piątek, 10 lipca 2020

Od Gavriela "Czas pożegnań" cz. 2

Sierpień 2026 r.
– Abraham był ojcem... Izaaka... Jakuba – urwał – Nie, coś mi uciekło. Ojcem Izaaka, Izaak ojcem Jakuba. Tak. Ojcem i jego braci... nie, znowu źle. To nie ma sensu.
– Jakub ojcem Judy i jego braci – poprawił go Patrick.
– Mogę pominąć resztę tego akapitu? – zapytał błagalnie Gavriel.
– Jeśli tak ci będzie wygodniej... Masz po prostu przypomnieć sobie literki.
– Dawid był ojcem Salomona... A matką była żon... żona Ur... Ur... Uriasza. Tutaj znowu są imiona, Patrick – oświadczył Gavriel zawiedziony.
– Hm... Powiem ci szczerze, że Stary Testament jest znacznie ciekawszy.
– Stary Testament?
– Pierwszy tom.
– To nie powinno się czytać od pierwszego...? – zainteresował się Gavriel.
– Drugi ma więcej fanów – Patrick wzruszył ramionami – W pierwszym są głównie proroctwa. Na ogół jest trudniejszy, mniej bezpośredni i nierównomierny stylistycznie. Czytałem go dawno temu. Chyba jeszcze przed doktoratem.
– Kiedy miałeś doktorat?
– Gdybym wiedział, ile mam lat, to bym ci powiedział – Trick uśmiechnął się pod nosem – Ale podejrzewam, że około dwadzieścia pięć lat temu.
– To dużo?
– Dłużej, niż żyją wilki.
Gavriel był zaskoczony tą informacją. Nigdy nie myślał nad tym, ile właściwie lat miał Patrick. Wiedział jedynie, że dużo, bo jest wilkołakiem, a nie magicznym wilkiem. I że z tego powodu wychował się wśród ludzi, a nie wilków.
– I jakim cudem pamiętasz co tam było?
– Mam dobrą pamięć. Czytaj dalej.
Gavriel czytał dalej. Im dalej brnął, tym bardziej opadała mu głowa. Nim skończył czytać całe drzewo genealogiczne, zapomniał już, czyje ono było, a Patrick odstawił pustą butelkę. Teraz już tylko milcząco wpatrywał się w niebo, w jednej ręce trzymając kulę światła, a drugą opierając się o skrzynię. Od czasu do czasu podpowiadał Gavrielowi. Wprawiało to w chłopaka w dyskomfort, bo w ten sposób uświadamiał sobie, że Patrick najwyraźniej znał całą Biblię na pamięć. Lub przynajmniej jej początek.
– Ta książka jest dziwna – stwierdził Gavriel, kończywszy czytać o narodzinach Jezusa.
– Trochę jest.
– I... dobrze rozumiem, że to jakaś inna wiara?
– Tak.
– Ktoś w coś takiego wierzy?
– Każda religia jest na swój sposób dziwna. Te absurdy zauważa się dopiero, kiedy ma z nimi do czynienia ktoś, kto słyszy o nich po raz pierwszy. Tak samo czułem się, kiedy ktoś mi opowiedział o tym całym Shin... nie wiem co dalej. Cholera, za trudne te nazwy – stwierdził, szukając czegoś po kieszeniach. Zapewne paczki papierosów.
– I co się stało, że w niego uwierzyłeś?
– Zobaczyłem walkę tych waszych bóstw na żywo.
– C-co? – wykrztusił Gavriel zszokowany.
– Nic. Nie ma czego opowiadać. Nieważne – mruknął, zapalając papierosa. Gavriel patrzył na niego uważnie.
– Mi też dasz?
– Jesteś za mały.
– Jeszcze tylko pół roku.
– Jak na ciebie to dużo...
– A dla ciebie?
Patrick wypuścił obłok szarego dymu z ust.
– Taki argument nie działa.
– A jak przylecę za rok?
– Może – odparł po chwili wahania Patrick – O ile się spotkamy.
– Czemu mielibyśmy się nie spotkać? – Gavriel zmarszczył brwi.
– Nieważne. Powinniśmy się już zbierać, bo schodzenie po tych schodach zajmuje ci pół dnia.
Gavriel zmrużył oczy obrażony.
– Możemy spać tutaj.
– Zawieje cię – oświadczył Patrick. Jakby na potwierdzenie swoich słów, zarzucił na ramiona Gavriela swoją kurtkę i wstał z podłogi. Wziął puste butelki i skierował się do klapy prowadzącej do schodów.
– Idziesz?
– Ech... no dobrze – westchnął Gavriel – Gdzie będę nocować?
– Gdzie chcesz – oznajmił Patrick, schodząc po schodach. Ta informacja nieznacznie poprawiła nastrój Gavriela.

Zdobyto: 6 czerwonych⎹ 2 pomarańczowych⎹ 11 zielonych⎹ 30 niebieskich⎹ 19 granatowych⎹ 9 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 1

