczkiem gęstą trawę. Spojrzeliśmy po sobie z Einarem i momentalnie rzuciliśmy się do biegu. Nie zdążyliśmy do niego dobiec, ale dotarliśmy na tyle blisko, by zidentyfikować przedmiot którym dostał jako kamień.
Niemal w tym samym momencie coś wyłoniło się zza wzniesienia, sądząc po kącie lotu pocisku, strzelec. Światło opływało od tyłu jego ciemną, wyprostowaną sylwetkę, przez co musiałem skupić wzrok, by wyodrębnić kończyny od ciała. To coś miało ponad dwa metry wzrostu i stało na dwóch nogach, z kształtu przypominających nieco łapy. Przygarbione ramiona sięgały zdecydowanie za długo, zwisały luźno po obu bokach ciała. Postać opinał jakiś obszarpany materiał, a twarz okrywała kurtyna osrebrzonych światłem księżyca, potarganych włosów. Z tej odległości widać było na niej tylko pionowe, podłużne twory na wysokości ust, niebezpiecznie przypominające niemieszczące się na swoich miejscach kły.
Miałem wrażenie, że coś nieprzyjemnie skręca mi się w żołądku, gdy wiatr przywiódł do nas ten sam zapach, który sprowadził mnie na dół. Teraz, gdy jego źródło było tak blisko, rozpoznałem bezkształtną masę kwiatowych woni, przekształconych w karykaturalne, zaciskające się w gardle wersje siebie. Dzikie i ostre, ale w przerażający sposób dalej przypominające kwiaty.
– Co to jest? – wymamrotałem.
– No cóż... Eee, poznaj Norę. – uśmiechnął się nerwowo, jakby cała jego zwyczajowa pewność siebie nagle zniknęła. – Spotkanie po latach, chyba się za tobą stęskniła.
Istota jak dotąd tylko przyglądała nam się ze wzgórza, ale gdy tylko na dłuższą chwilę zatrzymała na mnie wzrok, syknęła. Opadła na cztery kończyny, wyminęła nieruchomego szczeniaka i znowu przystanęła, gdy Falkhest prychnął na nią ostrzegawczo. Bałem się poruszyć pod jej spojrzeniem, przeszywało na wylot, rozsadzało myśli i niewypowiedziane słowa, okrutne i zwierzęce, niesamowite...
Rudy coś mówił, ale nie słyszałem go. Atmosfera gęstniała, hipogryf zaczął niemal tańczyć w miejscu i wymieniać prowokacyjne porykiwania z tym czymś. Zauważyłem jak coś podchodzi do powalonego szczenięcia, chyba drugi maluch, ten, który wpadł na drzewo. Spróbował odciągnąć nieprzytomnego na bok, ale strzelec, to niepojęte stworzenie, toczące z pyska kwiecistą pianę, prężące się ku niebu jakby do skoku, zauważyło go. Skowyt przeraźliwy i piskliwy jak wrzask kocura wypełnił stopniowo przestrzeń, a ja miałem wrażenie, że właśnie usłyszałem samą śmierć.
Wtedy Falkhest zerwał się z miejsca i z głuchym stukotem kopyt skoczył ku Norze. Przeciął jej drogę do szczeniąt i zaatakował szponami. Natarła na niego niesłychanie szybko. Agresywnie odpowiedziała na atak i w mgnieniu oka przeszła do morderczej ofensywy, zmuszając towarzysza do gwałtownego wycofania o kilka kroków. Einar otrząsnął się szybciej niż ja, zaczął ciskać ognistymi pociskami z bezpiecznej odległości. Bestia z gracją uskoczyła przed wszystkimi, ale przez chwilę przestała atakować gryfa, co Falkhest natychmiast wykorzystał.
Jeszcze przez parę chwil patrzyłem bezradnie na ich zmagania. Kuliłem się w sobie, gdy tylko Nora posyłała mi oszalałe ze złości spojrzenie. Nie mogłem pozwolić, by walczyli z nią sami. To była moja potyczka, to ze mną miała rachunki do wyrównania. I choć nigdy nie potrafiłbym jej skrzywdzić, nigdy nie byłbym w stanie zabić, postąpiłem ten jeden krok, który przypieczętował mój los.


<C.D.N.>


Uwagi: brak.

