sobota, 29 czerwca 2019

Od Lind "Przypadkowe znalezisko"

Grudzień 2023
Wszyscy członkowie watahy twierdzili, iż ceny w Białym Mieście są niewyobrażalnie wysokie. Tak więc, nawet nie zakładałam, że to, co zarobiłam na zleceniach, wystarczy na dobry posiłek każdego dnia. W tej sytuacji całkiem często odwiedzałam Crane'a. Nie musiałam nawet daleko chodzić; traf chciał, że mieszkał w tym samym zajeździe, co ja. 
Dzisiejszego dnia po raz kolejny spytałam mojego przyjaciela o Naszyjnik Pożywienia. Basior sięgnął więc do tej samej szuflady, co zwykle, lecz wyjątkowo nie znalazł tam wisiorka. Wówczas zaczął kręcić się po całym pokoju, zaglądając w każdy kąt. Co jakiś czas stawał na środku pomieszczenia i pytał sam siebie o miejsca, gdzie jeszcze nie szukał. Parę razy zaproponowałam pomoc, ale Crane na to odpowiadał, że na pewno zaraz znajdzie Naszyjnik i szkoda mojej fatygi. Ilekroć wypowiadał te słowa, miałam wrażenie, że jego głos był inny, niż zwykle. Ton wahał się, ale na pewno nie ze stresu...
- Pierzasta, chodźmy stąd, to strata czasu - mruknął Ting, siadając na podłodze. Z jakiegoś powodu tego dnia przyszedł na obiad za mną.
- Ja cię nie trzymam, możesz stąd iść - westchnęłam.
Jednakże w duchu podzielałam to zniecierpliwienie i znudzenie sytuacją. Crane biegał po pokoju już dobre dziesięć minut, ja w odróżnieniu od Odmieńca niczego dziś nie jadłam (Ting pożarł dziś garść żuków gwoli ścisłości. Zdechłych żuków!). 
- Naprawdę, zaraz go znajdę - wtrącił Crane i zajrzał pod swoje posłanie. - Ha! Mówiłem! - Wczołgał się dalej, by dosięgnąć wreszcie odnalezionego przedmiotu.
"No, mówiłeś to już parę razy" - pomyślałam. Tak czy owak, cieszyłam się, że skończyło się czekanie. Basior podszedł do mnie z Naszyjnikiem w pysku.
- Dziękuję - Z szerokim uśmiechem wzięłam od niego wisiorek. - Za parę minut ci go oddam - wymamrotałam.
- Wiesz, przyjdź później - odparł. - Pewnie nie będzie mnie w zajeździe.
- Tak? - odłożyłam na chwilę Naszyjnik. Wtedy przejął go Ting.
- Czekam w twoim pokoju, Pierzasta - rzucił Odmieniec i ulotnił się z pola widzenia.
- Hej!
Pobiegłam za nim. W końcu ja wypożyczam ten przedmiot od Crane'a i za niego odpowiadam. Naszła mnie obawa, że Odmieniec może go uszkodzić.
- To pa, Lind! - zawołał za mną Crane.
Wpadłam do swojego pokoju. Ting nawet nie zdążył zamknąć za sobą drzwi. Zastałam tam Odmieńca zakładającego sobie wspomniany wcześniej wisiorek na szyję.
- O, szczerze myślałem, że będziesz dłużej zagadywać Jednookiego - oznajmił Strażnik Wichury na mój widok.
Westchnęłam ciężko.
- Oddaj Naszyjnik. Ja pierwsza go użyję - rzuciłam.
- Teraz to już ja mogę ci wyczarować tę twoją sarnę - mruknął Odmieniec.
- Tym razem nie chciałam sarny. Do czego tobie jest potrzebny Naszyjnik? - spytałam, wyciągając łapę po omawiany przedmiot.
Ting wykonał dwa szybkie kroki w tył.
- Baldor odkrył, że gdzieś tu w konstrukcji budynku są mrówki - Skinął na siedzącego w kącie "jeżozwierza". - Chcemy je zwabić za pomocą mięsa. Ten dziwny gatunek nie jest łasy na słodycz.
- No... dobra... - mruknęłam. - Chwila, skąd wiesz, że nie? 
- W paru miejscach w mieście można dostać darmowe saszetki z cukrem - odparł Odmieniec.
Kryształy z Naszyjnika zaczęły delikatnie połyskiwać. Chwilę potem, pojawił się przede mną kawał mięsa. Zamruczałam niezadowolona, ponieważ nie zdążyłam powiedzieć Tingowi, co miałam ochotę dziś zjeść. Nie mniej jednak, nie chciałam, by to, co już wyczarował Odmieniec, zmarnowało się. Powąchałam swój posiłek. Mięso kozicy! Bez namysłu zatopiłam zęby w tej delicji i odgryzałam łapczywie kolejne kawałki. Stęskniłam się za takim smakiem. W sumie przypominał mi trochę o terenach, które opuściliśmy. Mam wrażenie, że minęły najwyżej dwa tygodnie od momentu odlotu, a nie długie miesiące.
Po skończonym, sycącym posiłku ruszyłam do wyjścia. Na odchodnym obejrzałam się na Odmieńce. Ting rozkładał przy ścianie kawałki niedojedzonego przeze mnie mięsa, a Baldor śledził wzrokiem poczynania swojego "kuzyna".
- Macie potem posprzątać ten bałagan.
- Jeśli przyjdą mrówki one to posprzątają - oblizał się Ting.
- Chyba, że nie przyjdą - mruknął Baldor.
- Nie kracz! - rzucił Strażnik Wichury.
Opuściłam pokój i przymknęłam za sobą drzwi. Planowałam tego samego dnia jeszcze raz przejść się wzdłuż miasta, którego nadal nie zwiedziłam do końca. Jednak nie chciałam iść na tak długi spacer sama. Na towarzystwo Tinga rzadko mogłam liczyć, odkąd zrobiło się na dworze naprawdę zimno. Tak więc, zastukałam do pokoju Leah. Odpowiedziała mi cisza. Odrobinę zawiedziona, poszłam dalej korytarzem. Zatrzymałam się przed drzwiami Tori i Asa. Zapukałam w te drzwi tak samo, jak w poprzednie, ale znów nikt nie otworzył. Uderzyłam jeszcze parę razy. Nic to nie dało. Westchnęłam. Pomyślałam jeszcze o paru innych wilkach z watahy, które znam lepiej, lecz po namyśle, nie miałam ochoty na spotkanie z nimi. Cóż, widać jednak czeka mnie samotny spacer.Wyszłam z zajazdu i nabrałam w płuca zimnego powietrza. Bez dłuższego namysłu wybrałam kierunek wędrówki. Postanowiłam, że po prostu spróbuję iść ulicami, których wcześniej nie widziałam. W końcu to olbrzymia metropolia. Pewnie nawet pół roku nie wystarczyłoby, by zwiedzić ją całą.
