wtorek, 30 kwietnia 2019

Od Lind „Poszukiwań ciąg dalszy” cz. 5

Lipiec 2023
Pośpiesznie zdjęłam z szyi Błękitne Oko i wrzuciłam z powrotem do torby. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić z tą wiedzą, którą zdobyłam dzięki magicznemu wisiorkowi. Porozmawiać o tym z Tingiem? Może być zły, jeśli dowie się, że zajrzałam mu do głowy. Zdaje się, że na tę chwilę lepiej zachować to dla siebie... A później?
Chciałam pomówić o tym z kimkolwiek, ale z drugiej strony czułam, iż nie wolno mi było. Usiadłam i spojrzałam na szerokie liście drzew, lekko drżące od uderzeń kropel deszczu. Trwałam tak bez ruchu jeszcze dobre kilka minut, wpatrzona w jeden punkt nade mną. Nie myślałam o niczym, po prostu... odpłynęłam. Ocknęłam się z tego dziwnego stanu dopiero słysząc ptasi śpiew. Pewnie kiedyś bym za nim podążyła bez namysłu, ale teraz... nie miałam najmniejszej ochoty. Ciekawe...
Wstałam i nabrałam w płuca wilgotnego powietrza. Po prostu pójdę dalej i nie będę sobie już zaprzątać tym wszystkim głowy - postanowiłam. Powinnam się skupić na poszukiwaniu zaginionych jajek, nie na bezsensownych rozmyślaniach. Niewykluczone, że mam jeszcze szansę na zdobycie nagrody obiecanej temu, kto odnajdzie ich najwięcej.
Zaczęłam znów węszyć w zaroślach i wszelkie opuszczonych norach. Udało mi się trafić na jeszcze parę kolorowych jajek. Po jakimś czasie zawołałam Tinga, zdając sobie sprawę, że zniknął mi z oczu dobre pół godziny temu.
- Na górze, Pierzasta.
Podniosłam wzrok. Mój towarzysz siedział na drzewie.
- Znalazłeś coś? - spytałam.
- Kilka malowanych jajek, ale trafiłem też na coś znacznie ciekawszego - odpowiedział, kiwając łapą. - Chodź.
Po tych słowach sprawnie przeskoczył na kolejną gałąź. Pobiegłam za nim. Z ulgą stwierdziłam, że wrócił mu humor. Odmieniec zatrzymał się paręnaście metrów dalej i wrócił na ziemię. Następnie, wskazał łapą coś wiszącego pod jednym z grubszych konarów starego drzewa. Zmrużyłam oczy. Stąd przypominało to trochę wielką hubę wrośniętą w korę, ale krążące dookoła chmary bzyczących owadów, wykluczały tę opcję.
- Wiesz, na co patrzysz, Pierzasta? - wyszczerzył zęby Ting.
- Gniazdo pszczół - odparłam, przechylając lekko głowę, po czym spojrzałam na niego. - Niech zgadnę, sugerujesz zdobycie odrobiny miodu?
- Oczywiście! - wyprostował się i wyjął z plecaka jeden ze swoich kijów zakończonych ptasią czaszką.
- Nigdy nie podkradałam miodu - mruknęłam z niepewnością. - Jak to się robi?
- Wystarczy, że wejdziesz tam i oderwiesz kilka plastrów. Łatwizna.
- Przypomnę, że pszczoły potrafią dotkliwie żądlić!
- A ja ci przypomnę, że nosisz Medalion Nieśmiertelności i dlatego nie poczujesz bólu - Odmieniec pomachał swoją bronią. - Dla dodatkowej ochrony narobię trochę dymu.
- Czekaj, co ma dym to tego? - zdziwiłam się.
- Dzięki niemu pszczoły nie będą w stanie dobrze się komunikować i znacznie mniej z nich cię zaatakuje - wyjaśnił, zbierając suche liście, patyki i inne materiały na podpałkę.
- Hm... - Zwróciłam wzrok z powrotem na gniazdo. - Więc chyba jest to w miarę bezpieczne... - pomyślałam na głos.
- Dla ciebie tak. Ja jednak zostanę tu na dole.
Pokręciłam głową i przywołałam wiatr, by uformować z niego skrzydła. W międzyczasie Ting rozpalił niewielkie ognisko.
- Tylko uważaj, jak uderzasz tymi skrzydłami, bo rozgonisz dym.