Od Torance "Czasem cuda się zdarzają" cz. 2

Listopad 2024
Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Gdzieś na dnie świadomości spodziewałam się nawet choroby podobnej do tej, na którą cierpiała Edel. Ale ciąża... Nic nie mogło mnie jednak przyszykować na to, że zostanę matką.
W mojej głowie szalały miliony myśli. Jak to było w ogóle możliwe? Jak zareaguje Asgrim?
Poczucie winy przygniatało mnie do ziemi i krępowało ruchy. Wiedziałam, że nie miałam na nic wpływu. Zdarzył się cud i musiałam go zaakceptować. Niemniej... Czy As mi uwierzy?
- To na pewno nie jest pomyłka? - spytałam.
Volga zmierzył mnie kolejnym spojrzeniem i pokręcił powoli pyskiem. Przeklęłam głośno.
Co teraz? Co teraz?
Westchnęłam głośno i postanowiłam odejść. Pożegnałam się krótko z medykiem i ruszyłam w stronę Passera. Szczęśliwie Asa tam nie było. Musiał pójść na poszukiwania jakichś roślinek bądź na lekcje. Czas zajęć był czasem lekko modyfikowany przez trwającą podróż i nie zawsze regularne godziny postojów. Uczniowie - jak i nauczyciele - nie byli z tego powodu jakoś szczególnie zadowoleni, ale nie było innej rady.
Odetchnęłam z ulgą i niepewnie wyciągnęłam z naszych bagaży książkę, którą zabraliśmy jeszcze z biblioteki na starych terenach. Zmieniłam postać i z pomocą ludzkich palców przewróciłam żółte kartki. W nos uderzał mnie zapach Asa, którym przesiąknięta była cała powieść. Uśmiechnęłam się blado, odczytując tytuł. Cóż za ironia losu, że to właśnie "Zakonnik" był ulubioną książką mojego partnera...
Zaczęłam czytać, jednak nie potrafiłam skupić się na tekście. Moje myśli nieustannie odbiegały w stronę wizyty u Volgi oraz wszystkiemu, co się z nią wiązało. Nawet magia nie dawała rady mnie ukoić. Podejrzewałam, że gdzieś w głębi nie chciałam być spokojna. Na swój sposób potrzebowałam tego rodzaju stresu. Chociaż cokolwiek czułam, nie?
W końcu do uszu dotarł dźwięk zbliżających się kroków. Uniosłam łeb i od razu napotkałam spojrzenie Asgrima. Na jego pysku widniał wesoły uśmiech.
- Już nie udawaj, że potrafisz czytać.
Przewróciłam oczami.
- Dobrze wiesz, że nie muszę udawać. Przypomnieć ci, kto cię uczył?
As w odpowiedzi wyszczerzył bardziej ząbki.
- Vestar? - zaryzykował odpowiedź.
Prychnęłam i potargałam go po głowie. Miło było mieć nad nim tego rodzaju przewagę. Jednak Asgrim nie odsunął się tak, jak sądziłam. Zamiast tego podniósł na mnie wzrok, po czym przymknął oczy.
- Możesz kontynuować... - wymruczał.
Zabrałam dłoń. Wilk otworzył oczy i zmierzył mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
- Czemu przerwałaś? - spytał z wyrzutem.
Przewróciłam oczami i zmieniłam postać. Mimo wszystko wilcze ciało było znacznie wygodniejsze. As - na moje nieszczęście - w tym czasie, gdy się przeobrażałam, przypomniał sobie to, o co chciał mnie zapewne zapytać od momentu, gdy tylko poszłam na poszukiwania lekarza.
Nerwy zawiązały supeł z mojego żołądka. W pysku momentalnie poczułam gorzki posmak. Miałam ochotę wymiotować ze zdenerwowania. Było to na tyle nagłe, że się zachwiałam.
- Wszystko w porządku? - Spojrzenie samca spoważniało jeszcze bardziej. - Źle się czujesz?
Pokręciłam powoli łbem. Otworzyłam pyszczek, jednak nie zdołałam wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Nie miałam pojęcia, jak w ogóle powinnam zacząć.
- Tori? - Wilk akcentował każdą sylabę. - Co się dzieje?
Machnęłam nerwowo ogonem. Język przejechał po nosie. Łapy zaczęły nieznacznie drżeć.
- Będziemy w rodzicami.
Asgrim spojrzał mi prosto w oczy i... Roześmiał się.
- A tak na poważnie?
- Jestem całkowicie poważna - odparłam.
Zmarszczył brwi. Mierzył mnie uważnym spojrzeniem, próbując wybadać czy faktycznie nie kłamałam.
- Ale... To niemożliwe - stwierdził w końcu.
Westchnęłam głośno.
- Wiem.
- Wobec tego... - zaczął, a w jego oczach zalśniły dziesiątki różnych, skomplikowanych emocji.
Pokręciłam stanowczo pyskiem.
- As, nie. Ono jest twoje.
- Tyle starań... Powiedzieli mi, że... - Potrząsnął łbem. - To nie jest możliwe.
Spróbowałam położyć łapę na jego łapie, jednak samiec odskoczył jakby mój dotyk miał go poparzyć.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknął. - Tori, ja cię kocham. Jak mogłaś mi to zrobić?
Z jego oczu ciekły łzy. Dotkliwy ból oraz poczucie zdrady były wręcz namacalne.
- Nie zrobiłam nic... Ja też cię kocham... - Mój głos się załamał.
Spojrzałam mu prosto w oczy, jednak basior szybko odwrócił wzrok.
- Nie chcę tego słuchać - powiedział i odszedł.
W pierwszej chwili chciałam za nim pobiec, jednak zdołałam się powstrzymać. Potrzebował czasu. Chociaż odrobiny...

