czwartek, 10 września 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 10


Lipiec 2026
– Jedną z ciekawszych przygód, które spotkały naszą watahę były wyścigi w zbieraniu jajek – rzekł Kai. Nie widziałem tego ze swojego miejsca, ale mógłbym przysiąc, że uśmiechał się delikatnie. Zawsze to robił, kiedy żartował.
– W zbieraniu jaj? – powtórzyła z niedowierzaniem Luka.
– Owszem.
– Żartuje pan! – oskarżył go Priam.
– Skądże znowu. Miało to miejsce dokładnie trzy lata temu. Wówczas przez wyjątkowo kapryśną pogodę, zostaliśmy zmuszeni do dłuższego postoju w wielkim lesie. Niespodziewanie do Suzanny oraz Hitama przybiegł ogromny królik. Nosił przy sobie łuk, kołczan, zioła oraz pustą torbę. 
– Na jaja?
Nauczyciel przytaknął.
– Zbierał porzucone przez rodziców jaja i zajmował się nimi do czasu ich wyklucia. Niestety ktoś zabrał jego maluchy i rozrzucił po całej okolicy. Widząc dużą grupę wędrowców, zdecydował się poprosić ich o pomoc. W zamian za pomocą obiecał podarować coś watasze.
– Co takiego?
– Medalion wykonany z drewna i piór. Miał w sobie klejnot, który najpewniej nadawał mu magiczne właściwości.
Moje uszy drgnęły, gdy usłyszałem ten opis. Jeden z wisiorków, które nosił tata spełniał wszystkie wymagania. Nigdy nie pytałem taty, skąd go miał, ani co dawał. Nie interesowało mnie to. Jednak teraz... Niewinny naszyjnik zwrócił moją uwagę i już planowałem, żeby później o niego zapytać. 
– Kto go dostał?
– Ten, kto odnalazł najwięcej jaj – odparł Kai. Otworzyłem szerzej oczy i uśmiechnąłem się. Czyli tata był najlepszy. – Chyba żadne z was nie zdziwi fakt, że spora część watahy zaangażowała się w poszukiwania. Niektórzy zbierali samemu, inni pracowali w grupach. Niezależnie od pobudek – czy szukali skuszeni wizją nagrody, czy aby pomóc Aratrisowi – została wykonana wspaniała praca.
Bardzo zastanawiało mnie, skąd wiedzieli, które jaja należały do królika. W końcu mogli nieuważnie zabrać nieporzucone jaja i nastraszyć ich rodziców! Liczyłem, że ktoś zada to pytanie, ale widocznie nikt inny na to nie wpadł. Pan Kai przeszedł do kolejnych etapów przeprowadzki. Skończywszy na dotarciu do naszych terenów, zarządził koniec lekcji.
Rzuciłem ostatnie spojrzenie jajku, które jadłem (jakoś nie miałem serca go skończyć po opowieści o Aratrisie) i podszedłem do Kai'ego. Basior musiał mnie zauważyć, bo wyszedł mi naprzeciw.
– Następnym razem, kiedy przyjdziesz spóźniony, nie skradaj się, tylko po prostu usiądź.
– Jest pan zły?
Pokręcił głową, unosząc nieznacznie kąciki ust.
– Dobrze się czujesz? Gerrant mówił, że twoja przemiana, zarówno w jedną i w drugą stronę, nie była planowana.
– Tak... Mógłby mi pan powiedzieć, co się stało po moim upadku? Miałem wrażenie, że wróciłem na nasze tereny i...
– Gorączkowałeś – wyjaśnił nauczyciel, kiedy jasnym stało się, że nie wiem, co powiedzieć dalej.
Pokiwałem powoli głową.
– Dlaczego? Przemiana podobno nie jest taka zła.
– Pierwsze mogą być bolesne i przypadkowe. Dopiero z czasem wilk uczy się nad nimi w pełni panować. Tak jest z każdą mocą.
– Ale...
– Nie musisz się martwić, Morgan – przerwał mi pan Kai. – Wszystko przyjdzie z czasem – powtórzył frazę, którą w ostatnich dniach słyszałem naprawdę często.
Westchnąłem cicho. Sam nie wiedziałem, co powinienem o tym myśleć. Bałem się kolejnych przemian. Bałem się tego bólu. Bałem się, że znowu nie będę wiedział jak wrócić. Nie powiedziałem jednak o tym nauczycielowi. Spodziewałem się, co mi odpowie. A ja nie chciałem tego słyszeć. Zamiast tego zadałem całkiem inne pytanie:
– Skąd wiedzieliście, które jajka należały do Aratrisa?
Na pysk nauczyciela wstąpił uśmiech.
– Królik ten był artystą o niebywałym talencie. Każde swoje jajo malował w niesamowite wzory. Chyba najpiękniejszym jakie widziałem było... – Basior ożywił się i zaczął opisywać malunki Aratrisa. Słuchałem go z uśmiechem. Jednak gdzieś we mnie cały czas żył strach związany z moimi nowoodkrytymi mocami. Strach, który musiałem pokonać.