Listopad 2025
Gdybym wiedziała, że Morgana tak zainteresują dawne tereny watahy, poruszyłabym ten temat wcześniej. Zaczęliśmy o nich rozmawiać przypadkiem. Najpierw mój podopieczny spytał o smoki, więc oczywiście wspomniałam o tym, jak pomogły nam w przeprowadzce. Rozwijając zagadnienie, zaczęłam opowiadać o rozległych terytoriach Watahy Magicznych Wilków i jak bardzo różniły się od naszego nowego domu.
Opisałam Morganowi nasze góry, zielone polany i lasy pełne niepodobnych do palm drzew. Szczeniak nie był w stanie wyrazić swojego zachwytu tymi opowieściami. Zaczął wypytywać też o stwory zamieszkujące dawne tereny stada.
– Słyszałem, jak jakiś starszy wilk mówił kiedyś coś o... gry... gry...harfach? – Morgan spróbował przytoczyć obco brzmiącą nazwę. Uśmiechnęłam się, rozbawiona tym zlepkiem wyrazów.
– Chodziło o gry-fy – poprawiłam go.
– Gry... fy... – powtórzył powoli Morgan. – Jak one wyglądały?
– To pół ptaki, pół wielkie koty... – uniknęłam użycia słowa "lew"; mój podopieczny zapewne nie wiedział, co to oznacza. Muszę go jeszcze doedukować w kwestii niemagicznych zwierząt z różnych części świata.
– Były groźne? – przestraszył się szczeniak.
– To zależy na jakiego się trafi... 
– Ojej, to jak sobie radziliście, mamo?
– Z naszymi mocami byliśmy od nich silniejsi – Uśmiechnęłam się szeroko. – Zwłaszcza w grupie. W końcu wilki trzymają się razem – powtórzyłam zasłyszany kiedyś frazes. Pasował do pojęcia watahy.
– Łał... – szepnął maluch.
– Masz jeszcze jakieś pytania co do dawnych terenów watahy? 
– A co tam jedliście? Były tam kokosy?
– Nie – odparłam, ale po chwili zaczęłam mieć wątpliwości, czy dobrze mówię. Do dziś nie wiem, czy zwiedziłam całe terytorium stada. Chyba nie mieliśmy tam palm... Ale mieliśmy dwie plaże...
– A żółwie? Kraby? – wypytywał szczeniak.
– Nie, też nie – powiedziałam już pewniej.
– To na co polowaliście..?
– Głównie na sarny, jelenie i zające – Dostrzegłam skołowanie na pyszczku Morgana. Zapomniałam, że tych nazw również nie znał. Nie sądziłam, że będę kiedyś wyjaśniać swojemu podopiecznemu rzeczy, które dla mnie były tak oczywiste. – Tata nie opowiadał ci o nich?
– Nie – westchnął Morgan. – Dziwne te nazwy. Jak wyglądały te stwory?
– Sarny i jelenie są bardzo do siebie podobne. Mają cztery długie nogi, krótką, brązową sierść i długą szyję. Ich nogi kończyły kopytka; wyglądały jak dwa grube pazury. Pomagało im to podczas biegu.
– Miały ostre zęby?
– Nie – Pokręciłam głową. – Te zwierzęta jadły liście i trawę.
– Tak po prostu? Fuj! – Morgan skrzywił się.
– Dla nas fuj, ale nie dla nich. Żółwie też nie jedzą tego co my, prawda?
– Chyba tak.
Wtem w mojej głowie zawitał wspaniały pomysł. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
– Chciałbyś może spróbować mięsa sarny?
– Masz tutaj sarnę, mamo? – Morgan otworzył szeroko oczka.
– Moglibyśmy pożyczyć od twojego taty naszyjnik, który może wyczarować kawałek sarny.
– Tak, tak! Chcę! – zapiszczał Morgan i zerwał się na równe nogi.
– No to chodźmy.
Też wstałam i ruszyłam w kierunku miejsca, gdzie Crane składował swoje manatki. Trzymał wszystko w jednym z koszy, do których kiedyś spakowaliśmy bagaż na podróż. Nie wszyscy członkowie watahy mieli jakikolwiek dobytek, więc kto chciał, mógł teraz wykorzystywać kosze do własnych celów. To jest, jeśli nie były wypełnione uratowanymi z powodzi książkami. 
Już po chwili byliśmy na miejscu. Otworzyłam plecione pudło i zaczęłam przeszukiwać rzeczy Crane'a. Pewnie podchodziłabym do sprawy inaczej, gdybym chciała wyczarować coś dla siebie. Tym razem chodziło o Morgana; jemu Crane na pewno nie żałowałby użycia Naszyjnika. To jest, gdyby miał dość wyobraźni, by sam wymyślić taką atrakcję dla swojego synka.
Na wierzchu leżały jakieś deski; prawdopodobnie podczas podróży znajdowały się na dnie kosza i zmieniły położenie przy przekładaniu manatków Crane'a. Przeniosłam drewno na piasek, żeby nie przeszkadzało mi w dalszych poszukiwaniach. Znalazłam w koszu jeszcze odłamki jakiś drogich kamieni, a także dwie Smocze Róże. Ostrożnie przełożyłam kwiaty na bok, nadal rozglądając się za Naszyjnikiem. Dostrzegłam rzemyki i łańcuszki innych wisiorków. Odgarnęłam nic nie warte medaliony na bok, odkrywając szczelnie zakręconą butelkę. Ten przedmiot również przełożyłam na piasek. Dostrzegłam wtedy, że naczynie było wypełnione po brzegi wodą albo przynajmniej czymś podobnym do wody. Ciekawe... Podniosłam głowę, by nie zasłaniać samej sobie słońca. Nie było oczywiście żadnej etykietki; Crane także nie potrafił czytać.
– Mamo, co z tym naszyjnikiem? – dopytywał Morgan.
– Daj mi chwilę, kochanie – odparłam.
Zdecydowałam, że później będę dociekać, co jest w tej butelce; teraz ważniejsze było wyczarowanie sarniny.
Wreszcie znalazłam interesujący mnie Naszyjnik Pożywienia; leżał na samym dnie kosza. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że te wszystkie rzeczy były przekładane z jednego pojemnika w drugi. Wyjęłam połyskujący w słońcu wisiorek i założyłam na szyję.
– Sarnie mięso proszę – oznajmiłam.
Ta komenda nie była potrzebna; chciałam, żeby Morgan wiedział, że nie musi już długo czekać na obiecany przysmak.