<c.d.n.>

sobota, 5 października 2019

PODSUMOWANIE WRZEŚNIA

(Wow, podsumowanie pojawiło się w terminie.)
Nie wiem czy mam aż tyle do gadania, co zwykle. Jedyne co mam do zrobienia, to pogratulować Wam (i sobie), że udało nam się dociągnąć do progu, jaki sobie ustanowiliśmy, czyli 45 opowiadań. Życzę też powodzenia, aby udało się osiągnąć identyczny wynik w tymże miesiącu. Ja niestety przez ilość zamówień na rysunki nie jestem pewna co do moich możliwości pisania w najbliższym czasie. :')
Dotarliśmy jednak do nowych terenów, które możecie spokojnie odkrywać. Mam nadzieję, że to przysporzy Wam wiele funu i jednocześnie liczę na to, że spodobają się Wam one. Mapa tego miejsca powstała podczas siedzenia na huśtawce z Thorem, jednak szczegóły już leżą w moim obowiązku. Trochę się naprodukuję, więc pozostaje mi tylko liczyć na to, że będzie warto.
Jeszcze raz życzę powodzenia!

Jeszcze raz życzę powodzenia i dużej ilości weny!
Administratorka bloga
Navri/Kai/Dante/Joel/Hitam/Mortimer/Eterna/Ismanise/Sinope/Gwidon/Erastus

WCK
Crane: 2+7 = 9
Hitam: 1+0 = 1
---------------------------------------------
Lind: 6+20 = 26 <--- Beta
Edel: 3+3 = 6 <--- Gamma
Eterna Alvarelle Venris: 2+3 = 5
Asgrim: 1+2 = 3 <--- Delta + żona
Torance: 1+2 = 3
Magnus Arvid Eriksen: 1+2 = 3
Mortimer Treunis: 0+2 = 2
Joel Treunis: 1+1 = 2
Cess: 0+1 = 1
Leah: 1+0 = 1
Alexander: 1+0 = 1
Navri: 0+0 = 0
Exan Treunis: 0+0 = 0
Dante: 0+0 = 0
Theodore Treunis: 0+0 = 0
Sinope: 0+0 = 0
Ismanise: 0+0 = 0
Kai: 0+0 = 0
Trevenic Treunis: 0
Gwidon Treunis: 0
Erastus Treunis: 0
Morgan: 0
Za zostanie Betą dostaje się 15 SG i 40 pkt., Gammą 10 SG i 30 pkt., a Deltą 5 SG i 20 pkt.
---------------------------------------------
OKRES PRÓBNY
Eterna Alvarelle Venris (próbny od 20.04): 6/14 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 4 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Mortimer Treunis (próbny od 20.06): 2/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Theodore Treunis (próbny od 20.06): 1/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Exan Treunis (próbny od 20.06): 2/12 (maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 5 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Ismanise (próbny od 11.07): 0/8 (czas na nadrobienie do 11.10! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 6 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Alexander (próbny od 03.08): 1/6 (czas na nadrobienie do 03.11! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 7 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Sinope (próbny od 05.08): 0/6 (czas na nadrobienie do 05.11! Wtedy od razu będzie przyjęty; jeśli nie – maksymalny czas jest do końca miesiąca; jeśli będzie brakować 7 op. lub mniej mogę dać czas do kolejnego miesiąca)
Trevenic Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Gwidon Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Erastus Treunis (próbny od 16.09): 0/1
Morgan (próbny od 28.09): 0/1
---------------------------------------------
Aktywność właścicieli postaci:
Nagroda w postaci 5 SG, 4 SG oraz 3 SG dla każdej z postaci [od których pojawiło się op.] najaktywniejszych osób w watasze.
Lindor: 27 (po 5 SG dla Lind i Crane'a)
Wrona: 6+1=7 (po 4 SG dla Joela, Kai'ego, Mortimera, Eterny, Navri, Ismanise, Sinope, Gwidona i Erastusa)
Thor: 7 (po 4 SG dla Torance, Edel, Asgrima i Morgana)
Lejek: 2 (po 3 SG dla Leah i Magnusa)
Sharky: 1
Mysza: 0
Pulpet: 0