Szłam powoli; podziwiając otaczające mnie budynki. Miałam wrażenie, że każda budowla szczyciła się unikalnym stylem architektonicznym. Jedynymi elementami wspólnym, spajającym tę część miasta, były metalowe słupy zakończone latarniami. Zbliżał się już wieczór, więc im dalej szłam, tym więcej z nich było zapalonych. Raz nawet minęłam latarnika. Oczywiście był to wilk władający ogniem; jakżeby inaczej? Nie mogłam jednak się mu dokładniej przyjrzeć. Biegł od jednego słupa do drugiego tak szybko, że ledwo wychwyciłam kolor jego futra. Przystawał tylko na ułamek sekundy, używał swoich mocy i pędził dalej. Ciekawe ilu latarników jest w całym mieście. Ciekawe jak powoli rozświetlane miasto wygląda z góry...
Spojrzałam na niebo. Przez chwilę chciałam przywołać skrzydła z wiatru, lecz na widok patrolu straży odrzuciłam tę myśl. Kto wie, czy loty nad miastem również nie są zabronione. Opuściłam pyszczek i poszłam dalej, próbując nie zwracać większej uwagi na uzbrojone wilki.
Po półtorej godziny nie było już widać nawet jednego promienia słońca. Trafiłam na kolejną, nieznaną mi wcześniej ulicę. Tu na co drugiej kamienicy lśniły płaskorzeźby z polerowanego marmuru. Jedna była tak długa, że musiałam cofnąć się pod przeciwległą ścianę, żeby ją ogarnąć wzrokiem. Wówczas poczułam pod poduszką łapy jakiś przedmiot. Chyba kawałek materiału. Cofnęłam się i spróbowałam zlokalizować rzecz, na którą nastąpiłam.
Wyglądało to, jak jakieś rękawice. Nie miałam co prawda wiele razy do czynienia z tą częścią ludzkiej garderoby, lecz przynajmniej znałam nazwę i zastosowanie. Podniosłam znalezisko, używając mocy wiatru. Odgarnęłam z niego warstwę kurzu. Tak, zdecydowanie para rękawiczek. Wyglądały na wykonane ze starannie wyprawionej skóry. Obróciłam je i odkryłam, że zewnętrzna część była wysadzana pięknymi zielonymi kamieniami szlachetnymi.
Byłam pewna, iż ktoś je zgubił. Chyba, że były zaczarowane; na przykład przynosiły pecha. Wtedy właściciel mógł je celowo wyrzucić. Uznałam jednak, że tak, czy inaczej chcę wiedzieć, skąd się tu wzięły. Wtedy będę mieć pewność, czy ja też powinnam ich się pozbyć, czy powinnam ich komuś oddać. Byłam prawie pewna, że to nie jest tani towar. Nawet jeśli są niebezpieczne, nie boję się przetrzymać je przez parę godzin. Noszę przecież Medalion Nieśmiertelności! 
Schowałam znalezisko do torby i ruszyłam dalej. Na oglądanie płaskorzeźb będzie jeszcze czas. Nie byłam jeszcze pewna, do kogo się zwrócę. Po jakimś czasie minęłam tablicę ogłoszeń. Nie tę samą, na której znalazłam zlecenie na Tantibusy, czy to o gryfie. Zatrzymałam się. Pomyślałam, że jeśli ktoś szuka tych rękawic, być może zostawił informacje właśnie tutaj. Zaczęłam pobieżnie oglądać przyczepione do tablicy kartki. Jedno ogłoszenie istotnie traktowało o zaginionych rękawicach; ich opis dokładnie pokrywał się z wyglądem tych, które znalazłam! Przyjrzałam się dokładnie podanemu adresowi właścicielki i pobiegłam jej szukać.
Ech... Czas na kolejne pytania o drogę.
***
Nie wiem ile czasu to zajęło. Może godzinę, ewentualnie pół. Najważniejszy był fakt, że znalazłam apartament, w którym mieszkała właścicielka zaginionych rękawic - niejaka Madame Harold. Zastukałam do drzwi, lecz tak samo, jak w zajeździe, nikt nie otworzył. Spróbowałam jeszcze kilka razy, ale wciąż nikt nie dał znaku życia.
Przecież nie jest jeszcze tak późno... Chyba, że domownicy idą spać naprawdę wcześnie. A może dziś nocują gdzie indziej? Ewentualnie wyprowadzili się... Ale na ogłoszeniu był ten adres, a ono nie wyglądało na stare!
Wtedy dostrzegłam u góry zdobionych drzwi małe okienko. Wspięłam się na tylnych łapach, gotowa zajrzeć przez nie do środka, ale straciłam równowagę. Wtedy w jakiś sposób moja przednia łapa uderzyła w dziwny kształt, wystający ze ściany. Zdołałam wylądować na czterech nogach i nie spotkać się z ziemią. Nagle moich uszu dosięgnął dźwięk przypominający bicie zegara. Dobiegał chyba z apartamentu Madame Harold. Podniosłam uszy i spojrzałam w tamtą stronę.
Po chwili ujrzałam, że z okna w drzwiach połyskiwało wątłe światełko. Następnie usłyszałam szczęk zamka. Wkrótce stanął przede mną pewien osobliwy humanoid. Tak właściwie, połączenie człowieka i smoka o czerwonych łuskach. Pani domu zamrugała oczami i zbliżyła do mnie świecznik, który trzymała w łapie.
- Dobry wieczór - przywitałam się. - Madame Harold?
- Tak, to ja - odparła niskim głosem. - Czemu zawdzięczam tak późną wizytę?
- Znalazłam coś, co należy do pani - oznajmiłam i wyciągnęłam z torby rękawice.
- Co za szczęście! - Prawowita właścicielka natychmiast przejęła je ode mnie. - Bałam się, że przepadły na zawsze.
- Okazuje się, że nie - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Bardzo dziękuję - Skinęła głową. - Bardzo. Należy się pani nagroda, o której pisałam w ogłoszeniu.
Zdałam sobie sprawę, iż tak skupiłam się na zapamiętaniu wskazówek mieszkańców co do adresu, że zapomniałam, że oferowane było jakiekolwiek wynagrodzenie. Madame Harold wróciła do swojego apartamentu, by po chwili wręczyć mi sakiewkę pełną Bellos.
- Jeszcze raz dziękuję - mruknęła.