- Jasne - skinęłam, na znak, że rozumiem.
Powoli uniosłam się i wylądowałam jednej z gałęzi, na razie w pewnej odległości od ula. Kilka pszczół zaczęło krążyć przy mnie, ale żadna na mnie nie usiadła. Przeskoczyłam na inny, bardzo gruby konar. Z trudem utrzymałam równowagę i spojrzałam na swój cel. Byłam już całkiem blisko. Ostrożnie ruszyłam w stronę gniazda licząc, że zdołam go dosięgnąć.
Przeszło mi przez myśl, że pewnie wygodniej byłoby to zrobić w ludzkiej formie. Niestety ja nie czułam się w niej jeszcze dosyć pewnie, żeby skakać po drzewach. Wystarczy, że jak byłam z Leah w Mieście, spadłam ze schodów prowadzących na drugie piętro "Galerii handlowej".
Poczułam dziwne mrowienie w lewej łapie. Skierowałam na nią wzrok, żeby dostrzec lekką opuchliznę. Czyli już zostałam uznana za zagrożenie. Wtem spostrzegłam, że dookoła nie ma zbyt wiele obiecanego przez Tinga dymu. Spojrzałam w dół; na mojego towarzysza i spytałam go to. Nie chciałam przecież wracać do watahy spuchnięta z każdej strony!
- Trochę cierpliwości! Dopiero zaczęło się dobrze palić - Odmieniec wachlował ognisko swoim płaszczem.
Mruknęłam coś pod nosem niezadowolona. Odczekałam minutę, potem kolejną i jeszcze kilka następnych. Kiedy wreszcie otoczyło mnie trochę więcej kłębów szarego dymu, podeszłam pod sam ul. Oparłam przednie łapy na pniu drzewa i wyciągnęłam pyszczek w stronę gniazda. Z łatwością zerwałam pierwszy plaster, którego dosięgnęłam. Niestety zaraz po tym poślizgnęłam się na mchu i upuściłam pierwszą część łupu. Na szczęście mój towarzysz wykazał się refleksem i złapał plaster, zanim spadł na ściółkę. Oblizałam oblepiony miodem pyszczek. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam okazję spróbować tego płynnego złota. Niewyobrażalna słodycz.
- Uważaj trochę na to! - zganił mnie Ting.
- Oj przepraszam, przepraszam - rzuciłam kąśliwie. - Nie mniej jednak, dobrze mi idzie, temu nie zaprzeczysz.
- Gorzej, że przestajesz już przypominać siebie, tak cię pokąsały.
Zrzedła mi trochę mina. Odmieniec parsknął śmiechem.
- Spokojnie, żartowałem. Chyba dym na nie podziałał, bo traktują cię całkiem łagodnie. Dalej, zdobądź jeszcze trochę - zachęcił ruchem łapy.
Ochoczo oderwałam od ula jeszcze dwa plastry. Drugi wyślizgnął mi się tak samo, jak poprzedni, ale trzeci zdołałam utrzymać w pysku. Z tym trofeum zleciałam z drzewa i wylądowałam obok mojego towarzysza. Odmieniec znów zaczął się śmiać.
- O co ci znów chodzi? - zdziwiłam się, zabezpieczając moją zdobycz w torbie.
- Cała się oblepiłaś miodem. Do tego naprawdę zaczynasz puchnąć od użądleń. Wyglądasz co najmniej komicznie.
Wypuściłam głośno powietrze. Odmieniec otarł czaszkę rękawem, ponieważ sam też się trochę ubrudził łapiąc dwa poprzednie plastry.
- Cóż... możesz mieć trochę racji ... - Po cichu się cieszyłam, że nie czuję bólu po tym ataku pszczół, a jedynie lekkie swędzenie. - Chodźmy może lepiej nad rzekę trochę się ogarnąć.
- Kto musi się ogarnąć ten musi.
Przejechałam sobie łapą po pyszczku i spróbowałam klepnąć nią Odmieńca w ramię, ale sprawnie uniknął mojego "ataku".
- Lepiej będzie iść naokoło, bo na tej trasie zbieraliśmy jajka już wczoraj - mruknął, prostując się.
- A tak, jajka... Znów zapomniałam, że to po nie wyszliśmy w las.
- Widać wbrew pozorom jest tutaj co robić. 
 