Dodaję po 6 pkt. umiejętności i 3 pkt. mocy każdemu wilkowi (jak to zawsze czynię po podsumowaniu) za kolejny miesiąc członkostwa. 

Od Leah "Kraina Zapomnianych"

Koniec listopada 2024 r.
Podniosłam wzrok znad niedokończonego posiłku, szukając mignięcia z przed paru chwil. Powtórzyło się po chwili, bardziej na lewo i nieco bliżej. Uniosłam nieco łeb i wytężyłam wzrok. To zdecydowanie nie wilk, bardziej jak jakiś drobny kopytny. Prędki i lekki skok, smukła, niewysoka postać i jasna barwa. Może kozica? Zwierzę, blada plama na tle zielonej roślinności, z wtórującym mu szelestem poszycia, wyłoniło się zza ściany zarośli.
Okazało się smukłą, białą sarną. Z trudem wytraciła pęd i przystanęła, w oszołomieniu wlepiając spojrzenie w odpoczywające stado. Parę wilków, ze mną włącznie, wyszczerzyło kły i powstało ze swoich miejsc. Koziołek nie potrzebował większej zachęty, zawrócił i wystrzelił przed siebie, w panice potykając się o własne nogi. Skoczyłam za nim, podobnie jak parę nieco młodszych basiorów i dwie wadery. Żadnego z nich nie rozpoznałam - specjalnie za prośbą Arkana tego dnia przeniosłam się w nieco bardziej widoczne miejsce, oddalone od Passera. Z jakiegoś powodu kazał mi na siebie czekać, ale w pogoni za wyjątkową zdobyczą szybko wyleciało mi to z głowy.
Jelonek był nadzwyczajnie zwinny. Kluczył lekko między drzewami, cały czas zachowując stałe tempo i raz po raz niknąc nam z oczu. Parę młodych wilków szybko odpadło z nagonki. Ja nie radziłam sobie może najlepiej - parę razy nie wyrobiłam na zakręcie i wpadłam w poślizg; dopiero co padało - ale nie pozwoliłam sobie zgubić rogacza. Wiatr buchał mi w uszach, ziemia uciekała spod łap, ciepło jak smużki dymu ulatywało spod futra...
Koziołek bez zastanowienia wpadł na stromą skarpę i w paru susach znalazł na jej szczycie. Uformowałam skrzydła wiatru, odbiłam się od ziemi i ledwo nadążając z machnięciami, wylądowałam na górze. Pozostała część grupy szybko odpuściła próby wspinaczki i pobiegła poszukać innej drogi. Rogacz mignął mi kilkanaście metrów dalej i zniknął za skałą.
I więcej już nie uraczyłam jego widoku. Jeszcze przez jakiś czas biegłam jego domniemaną trasą (o dziwo nie pozostawiał żadnego oczywistego tropu), dopóki nie doszłam do wniosku, że pewnie po prostu skręcił gdzie indziej niż ja i teraz jest już daleko. Mogłam mieć co najwyżej nadzieję, że trafił na pozostałych łowczych, ale w obu wypadkach odpadałam z gry. Zwolniłam nieco, wzdychając z frustracją.
Postanowiłam nie szukać już reszty grupy z domniemaną zdobyczą albo jej brakiem. Zawróciłam. Przez jakiś czas kluczyłam górskimi ścieżkami, kierując się własnym tropem, pozostawszy sam na sam ze swoimi myślami. Biernie powróciłam do tematu podróży i domysłów co do terenów na których ostatecznie się zatrzymamy. Nie znałam się co prawda na kalendarzu, ale zaczęłam odnosić wrażenie, że wysoka temperatura utrzymuje się dziwnie długo. Nie świadczyło to dobrze, przynajmniej dla mnie. Co właściwie mogłabym zrobić, by uodpornić się na ciepły klimat? Kiedyś o uszy obiła mi się nazwa eliksiru który pozwalał odmienić swój wygląd (co mogło odnosić się też do długości futra), ale raczej nie zdecydowałabym się na tak drastyczny krok. Najprościej byłoby przyciąć futro, a ściślej regularnie przycinać. To można przemyśleć.