Po chwili przed nami pojawił się kawał mięsa. Szczeniak cicho pisnął przez zaskoczenie. Jednak po sekundzie strach zastąpił zachwyt.
– Łał... To to mięso?
– Tak jest. Smacznego – zdjęłam Naszyjnik i odłożyłam na miejsce.
Morgan zaczął zajadać się wyczarowanym kąskiem. Był zachwycony smakiem, ale napotkał inny problem:
– Uch, ciężko to gryźć! Gorzej niż z kokosem!
– Musisz złapać w zęby mały kawałek i szarpnąć – poinstruowałam. Moja Babcia powiedziała mi to samo, kiedy po raz pierwszy miałam styczność z surowym mięsem.
Morgan spróbował nowej techniki. Po kilku próbach kęs wreszcie został w jego pyszczku. Wtedy pomyślałam, że może powinnam była wyczarować tę sarninę na jakimś głazie; spód mięsa był już cały obklejony piaskiem. Postanowiłam jednak na razie nie mówić o niczym głośno; Morgan pewnie nawet nie dotrze do tych części. Nie było opcji, by zjadł wszystko sam.
Zajęłam się odkładaniem rzeczy Crane'a na miejsce. Wrzuciłam do kosza deski, ale nie zrobiłam tego samego z butelką. Nadal zżerała mnie ciekawość odnośnie jej zawartości. To nie mogła być zwyczajna woda. Chyba że Crane postanowił zabrać ze sobą coś na wypadek rozbicia się jego smoka na pustyni.
Wtedy przypomniałam sobie, że najwięcej słoików, buteleczek i tym podobnych można było znaleźć w Szpitalu. Może Crane ukradł coś stamtąd? Chyba że to nie był niewinny lek, a jakiś eliksir o magicznych właściwościach. W... pewnym królestwie, które odwiedziliśmy, nietrudno było kupić eliksiry. To znalezisko z kosza coraz mniej mi się podobało.
– Mamo... – odezwał się Morgan, wyrywając mnie z zadumy.
– Słucham cię – spojrzałam na mojego podopiecznego.
– Najadłem się.
Zerknęłam w stronę kawałka mięsa. Maluch nie zjadł aż tak dużo, nawet jak na swój rozmiar.
– I jak, smakowało?
– Bardzo – odparł. – Chcę częściej jeść sarnę.
– Może następnym razem spróbujesz czegoś innego? Na przykład zająca?
– Jak to wygląda?
Opisałam więc i tego zwierzaka. Morgan był pod jeszcze większym wrażeniem. Znów spytał o dietę omawianego stworzenia i znów średnio mu się ona podobała.
– Ważne, że sam zając smakuje wyśmienicie – podsumowałam.
– Co będzie z resztą sarny? – spytał Morgan, przypomniawszy sobie, że nie zjadł wszystkiego. – Trzeba będzie wyrzucić?
– Ja to później dokończę, bardzo lubię sarnę.
– A jak ty też nie dasz rady? – zmartwił się szczeniak.
– To... oddam odmieńcom do ich wabików na muchy.
Szczerze liczyłam, że moi towarzysze szybciej skończą z tym pomysłem. Jednak ich plan był zbyt efektywny. Gdyby zawsze dodawali do mieszanki to samo dałabym radę przyzwyczaić się do tego smrodu. Niestety przepis był losowy, za każdym razem inny. Mieszali tam wszystko, co znaleźli. Gdyby morze wyrzuciło zdechłego żółwia pewnie z nikim by się nie podzielili.
W polu widzenia zjawił się Crane. Już z daleka zwrócił uwagę na wyciągniętą z kosza butelkę. Pewnie przyczyniło się do tego odbijane przez szkło światło. Podszedł do nas spokojnie, ale jego wzrok wciąż wracał na wspomniany przedmiot. Otworzył pysk, ale uciszyłam go ruchem łapy. Skinęłam głową na Morgana, który już radośnie tulił się do swojego taty. Crane nie wyglądał na pocieszonego faktem, że nie chcę niczego omawiać przy szczeniaku. Więc faktycznie miał jeszcze coś do ukrycia i bał się mojej reakcji.
Już myślałam, że będzie trzeba przełożyć tę rozmowę, ale wtedy dostrzegłam Asgrima i Torance ze swoimi maluchami. Okoliczności mi sprzyjały. Powiedziałam do naszego podopiecznego:
– Morgan, idź pobawić się z Yngvi i Yvarem.
– Ale Yvar...
– Nic ci nie powie, skoro są tu jego rodzice – Skinęłam głową w ich kierunku. – O, patrz, Vi macha do ciebie.
Morgan spojrzał bez przekonania w moim kierunku, potem znów na kolegów z zajęć. Westchnęłam.
– Muszę porozmawiać z tatą.
– Okej... – Morgan wreszcie odsunął się od nas i posłusznie dołączył do wspomnianych wilków.
Spojrzałam na Crane'a. Ku mojemu zdziwieniu to on zaczął rozmowę:
– Czemu grzebałaś w moich rzeczach?
– Chciałam wyczarować Morganowi kawałek sarniny – Trąciłam łapą niedokończony kawałek mięsa.
Crane spojrzał badawczo na dowód moich słów.
– Nie sądzisz, że powinnaś spytać mnie o zgodę?
– Bo co, masz coś do ukrycia? – rzuciłam wyzywająco.
Wilk potarł pysk.
– Bo tak wypada. To moje rzeczy.
– Uznałam, że swojemu synkowi nie żałowałbyś Naszyjnika... Nie mam racji? – Podniosłam brew.
– Nie o to chodzi – odparł Crane.
– Chodzi ci o tę butelkę – skwitowałam.
– Co? Co z butelką?
– Co w niej jest? – przeszłam do sedna sprawy.
– Zwykła woda.
Wilk postawił krok w stronę butelki, by ją podnieść. Uprzedziłam go, używając mocy wichru.
– Zwykła woda? – Złapałam wspomniany przedmiot w łapy. – Więc pewnie nie będzie ci szkoda, jeśli ją wyleję – odkręciłam korek. Powąchałam zawartość naczynia, ale niczego się w ten sposób nie dowiedziałam.
Crane zesztywniał. Postawił krok w tył.
– Zakręć to – rozkazał jeszcze poważniejszym tonem. W jego oczach mignął niepokój.
– Ale czemu? W końcu to zwykła woda – Pokręciłam butelką na boki. Przezroczysta ciecz raz po raz podchodziła do końca szyjki.
– Lepiej uważaj – rzucił Crane z jeszcze większym naciskiem. – Zakręć to!
– Bo co?
– To... to woda z Jeziora Zapomnienia – szepnął tak cicho, że nawet ja ledwo zrozumiałam ostatnie słowa.