Od Lind "Opowieść o władcy i czterech artefaktach" cz. 1

Lipiec 2026
O samym królestwie, z którego pochodziły nasze artefakty, nie brakowało informacji. Znaleźliśmy w Bibliotece różne kroniki, opisy historyków, ale one nie zawierały tego, co nas interesowało. Okazuje się, że artefakty miały być tajną bronią; narzędziem do obrony w kryzysowej sytuacji. Tak więc, jedyne wiadomości o nich pochodziły ze źródeł zewnętrznych; niestety, nieraz niepokrywających się.
– Chwila, tutaj piszą o namiestniku, nie o królu... – Magnus zaczął przewracać kartki swojego tomiska; w formie ludzkiej szło mu to bardzo sprawnie.
– Daty się zgadzają, Stalowooki – Ting wskazał rząd liczb u góry strony. Po tym, wrócił na drabinę, by sięgnąć wyższych półek. Kiedyś wspinał się bezpośrednio po nich, ale zagrożono mu zakazem wstępu do Biblioteki.
– Mamo, kim jest namiestnik? – spytał Morgan.
– Widzisz, jeśli władca... – zaczęłam wyjaśniać, ale nie dane mi było dokończyć.
– Pierzasta, znalazłem oryginał!
Ting z hukiem zeskoczył na blat stołu, przy którym siedzieliśmy. W łapach ściskał jakąś sfatygowaną książkę. Magnus podskoczył.
– Uch, co ty wyprawiasz! Mogłeś zmiażdżyć moje okulary – warknął wilkołak, podnosząc wspomniany przedmiot.
– Zostań w formie wilczej, to nie będziesz ich w ogóle potrzebował – Ting odkopnął na bok egzemplarz, nad którym ślęczał Crane, by zrobić sobie więcej miejsca na stole. – To oryginał tej kroniki, którą skopiowałem. Uch, jak oni mogli powierzyć to tak niekompetentnemu tłumaczowi... – Odmieniec zaczął kartkować swoje znalezisko. Sporo stron wyglądało, jakby miało zaraz wypaść.
– Więc... czego się dowiedziałeś? – ponagliłam.
– To czwarty artefakt został skradziony; nie trzy pozostałe – zakomunikował odmieniec. – A to znaczy...
– Że ten sam władca, który chciał je stworzyć, odpowiadał za ich ukrycie – dokończył Morgan. – Albo przynajmniej to samo państwo.
Ting zamknął książkę. Przymrużył oczy, spoglądając gdzieś w dal w zamyśleniu.
– Ciekawe czy to oni wyhodowali Strażników... – Zeskoczył ze stołu, by odłożyć tom na miejsce. Odniosłam wrażenie, że poruszał się mniej sprawnie, niż przed chwilą.
– Czemu nie ma tu z wami tego kolczastego? – spytał Magnus. – Jak on miał...
– Baldor. Ciężko go wyciągnąć z zajazdu... z resztą... – Westchnęłam. – Nie powinien wiedzieć wszystkiego. Ma osobisty zatarg z Władcą Burzy. Zabraniam ci z nim o tym rozmawiać – Spojrzałam Magnusowi prosto w oczy. – Jasne?
– Um... jasne – mruknął, odrobinę zmieszany. – Tak w ogóle... ja już wychodzę. Wiesz, miałem spotkać się z...
– Pewnie, idź. I tak dziękuję, że tu jesteś – dodałam łagodniejszym tonem. 
Wilkołak wygiął na chwilę kąciki ust w przyjacielskim uśmiechu, po czym ruszył w stronę wyjścia z Królewskiej Biblioteki. Powiem, nie planowałam wciągać w ten bałagan Magnusa; o tym, że w ogóle będzie w Białym Królestwie dowiedziałam się dopiero po dotarciu na miejsce. Jednak jego pomoc w przeszukiwaniu Biblioteki robiła różnicę; na tym etapie bylibyśmy co najmniej dziesięć książek do tyłu.
Kiedy Magnus już zniknął mi z oczu, pomyślałam, że to dobry moment na zaczepienie któregoś z regularnych bywalców Biblioteki. Bez podpowiedzi osób postronnych moglibyśmy błądzić o wiele dłużej. Każdy trop był przydatny.
Wypatrzyłam między regałami człowieka. Na pewno widziałam go tu już kilka razy; zapamiętałam ten nietypowy wygląd. Jego ubranie pochodziło z "normalnego" ludzkiego miasta, ale twarz ukrywał za drewnianą maską.
Zostawiłam stół zajmowany przez moich znajomych i podeszłam do wspomnianego jegomościa. Zadałam mu te same pytania, co wszystkim. Przeszkadzało mi jednak, że nie mogłam od razu wyczytać z jego twarzy, czy bardzo mu przeszkadzam. Ugh, nie znoszę masek.
– Sprawdźcie zbiór notatek Atruxa – odparł człowiek wyjątkowo ciepłym głosem. – To podróżnik ze wschodu; na pewno był w tamtej okolicy. Kolokwialnie mówiąc, lubił wtykać nos w nie swoje sprawy, więc mógł czegoś się dowiedzieć.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