Uwagi: brak.

Od Cess „Wszystko co ludzkie, jest mi obce” cz. 1

Grudzień 2023 r.
Robiło się już naprawdę zimno. Siedziałam w swoim małym pokoju, wyglądając za okno. Pogoda nie była najlepsza, nad Białym Królestwem wisiały gęste chmury, a wiatr szalał. Przeniosłam swój wzrok na wnętrze. Przedmioty, które znajdowały się tu w środku, były mi wcześniej kompletnie nieznane. Nie widziałam wcześniej łóżka, drzwi, czy nawet szafek. Gdy pierwszy raz weszłam do tego pomieszczenia, ogarnęło mnie wielkie zdziwienie oraz zdezorientowanie. Sam widok pionowych ścian i bardzo prostego podłoża zrobił na mnie niemałe wrażenie. Trochę czasu minęło, nim dałam radę przyzwyczaić się do tego. Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Byłam przytłoczona tym otoczeniem. Moim zdaniem, w mieście było zbyt dużo osób. Mieszkańcy różnili się od ciebie gatunkami i rasami. Istna mieszanka wszystkiego, co na wielkim świecie zapewne się znajdowało. Mogłam powiedzieć, że przez pierwsze dni ogarniał mnie strach. Z przerażeniem w oczach wychodziłam z zajazdu. Zmieniło się to jednak z czasem. Oswoiłam się z myślą, że zatrzymaliśmy się tam tylko na „chwilę”. Potem miałam wrócić na łono natury, na zupełnie nowych terenach watahy. To pomagało przetrwać mi kolejne dni. Niemiłosiernie długie i tak samo nudne.
Jednak ostatnio coś się zdarzyło i zajęłam czymś swoją uwagę. Była to misja, do której się sama zgłosiłam. Pozwoliło mi to choć na chwile zapomnieć o zmartwieniach, wiążących się z zbyt długim przebywaniu w samotni. Nienawidziłam nic nie robić. Siedzenie w jednym miejscu było dla mnie katorgą i traktowałam to jako najgorsza kara, jaką mogłam dostać. Gorszą od śmierci. Zrobiłam coś miłego oraz fajnego zarazem. Choć byłam wtedy bardzo zdenerwowana, dobrze wspominałam tamten dzień. Szczególnie wieczór, gdzie odrobina szczęścia uśmiechnęła się do mnie. Złapałam Iveqina oraz dostałam zapłatę (której się nawet nie spodziewałam). Był to jednak jeden fajny dzień, który wręcz tonął w morzu dni zwyczajnych, nudnych. Nie mogłam znaleźć tutaj nic dla siebie. Nie przemawiały do mnie te realia. Wszystko kręciło się wokół ludzkich przedmiotów, wynalazków. Wokół tego, czego za nic nie mogłam pojąć. Starałam się, lecz było to dla mnie zbyt dziwne i skomplikowane. Nie na moją małą, rogatą głowę.
Wyszłam z pomieszczenia i ruszyłam korytarzem, przechodząc obok pokojów innych członków watahy. Po drodze natknęłam się na Crane’a. Uśmiechnął się on do mnie przyjaźnie, na co odpowiedziałam tym samym. Już myślałam, że obejdzie się bez czegoś więcej, lecz myliłam się. Zaczął rozmowę, na którą ochoty nie miałam. Nie dzisiaj.
- Witaj Cess, dokąd zmierzasz? - basior był w wyśmienitym humorze. Nie chciałam wyjść na bezduszną i postanowiłam się go nie pozbywać tak szybko. Lepiej było nie zepsuć mu humoru, ze względu na to, że ja go nie miałam.
- W zasadzie to na bardzo długi spacer, jak zresztą codziennie. Nie mam tu zbyt dużo do roboty… - mruknęłam, wykrzywiając się lekko. Po chwili mój pysk wrócił do normalnego wyglądu, z tą zmianą, że starałam się lekko uśmiechać. - A ty, gdzie podążasz?
- Kilka pokoi dalej - podążył wzrokiem na przestrzeń znajdującą się za mną. Trwało to moment, a następnie znów spojrzał na mnie. Zaczęłam się zastanawiać, do kogo chciał pójść, choć nie była to moja sprawa. Niestety nie pamiętałam kto ma tam pokoje, a z zapytania się zrezygnowałam. - Nie za zimno ci będzie?
- Pewnie tak - wzruszyłam ramionami, stwierdzając że nie ma to takiego znaczenia. Zimno, czy nie zimno. Mam futro, raczej dałabym radę przetrwać. Ten komentarz jednak zachowałam dla siebie, nadal chcąc pozostać tą „miłą Cess”. - Nie brakuje ci natury w tym mieście? - zapytałam bezmyślnie, nie myśląc zbytnio o słowach, które powiedziałam. Sama się zaskoczyłam, bo nie miałam przecież w planach zaczynać dłuższej rozmowy. - Znaczy wiesz, lasu i w ogóle.
- W sumie… to tak - spojrzał na mnie trochę przybity. Zaklęłam się w duchu, stwierdzając że swoim głupim pytaniem zepsułam mu już dzień. Skręciło mnie w środku. - W lesie wstajesz rano i wiesz co powinieneś zrobić: iść na patrol, coś upolować... A w tym mieście co można zrobić? Gubić się w kamiennych uliczkach…
- Czyli nie tylko ja tak twierdzę - zdobyłam się na pokrzepiający uśmiech. Nie chciałam go już dłużej zatrzymywać, było to marnowanie jego czasu i cierpliwości. - Dobra, leć do swojej ukochanej! - palnęłam bezmyślnie, a Crane spojrzał się na mnie przerażony. Miał wyjść żart, lecz coś mi się nie udało. Zbladłam, wyklinając się po raz kolejny za moją głupotę. - To taki żarcik… - sama bym sobie nie uwierzyła po tych słowach. Uśmiechnęłam się głupkowato i wyminęłam basiora, kierując się do wyjścia z zajazdu. Jestem idiotką…