Jeziora Zapomnienia? TEGO JEZIORA ZAPOMNIENIA?!
Prawie upuściłam butelkę. Z przestrachem sprawdziłam, czy aby na pewno nic nie spłynęło na moje łapy. Powoli i bardzo, bardzo ostrożnie odstawiłam butelkę na piasek. Używając mocy wiatru zakręciłam ją z powrotem; najmocniej jak mogłam.
– P... po co ci to? – wydukałam. Po chwili mój strach przerodził się w złość. – Po co ci to?!
– Ja... myślałem, że się przyda – szepnął.
– Przyda?! – warknęłam.
– Ciszej, Lind... Proszę, ciszej...
– Do czego miało ci się to przydać? – wycedziłam, podświadomie spełniając prośbę wilka. – Chciałeś odurzyć tym Edel, jak już poznała prawdę o tobie?
Crane otworzył pysk.
– Ja... Lind, nie mów tak! Ja nigdy...
Chciałam mu przerwać, ale wtedy wrócił do nas Morgan. Natychmiast ukryłam kły.
– Tato... mamo... bo ciocia i wujek... – zaczął swój temat, ale zawahał się. Chyba słyszał krzyki. Spoglądał raz na mnie, raz na Crane'a zaniepokojony.
– Co ciocia i wujek? – spytał Właściciel Pamiątek z Dawnych Terenów. Nie dawał po sobie nic poznać.
– Bo oni... mówili, że wróciły te ładne ptaki z lasu... i idą je oglądać... Możemy iść?
– Tak, oczywiście – odparł Crane. – Pójdę z tobą.
– A mama? – spytał Morgan.
– Mama ma za chwilę patrol, pamiętasz?
Maluch westchnął ciężko.
– Porozmawiamy później – mruknęłam do starszego wilka. Ze względu na naszego szczeniaka z całych sił starałam się brzmieć neutralnie. Powrót Morgana i mój patrol uratowały Crane'a; przynajmniej na razie.
– Papa, mamo!
Odchodząc, usłyszałam, jak szczeniak pytał swojego tatę, dlaczego się kłócimy. Wyłapałam również odpowiedź:
– Wyjaśnię ci to, jak będziesz starszy.
***
Patrol skończył się znacznie później, niż planowano. Pod wieczór Delmor podniósł alarm; powiadomił nas o wtargnięciu obcych wilków na nasz teren. W ten bałagan zaangażowano mnie, Charice i Eponine. Byłam pewna, że ta ostatnia poradziłaby sobie ze wszystkim sama, ale oczywiście Delmor musiał wszystko utrudnić; odmówił opuszczenia okolicy i Eponine nie mogła użyć swojego talentu. Tak więc, ganianie po okolicy potrwało do nocy.
Kiedy wreszcie złapaliśmy intruzów, okazało się, że byli to członkowie Watahy Czarnego Kruka. Za pomocą magii tymczasowo zmienili swój wygląd żeby poudawać szpiegów. Chcieli znaleźć jakiś nowy sposób na zabicie czasu. Szkoda, że jednocześnie zmarnowali nasz cenny czas. Na szczęście nie ja musiałam ich potem odprowadzać.
Wreszcie zakończywszy wykonywanie swoich obowiązków, poszłam do Crane'a i Morgana. Znalazłam ich tam, gdzie zwykle. Szczeniak już smacznie spał, ale jego rodzic zachował czujność. Oczywiście niezbyt cieszył się na mój widok. Jednak na jego szczęście nie byłam już zła; górowało nade mną zmęczenie. Przysiadłam obok i zaczęłam:
– Spokojnie, nie będę już krzyczeć. 
Wilk westchnął ciężko.
– Więc? Co z tą wodą? – wróciłam do wcześniejszego tematu.
– Nie użyłem jej na E.
– Och, ulga – mruknęłam ironicznie.
– Wolałem posłuchać twojej porady.
– Co? – Podniosłam uszy. – Jakiej mojej porady?
– Tam nad klifem... Powiedziałaś mi, że muszę dać sobie i jej trochę czasu. Powiedziałaś, że wszystko się ułoży.
Zamrugałam oczami. "Nad klifem"? Kiedy to było? Chodzi o ten klif na starych terenach, czy... Nie, nie pamiętam nic z tego.
A jeśli Crane użył tej wody na mnie i usunęło to część moich wspomnień?!
Spojrzałam na siedzącego nieopodal wilka. Wpatrywał się w moją osobę, ale tym razem na jego pysku widniało skupienie. Wtedy przypomniałam sobie, że Crane nie miał żywiołów wpływających na otoczenie. Czy jego moce nie były związane z... umysłem?!
Zerwałam się z miejsca. Złapałam basiora wiatrem i odciągnęłam od Morgana. Otoczyłam nas barierą, która wytłumiała większość dźwięku.
– Argh! Co ty robisz?!
– Wyłaź z mojej głowy albo pójdę z tą twoją wodą do Alf! – zagroziłam.
– Nie, Lind, nie! Ja nie... Wyciągasz pochopne wnioski!
Puściłam go.
– To powiedz mi wreszcie o co ci chodzi, zamiast kombinować z żywiołem!
– Nie zajrzałem do twojej głowy... znaczy... nie w ten sposób – Crane podniósł się z ziemi
Zmrużyłam oczy, oczekując dalszych wyjaśnień.
– Poczułem, że się wystraszyłaś... Wyczuwam strach. Chciałem wiedzieć, co go wywołało.
Poczułam się głupio. Zaczęłam szukać usprawiedliwienia w tym, że nie mogę ufać Crane'owi, że pewnie jest on niebezpieczny, ale nie umiałam przekonać samej siebie. Nadal czułam, że zrobiłam dramat z byle czego; wyjaśnienie wilka brzmiało szczerze. Do tego nigdy mnie nie skrzywdził. Nie fizycznie.
Uch, jak bardzo chciałabym mieć absolutną pewność, że tym razem mogę mu zaufać.
– Ostatecznie nie użyłem wody z tej butelki na nikim – wyznał Crane.
Więc bardzo dokładnie odczytał, czego się obawiałam.
– To wszystko? – spytałam, spuszczając wzrok.
– Tak właściwie to nie... – mruknął Crane. – Ale obiecaj, że nie pójdziesz z niczym do Alf. To wszystko było dawno, zanim poznałem Edel... kiedy bardziej martwiłem się o to, że inne wilki są dla mnie wyłącznie zagrożeniem.
Nie podobał mi się ten wstęp.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 250 czerwonych⎹ 277 pomarańczowych⎹ 180 zielonych⎹ 288 niebieskich⎹ 203 granatowych⎹ 227 fioletowych⎹ 96 różowych odłamków