>> Następna część >>

środa, 9 września 2020

Od Violi "Wspaniałe podróże wspaniałego podróżnika" cz.4 (cd. Wilat/Asgrim)


Grudzień 2026
– O, hybryda... – Patrzyłam na niego z zainteresowaniem. – A wiesz, że ja też jestem hybrydą?
Kocur przerwał to, co robił i zwrócił oczy w moim kierunku.
– I to z dwóch stron! Prapraprapraprapraprapra... – Wzięłam głęboki wdech. – ...praprapradziadek ze strony ojca był indykiem. Za to praprapraprapraprapraprapraprababcia od strony matki była delfinem. Och, taka romantyczna historia. Dwa zwaśnione rody, które połączyła ich miłość… – Podniosłam z rozmarzeniem oczy ku niebu.
– A...aha – Wilata mało zainteresowała moja historia. Opowiadałabym tak dalej, ale poczułam burczenie w brzuchu.
– Oj zgłodniałam… – Zaczęłam rozglądać się uważnie. Zauważyłam na drzewie piękny owoc.
– W sumie moglibyśmy coś upolować skoro tu jesteś… Hej, co ty robisz?
– Co robię? Poluję – Już niezdarnie wspinałam się na drzewo. Szkoda, że nie miałam w rodzinie jakieś wiewiórki, może byłoby mi łatwiej.
– Na co? Na ptaki?
– Nie, na ten przepysznie wyglądający owoc… – Sięgnęłam po niego łapą. – No chodź do mamy...
Schwyciłam swoją zdobycz. Usiadłam na gałęzi i z przyjemnością wgryzłam się w skórkę. Trochę kwaskowaty, ale niezwykle soczysty.
– Dziwna jesteś … – usłyszałam głos Wilata. – Wilki powinny jeść mięso, a nie owoce.
– Ja nie jadam mięsa, nigdy mi nie smakowało – Spojrzałam w dół na koto-wilka. To był błąd. Ziemia była zdecydowanie zbyt daleko ode mnie. Wbiłam pazury w korę. Niedokończony owoc poszybował w dół. Jakim cudem to drzewo jest takie wysokie?! Powoli zniżyłam się do poziomu, oplatając gałąź łapami.
– Co teraz kombinujesz?
– Cz...czemu nie powiedziałeś, że jest tu tak wysoko? – wymamrotałam.
– Co? Nie mów, że utknęłaś!
– Nie, nie utknęłam… No dobrze, utknęłam – Zacisnęłam powieki.
– Po prostu zeskocz – rzucił Wilat.
Ani myślałam ruszyć z miejsca. Nagle poczułam, jak tracę czucie w przednich łapach. Otworzyłam oczy i zauważyłam ptasie skrzydła. Uch, znowu to zrobiłam! Czemu łatwiej mi zmienić formę, kiedy się boję?
Jeszcze raz spojrzałam w dół. Tym razem dostrzegłam już tylko bujne krzaki szczelnie zasłaniające ziemię. Nie ma Wilata? Zostawił mnie?! Jak on mógł!? Przed chwilą tu był! Jak on śmiał!? Jak…
Wtem otaczające mnie liście i gałęzie poruszyły się. Następnie ujrzałam pod sobą… wodę? Nie, zdecydowanie za jasna. Też w wodzie nigdy nie świeciło... słońce? Co się dzieje? Przecież niebo powinno być nade mną, a nie...
Uniosłam głowę i zobaczyłam Wilata. Wyglądał dziwnie; jakby wisiał do góry nogami. Co to za magia? Kiedy niebo i ziemia zmieniły swoje położenie?
– Wilat? Wilat! – usłyszałam z góry, znaczy z dołu, nowy głos. Byłam w stanie tylko powiedzieć, że należał do samca.
Odwróciłam głowę w odpowiednim kierunku. Miałam nadzieję, że nie jest to potwór wabiący ofiary mile brzmiącym tonem. Takie coś mogłoby być większe od drzewa, nie miałabym dokąd uciec!
– Jestem tutaj – odpowiedział na wołania kocur. Widocznie zna ten głos, może nie ma się czego bać? Skoro ta istota nie skrzywdziła Wilata, może oszczędzi i mnie...
Wreszcie z krzaków wynurzyła się jakaś postać. Był to basior; wysoki, ale zdecydowanie niższy od drzew. Moją uwagę zwróciła jego jasnobrązową sierść. Dziwny kolor jak na wilka, jakiś taki mało naturalny. Chociaż... nawet mi się podoba. Może w tej watasze wszyscy mają tak egzotyczne kolory, jak on.
– Nie powinieneś się oddalać, Wil – zaczął basior – Nie znamy jeszcze tych terenów, nie wiemy co może nas tu... spotkać..?
Wilk podniósł łeb. Kurde, zauważył mnie. Co robić, co robić? Powiedzieć "cześć"? A może nie odzywać się? A co jeśli będzie chciał mnie zjeść?! Nie jestem niczyim obiadem, nie zgadzam się!
Nagle moich uszu dobiegł dźwięk pękającej kory. Już sekundę później leżałam na wyjątkowo miękkiej trawie w swojej wilczej formie. Lekko podniosłam pysk. Zauważyłam parę szaroniebieskich oczu wpatrujących się we mnie ze zdziwieniem. Poczułam, że może jednak nie wylądowałam na trawie.