Co jeszcze miało wiązać się z dotarciem na miejsce? Przez cały czas trwania podróży dość rzadko widywałam się z Arkanem. Dlaczego tak było dowiedziałam się dopiero po paru tygodniach w drodze. Wyvern wolał co prawda unikać jakiejkolwiek konfrontacji ze swoim starym środowiskiem, ale zrobił jeden wyjątek - Inlustris. Oboje, pomimo niemal dojrzałego już wieku, byli zabawnie niewielcy przy reszcie smoków (z wyłączeniem rodziców Inlu) i czasami mam wrażenie, że to właśnie dzięki temu znaleźli wspólny język. Pytanie brzmi, co zdecyduje zrobić Arkan gdy przyjdzie im się rozstać? Jeśli zapragnąłby odejść, nie broniłabym mu tego, ale nie byłabym w stanie ukryć, że wolałabym gdyby tego nie zrobił...

Z chmury niezbyt radosnych myśli wyrwało mnie to, że za ostatnim zakrętem nie ukazała się skarpa, a górskie jezioro. Czysty, ciemny akwen, ze wszystkich stron otoczony przez potężne wzniesienia. Od jego brzegów odbiegała przeplatana gdzieniegdzie drobnym kwieciem, niska trawa. Darnina jak zielone macki wspinała się po zboczach, coraz bardziej niknąc w zasypie szarych skał. Sama tafla jarzyła się ostatnimi promieniami słońca, niknącego już za masywem granitowych skał. Rdzawe przebłyski na ciemnoniebieskim zwierciadle wyglądały jak płomienie na tle nocnego nieba...
Zaintrygowana tym widokiem na chwilę zapomniałam o tym, że zgubiłam drogę i zbiegłam ku wodzie. Korciło mnie, by skosztować trochę tego małego cudu, ale zaniechałam tego. Co prawda wyglądała na niemożliwie wręcz czystą, ale wolałam nie kusić losu. Tego tylko brakowało, bym pochorowała się po samowolnej wyprawie. Przejechałam łapą po przejrzystej powierzchni. W dodatku przyjemnie chłodna... Dno wyściełały drobne, gładkie kamyczki, które rozgarnęłam szybko zygzakowatym ruchem. Pod opuszkami poczułam coś większego, o nierównej fakturze. W ostrym, słonecznym promieniu zalśniło ogniście na brzegach. Odkopałam przedmiot, którym okazała się grudka jakiegoś metalu. Po chwili znalazłam jeszcze dwie kolejne. Miały charakterystyczną barwę, praktycznie niemożliwą do pomylenia. Nie wiem skąd mogło się tu wziąć, ale wygląda na to, że trafiłam na srebro. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch, natychmiast zwróciłam się w tamtą stronę. Ku mojemu zdumieniu na przeciwległym brzegu stał ten sam biały rogacz, za którym zapędziłam się w to miejsce. Obwąchiwał coś zawzięcie, ale gdy tylko mnie dostrzegł, uciekł. Pogoń nie miała już najmniejszego sensu. Szybko zniknął na końcu tylko sobie znanej ścieżki.
Wiedziona rozbudzoną już ciekawością, poszłam zobaczyć co tak zainteresowało koziołka. Owalny przedmiot okazał się koszem, wyściełanym nadpalonym na brzegach kocem o sinoniebieskiej barwie. Pomiędzy ściankę kobiałki, a kłębowisko pledu wciśnięto pomięty papier. Zarówno koc, jak i łubianka nosiły na sobie kilka zapachów, jeden w miarę świeży, a pozostałe niemal niewyczuwalne. I nic więcej. Dziwne znalezisko, jakby ktoś to tutaj zgubił...
Koc się poruszył. Coś spod niego zakwiliło cicho.
Drgnęłam, gotowa odsunąć się o krok. Popiskiwanie powtórzyło się, przeciągłe i cichutkie. Ostrożnie powęszyłam nad koszem, a gdy trąciłam nosem koc, coś pod nim poruszyło się nerwowo i znowu zapłakało. Zawahałam się, dla pewności rozejrzałam się jeszcze za ewentualnym właścicielem. W okolicy żywej duszy. Delikatnie schwyciłam zębami materiał i uniosłam go.
W wyściełanej kobiałce leżało szare, co najwyżej dwutygodniowe szczenię. Waderka kręciła się niespokojnie, próbowała unieść na zdecydowanie za słabych na to łapkach. Co ona tu robi? Nie odrywając od niej wzroku, sięgnęłam po kartkę. Dalej niezaschniętą farbą niezgrabnie napisano niezrozumiałe dla mnie słowo - Sileenthar.
Ktoś zostawił tu małą Sileenthar. Może chciał, by ktoś od nas ją odnalazł? Przed oczami stanęło mi naraz wiele scenariuszy, jak mogło do tego dojść, a już parę pierwszych ścisnęło mi serce. Przemieniłam się w człowieka i podniosłam koszyk. Jedyna świeża woń, którą nosiła na sobie kobiałka, należała do waderki. Wcisnęłam papier na swoje miejsce, wpatrując się w zrozpaczonego malucha. Głucha, ślepa i całkiem sama pośrodku niczego. Jak długo mogła tu leżeć?
Zabrałam ją ze sobą. Bo co innego mogłam zrobić?
Uwagi: brak.