Na zewnątrz faktycznie było zimno. Chłód uderzył mnie momentalnie, a ja nie byłam na to przygotowana. Przez moje ciało przebiegły nieprzyjemne dreszcze. Jęknęłam cicho, idąc po zimnym chodniku. Może nie był to taki dobry pomysł, aby wybrać się akurat dziś na spacer. Moja duma jednak, nie pozwoliła mi zawrócić. Zawsze chodziło o moją dumę, bo ona jako jedyna trzymała mnie przy zdrowych zmysłach. Już dawno leżałabym martwa w krzakach, gdybym aż tak bardzo o nią nie dbała. Rodzice nauczyli mnie, jak dbać o własne interesy. Wiele mnie nauczyli, a czy miałabym kiedykolwiek szansę przekazać tą wiedzę dalej? Pewnie nie. Na pewno nie chcąc urazić mojej „wielkiej dumy”, nie zrobię nigdy nic w tym kierunku. Dlaczego taka jestem? - pomyślałam, warcząc wkurzona pod nosem. Na ulicach nikogo nie było. Wszyscy siedzieli w domach, ponieważ zimny wiatr utrudniał nawet poruszanie się. Ja jednak twardo stąpając po ziemi, szłam naprzód i nie oglądałam się za siebie.
Chłód zaczął coraz bardziej mi doskwierać. Powoli przestałam czuć opuszki łap, a zęby uderzały o siebie, w wyniku drżącej szczęki. Nie przeszłam długiej odległości, ledwo kilka ulic. Jeszcze jakiś czas temu, gdy było cieplej, byłam w stanie przejść je w kilka minut. Dziś jednak czas mi się dłużył i dłużył. Już same kończyny uginały mi się pod moim ciężarem. Nie dałabym rady wrócić. W drodze powrotnej padłabym plackiem na środku uliczki. Postanowiłam wejść do pierwszej lepszej karczmy lub piekarni, która mogła być otwarta. Padło na pierwszą opcję, która znajdowała się tuż koło mnie. W środku siedziało dość dużo osób. Nie dostrzegłam wśród nich żadnej znajomej mordy. Niepewnie udałam się w kąt, gdzie usiadłam na ziemi, opierając łeb o ścianę. Było tam o wiele cieplej, niż na zewnątrz. Czułam się o wiele lepiej. Przymknęłam oczy, odchyliłam głowę do tyłu (która nadal miała styczność ze ścianą) i westchnęłam cicho. Miałam w planach posiedzieć tu jakiś czas, aby następnie wrócić do zajazdu.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam czyiś głos. Nie miałam ochoty otwierać oczu, więc cały czas będąc w tej pozycji mruknęłam:
- Tak, tak… - Poczułam, jak ten ktoś odchodzi i odetchnęłam z ulgą. Pozostałam w tej pozycji przez dłuższy czas i rozkoszowałam się zapachami oraz ciepłem. Otworzyłam lekko oczy, a światło, które mnie oślepiło, sprawiło że mój błędnik zaczął szaleć. Zakręciło mi się w głowie, następnie straciłam równowagę i poleciałam na podłogę. Stęknęłam cicho, czując ból w plecach. Na szczęście chyba nie było to coś poważnego. Przyćmiło mnie lekko i musiałam odczekać dłuższy moment, zanim powróciłam do racjonalnego myślenia. Gdy obraz wracał do normalności, dostrzegłam zarys sylwetki wilka, która wisiała nade mną. W sekundę moje ciało się spięło, a mnie samą zmroziło.
- Na pewno nic ci nie jest? - znów usłyszałam ten sam głos. Poczułam jak moje wszystkie kości miękną, a język był niezdolny do pracy. Wiedziałam kim on jest. Znaczy… widziałam go już kilka razy. Odebrało mi mowę, więc na jego pytanie pokiwałam twierdząco głową. Był to jednak błąd, ponieważ zaczęła mnie mocniej boleć. Syknęłam, starając się wstać. Nie było to takie łatwe. Karczmarz nadal wlepiał we mnie swe niepewne spojrzenie. - Może wezwać jakąś pomoc?
- Nie, nie trzeba - chrząknęłam cicho, będąc na siebie zła. Czemu jak normalny wilk nie mogłam usiąść przy stole? - Przepraszam za kłopot… Po raz kolejny jak tu wpadam, leżę na podłodze… - ostatnie zdanie powiedziałam szeptem, co sprawiło, że szarooki wilk tego nie dosłyszał. Na moje szczęście. Zajmowałam mu jego cenny czas i było mi z tym źle. - Może pan wrócić do pracy, jakoś dam radę dojść do drzwi.
- Radzę pozostać tu w środku, na zewnątrz coraz zimniej - rzekł, odchodząc ode mnie, upewniwszy się, że stoję prosto na swoich nogach oraz nie wywrócę się. To był dzień złych decyzji…

<C.D.N.>

Uwagi: Wydawało mi się, że Cess mieszkała nad karczmą wraz z innymi wilkami z watahy, a tutaj musi przejść kilka uliczek, by do niej trafić. Nie mam pewności, która z nas się w tym momencie pomyliła, lecz chyba wypadało o tym wspomnieć.