<Wilat/Asgrim?>

Uwagi: Przedrostek "pra-" zapisujemy łącznie niezależnie, ile razy pojawi się w słowie, np. "praprapraprapradziadek.

>> Następna część >>

wtorek, 8 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 11


Listopad 2025 r.
Wyskoczyłam z kępy trawy, dorabiając się paru szczypiących zadrapań na pysku. Na drżących łapach pobiegłam poza wytyczony teren. Próbowałam zwietrzyć coś, co by się nadawało na ukrycie zapachu swojego i kwiatów, ale w panice ciężko było mi skupić myśli. Wiedziałam, że robię źle, postępując wbrew zasadom, ale jak inaczej mogłabym wygrać? Miałam tylko nadzieję, że zaraz nie pojawi się tu Navri i nie każe mi zawrócić. Zanim zaczęliśmy lekcję przestrzegła, że będzie nas obserwować, a krążyły plotki, że potrafi znikać i pojawiać się w innych miejscach jak jakiś duch. Na tę myśl zawęszyłam z jeszcze większym zapałem.
Trwało to niepokojąco długo, ale w końcu coś znalazłam i bardzo szybko doszłam do wniosku, że wolałabym jednak nie szukać. Skryta w korzeniach drzewa leżała cuchnąca niemiłosiernie padlina, pewnie pozostawiona tu i zapomniana przez jakieś zwierzę. Czy to naprawdę warte zwykłej lekcji? Na samą myśl o podejściu choćby krok bliżej zbierało mi się na zwrócenie obiadu... A co dopiero dotknięciu tego paskudztwa! Fu!
Wahałam się jeszcze tylko chwilę. Kim ja jestem, by nie zgodzić się na poświęcenie dla sprawy? Mus to mus! Przełknęłam napływającą do pyszczka żółć, wstrzymałam oddech i wytarzałam się w... tym czymś...
Na szczęście Navri się nie pojawiła. Kiedy wróciłam na wyznaczony teren opadłam na łapach i bardzo powoli zaczęłam iść do swojej kryjówki w trawie. Nie wychodziłam spod osłony roślin i wytężałam zmysły do granic możliwości. Serce waliło mi w piersi zdecydowanie za szybko, utrudniając zachowanie jak najcichszego oddechu. Było już blisko, czułam własny trop znikający w dżungli, ale właśnie wtedy wychwyciłam nieznaczny szelest. Drgnęły mi uszy z niepokoju. Znieruchomiałam, w nadziei, że to tylko ja nieostrożnie zamiotłam ogonem ściółkę, ale dźwięk powtórzył się raz i drugi. Regularnie jak ostrożne kroki.
Ze wszystkich sił próbując nie narobić żadnego hałasu weszłam pod szeroki liść jakiegoś krzewu. Akurat na niego musiała spływać woda której z początku nie zauważyłam, szczęściem w nieszczęściu jeden z małych strumyków, a nie potężny wodospad. Byłam za duża, by cała schować się pod tym jednym liściem, więc spływająca po nim lodowata deszczówka obficie zalewała mój prawy bok. Emerald był coraz bliżej, więc nie miałam już szansy przesunąć się bliżej łodygi rośliny. Pozostało mi tylko żywić nadzieję, że woda jak najdłużej będzie spływać po mojej sierści.
Emerald zachowywał się bardzo cicho jak na kogoś jego rozmiarów - dopiero gdy znalazł się tuż obok, usłyszałam równie nieznośny co mój łomot serca i wciągane nosem powietrze. Musiał wyczuć zgniliznę, bo zacisnął pazury na ściółce i mruknął niezadowolony. Odsunął się czym prędzej od krzaka i ruszył dalej.