<C.D.N.>

Wygrana: 4 jaja

Uwagi: brak.

Od Lind "Szukaj, a znajdziesz" cz. 5 (cd. Edel)

Lipiec 2023
Ja i Ting cały dzień spędziliśmy na poszukiwaniu jaj należących do Aratrisa. Po długim spacerze w towarzystwie Leah oraz Arkana zrobiliśmy przerwę na obiad, a potem wróciliśmy do pracy i tak krążyliśmy do późnego popołudnia. Niestety, druga wyprawa tego dnia była odrobinę mniej owocna. Prawdopodobnie później trafiliśmy już na miejsca, które wszyscy przeszukali w pierwszej kolejności, zostawiając dla nas raptem kilka pojedynczych sztuk.
Pomimo tego, nie chciałam się poddać i wędrowałam dalej aż do wieczora. Las powoli ogarniał półmrok, rozbijany przez jakieś świecące na niebiesko rośliny. Robiło się też coraz ciszej. Pierwsze stopniowo milkły ptaki, później wraz z nimi reszta zwierząt żerujących za dnia.
Odmieniec po raz kolejny zanurkował pośród gęstych krzewów, by po chwili wyjść stamtąd z dwoma jajkami w garści. Ja wzięłam się za szukanie pośród wysokiej koniczyny, kiedy nagle w gęstwinie rozległ się głośny chichot, który przywiódł mi na myśl Bezumstvo w wersji żeńskiej. Wyprostowałam się i postawiłam kilka kroków w tamtym kierunku, zainteresowana. Wtedy tajemnicza osoba ryknęła na całe gardło:
- Hej kto tam?
Ten głos brzmiał całkiem znajomo. Chciałam podejść i dowiedzieć się, czy to na pewno ktoś z watahy, ale nie zauważyłam głębokiego dołu częściowo zakrytego roślinnością. Wpadła mi do niego jedna łapa, przez co poleciałam na ziemię i uderzyłam nosem o coś twardego. Syknęłam i wyburczałam jakieś przekleństwo. Byłam już naprawdę zmęczona po całym dniu łażenia tam i z powrotem więc tyle wystarczyło, bym się zdenerwowała. Znów usłyszałam śmiech, a po nim wołanie:
- Halo, tutaj! Nad rzeką! Chodź, porozmawiajmy!
Podniosłam się, otrzepałam i poszłam dalej. Brnąc przez gęstą trawę, otarłam pazurem o kolejną pisankę. Zabrałam ją szybko do torby i wreszcie wnurzyłam się z wysokiej roślinności, wychodząc naprzeciw nawołującej postaci. Z początku odskoczyłam, bo myślałam, że spotkałam jakiegoś Tantibusa, czy innego, sporego Odmieńca. Dopiero po sekundzie zreflektowałam, że to sylwetka wilka. Przemoczonego i przeraźliwie chudego, ale wilka. Z trudem rozpoznałam Edel - waderę, o której dotychczas wiedziałam tylko dwie rzeczy; że jest przyjaciółką Asa i Tori oraz że leci na tym samym smoku, co mój serdeczny przyjaciel Crane. Wilczyca spojrzała na mnie rozbawionym wzrokiem.
- Te twoje piórka zawsze były takie kolorowe? - spytała, zanim zdążyłam się z nią przywitać.
- Nie... - odparłam zmieszana.
Odpowiedział mi kolejny chichot. W zachowaniu Edel było coś dziwnego. Nigdy nie widziałam jej tak wesołej. Prawda, na co dzień uśmiechała się delikatnie, ale nie zwykła suszyć zęby jak hiena. Nie zapraszała też nieznajomych do rozmowy, ba, zdaje się, że unikała takich sytuacji.
- A ile masz na nich kolorów? Tyle, co w tęczy? - wydusiła, po czym uderzyła łapą w taflę rzeki i znów wybuchła śmiechem.
- Nie wiem... - odpowiedziałam na kolejne pytanie znikąd. 
Jeszcze chwilę się nad tym zastanawiałam, a potem dostrzegłam leżący koło wilczycy stos Nocnych Lilii. I wszystko jasne... Edel po prostu je powąchała, albo zjadła tego trochę i oto efekt. Czyli zaraz jej przejdzie, nie ma powodów do niepokoju. 
- A ile masz piór? 
- Nie liczyłam - odparłam wymijająco i zaczęłam szukać jajek w pobliżu rzeki, nad której brzegiem siedziała wilczyca. Zdążyłam znaleźć dwa, a samica w międzyczasie powoli uspokajała się i wkrótce przystopowała z bezsensownymi pytaniami. Wzięła głęboki oddech, po czym nawiązała znów rozmowę; już normalnym tonem.
- Przepraszam - mruknęła, odrobinę zawstydzona.  - Ja tu tylko... - urwała. 
- Zbierasz Lilie? - spytałam. 
- Tak. Zbieram Lilie - powtórzyła po mnie i przeciągnęła się. Zobaczyłam potwornie wyraźnie zarysy kości pod jej skórą. Wyglądało to osobliwie i... naprawdę nieprzyjemnie.  
- To ja może też wezmę ze sobą kilka - powiedziałam, odwracając dyskretnie wzrok. - Podobno można z nich robić jakieś eliksiry. 
- Pewnie, czemu nie - odparła wilczyca. 
Wtedy dołączył do nas Ting i przysiadł koło mnie. Chwilę obserwował, jak zbieram kolejne kwiaty, po czym spojrzał na Edel. 
- Wyszłaś na deszcz, Błękitnooka? 
- Nie, to woda z rzeki - odparła wilczyca bez wyrazu.

<Edel?>

Wygrana: 5 jaj

Uwagi: brak.