piątek, 28 czerwca 2019

Od Dante "Pożegnania i powitania" cz. 2

Luty 2024 r.
Od mojego pierwszego spotkania z Janey minęło już dobre kilka miesięcy. Wstyd przyznać, ale chyba zostaliśmy parą... Nigdy nie zapytałem o to wprost. Ona nas nie nazywała wcale. Naszej relacji. W myślach pozostawało to dla mnie jako "przyjaźń z bonusem". Chyba w końcu byłem naprawdę szczęśliwy. Astrid już aż tak nie zadręczała mojej głowy... Nie myślałem o niej tak jak kiedyś. Nie była już wspomnieniem bliskim, tylko naprawdę odległym. Jakbyśmy byli parą w poprzednim życiu, a z obecnym nie miała nic wspólnego. Minęło tak wiele lat od kiedy widziałem ją ostatni raz... Dla wilka to znacznie więcej, niż dla wilkołaka. Magnus przekonywał mnie, że ten czas to wcale nie aż tak wiele dla niego. Wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo dla mnie niepojętne jest egzystowanie w taki sposób, jak on, czy Joel... Wszystko mija wolniej, niż dla mnie, choć to dokładnie tyle samo.
– Hej, Dan... o czym myślisz? Przyniosłam ci tę herbatę, o którą prosiłeś.
Podniosłem na nią wzrok i uśmiechnąłem się. W drzwiach stała wysoka (lecz nie aż tak, jak ja) kobieta o naprawdę długich czarnych włosach poprzetykanych siwizną. Oczy miała czerwone, bystre. Janey.
– O niczym... tylko o tym, jak szybko mija mi czas – zaśmiałem się lekko i przyjąłem od niej kubek. Od momentu jej wyjścia również byłem zmieniony w człowieka, więc chwycenie za uszko naczynia wcale nie było problematyczne.
Westchnęła cicho i położyła się obok mnie na łóżku. Gładko zmieniła formę na wilczą. Powtarzała, że jest dla niej znacznie wygodniejsza. Jej wzrok powędrował do moich nóg. To właśnie dlatego ona poszła po napar, a nie ja. Moje nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Łupało w kościach. Dziś było wilgotno, więc to się tylko nasiliło... Nie miałem chęci wychylania się spod ciepłej pierzyny, jakie znajdowały się w karczmie.
Janey patrzyła na mnie trochę zatroskana. Zerknąłem na nią i uśmiechnąłem się pocieszająco, po czym wziąłem pierwszy łyk herbaty. Była za gorąca... Prostym zaklęciem dolałem odrobinę schłodzonej wody. Teraz była gotowa do picia.
– Wiesz, byłam u tego lekarza... Doktor Patrick, tak się chyba nazywał – zaczęła.
– Mhm... Przypisał ci coś? – zapytałem. Janey ostatnio uskarżała się na nudności. Na początku myśleliśmy, że to zwykłe zatrucie, ale to się ciągnęło całymi dniami i nie zapowiadało się na to, aby miało się prędko zakończyć.
Uśmiechnęła się tajemniczo i zaczęła bawić się łapą, jeżdżąc nią po fałdach materiału.
– Twierdził, że wolałby mnie z tego nie wyleczyć, ale decyzja zależy ode mnie.
Zmarszczyłem brwi. Brzmiało jak coś poważnego, ale jej uśmiech trochę mnie mylił.
– Co miał przez to na myśli? – zapytałem ostrożnie.
– Chciałbyś mieć kolejne szczenię?
Z wrażenia aż się zakrztusiłem herbatą. W końcu mnie spojrzała. Czekała na moją decyzję. Byłem nieco... zdezorientowany. I może spanikowany.
– Jesteś w ciąży?
Skinęła głową. Przeczesałem palcami włosy i wyszeptałem nieme "wow". Co prawda... Teoretycznie było to możliwe, ale sądziłem, że... przecież byliśmy już tacy starzy i... Po prostu nie martwiłem się tym. Nawet nie myślałem o takiej ewentualności, ale... wyglądało na to, że będę musiał się znowu pogodzić z rolą ojca.
– No... to dobrze. Dobrze – powtarzałem, sam nie wiedząc dlaczego i po co. Nachyliłem się do niej i spróbowałem się przytulić. Sama się przysunęła, więc było to znacznie łatwiejsze. Nadal trudno mi było przyjąć to do wiadomości. Niesamowite. W normalnych warunkach chyba bym jej nie uwierzył, ale... to była Janey. Ona nie żartowała w takich sprawach.
Nawet nie wiedziałem kiedy po moich policzkach spłynęły łzy. Trudno powiedzieć czy z szoku, czy ze smutku, czy może radości. Moje życie się kończyło, a my spodziewaliśmy się dziecka.
– Chyba powinienem powiedzieć o tym Navri...
– Sądzisz, że interesuje ją taka wiadomość...? – zapytała niezbyt chętnie. Odnosiłem wrażenie, że chyba za sobą nie przepadały, ale nigdy nie wywiązała się z tego kłótnia, więc wolałem się nie wtrącać.
– Sądzę, że tak.
Dopiłem herbatę i dopiero wtedy wytarłem oczy o jej futro. Odsunąłem się od niej.
– Zerknę na parterze. Może tam siedzi.
– Ja jej nie widziałam... – zaczęła Janey, ale jej przerwałem.
– Po prostu sprawdzę.
– Nie przewrócisz się...? Naprawdę chcesz się tak męczyć...? Mogę ja jej powiedzieć.
– Nie ma sprawy. Chcę jej to przekazać osobiście – powiedziałem, starając się wstać. Nogi miałem jak z ołowiu, bolały jeszcze mocniej przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Skrzywiłem się.
– Jak sobie chcesz... - stwierdziła, kładąc głowę na poduszce – Poczekam.
Nie odpowiedziałem. Podniosłem się na chwiejnych nogach, a następnie po chwili przytrzymywania się ściany, postanowiłem o zmianie w wilka. Powinienem sobie łatwiej poradzić, bo górne (czy też przednie) kończyny aż tak mnie nie bolały. Ostatni raz zerknąłem z uśmiechem na Janey, a następnie powoli skierowałem się do kolejno drzwi oraz schodów prowadzących na dół.
O tej porze w karczmie nie było zbyt wiele osób. Głównie zmęczeni goście, którzy zwlekli się aby coś zjeść, oraz osoby, które chciały coś przekąsić przed pracą. Jeszcze nawet nie świtało... ale co się dziwić, bo przecież to zima.
Mój wzrok bez problemu wyłowił wyprostowaną dumnie córkę. Ucieszyłem się w duchu na jej widok. Chociaż patrzyła tępo na swój kufel piwa, a szkiełko jej okularów nie tak dawno w bliżej nieokreślonych okolicznościach się stłukło, to było w niej coś pocieszającego. Wszyscy mówili, że czują od niej chłód, ale ja zaś czułem tylko ciepło.
– Cześć – zacząłem, po czym usadowiłem się naprzeciwko niej. Starałem się uśmiechać, ale po raz kolejny kości tylnych łap wyjątkowo brutalnie przypomniały o sobie. W moich oczach znowu pojawiły się łzy.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Chciałabyś mieć braciszka lub siostrzyczkę? – zmieniłem temat. Patrzyła na mnie. Ani jeden mięsień jej pyska nie drgnął.
– To żart?
– Nie – powiedziałem. Widząc jej brak jakiekolwiek reakcji, trochę zwątpiłem. Nie wiedziałem co jeszcze dodać.
– Och – stwierdziła tylko, po czym znowu się napiła. Również z gracją. Była... jeszcze mniej żywotna niż zwykle.
– Wszystko w porządku? – zmartwiłem się.
– Nie wyspałam się. Jak u ciebie? Też nie wyglądasz najlepiej.
Zaśmiałem się nerwowo.
– Po prostu ostatnio mam problem z nogami. Przydałaby się jakaś maść, czy coś...
– Idź do lekarza, inaczej możesz przestać chodzić – oznajmiła. Westchnąłem i spuściłem głowę. Miałem cichą nadzieję, że się ucieszy na wieść o rodzeństwie... Zdawało mi się jednak, że kompletnie jej to nie obchodzi.
– Tak. Właśnie tak zrobię – zawyrokowałem. Miałem nadzieję, że Navri coś jeszcze powie, ale raczej się na to nie zanosiło. No tak... przecież zawsze była taka cicha.
– To... miłego dnia – stwierdziłem w końcu – I wyśpij się dobrze, okej?
Powoli skinęła głową. Nawet na mnie nie patrzyła. Byłem zmartwiony, ale nie wiedziałem co na to zaradzić. Powinienem jej jakoś pomóc, czy może po prostu mi się zdawało? Rzadko się ostatnio widzieliśmy... Może się myliłem. Może wszystko było tak jak zawsze.
Jeszcze ostatni raz na nią zerknąłem, a później powoli oddaliłem się w kierunku wynajętego dla mnie i Janey pokoju.