czwartek, 9 lipca 2020

Od Morgana "Przeczytam ci bajkę" cz. 2

<< Poprzednia część <<

Koniec stycznia 2026
– Jak zapewne pamiętacie, ostatnio rozmawialiśmy o legendach dotyczących powstania ras magicznych wilków. Dzisiaj chciałbym powrócić do tego tematu i opowiedzieć wam o tym, w co wierzą nasi znajomi z Białego Królestwa – zaczął pan Kai, kiedy wymieniliśmy powitania i jasnym stało się, że, jak zwykle, nikt inny już nie przyjdzie.
– Znamy kogoś z Białego Królestwa? – zapytałem, mrużąc oczy i zerkając w stronę wilków, które siedziały kawałek z nas.
– Em... Nie, wy raczej nie. Ale wasi rodzice z pewnością tak. Jak zapewne wiecie, każdego lata ochotnicy mogą odwiedzić Białe Miasto, a nim przybyliśmy na te tereny, spędziliśmy tam kilka miesięcy.
– Ja nie wiedziałem.
Yvar prychnął, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Ucieszyło mnie to; nie lubiłem, kiedy mnie obrażał. Chociaż miałem wrażenie, że ostatnio zdarzało się to odrobinę rzadziej. Z drugiej strony... To mogła być przecież tylko cisza przed burzą. Z nim nigdy nie było nic wiadomo.
Tymczasem pan Kai sięgnął po jedną z książek i otworzył ją na jakiejś stronie. Nachyliłem się w tamtym kierunku i spróbowałem w myślach przeczytać, co tam było napisane. Dotarłem do "legendy o", gdy ponownie rozległ się głos nauczyciela, skutecznie odciągając moje myśli od prób czytania.
– Głównym bogiem Białego Królestwa jest Shianuraoztanades.
– Że jak? Mógłby pan powtórzyć? – Chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem tyle emocji w głosie Yvara.
– Shianuraoztanades – powiedział pan Kai, po czym postanowił rozbić to na sylaby: – Shia-nu-ra-oz-ta-na-des.
– Jakim cudem jest pan to powiedzieć płynnie? – zapytał, a ja uznałem, że to najlepsze pytanie, jakie kiedykolwiek zadał.
– Kwestia wprawy, jak sądzę – Basior wzruszył ramionami i uśmiechnął się. – Wracając do tematu; Shianuraoztanades uznał, że da zwyczajnym wilkom magiczne zdolności. Szybko okazały się, że wilki stały się zbyt potężne, więc następnym razem obdarował je mniejszą mocą, a przy tym niecodziennym wyglądem. To właśnie tym pozwolił się rozwijać.
– Co się stało z tamtymi pierwszymi? – wtrąciłem.
– Nie wiadomo – odpowiedział nauczyciel. – Poza tym to tylko legenda. Nie wiemy, czy taka jest prawda. Pamiętajcie, o czym wam mówiłem; większość wielkich watah ma swoich bogów oraz wiarę. Niemożliwym jest stwierdzenie, kto ma rację.
Pokiwałem głową. Wróciła do mnie myśl z poprzednich zajęć, czemu nasza wataha nie ma żadnych bogów, do których byśmy się modlili. Nie to żeby mi to przeszkadzał; nie czułem zbytniej potrzeby wiary w coś silnego. Byłem po prostu ciekawy.
– Kilkanaście lat później powrócił i postanowił stworzyć dla wilków wielkie imperium – kontynuował Kai. – Wilki z całego świata zaczęły do niego przybywać, co wiązało się z poszerzeniem granic królestwa. Któregoś dnia Shianuraoztanades przepowiedział, że zbliża się poważny spór pomiędzy mieszkańcami Białego Królestwa.
– Czyli to królestwo to Białe Królestwo...
– To chyba było oczywiste – prychnął Yvar, a ja spojrzałem na niego spanikowany. Nie zdałem sobie sprawy, że powiedziałem to na głos!
– No... Tak – mruknąłem, ale moje słowa zginęły w opowieści pana Kai'ego. Nie była ona zbyt obszerna. Samiec powiedział, że na dokładne informacje jesteśmy jak na razie zbyt młodzi i powrócimy do tego w przyszłości, prawdopodobnie już na normalnych lekcjach. Było mi z tego powodu trochę żal, ale nie miałem zamiaru kłócić. Nauczyciel jednak wiedział najlepiej, co będzie dla nas najlepsze.