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 4


Lipiec 2023
Szybko znaleźliśmy smoczycę, do której odesłał nas Caesar. Surrexerunt wyglądała jakby przysypiała z lekko uchylonymi powiekami. Siedzący na moim grzbiecie Odmieniec trącił ją swoją czaszką na kiju. Odpowiedzią na to był głośny pomruk niezadowolenia:
- Czy nie mogę mieć nawet chwili spokoju? Słyszeliście kiedyś o czymś takim, jak prawo do odpoczynku? 
Chrząknęłam. 
- Nie chcieliśmy ci przeszkadzać, ale przychodzimy z... 
- Skoro nie chcieliście, to możecie sobie już iść - przerwała mi smoczyca i zasłoniła się skrzydłem. 
- To dla nas bardzo ważne! - obeszłam ją z drugiej strony, żeby widzieć jej pysk. Gościło na nim niezadowolenie. 
- Co jest aż takie ważne? - Wielkie, przekrwione oczy Surrexerunt zwróciły się na mnie.
- Trafiliśmy na dosyć nietypowe zjawisko... - zaczęłam niepewnie. Nikt mi tym razem nie wychodził w słowo, więc kontynuowałam. - Mianowicie, znaleźliśmy sople z nietopniejącego lodu. Nikt w naszej watasze nie potrafi takich tworzyć, więc próbujemy dociec, skąd się wzięły. 
Smoczyca ziewnęła, ukazując rząd kłów. Dostrzegłam, że brakowało jej kilku, lecz zachowałam to spostrzeżenie dla siebie. Bardziej przejęłam się samym gestem sugerującym, że Surrexerunt niezbyt interesuje ta sprawa. 
- Mam dwa sople ze sobą, pokazać ci je? - spytałam. 
- Nie - usłyszałam.
- To jesteś w stanie nam coś o nich powiedzieć, czy nie? - niecierpliwił się Ting. 
- Tworzenie brył nietopniejącego lodu jest co prawda rzadką umiejętnością, ale nieraz możliwą do wyuczenia. Wymaga to jedynie czasu, odpowiedniego podejścia do sprawy i oczywiście, władania mocą związaną z mrozem. Więc za powstanie tych waszych sopli mógł odpowiadać każdy; magiczny wilk, wilkołak, zmiennokształtny, likantrop, gargulec, elf, czarodziej... 
Zmarszczyłam brwi. Takie informacje nam w niczym nie pomogą...
- To wszystko, co wiesz? - Ting zeskoczył z mojego grzbietu. 
- Mogę wam jeszcze powiedzieć, kto jako pierwszy wpadł na pomysł, żeby zamknąć moc mrozu w szklanym naczyniu, ale nie sądzę żeby to was interesowało - po tych słowach przygotowała się do powrotu w półprzytomny sen. 
Spojrzeliśmy z Odmieńcem na siebie nawzajem. Wiedziałam, że oboje myślimy o tym samym: Przecież to brzmi podejrzanie podobnie do Wichury Płomieni! Moc dwóch żywiołów zamknięta w szklanym naczyniu!

- Właśnie, że nas to interesuje! - oparłam łapy na nosie smoczycy. - Powiedz nam o tym! - wykrzyknęłam. 
- Ciszej - jęknęła smoczyca. - Jestem stara, ale nie głucha.
- Dobrze, będę mówić ciszej, ale opowiedz, o co chodziło z tą mocą mrozu - wymamrotałam pośpiesznie. 
- Kiedyś jakiś władca królestwa wilkołaków zazdrościł Magicznym Wilkom władania żywiołami, bo w tamtych czasach nie każdy to potrafił. Postanowił więc zamknąć moce różnych żywiołów w różnych przedmiotach, by je kontrolować, ale skończyło się to śmiercią jego najstarszego syna - powiedziała leniwym tonem i znów ziewnęła. 