<c.d.n.>

Uwagi: brak.

czwartek, 27 czerwca 2019

Od Lind "Przecież to takie żałosne" cz. 3

Koniec grudnia 2023
Zasnęłam bardzo twardym snem. Utracenie magicznych zdolności okazało się mieć jeden, jedyny, acz znaczący plus - brak nader wrażliwego słuchu. Wreszcie mogłam "usłyszeć ciszę", jakkolwiek głupio to zabrzmi. Po raz pierwszy nie ogłupiał mnie ten wieczny szum dźwięków pochodzących z nie wiadomo jak daleka. Takie stępienie pojedynczego zmysłu naprawdę mi pomogło w zaistniałej sytuacji. 
Obudziło mnie dopiero walenie w kraty celi. Poderwałam się jak oparzona. Przy okazji prawie przewróciłam wiadro ze śmierdzącą wodą. Podniosłam wzrok, by zobaczyć w korytarzu strażnika. Patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał. Zamrugałam oczami i spojrzałam najpierw na pustą celę po prawej, a potem na celę Freeze'a po lewej. 
- Chcesz dostać coś do jedzenia, czy nie? - rzucił sucho strażnik. 
Dopiero wtedy dostrzegłam, że za pilnującym nas wilkiem stał swego rodzaju drewniany wóz, na którym leżały stosy kawałków mięsa.
- Chcę, chcę! - wymamrotałam i złapałam w zęby znalezioną wcześniej miskę. 
 W jednym miejscu przerwa między kratami była większa; właśnie po to, by przekładać tamtędy to drewniane naczynie. Podałam je strażnikowi i po dwóch sekundach otrzymałam z powrotem. Wielkość otrzymanej racji żywnościowej wyglądała raczej na przeznaczoną dla szczenięcia. Na domiar złego mięso było tak suche, że z trudem odgryzałam kolejne kawałki. A może służyło to wydłużeniu czasu przeżuwania, żeby porcja sprawiała wrażenie nieco większej?
Nie ośmieliłam się jednak narzekać na otrzymane jedzenie. Z resztą, ktoś zamknięty w celi za Freeze'm mnie uprzedził. Strażnik uciszył go trzema zdaniami:
- Nie pasuje ci? Możesz nie jeść i zdechnąć z głodu. 
Za to kiedy pilnujący nas bezimienny-wilk wracał, zaczepiłam go w nieco innej sprawie:
- Przepraszam, mogę dostać świeższą wodę? 
Strażnik więzienny odwrócił głowę w moją stronę. Jego spojrzenie było obrzydliwie nieprzyjazne. Nie odpowiedział jednak nic i poszedł dalej. Już chciałam za nim wołać, lecz zostałam powstrzymana przez Freeze'a, który zapewnił mnie, że na pewno dostanę, czego potrzebuję. 
***
Deja-vu. Zdałam sobie sprawę, że to tak naprawdę kolejny raz, jak jestem zamknięta w ograniczonej przestrzeni. Tak samo, jak wtedy w jaskini, mam przy sobie tylko jedną osobę, z którą będę mogła w najbliższym czasie porozmawiać. Nie mniej jednak żałowałam, że tu podobieństwa się kończyły. Zabrakło jakiejkolwiek książki i moich rzeczy, a zamiast Tinga (którego bardzo lubię), towarzyszy mi Freeze (na którego niezbyt chciałam patrzeć).  
Właśnie... Ting... Pewnie mnie szukał. Jeśli Suzanna mu nie powiedziała, że jestem w więzieniu, być może krąży po mieście do tej pory. Przecież gdyby wiedział, gdzie się znajduję, natychmiast przybyłby tutaj, przedzierając się przez całą straż. Na pewno by to zrobił, przecież go znam. Kto wie, może nawet zmusiłby Baldora do zaangażowania się w sytuację. Wtedy pewnie z tej całej fortyfikacji nie zostałby kamień na kamieniu. Jeden strażnik jest w stanie pokonać przeciwników parokrotnie większych od siebie, więc co byłoby w stanie zrobić dwóch współpracujących ze sobą?  A gdzieś w mieście został trzeci! Trzecia Strażniczka. Odwróciłam się, by zerknąć na drzemiącego Freeze'a. Jeśli kogokolwiek będę mogła o nią spytać, to właśnie jego. Przypomniałam sobie, jak na nią gwizdał. Zupełnie, jak człowiek na jakieś zwierzę domowe. To było... poniżające? Tak, to chyba dobre słowo. Lecz ona się go słuchała. Może... Może ma to związek z faktem, że zdołał zapanować nad Burzą? Czy Strażnik musi być poddanym osby władającej mocą artefaktu? 
- Lind? - usłyszałam nagle głos Freeze'a. Zupełnie, jakbym zachęciła go myślami do rozpoczęcia rozmowy. Tyle, że ja nie byłam jeszcze przygotowana; w szczególności nie psychicznie. W pierwszej chwili udałam, iż niczego nie słyszałam.
- Lind - powtórzył. 
Westchnęłam z rezygnacją.
- Słucham - odparłam bez wyrazu, nie odwracając się w jego stronę. 
- Mogę cię o coś spytać? 
- O co? - Spojrzałam na niego spode łba. 
- Czy gdybym wtedy wyruszył z tobą po Wichurę... - zaczął niepewnie. Na te słowa podniosłam uszy. - Pozwoliłabyś mi ją zachować? 
- Ugh, to tylko gdybanie - mruknęłam, opuszczając brwi. 
- Ale pomyśl. Spróbuj przypomnieć sobie, jak myślałaś o mnie, kiedy jeszcze uważałaś mnie za przyjaciela.
- Dużo ode mnie wymagasz - Z gardła wyrwał mi się cichy pomruk.
- Spróbuj. Proszę... 
- Co ci zależy? Może - Wstałam i szybkim ruchem odgarnęłam sprzed oczu grzywkę. - Mnie nie chodziło o Wichurę, chodziło mi o samą wyprawę - oznajmiłam jednym tchem. - To było dla mnie naprawdę ważne.
Spojrzałam mu w oczy. Po wypowiedzeniu tych słów poczułam się jakby... lżej. Basior zamrugał kilka razy. 
- Rozumiesz? - rzuciłam. - Czy może to brzmi dla ciebie tylko jak głupie słowa żałosnego podrzutka? - Odsłaniając odrobinę kły, powtarzając zwrot, którym mnie wtedy określił. 
Freeze odwrócił wzrok. Opuścił uszy i ogon, po czym poszedł w kąt celi. Skończył rozmowę. 
Tymczasem we mnie znów zawrzało wzburzenie. Odkąd znalazłam się w więzieniu, cały czas skakałam między emocjami. Strach przechodzący w panikę, potem nieokiełznana furia, frustracja, zawiść, potem znów lęki, ewentualnie jedna krótka chwila spokoju. Teraz znów przyszedł czas na wściekłość. Za dużo tego na raz. Po czasie zrozumiałam, że te emocje mnie już męczyły. Dodają sił tylko na chwilę. 