W tym momencie powinnam zaatakować, ale za bardzo drżałam, w głowie huczało mi od napływającej krwi, a gdzieś na mostku zaklinowała się żelazna sztaba, której nie potrafiłam zrzucić. Nie skoczyłam, za bardzo bałam się, że jest już za późno, że zbyt głośno odetchnęłam i to on zaatakuje pierwszy.
Poczekałam aż kroki Emeralda absolutnie ucichną, a potem jeszcze trochę poczekałam, aż głupie serce zrozumiało, że nigdzie się nie wybieram. Przynajmniej na razie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 9


Lipiec 2026
Moja skóra piekła, mrowiła i wrzeszczała. Dzielnie powstrzymywałem cichutkie piśnięcia, aż pan Gerrant zarządził koniec lekcji. Nigdy nie sądziłem, że ta może trwać tak długo. Jeżeli kiedykolwiek czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność, tak to, co teraz mnie spotkało, stanowiło przynajmniej kilkadziesiąt nieskończoności.
– Proszę pana – wyszeptałem słabo, ale nauczyciel chyba mnie nie usłyszał. 
Spróbowałem wstać, ale palące ciało nie pozwoliło mi na to. Uderzyłem o drewnianą podłogę. Syknąłem w chwili, gdy kilka drzazg przebiło skórę. Łupnięcie towarzyszące mojemu upadkowi zwróciło uwagę Gerranta i Kai'ego. Oboje dopadli mnie w niemal tej samej chwili, pytając czy wszystko w porządku.
– Jak się zmienić z powrotem? – zapytałem jedynie. Mój głos był cichy, słaby, drżący.
Kai zmarszczył brwi, jednak nim cokolwiek powiedział, Gerrant odpowiedział:
– Musisz wyobrazić sobie przemianę, to jak twoje kończyny zmieniają postać.
Dotknął łapą mojego czoła. Ten dotyk był jeszcze wyraźniejszy, niż poprzedni. Jego poduszeczki były suche. Jak pustynie, o których czytałem. Jak lato u nas w watasze.
Wyobraziłem sobie, że bawiłem się w wodzie z Kaiju i Yngvi. Eunice siedziała na plaży i rozmawiała z kimś, chyba z Nikaellą. Od jakiegoś czasu były dla siebie nieco bliższe. Adora uważała, że to dobrze; towarzystwo samych basiorków podobno okropnie wpływało na maniery. Kiedy to powiedziała, było mi bardzo przykro. Pomimo tego, że byłem samczykiem, zawsze bardzo starałem się być grzecznym. I znałem wiele znacznie gorzej wychowanych waderek! Nie powiedziałem jednak wówczas nic na ten temat.
Yngvi pisnęła, kiedy ochlapałem ją wodą. Zaśmiałem się w chwili, gdy nagła fala oblała mój grzbiet. Obróciłem się, a krople uderzyły mnie w nos. Parsknąłem i od teraz bardziej skupiłem na oblewaniu Kaiju. Vi śmiała się głośno, pomagając mi. Pokonany basiorek uciekał na plażę, ochlapując Eunice i Nikaellę. Samiczki piszczały przestraszone i niespecjalnie zadowolone z takiego obrotu sytuacji. Pierwsza z nich uderzyła Kaiju w bok. Ten wystawił jej język.
Śmialiśmy się, bawiąc i rozmawiając, aż zapadł zmrok. Temperatura spadała i nawet sztuczka Eunice z jej podniesieniem nie dała zbyt wiele. Czarne niebo łączyło się z granatem bezkresnego morza. Chłód nadciągał z wiatrem i owiewał mokre futra. Nasze ciała drżały, kiedy biegliśmy, każde do swojej rodziny, by ogrzać się przy ogniskach. To był dobry dzień. Jeden z najlepszych, jakie dotychczas przeżyłem.
Brakowało mi przyjaznych pyszczków moich przyjaciół, ich szczerych uśmiechów i radosnych oczu. Białe Królestwo było fajne, towarzystwo rodziców wspaniałe, ale gdyby oni byli tutaj... Wszystko byłoby jeszcze piękniejsze...