- To tyle?! 
- Miałaś już się nie drzeć - burknęła Surrexerunt. - Wiem jeszcze tylko, że jedna z mocy, nad którymi chciał zapanować ten władca, to mróz. Nie wiem więcej, spytajcie kogoś innego. Mam nawrót refluksa żołądkowo-przełykowego i nie mam ochoty na rozmowy - czknęła. 
- Czy smoki potrafią tylko odsyłać nas do innych? - warknął pod nosem Ting. 
- Dobrze... i tak dziękuję - westchnęłam i zostawiłam smoczycę już w spokoju. Odmieniec powłóczył nogami za mną, teatralnie wypuszczając powietrze pyskiem.
***
- Myślisz, że to, o czym mówiła Surrexerunt ma związek z Wichurą? - spytałam, chcąc rozbić ciszę, która między nami zapadła. 
Wróciliśmy z Tingiem do poszukiwania jajek, ponieważ żadne z nas nie chciało już biegać i wypytywać wszystkich o informacje. Starczy na jeden dzień tego wariactwa. 
- Może ma, a może nie ma - odparł mój towarzysz, niezbyt przyjemnym tonem. 
- Sądzisz, że to tylko zbieg okoliczności i to tylko brzmi podobnie? 
- Nie wiem. 
Pokręciłam głową i zaczęłam węszyć pośród ziół. Odmieniec najwidoczniej nie miał ochoty o tym więcej rozmawiać. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego, lecz nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Tak więc, skupiłam myśli na tym, czego szukałam i wkrótce znalazłam kilka maleńkich, pięknie przyozdobionych jajek. Po jakimś czasie trafiłam jeszcze na jakieś rośliny, z pozoru bardzo podobne do mięty. Rozpoznawszy w nich melisę (As mi kiedyś ją pokazał), bez strachu zaczęłam je zrywać. Wyprostowawszy się z pyskiem pełnym zielonych listków, dostrzegłam nad sobą kolejne sople. Zawołałam Tinga, który nadal był w pobliżu, ale nie odpowiedział mi nawet. Wówczas przypomniałam sobie, co mogę zrobić, żeby spróbować zrozumieć jego nagłą niechęć do tematu. Otworzyłam swoją torbę i odnalazłam w niej Błękitne Oko. Założyłam wisiorek na szyję, po czym skupiłam się na osobie mojego towarzysza.
Nagle ogarnął mnie strach. Szybko zrozumiałam, że pochodzi od Odmieńca. Spróbowałam wyczuć, co jest jego źródłem. Strach przed... przed... Oniemiałam. To był strach przed prawdą!
Nie zdejmowałam jeszcze medalionu. Postanowiłam spróbować także dojrzeć, co tak konkretnie przypomniał sobie dzisiaj przez te sople. Twierdził, że nie jest w stanie mi tego opisać, więc spróbuję tej metody. Zamknęłam oczy. Przeleciałam szybko przez wszystkie jego wspomnienia z dzisiejszego dnia i zdołałam zatrzymać się na momencie, w którym kontemplował nad nietopniejącymi, lodowymi szpikulcami.
Żadnych obrazów, tylko dźwięk i odczucia.
Świst w powietrzu i zderzenie ze sobą trzech broni. Czuję napór w obu łapach, a po chwili uskakuję przed falą zimna. Potem kolejną... I kolejną... Głośno dyszę. Następne uderzenie.
Potem... pustka.
Otworzyłam oczy. 
Więc to dzisiaj przypomniał sobie Ting... Ni mniej, ni więcej.