Po skończonej lekcji rozglądałem się za mamą. Miała po mnie przyjść i mieliśmy zacząć naukę. Nigdzie jej jednak nie widziałem, a czas mijał. Yvar wrócił do swoich rodziców i siostry już jakiś czas temu, a ja nadal siedziałem na piasku i czekałem. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając złote refleksy na powierzchni wody. Uśmiechnąłem się. Lubiłem zachody słońca. Wszystko wyglądało tak ślicznie w świetle, które wtedy panowało.
Nagle usłyszałem szum wiatru. Spojrzałem w tamtą stronę akurat kiedy mama wylądowała na ziemi, unosząc w ten sposób piasek. Kilka drobinek wpadło mi do oczu, na co parsknąłem niezadowolony i otarłem pyszczek łapką. Następnie otrzepałem się.
– Już jestem, już jestem – powiedziała na przywitanie.
– Mamo, gdzie byłaś?
– Tu i tam... – odparła, odgarniając swoją kolorową grzywkę na bok. – Ale już jestem.
Nie skomentowałem tego w żaden sposób. Po całym dniu nieszczególnie wiedziałem, w jaki sposób powinienem ułożyć pytanie, które chodziło mi po głowie. Nawet nie byłem pewien jego treści.
– Idziemy? – zapytałem zamiast tego. – Wiesz, mamo, dzisiaj rano uczyłem się trochę sam. I prawie dałem radę odczytać coś na historii, ale pan Kai od razu zaczął temat i nie doczytałem do końca...
– Naprawdę? Jestem z ciebie dumna – powiedziała z uśmiechem i ruszyła.
Wyszczerzyłem ząbki. Byłem bardzo szczęśliwy, że mama była ze mnie dumna. Szybko ją wyprzedziłem i zacząłem prowadzić w stronę, gdzie zwykle przesiadywali Ting i Baldor. Jednak kiedy tam dotarliśmy, mama nie mówiąc ani słowa do nich, chwyciła książkę i zaczęła mnie prowadzić dalej.
– Dziś pójdziemy gdzieś indziej – oznajmiła tylko.
Odmieńce wymieniły spojrzenia, ale nic nie powiedziały. Nie zdążyłem nawet z nimi pogadać, bo mama by mnie zostawiła. Szybko do niej dobiegłem, a moje łapki zaprotestowały. Były trochę obolałe.
– A dokąd?
– Kawałek dalej – Kiwnęła głową gdzieś przed siebie.
– Czemu nie zostaniemy tam gdzie zwykle?
– Dziś lepiej zostawić odmieńce w spokoju...
Przekrzywiłem główkę. Nic z tego nie rozumiałem!
– Coś się stało? Pokłócili się w czasie gry w karty? – Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Co takiego mogło się stać, że musieliśmy ich dzisiaj unikać?
– Ja się z nimi pokłóciłam... – mruknęła mama. Zatrzymałem się w pół kroku i spojrzałem na nią zdezorientowany. Co jak co, ale takiej odpowiedzi to się w ogóle nie spodziewałem. – Ale pewnie niedługo się pogodzimy – dodała.
Nie poruszyłem się. Liczyłem, że jeśli będę tak tu stać, to mama powie mi coś więcej. Jednak ona zamiast tego zapytała:
– Chcesz się uczyć tutaj...?
– Nie... Nie wiem – mruknąłem po chwili milczenia, kiedy to próbowałem zebrać myśli. – Stało się coś? Mamo, możesz mi powiedzieć! Jestem już dużym wilkiem! – zapewniłem.
Martwiła mnie ta sytuacja. Mama często kłóciła się z Tingiem, ale nie na tyle, żeby się unikać. A przynajmniej nigdy nie zwróciłem na to zbytniej uwagi...
– Kochanie, każdy ma swoje troski. Z tymi muszę poradzić sobie sama – odparła łagodnym tonem i wyciągnęła łapkę, żeby mnie pogłaskać po głowie. Przysunąłem się bliżej. – Ja też jestem duża.
– Niewiele wyższa ode mnie – mruknąłem niezadowolony. Chciałem pomóc. Dlaczego mama mi na to nie pozwalała?
Wilczyca opuściła się na łapkach i pochyliła głowę, żebyśmy naprawdę byli tego samego wzrostu. Na jej pyszczku widniał delikatny uśmiech, na którego widok też się uśmiechnąłem.
– Niewiele.
Podszedłem bliżej niej i objąłem łapką jej szyję, przytulając mocno. Liczyłem, że chociaż w ten sposób okaże jej, że nie była sama... Że miała przecież mnie. Samica oddała uścisk, a ja wciągnąłem w nozdrza jej woń. Pachniała domem i bezpieczeństwem. Lubiłem ten zapach.
– Kiedy ty się zrobiłeś taki duży, co? – zapytała.
– Nie... Nie jestem pewien.
Wilczyca pokręciła pyszczkiem i odsunęła się. Od razu zrobiłem to samo.
– Dobrze, mniejsza o to. Mieliśmy się dalej uczyć.
– Tak... – mruknąłem i rozejrzałem dookoła – To gdzie to miejsce, w które mieliśmy iść?
Mama wskazała miejsce, gdzie plaża ustępowała na rzecz dżungli. Nie było to w głębi, mógłbym je określić jako całkowite ubocze, które różniło się wyłącznie rodzajem ziemi.
– Myślę, że tam będzie w porządku.
Skinąłem głową i czym prędzej poszedłem w tamtą stronę. Od razu usiadłem na ziemi (była odrobinę chłodna o tej porze) i grzecznie czekałem, aż mama położy na ziemi książkę. Zauważyłem, że wzięła na dzisiaj jakąś inną. Ucieszyło mnie. Tamtą zdążyliśmy już skończyć, a mnie niespecjalnie podobała się perspektyw czytania tej samej historii od początku. Była naprawdę super, ale... Jak na razie pamiętałem wszystko, więc nie miałoby to najmniejszego sensu.
– Wzięłam coś z większymi literami. Będzie nam łatwiej – Mama otworzyła książkę na pierwszej stronie i wskazała łapką na litery. Zamerdałem ogonkiem i nachyliłem się nad nią. Samica miała rację; były o wiele wyraźniejsze.
– Super! – Wyszczerzyłem ząbki w uśmiechu. – Mam zacząć czytać?
– Tak. Przeczytaj kilka linijek i pokaż jak ci idzie. Ja posłucham.
Nachyliłem się bardziej i zmrużyłem oczy, dostrzegając wiele tych trudnych znaków z ogonkami, kropkami i kreseczkami. Westchnąłem cichutko i zabrałem się za czytanie pierwszego, wyjątkowo długiego wyrazu.
– "Ksi..ęż...nic...cz...ka" – wymruczałem i spojrzałem na mamę zaskoczony. – Co to za dziwne słowo? Nigdy takiego nie słyszałem!
– Ale dobrze przeczytałeś, super! – Mama uśmiechnęła się, a ja poczułem jak po moim ciele rozlewa się takie przyjemne ciepełko. Uwielbiałem, kiedy mnie chwaliła! – Jeśli król ma syna i jego syn będzie miał żonę, nazywamy ją księżniczką.
Otworzyłem szerzej oczka.
– Brzmi skomplikowanie...
– Już ci wyjaśniam. Dzieci króla i królowej to królewicz i królewna.
Mój pyszczek sam się otworzył w niemym zdziwieniu. Czemu tu było tyle tak podobnych nazw? Teraz to już całkiem nie miałem szans na zrozumienie tego...
– Nie martw się o to. Nie jest nam to potrzebne.
– Ale wytłumacz, proszę! – spojrzałem na nią błagalnie. – Może kiedyś mi się do czegoś przyda...
Mama myślała przez moment, po czym westchnęła.
– Hm, no dobrze – mruknęła. – Król i królowa władają państwem. Ich dzieci od razu są członkami rodziny królewskiej.
Na razie nie brzmiało to skomplikowanie. O królu słyszałem dzisiaj na historii i z tego co zrozumiałem on był taką Alfą. Tylko jednej rzeczy w tym nie byłem pewien...
– Co to państwo? To inna nazwa watahy? – Przekrzywiłem główkę.
– Państwo jest podobne do watahy jak się nad tym zastanowić... Ale państwa mają znacznie więcej mieszkańców niż watahy i są jeszcze lepiej zorganizowane.
– Czym się różni ta cała organizacja?
– Państwa ustalają bardzo dokładne zasady na swoim terytorium. U nas jest bardzo ogólnie.
Pokiwałem w zamyśleniu głową. Ponownie przypomniała mi się dzisiejsza lekcja historii. Czy teraz wszystko będzie mi się z nią kojarzyć?
– Białe Królestwo to też państwo? – zapytałem. – Pan Kai opowiedział nam dzisiaj legendę o jego powstaniu.
Mama nie odpowiedziała od razu. Milczała, a ja patrzyłem na nią wyczekująco.
– Chyba... Chyba tak. Nie wiem – mruknęła w końcu, a ja jeszcze bardziej zmrużyłem oczy.
– Podobno już tam byliście... – pomyślałem na głos. – I znowu będzie można tam polecieć. Mamo, a ty tam już byłaś?
– Wszyscy byli – odparła, marszcząc czoło. – Morgan, o Białe Królestwo pytaj taty, nie mnie – dodała wyjątkowo poważnie.
– Dlaczego, skoro też tam byłaś?
Nic z tego nie rozumiałem!
– Starczy już tych pytań – powiedziała, prawie warcząc.
Skuliłem się i opuściłem uszka. Musiałem powiedzieć coś nie tak, ale nie byłem pewien co... Zrobiłem kilka kroków wstecz, mając nadzieję, że cień dżungli pozwoli mi zniknąć.
– Ja... Przepraszam, mamo... – wyszeptałem, próbując zignorować łzy cisnące mi się do oczu. Miałem nadzieję, że mama ich nie zauważy.
Wilczyca westchnęła ciężko.
– Nie gniewam się – rzekła – Czytaj dalej.
Niepewnie doczołgałem się do książki i grzecznie zacząłem czytać dalej.
– "Księ...żniczka za...bu...kała do wi...wielki...ch wlót" – Skrzywiłem się. Znowu nie dałem rady wymówić tego głupiego "r". – Wlót. Wlrót. Wlhrót. – Warknąłem sfrustrowany. To było takie irytujące, że nadal nie potrafiłem tego zrobić! – Nie umiem.
– Nie martw się, czytaj dalej. Dobrze ci idzie. Nad tym popracujemy później.
– Ale mamo... Ja nawet nie umiem wypowiedzieć własnego imienia – burknąłem niezadowolony.
Przypomniało mi się teraz, kiedy Yngvi i Yvar myśleli, że ja mam na imię Molgan, a Eunice Morgan tylko dlatego, że nie potrafiłem się porządnie przedstawić. Jako jedyny nie potrafiłem wypowiedzieć tej jednej głoski.
– Wyrośniesz z tego. Musisz tylko ćwiczyć – zapewniła mnie mama.
– Powinienem już dawno z tego wyrosnąć! Wszyscy mówili, że jak będę starszy... Jestem starszy i nic! – Opuściłem uszy.
– Trzeba ćwiczyć. Każdy radzi sobie z tym inaczej.
– Ta, jasne – mruknąłem pod nosem, ale tak cicho, żeby mama tego nie usłyszała. Tak właściwie to nawet nie do końca to wypowiedziałem.
– Na pewno nie pogorszy ci się, jeśli będziesz ćwiczyć – stwierdziła mama. – No, chyba, że Yvar wybije ci zęby.
Uśmiechnąłem się słabo, słysząc lekkie rozbawienie w jej głosie.
– To byłoby bardzo w jego stylu...
– To jest... – Odchrząknęła. – Lepiej żeby nic takiego się nie stało.
Skinąłem głową i zerknąłem na książkę.
– Czytać dalej?
Mama skinęła głową.
Siedzieliśmy tak bardzo długo. Ja powoli odczytywałem, mama kontrolowała mnie, poprawiała i dawała porady. Co do niektórych nawet nie wiedziałem, jak powinienem je wykorzystać, ale mama zapewniała mnie, że to przyjdzie z czasem. Po prostu czekało mnie jeszcze trochę pracy...
W którymś momencie literki zaczęły mi się coraz bardziej rozmazywać, aż w końcu zasnąłem. Kiedy się obudziłem, mama obejmowała mnie łapką, a obok leżał tata, zwrócony pyszczkiem w naszą stronę. Jedna jego łapka zahaczała o ogon mamy.
Gdy tata się obudził, doskoczyłem do niego i wskazałem na książkę.
– Tato, tato! –  wyszeptałem, żeby nie obudzić mamy. – Przeczytam ci bajkę, dobrze?