Przebudzenie nie należało do najprostszych. Potrzebowałem kilku długich chwil, nim odzyskałem czucie we wszystkich kończynach oraz ostrość widzenia. Zdałem sobie sprawę, że ponownie leżałem w swoim pokoju. Oprócz mnie był jedynie Baldor, który swoją potężną postacią przysłaniał całe okno w taki sposób, że w pomieszczeniu panował półmrok.
Niepewnie podźwignąłem się na łapy i stanąłem obok niego. Tak mi brakowało tej pewności i równowagi, która towarzyszyła posiadaniu czterech kończyn!
– Co się ze mną działo?
– Spałeś – odparł odmieniec.
Przygryzłem polik. Tyle to się sam domyśliłem...
– Jak długo?
– Nie wiem. Byłeś nieprzytomny, odkąd przyszedłem.
– Długo tu już jesteś?
– Nie.
Westchnąłem. Rozmowa z Baldorem bywała ciężka. Zarówno do prowadzenia, jak i w odbiorze. Nie potrafiłem określić czemu, ale czułem się nieswojo jedynie w jego obecności. Odmieniec był... Nieco dziwaczny. O wiele swobodniej czułem się przy Tingu.
Chciałem wyjść i dowiedzieć się czegoś na temat mojej przemiany. I przy okazji coś zjeść. Umierałem z głodu! Już podchodziłem do drzwi, kiedy Baldor zatrzymał mnie słowami:
– Pierzasta i Jednooki mówili, że nie powinieneś wychodzić. 
Zamarłem w jednej chwili. 
– Jestem głodny.
Odmieniec w żaden sposób nie zareagował na moje słowa, co uznałem za znak zgody na wyjście z pokoju. Czym prędzej zszedłem na dół i od razu poprosiłem o jedzenie. Kiedy na nie czekałem, dostrzegłem Kai'ego wraz ze szczeniakami. Czyli właśnie trwała wilcza historia...
Przysiadłem się bliżej nich, żeby móc posłuchać, o czym mówił nauczyciel. Wszystko wskazywało na to, że starszy samiec zdecydował się na opowiedzenie dzisiaj o przeprowadzce naszej watahy na nowe tereny. Mówił o sojuszu ze smokami, a szczeniaki przeszkadzały mu, pytając, czy lecieliśmy na dokładnie tych samych, co lata temu. 
– Grzeczne basiorki nie powinny wagarować – powiedział Gavriel, kładąc przede mną talerz. Łapą wskazał na grupę uczniów.
Zmieszany nie odpowiedziałem od razu. Nim jednak zdołałem znaleźć odpowiednie słowa, samczyk odszedł. 
Westchnąłem i zabrałem się do jedzenia. Cały czas słuchałem wywodu nauczyciela. To było bardzo dziwne uczucie być obok lekcji, niezauważony i cichy. Zbyt jednak bałem się podejść i mu przerwać. Nawet setki pytań, zarówno tych dotyczących lekcji jak i przerwy, kłębiących mi się w głowie nie przekonały mnie do wykonania jeszcze jednego kroku w ich stronę. Jeszcze nie.

<c.d.n.> 

>> Następna część >>