<C.D.N.>

Wygrana: 7 jaj

Uwagi: brak

piątek, 26 kwietnia 2019

Od Crane'a "Na chwilę przed odlotem" cz. 3 (C.D. Edel)

Czerwiec 2023
- Poczekaj chwilę, wiem co możemy zrobić - oznajmiłem.
Poprosiłem Diligitis, by podeszła bliżej skały, z której łatwiej będzie nam dostać się na jej grzbiet. Smoczyca pokiwała głową i zrobiła to. Wtedy ja stanąłem pod głazem i przykucnąłem. 
- Wespnij się po mnie na ten kamień - powiedziałem do Edel. - Z niego bez problemu dosiądziesz Diligitis 
Wadera chwilę się wahała, ale w końcu posłuchała mnie. Niezdarnie wdrapała się na obrośnięty mchem blok skalny i już po chwili zajęła miejsce nieopodal kosza z bagażem. Dołączyłem do niej, chociaż nie obyło się bez pewnych trudności. 
Smoczyca ruszyła naprzód, rozkładając skrzydła. Odruchowo przysunąłem się bliżej spakowanych na podróż przedmiotów, ponieważ w razie co, tylko tego będę mógł się złapać. Kiedy Diligitis wyraźnie przygotowywała się do wzbicia w powietrze, Redian wcisnął się między mnie,a Edel, jakby się bał. Wilczyca też wyglądała nieswojo, lecz dopiero przy kilku pierwszych uderzeniach błoniastych skrzydeł naszego przewoźnika, wyczułem jej strach. Bezpieczna ziemia zaczęła się oddalać. Wszystkie drzewa i nierówności terenu stawały się coraz mniejsze. Wkrótce wyglądały jak płaskie rysunki na kolorowej mapie, ukryte pod warstwą mgły. Niepewnie uniosłem wzrok na inne smoki w pobliżu. Na tę chwilę Digitis wydawała się lecieć najspokojniej z nich wszystkich. Jeden zielonkawy gad rozkładał swoje wielkie skrzydła na całą szerokość i pozwalał, by wiatr rzucał go na boki jak latawiec. Inny - zielonobrązowy podskakiwał gwałtownie w powietrzu w górę i w dół. Ledwo uniknął zderzenia z czerwonym smokiem, lecącym prosto na niego. Ten ostatni nie miał się czym przejmować, na jego grzbiecie nie było nikogo, lecz jego "podskakujący" kolega przewoził całą gromadę wilków i ich towarzyszy. Zmrużyłem oczy. Rozpoznałem, że siedziała na nim Lind, Leah, a także Torance i Asgrim. W pierwszej chwili nie rozumiałem, dlaczego Edel nie chciała polecieć ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi. Później dotarło do mnie, iż zapewne chodziło o ilość miejsc na grzbiecie tego smoka. Choćby się starali, nie zmieściliby tam już nikogo. 
Spojrzałem na waderę, która była tuż obok mnie. Nadal śmierdziała strachem i usilnie wpatrywała się w jakiś punkt przestrzeni przed sobą. Może chciałem zająć czymś siebie, a może chciałem żeby Edel poczuła się lepiej, więc zacząłem kontynuować urwaną przed odlotem rozmowę:
- Opowiedzieć ci o smoku, którym opiekował się mój ojciec? - spytałem. Tę wyssaną z palca historyjkę obmyśliłem już dawno temu, więc czułem się całkiem swobodnie opowiadając ją komuś, kto nie miał pojęcia o faktach, które pozbawiają ją wiarygodności. 
Wilczyca niepewnie odwróciła się w moją stronę. Jej ruchy były przesadnie uważne; zachowywała się, jakby zaledwie jeden błąd mógł doprowadzić do upadku z grzbietu smoczycy. 
- Ch-chętnie posłucham - Zmusiła się do uśmiechu.
- Więc tak, pewnie widziałaś tego olbrzymiego smoka, na którym podróżuje Joel z Yuki? - zacząłem.
- Nie umknął on mojej uwadze. Należy do ciebie? - Edel spróbowała zgadnąć do czego zmierzam.
- Nie, ten jest ich - pokręciłem głową z uśmiechem. - Chodzi o to, że mój ojciec kiedyś opiekował się podobnym, tego samego gatunku. Był jeszcze większy, o potężnych skrzydłach i lśniącej, srebrnej łusce. Prawdziwy mistrz walki i także powietrznych akrobacji. Potrafił latać nawet do góry nogami, a na swoim grzbiecie uniósłby z pięćdziesiąt wilków! 
Dobrze, że nie było szans, by usłyszała mnie Yuki. Nie dość, że zostałbym zdemaskowany, to jeszcze wyśmiany. W końcu tylko ona jedna sprowadziła z Krainy Mroku takiego smoka. Moja historia głosząca, że był tu kiedyś inny, wydała się Edel bardzo ciekawa. Dokładnie tak, jak zakładałem. Towarzysząca mi wadera otworzyła szerzej oczy, zainteresowana tematem. 
- I co z nim? - spytała.
- Nie żyje już niestety... - westchnąłem ze szczerze brzmiącym smutkiem. - Tata mi nigdy nie powiedział co się z nim stało, dla niego był to potężny cios. 
- Och... Tak mi przykro - Opuściła uszy - Nie dziwię się. Ja już nie wyobrażam sobie życia bez Rediana, jakkolwiek irytujący by nie był. Twój ojciec... Musiał być z nim bardzo związany.
- Podobno znał go jeszcze dłużej, niż mamę - spojrzałem w niebo, jakbym wspominał rodziców. Zadbałem, by z mojego wyrazu pyska dało się wyczytać, że oni także już nie żyją. Szczerze mówiąc, wolałem myśleć, że tak jest. Nie chciałbym ich już nigdy spotkać. Znienawidziłem ich. 