Zdobyto: 159 czerwonych⎹ 90 pomarańczowych⎹ 169 zielonych⎹ 101 niebieskich⎹ 148 granatowych⎹ 181 fioletowych⎹ 43 różowych odłamków

Od Lind "Szczenię powinno mieć matkę" cz. 2


Sierpień 2025
Spojrzałam na śpiącego szczeniaka. W tym, jak dziś wypowiedział słowo "mama", było coś naprawdę wyjątkowego. Dotychczas używany przez niego skrót "Li" był przeuroczy, ale nie mógł równać się z tym nowym określeniem. Na początku czułam zagubienie i niepewność, ale teraz... miałam wrażenie, że po mojej klatce piersiowej rozchodziło się delikatne ciepło. Prześledziłam jeszcze raz w głowie tamtą sytuację. Znalazłam jeszcze jeden element, który mógłby zainteresować Crane'a.
– Yngvi spytała mnie, czy to, że jestem mamą Morgana, oznacza, że cię kocham – wspomniałam słowa małej waderki.
Basior przestał gapić się w dal i skupiać na własnych myślach. Skierował dwukolorowe oczy na mnie.
– Wiesz, na szczenięcą logikę mama i tata powinni się kochać – uśmiechnęłam się krzywo nad ironią naszej sytuacji z Morganem.
– I co powiedziałaś? – spytał Crane. Zdaje się znów dopadły go obawy, jak namieszałam jego synkowi w głowie.
– Z tego już jakoś wybrnęłam. Nie chciałam, żeby było mu przykro.
Crane wyglądał, jakby poczuł ulgę, ale ten wyraz utrzymał się tylko przez chwilę. Wkrótce jego pysk znów posmutniał. Ciekawe, czy było to szczere...
– Naprawdę kochasz Morgana? – mruknął wilk. Gdyby nie mój wyczulony słuch pewnie nawet był nie usłyszała jego głosu.
– Zdaje się, że tak.
Odpowiedziała mi cisza. Chyba nie byłam tym w ogóle zdziwiona. Pomyślałam jak Crane zachowywał się kiedyś przy mnie lub później w towarzystwie Edel. Nie wyglądał wtedy na zagubionego, ani zastraszonego. Uśmiechał się, cieszył życiem... Ale ile z tego było szczere, a ile udawane?
– Crane... Naprawdę kochałeś Edel?
Wilk zerknął na mnie, po czym odwrócił wzrok. Nie otworzył nawet pyska. Wyglądał, jakby wstydził się swojej odpowiedzi.
– Miłość nie jest niczym złym... – dodałam, w nadziei, że to coś pomoże.
– Miłość daje poczucie spokoju... przyjemne poczucie bezpieczeństwa – mruknął Crane. – Może nawet zbyt mocne. Nie myślisz już o niczym poza swoim partnerem...
Przechyliłam lekko głowę, zainteresowana do czego zmierzał.
– Ale miłość wiąże się też z lękiem o drugą osobę... a później jej odejście rujnuje wilka od wewnątrz – skwitował.
– Czyli żałujesz, że ją kochałeś?
Znów cisza. Crane zastanawiał się nad moim pytaniem z pełną powagą.
– Nie – odparł wreszcie. – Żałuję każdego dnia, który spędziłem mijając ją obojętnie – Westchnął ciężko. – Żałuję, że ja nosiłem ten Medalion, a nie ona. Żałuję, że byłem zbyt głupi, by zrobić to, co należało. Żałuję, że ją okłamałem. Żałuję wszystkiego, poza tą miłością... 
Zaskoczył mnie tak sformułowanym wyznaniem. Jednak odniosłam wrażenie, że sprawiło mu ono swego rodzaju ulgę. 
– Myślę, że powoli wychodzisz na prostą – mruknęłam pokrzepiająco. Pomimo faktu, że nadal żywiłam do niego urazę, zapragnęłam go pocieszyć.
Crane spojrzał na mnie, jakby chciał spytać "Naprawdę?".
– Mimo wszystko dbasz o Morgana. Starasz się jak możesz... Tylko potrzebujesz trochę pomocy – dodałam po chwili.
– Bądź co bądź... sam cię poprosiłem, żebyś się nim zajęła – przyznał wilk. – Podeszłaś do sprawy naprawdę poważnie.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 30 czerwonych⎹ 19 pomarańczowych⎹ 18 zielonych⎹ 7 niebieskich⎹ 30 granatowych⎹ 9 fioletowych⎹ 3 różowych odłamków