<C.D.N.> 

Uwagi: brak.

Od Cess „Gdy lis spotka wilka” cz. 3

Listopad 2023 r.
Uliczka biła pustkami. Stałam na środku brukowej drogi i warczałam zajadle. Byłam tam tylko ja i niemiłosiernie wkurzający śmiech lisa. Nie wiedziałam, z której strony dobiegał. Echo roznosiło się pomiędzy ścianami otaczających mnie budynków. Byłam na skraju cierpliwości.
- Niebezpiecznie jest tu przychodzić samemu - głos rozbrzmiał tuż koło mojego ucha. Obejrzałam się za siebie, lecz nie mogłam dostrzec nikogo. Zupełnie, jakby lis wszedł mi do głowy i sprawił, że zaczęłam mieć omamy. Przeraziłam się tą wizją. Usiadłam, rozglądając się uważnie. - Czuje twój strach…
- Nie gadaj głupstw - burknęłam cicho, po tym jak po ciele przeszły mi nieprzyjemne, zimne dreszcze. Nie chciałam ujawnić swoich słabości. Chrząknęłam głośno. - Znam twoje imię, co sprawia, że mam przewagę.
- Przewagę? - prychnął, a następnie w przeciągu kilku chwil znalazł się przede mną w bezpiecznej odległości. Dokładnie zmierzyłam go wzrokiem. Jego wygląd zgadzał się z opisem szarego wilka. Był… charakterystyczny i nietypowy. Rozcięta brew, nieprzyjemny wyraz pyska, ładna czerwonawa sierść. - Co ci po znajomości mojego imienia?
- Lepiej jest je znać, prawda Iveqin? - uniosłam brew, a on słysząc swoje imię spiął swoje mięśnie. Wstałam z siadu i powolnym krokiem ruszyłam w jego stronę. Teraz była moja szansa. Nie mogłam jej zmarnować. Gdy go trochę zdezorientowałam, mogłam zaatakować i byłby już w garści. Mogłabym wrócić prosto do karczmy. Idealne, szczęśliwe zakończenie tej historii.
- Bystra nie jesteś, więc bać się nie muszę - przewrócił oczyma, a na jego pysk znów powrócił kpiący uśmieszek. Bez zastanowienia skoczyłam w jego stronę. Miała być to szybka akcja, w której przygniatam go swoim małym ciężarem. Jednak coś nie wyszło i lis odszedł krok w bok. Skutkiem tego było przykre zderzenie z ulicą. Jęknęłam cicho, czując już te siniaki, które w najbliższym czasie mogły zagościć na moim ciele. - Pudło - wysyczał wrednie i ruszył w stronę głównej alejki miasta. Zebrałam się i wstałam na równe nogi, biegnąc następnie w jego stronę. Nie mogłam go zgubić.

Przed oczami cały czas miałam jego rudy ogon. Dzielił nas niewielki dystans, którego trudno było mi jeszcze bardziej zmniejszyć. Iveqin był bardzo zwinny i przede wszystkim szybszy ode mnie. Nie zniechęciło mnie to jednak do dalszego pościgu. Nie chciałam zawieść moich zleceniodawców, a szczególnie - nie chciałam zawieść siebie. Musiałam udowodnić sama sobie, że jestem coś warta i podołam zadaniu. Złapać lisa. To tak niewiele.
- Stój! - krzyknęłam za nim, mając cichą nadzieję, że to coś pomoże. Ba! Gdyby pomogło, byłabym w siódmym, czy nawet dziesiątym niebie. Skrzywiłam się, gdy jednak rudzielec nie postanowił się zatrzymać. Było to do przewidzenia. Po co miałby to robić? Aż tak głupi to chyba nie był, aby słuchać się małej wadery. Jakby nie patrzeć, byliśmy prawie tego samego wzrostu. Ten fakt zdziwił mnie nieco, zważywszy na to, że lisy z pozoru są mniejsze. Wyrównaliśmy się pod tym względem, ponieważ Iveqin był wysoki jak na lisa, a ja wręcz przeciwnie - drobna jak na wilka.

Wraz z kolejnym skręceniem w lewo, powoli traciłam widok na rudy ogon. Ze wszystkich sił, starałam się nadgonić i znaleźć się tuż koło niego. Nie skutkowało to. Mój ogon obijał się o rogi budynków, przypadkowych przechodniów, lampy, ławki lub kosze na śmieci. Spowalniało mnie to znacznie i było uciążliwe. Choć zabawa w kotka i myszkę jest fajna, to tym razem moja irytacja sięgała zenitu. W końcu z czasem w ogóle straciłam lisa ze swojego zasięgu. Przepadł. Ja natomiast zostałam sama, na dodatek z zadyszką i wzrokiem oburzonych mieszkańców na karku.