Tymczasem wadera nie mówiąc już nic, dotknęła swoją łapą mojej. Drgnąłem. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Zapewne chciała mnie pocieszyć, ale jednocześnie odnosiłem wrażenie, że to nie jest całe wytłumaczenie, a zaledwie jego część. Nie odsunąłem się, dostrzegłszy, że to całkiem przyjemne uczucie. Nie licząc nic nie znaczących uścisków z Lind, dawno nie miałem takiej styczności z innym wilkiem. W końcu każdy mógł mnie nagle zaatakować, więc byłem ostrożny... A Edel... Nic nie wskazywało na to, że mogłaby tego próbować. Wydawała się być łagodna i niewinna, a przy tym... taka delikatna. 
Samica zerknęła na nasze łapy, potem jej wzrok przeniósł się na mnie. Znów poczułem zapach strachu. Tym razem był on znacznie słabszy i jakby inny. Wadera powoli wycofała łapę.
- Ja... - przerwała i pokręciła łbem. 
Popatrzyłem na nią pytająco.
- Masz jeszcze jakąś historię w zanadrzu? Twój życiorys jest dość intrygujący - znowu się uśmiechnęła. 
Tak, o to chodziło. Jestem intrygującym basiorem, który przeżył wiele przygód, o których można opowiadać godzinami. Kupiła to! -
 A o czym chciałabyś usłyszeć? O Moście Nieskończoności? Drzewie Wiedzy?
- Moście Nieskończoności? - powtórzyła, mrużąc oczy - To ten który nie ma końca, tak?
- Tak... - mruknąłem patrząc na swoje łapy. Miało to sprawić wrażenie, że brałem udział w jakimś przedsięwzięciu związanym z nim i zostawiło to ślad na mojej psychice.
- To... Jaka to historia? - spytała - I żeby nie było, o Drzewie Wiedzy też chętnie posłucham.
- Kiedyś mi i mojemu przyjacielowi, którego imienia nie wspomnę, Alfy zleciły zbadanie tego mostu - zacząłem kolejną, fikcyjną opowieść. - On, związany w pasie Magiczną Liną ruszył przez Most, a ja miałem za zadanie przywiązać dobrze koniec liny do pobliskiego drzewa i pilnować, by się nie rozwiązała, a w razie potrzeby, ściągnąć mojego towarzysza z powrotem na brzeg. 
- Czy on...?
- Zniknął. Zaznaczam, że na tę okazję przygotowano kilkukrotnie dłuższą i bardziej wytrzymałą linę. Miała wytrzymać dwie tony, a po przekroczeniu tej wagi rozwiązać się. Tymczasem... - zrobiłem pauzę, by zbudować napięcie i dalej udawać, że nie jest wcale tak łatwo mi o tym mówić. - Kiedy mój przyjaciel zniknął we mgle, sznur nagle opadł na ziemię. Przerażony przyciągnąłem to do siebie, by odkryć rozerwany koniec. To cała historia. 
Edel otworzyła pysk w szoku. Dostrzegłem, że było to zmieszane z przerażeniem. 
- Jak myślisz co się z nim stało? - spytała, oblizując pysk z nerwów.
- Nie wiem. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić... - Spojrzałem na nią spode łba. - Gdybym chociaż usłyszał wołanie, jakikolwiek sygnał. A tymczasem... nic. Jakby rozpłynął się w powietrzu. 
Wadera skuliła się pod naporem mojego spojrzenia.
- Prze... Przepraszam. Nie powinnam dopytywać...
Natychmiast zacząłem ją uspokajać:
- Nie, wszystko w porządku. Na swój sposób jest mi lepiej, kiedy mogę z kimś o tym porozmawiać.
Pomimo moich słów, samica nie rozluźniła się, ani nic nie powiedziała. Zaczęła trzymać mnie na dystans i odpłynęła gdzieś myślami. Dotarło do mnie, iż mogę zaczynać brzmieć głupio. 
Chyba przesadziłem ze smutnym wyrazem tych historyjek, skoro przecież sam zaproponowałem, że o nich opowiem. Obym zdołał z tego zgrabnie wybrnąć. Tylko pytanie... jak? Miałem już pewne doświadczenie w rozmowach z Lind, a z Edel... żadnego. Też się wpakowałem... 
Wtem odezwała się smoczyca, na której lecieliśmy.
- Może zejdźcie na jakieś pogodniejsze tematy, gołąbeczki.
Edel drgnęła i spojrzała na tył łba Diligitis.
- Na przykład jakie? - mruknęła wadera. 
- To może ja coś opowiem? - Nagle do rozmowy włączył się Redian.
Popatrzyłem na niego. 
Dobra, opowiadaj co chcesz kocie, może dzięki temu Edel nie zwróci większej uwagi na moją straszliwą gafę.
Nie słysząc wyrazów sprzeciwu, potargana kulka futra rozłożyła się wygodniej i zaczęła opowieść:
- Któregoś dnia zawędrowałem na tereny Miasta. Stwierdziłem, że co mi szkodzi rozejrzeć się trochę. I nie uwierzycie! Widziałem tam jakieś dziwne, pomniejszone psy, prowadzone przez ludzi na sznurkach. I te psy zaczęły na mnie szczekać. Co za niewychowane kreatury, nie sądzicie? W każdym razie, gdy poszedłem wgłąb Miasta, to taki mały człowiek chciał mnie złapać. Podrapałem go i... - mówił jak najęty.
Niespodziewanie przerwała mu Edel:
- Chwila! Nie powinieneś był tam iść! Co ci strzeliło do głowy, żeby wchodzić do Miasta? Mogło ci się coś stać!
- Ale się nie stało. Żyję - Redian wyszczerzył wesoło ząbki.