piątek, 4 października 2019

Od Crane'a „Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie” cz. 3


Listopad 2024
Biegłem przed siebie. Przed oczami przewijały mi się sceny sprzed parunastu minut. Naszyjnik Prawdy, moje wyznania, reakcja Edel, Redian i na końcu to słowo: „Odejdźcie”.
Złapała mnie autentyczna zadyszka. Ściśnięte z emocji gardło nie ułatwiało nabierania powietrza podczas biegu. Ja jednak nie chciałem się zatrzymać. Niestety wkrótce moje ciało samo znalazło wyjście, by świadome decyzje nie wyczerpywały możliwości organizmu. Mianowicie; podwinęła mi się łapa. Zaryłem pyskiem w ziemię, przeturlałem i uderzyłem w pień powalonego drzewa.
Nie poczułem nic; w końcu na mojej szyi dalej wisiał Medalion Nieśmiertelności. Czemu, czemu te przedmioty nie znieczulają także na ból niefizyczny? 
Leżałem tak parę dobrych minut. Tymczasem w moim wnętrzu kotłował się wir straszliwych emocji. Od wściekłości na tamtego parszywego kota, po rozdzierający żal odnośnie mojego postępowania wobec Edel. Skrzywdziłem ją. Z własnej, nieprzymuszonej woli. To była MOJA świadoma decyzja. E mówiła, że nie potrafi mnie znienawidzić... więc teraz ja robię to za nią. 
Wstałem i ruszyłem dalej przed siebie. Z jakiegoś powodu nogi miałem teraz słabe, oddech płytki. Ciężko było mi nawet utrzymać głowę w górze. Po jakimś czasie dotarłem na skraj młodego lasu. Za drzewami majaczyła jakaś inna sceneria; nie pola, nie łąki. Wyminąłem ostatnie pnie i stanąłem naprzeciwko przepaści.
Podszedłem bliżej jej krawędzi. Na samym dnie tej drogi w dół połyskiwało srebrne pasmo rzeki. Wbiłem pazury w ziemię i naśladując niektóre drzewa, wychyliłem się jeszcze bardziej. Wypatrzyłem ostre skały centralnie pode mną. Chwilę się w nie wpatrywałem, ale potem, postawiłem kilka kroków w tył.
– Cześć Crane! – usłyszałem nagle.
Zastygłem w miejscu i odwróciłem powoli głowę w kierunku, z którego, jak sądziłem, dobiegał głos. Dostrzegłem pośród drzew uśmiechniętą Lind. Kiedy znalazła się bliżej, ten wesoły wyraz zniknął z jej pyszczka. Od razu zauważyła, że nie witam jej swoją pogodną miną.
–  Co się stało?  – spytała, wyraźnie zmartwiona.  – Wyglądasz, jakbyś...  – Nawet nie dokończyła myśli.
Nie próbowałem poruszyć kącików ust; wiedziałem, że to mi się nie uda. Pierwszy raz od dawien dawna pozwoliłem, żeby na moim pysku widniała rozpacz. Po tym, do czego dzisiaj dopuściłem, udawanie tego samego, uśmiechniętego przyjaciela, nie miało już sensu. To, co było najważniejsze... być może już straciłem.
Biała wadera dostrzegła, że jak na razie nie zabieram się do udzielenia odpowiedzi na jej pytanie. Usiadła więc naprzeciwko mnie i spróbowała zgadnąć, o co chodzi:
– Ma to związek z Edel, prawda?
Trafiła w samo sedno. Pokiwałem powoli głową. Lind przyszła podobnie jak ja, z obozowiska, więc raczej nie podejrzewała, że chodzi mi teraz o zdrowie E. Ta kwestia pozostawała bez zmian. 
Lind rozejrzała się po okolicy, zerknęła na urwisko, następnie wróciła wzrokiem na mnie. Tymczasem ja zastanawiałem się, co tu jeszcze robi. Już mniej więcej wie, jest grane. Jaki ma jeszcze interes tutaj ze mną siedzieć?
–  Pokłóciliście się, tak?
Nie miałem bladego pojęcia, jak ubrać sytuację w słowa. Oraz... czy w ogóle chciałem ją ubrać w słowa. Przecież to i tak bezcelowe.
– Może będzie ci lepiej, jeśli o tym porozmawiamy...  – mruknęła Lind.
Jakoś dotychczas radziłem sobie bez tego. Chociaż w sumie... To nie jest tak, że mogę teraz zająć się czymkolwiek innym. Tak czy inaczej, będę myślał o tej sprawie. Nie ucieknę od tych rozważań. Zbyt mocno skrzywdziłem E, by po prostu o tym zapomnieć.
–  Nie pokłóciliśmy się... Znaczy... - Zgrzytnąłem zębami. - Skrzywdziłem ją. Nie fizycznie, ale mocno – powiedziałem.
Parę dni temu nie powiedziałbym nikomu otwarcie, co zajmuje moje myśli. Teraz jednak byłem przekonany, że nieważne, co zrobię, nie będzie już gorzej. Moja sytuacja sięgnęła dna. Czy powiem cokolwiek Lind, czy nie... nic się nie zmieni.
– I co było dalej?  – kontynuowała wadera.
– Błagałem ją o wybaczenie...  – Usiadłem na ziemi.  – Ale ona tylko kazała mi... odejść – wymamrotałem.
– A... rozumiem – odparła Lind.  – Czyli uznała, że potrzebuje chwili samotności – Tu wilczyca zrobiła krótką pauzę.  – Nie martw się, Crane. Podobno w każdej relacji zdarzają się trudne sytuacje. Z tego co mi wiadomo, to zupełnie normalne.
–  Mówisz?  – mruknąłem, przyglądając się wyblakłej trawie. Nie gadała kompletnie bez sensu, aczkolwiek jej słowa raczej nie miały zastosowania w mojej sytuacji.
– Musisz dać jej i sobie trochę czasu. Na pewno jeszcze dojdziecie do porozumienia – oznajmiła wilczyca.
Nie zareagowałem w żaden sposób. Zapragnąłem tylko po cichu, by miała rację. Lind przykucnęła, by spojrzeć mi prosto w oczy.
– Kochasz ją, prawda?  – spytała.
–  Tak – odparłem szczerze, o ile faktycznie wiem, czym jest miłość.
– Więc na pewno wszystko się ułoży.
Jej wnioski brzmiały aż nazbyt optymistycznie. Jednak z drugiej strony, jeśli się ich nie chwycę, równie dobrze mógłbym być już martwy. Powoli podniosłem głowę. Lind zrobiła to samo i posłała mi pokrzepiający uśmiech.
– Chcesz się przejść, Crane? Możemy iść poszukać jakiejś zwierzyny – zaproponowała.
– Nie, dzięki... Nie mam siły iść dalej.

Uwagi: brak.