>> Następna część>>

środa, 8 lipca 2020

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 14


Styczeń 2026
– Morgan? – zagadnął mnie pan Gerrant. 
Uniosłem łeb i spojrzałem mu w oczy. Miały intensywnie czerwoną barwę, która przypominała mi krew. Pewnie bym się go trochę bał, gdyby nie opowieści starszych ode mnie szczeniaków. Według nich Gerrant był najmilszym ze wszystkich nauczycieli.
– Tak, proszę pana?
– Chodzisz na wszystkie zajęcia dodatkowe, tak? 
Zmarszczyłem brwi. Nie spodziewałem się takiego pytania. Zwykle gdy przychodziłem po raz pierwszy na jakąś lekcję, nauczyciele po spytaniu mnie o imię, byli ciekawi, czy ktoś jeszcze przyjdzie. Może o to też zapyta, ale potem?
– No... Prawie. Plan jest rozstawiony w taki sposób, że musiałem zrezygnować z polowań na rzecz historii... – powiedziałem. – A, no i obrony. Dlatego przyszedłem dopiero teraz. Wcześniej chodziłem na lekcje u pani Navri. 
Nauczyciel skinął głową.
– Na jakieś zajęcia jeszcze chodzisz? Poza logiką; Adora wielokrotnie mi o tobie wspominała.
Spojrzałem na niego skołowany. Pani Adora rozmawiała z panem Gerrantem... O mnie? Czemu miałaby to robić? Czy czymś znowu jej podpadłem? Nie przypominałem sobie tego, ale akurat z nią bywało różnie. Miałem wrażenie, że ona naprawdę mnie nie lubi (jeżeli w ogóle lubiła kogokolwiek poza Nikaellą). Skoro doszło to do momentu, kiedy skarżyła się na mnie innym nauczycielom... Chyba powinienem naprawdę zacząć coś robić w tym kierunku.
– Przepraszam. Nie powinienem być tak wścibski. Intryguje mnie twoja żądza wiedzy. Jeszcze nie spotkałem szczeniaka, który z takim zaangażowaniem poświęcałby tyle czasu na naukę, kiedy nawet nie musi tego robić.
– Nauka jest fajna – powiedziałem tylko, trochę zdezorientowany kierunkiem, w jaki zmierzała ta rozmowa. Nie rozumiałem, dlaczego pan Gerrant zadawał mi te wszystkie pytania. Nie miały przecież nic wspólnego z przedmiotem. No chyba, że po prostu jeszcze o tym nie wiedziałem. 
– Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? 
Przytaknąłem. 
– Dlaczego zrezygnowałeś z obrony na rzecz mojego przedmiotu?
– Ja... Nie lubię zajęć, które mogą być niebezpieczne... A w czasie polowań czy obrony czasem można coś sobie zrobić – przyznałem.
– Moje lekcje również bywają niebezpieczne – rzekł Gerrant. – Jeśli ktoś nie potrafi opanować swojej mocy, komuś może stać się krzywda.
Zagryzłem polik. Nigdy o tym nie pomyślałem. A przecież na własne oczy widziałem jak Kaiju prawie poparzył Emeralda podczas jednej z tych ich przepychanek. Wtedy właśnie okazało się, że jego żywiołem jest ogień... Jak mogłem o tym zapomnieć?
– Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć. 
– N-nie boję się.
Basior uniósł brwi, ale nie skomentował tego, że mój głos zadrżał. Byłem mu za to bardzo wdzięczny. W końcu nie wydarzyło się nic szczególnego, a ja się trząsłem jak głupi!
– Musisz wiedzieć, że magia może być wykorzystywana do różnych celów. Istnieje wiele rodzajów, niektóre bardziej niszczycielskie, inne mniej. Wiele żywiołów i mocy można określić jako neutralne, w dużej mierze zależne od tego, w jaki sposób ktoś ich używa.
Pokiwałem głową na znak, że rozumiem i jednocześnie próbowałem zignorować łapki, które nadal się trzęsły.
– Wspominałem o przypadku, gdzie ktoś nie kontroluje swojej mocy. Takie rzeczy niestety się zdarzają, dlatego uważam, że mój przedmiot jest bardzo ważny, zwłaszcza dla tych, których żywioły są szczególnie silne. Czy odkryłeś już swoją moc?
Opuściłem uszka i pokręciłem łebkiem.
– Jeszcze nie...
– W porządku. Na wszystko przyjdzie czas. A tymczasem... Możesz mi powiedzieć jakie znasz żywioły?

<c.d.n.>

Zdobyto: 11 czerwonych⎹ 14 pomarańczowych⎹ 14 zielonych⎹ 15 niebieskich⎹ 2 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 3 różowych odłamków


>> Następna część >>