<Edel?>

Uwagi: brak

Od Edel "Szukaj, a znajdziesz" cz. 4 (cd. chętny)

Lipiec 2023
W którymś momencie musiałam zasnąć, bo obudził mnie cichy mruk Rediana i Eleny. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że tuż obok mnie, wtulone w moją pierś i siebie nawzajem, leżą kociaki. Obserwowałam je, oddychając najciszej, jak mogłam. Mój kocurek wyglądał wyjątkowo grzecznie, chociaż z pewnością nie tak, jak Elena. Biała samiczka była istnym aniołkiem, nawet kiedy miała swój "gorszy" dzień. Czasem żałowałam, że to nie mnie się ona trafiła, ale z drugiej strony... Redian był moim promykiem słońca i zabawy, nawet w najbardziej deszczowe dni.
A co do deszczu... Wysiliłam słuch i próbowałam usłyszeć ciche kapanie kropel na zielone liście, znajdujące się wysoko nade mną. Nie miałam pewności, ale wydawało mi się, że nadal je słyszałam. Czyli dzisiaj nie ma szans na wyruszenie dalej.
Nagle poczułam palące gorące w przełyku. O nie, nie, nie. Nie zważając na śpiące kocięta, zerwałam się z miejsca i pobiegłam jak najdalej mogłam od reszty watahy. Z mojego pyska zaczynały skapywać wymiociny, o czym starałam się nie myśleć. Musiałam odejść od reszty.
Udało mi się zrobić zaledwie kilka kroków więcej, kiedy mój organizm całkiem się zbuntował. Moje nozdrza atakował nieprzyjemny zapach, gardło zaciskało się w niemym proteście, a żołądek nadal próbował pozbyć się zalegającego jedzenia. Nie chciałam na to patrzeć, ale nie umiałam zamknąć oczu lub odwrócić wzroku. Byłam zmuszona obserwować swój własny upadek.
Wiedziałam, że miałam ogromne szczęście. Głównie dzięki zmianie trybu życia na mniej wymagający, mniej "zakonowy", jeszcze żyłam. Mało tego! Ostatnio czułam się na tyle dobrze, by odzyskać nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Jednak teraz, gdy patrzyłam na własną krew barwiącą resztki śniadania, poczułam coś na wzór żalu. Choroba nie zniknęła. Nadal była gdzieś we mnie, nieustannie zbierając żniwo, próbując mnie wykończyć na swój okropny sposób. A ja przegrywałam. Powoli i boleśnie...
Kiedy wszystko się skończyło, wstałam i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w pierwszą lepszą stronę, gdzie nie widywałam zbyt wiele wilków. Chciałam się oddalić od innych jak najbardziej, by nie musieli na mnie patrzeć... w tym stanie.
Obiło mi się o uszy, że niemal z każdej strony byliśmy otoczeni rzeką. Wobec tego stwierdziłam, że nie zaszkodzi mi ją przejść i przy okazji pozbyć się resztek wymiocin z futra. Potykając się o wystające korzenie, szłam najszybciej, jak mogłam sobie na to pozwolić. Zwyczajowy półmrok, powoli zamieniał się w ciemność, którą rozświetlały jedynie niebieskie rośliny. Nadchodziła noc.
Miejsce, które sobie wybrałam, nie było najspokojniejszym ze wszystkich odcinków rzeki. Woda nieznacznie nabierała na szybkości od mojej strony oraz była o wiele zimniejsza. Pokonanie jej wymagało ode mnie długiej walki. Kiedy w końcu stanęłam po drugiej stronie rzeki, ledwo znalazłam siłę na otrzepanie się z wody.
Położyłam się na ziemi w takiej pozycji, by móc obserwować własne odbicie w ciemnej wodzie. Przyjrzałam się swojemu wychudzonemu pyskowi, który oblepiała mokra i rzadka sierść. Wyglądałam na zmęczoną i słabą. Widząc siebie w takim stanie, przestałam się dziwić tym, którzy próbowali się mną zaopiekować. Pewnie mieli wrażenie, że wystarczy jeden powiew wiatru, bym rozpadła się w proch...
A czy nie wystarczy?
Zanurzyłam łapę w lodowatej wodzie, niszcząc własne odbicie. Drobne fale naruszyły spokojną z tej strony taflę. Westchnęłam cicho i rozejrzałam się po miejscu, w którym się znajdowałam. 
Trawa wypuszczała swoje wysokie pędy z każdej strony, odpuszczając jedynie przy samej rzece. Brzeg był pokryty piaskiem i kamieniami. Wszystko wydawało się zimne przez padające na nie błękitne światło. Rośliny, z których się ono wydobywało, wyglądały podobnie do konwalii. Tyle, że w odróżnieniu od nich oczywiście świeciły oraz wyrastały prosto z drzew. W Zakonie nigdy nie widziałam czegoś, co by je przypominało, więc jeszcze bardziej mnie intrygowały. Jednak nie zdecydowałam się ich dotknąć, obawiając się, że mogą być silnie toksyczne. Nie miałam zamiaru pospieszać i tak zbliżającej się powoli śmierci...
Nagle zauważyłam bardziej znajomą roślinę. Nocne lilie zaczęły rozwijać swoje piękne kwiaty, zwiastując nadejście nocy. Po krótkiej chwili wahania, zdecydowałam się nazrywać kilka z nich. Po spożyciu potrafiły skutecznie poprawić humor, a o niczym w tamtej chwili tak nie marzyłam, jak o dobrym odwróceniu myśli od smutnych tematów.
Zjadłam jedną z nich i niemal od razu zaczęłam wesoło chichotać. Problemy odeszły w zapomnienie, a umysł skupił się na czymś innym... Na przykład na tym zabawnym szeleście czyichś łap o wysoką trawę. Ciekawiło mnie, kto to szedł i w jakim celu.
- Hej! Kto tam? - zawołałam, uśmiechając się szeroko.
W odpowiedzi usłyszałam czyiś poddenerwowany głos. Widocznie ten ktoś musiał się mnie wystraszyć. Roześmiałam się, słysząc głośne przekleństwo.
- Halo, tutaj! Nad rzeką! Chodź, porozmawiajmy!

<Jest ktoś chętny pogadać z naćpaną Edel? ^^>