***

Powoli ściemniało się. Ulice zostały rozświetlone blaskiem wylatującym z latarni, których było pełno. Szłam znów wzdłuż jednej z dróg, zaglądając w każdy zakamarek i licząc, że znajdę tam lisa. Mruczałam sobie coś pod nosem, twierdząc w głębi duszy, że te dźwięki składają się w jakąś melodię. W rzeczywistości wynikł z tego niezrozumiały pomruk, który dla ucha przyjemny nie był. Coraz mniej osób znajdowało się na zewnątrz. Pojedyncze osobniki prawdopodobnie kierowały się w stronę swoich mieszkań. Ja jednak nie chciałam spocząć. Wypełnienie mojego zadania było w tamtym momencie moim priorytetem. Najważniejszą z najważniejszych spraw. Już raz miałam go w garści, lecz niestety dałam mu uciec. Przez pościg pogorszyłam tylko moją pozycję w tym wszystkim. Spadłam jeszcze niżej. Chciałam to wszystko naprawić. Musiałam przechytrzyć lisa, co było teoretycznie rzeczą niemożliwą. Wierzyłam, że nie dla mnie.
- Och, Cess! Co tutaj robisz? - usłyszałam znajomy mi głos. Należał on do Lind, która w pewnym momencie po prostu znalazła się koło mnie. Spojrzałam na nią lekko przerażona. Na jej grzbiecie siedział ledwo przytomny, bo zapewne zmęczony Ting. Uśmiechnęłam się niepewnie do nich.
- Szukam kogoś… - odparłam cicho, przekręcając łeb w lewą stronę. Wadera zamrugała kilka razy, a następnie podeszła kilka kroków bliżej mnie. Cofnęłam głowę w tył, nie wiedząc jakie do końca ma zamiary.
- Nie chcesz pomocy? - zmarszczyła swoje brwi, dokładnie obserwując moje czyny. Wyprostowałam się. Nie chciałam jej pomocy, bo moja duma, na tym by ucierpiała. I to bardzo. Pokręciłam energicznie głową.
- Podziękuję - padła krótka odpowiedź, po której starałam się znaleźć sensowne wytłumaczenie. Rozejrzałam się szybko wokół, aby następnie z powrotem wrócić wzrokiem na moich znajomych. - Zresztą, popatrz na Tinga - wskazałam gestem głowy na siedzącego na grzbiecie Lind odmieńca. Wadera obejrzała się delikatnie za siebie i wpatrywała się w towarzysza przez krótki czas. - Praktycznie już śpi, nie warto go zamęczać jeszcze bardziej.
- Faktycznie - rzekła pod nosem, kręcąc zniesmaczona głową. Uśmiechnęłam się w miarę serdecznie do niej, mając nadzieję, że da mi już spokój. Mój czas się kończył. - Cess, wróć jak najszybciej do zajazdu.
- Dobrze - przytaknęłam, oddalając się od niej. Zanim zniknęłam sprzed jej oczu, zdążyła się zapytać, kogo szukam. Skierowałam głowę w jej kierunku i odpowiedziałam stanowczo oraz śmiertelnie poważnie, na jej pytanie. - Lisa.

Zawinęłam w prawo, aby znaleźć się pomiędzy kolejnymi budynkami. Struktura tego miasta bardzo działała mi na nerwy. Praktycznie każdy zaułek wyglądał identycznie. Robiło mi to wodę z mózgu. Cały dzień włóczyłam się w tą i z powrotem. Bez jakiejkolwiek przerwy. Bez żadnego odpoczynku. Przez moje myśli przeplatał się jedynie widok rudego zwierzęcia. Nie dawał mi on spokoju. Rozpalał we mnie złość.
- Tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałem! - zakrzyknął lis. Siedział spokojnie pod jedną z kamienic. Jak gdyby nigdy nic. On chyba sobie ze mną pogrywał. Po raz kolejny pojawił się znikąd. Wiedział, że tam będę, czy może on cały czas mnie śledził?
- Bawi cię to? - warknęłam do niego, wyraźnie okazując swoją irytację. Po raz kolejny dałam się wyprowadzić tego dnia z równowagi. Z równowagi, którą tak trudno było mi osiągnąć. Oczy lisa zaświeciły się mocniej, a towarzyszył temu śmiech. Nic więcej w odpowiedzi nie dostałam. - Zapytałam się coś, drugi raz nie powtórzę!
- No już nie krzycz, bo ludzi zbudzisz - pokręcił z dezaprobatą swoim małym łbem. Nie brał tej sytuacji na poważnie. Nie zdawał sobie sprawy, że za kilka chwil mogłam stracić kontrolę. Dla niego byłoby już za późno. Powstrzymywał mnie jedynie fakt, że moim zadaniem, nie było zabicie go, a jedynie złapanie oraz transport do samców z karczmy. - Ganiasz mnie już calutki dzień, nie jesteś zmęczona?
- Nie jest to odpowiedź na moje pytanie - nie ustępowałam mu. Oczekiwałam na to jedno, jedyne słowo, które mogło utwierdzić mnie w moim przekonaniu. Ta jedna wypowiedź mogła zaważyć na wszystkim.
- Tak, bawi mnie to - wysyczał, a ja wiedziałam już co mam robić. Kątem oka dopatrzyłam studnię, w której znajdowała się woda. Czułam to w swoich żyłach.
Zanim lis zdążył się zorientować, strumienie wody unosiły się w powietrzu. Ruszyły w jego stronę za moim poleceniem. Choć dzieliła ich duża odległość, została pokonana w kilka sekund przez wodę. Zaczęła krążyć wokół sylwetki zdezorientowanego lisa, formując węzły. Wysokie ciśnienie, jakie wzburzyłam w nich, sprawiło, że wydawały się ciałem stałym. Owinęłam tymi sznurami ciało lisa unosząc go trochę nad ziemię. Nie miał jak się uwolnić, a każdy mocniejszy ruch sprawiał mu ból. Ścisnęłam go mocniej, upewniając się w ten sposób, że się nie wyślizgnie.
- Ze mną się nie zadziera - fuknęłam mu w twarz, gdy znalazłam się obok niego. Teraz mogłam na spokojnie ruszyć w stronę karczmy.
- Czy cię do reszty powaliło?! - jęknął unieruchomiony Iveqin. Brzmiało to jak wyrzut skierowany w moją osobę. Przewróciłam oczyma, nie mając ochoty na konwersacje. - Halo!
- Tak - odpowiedziałam z premedytacją i dumą. Zaskoczyłam gnojka. Zaskoczyłam samą siebie. Nic teraz nie mogło mi stanąć na drodze do chwały. Po całym dniu pecha, przyszedł czas na odrobinę szczęścia i powodzenia. To mój wieczór.

Skierowałam się w stronę karczmy. Znałam już tą drogę na pamięć. Byłam tu już dziś wiele razy. Można było powiedzieć, że poznałam miasto dogłębnie. Z zewnątrz czułam zapach jedzenia, jak i napitku. Uderzał w moje nozdrza. Zerknęłam ostatni raz wyzywającym spojrzeniem na rudego, aby następnie wejść do środka, z głową uniesioną wysoko do góry. Siedzieli tam. Cała grupka samców. Z momentem przekroczenia progu, popatrzyli się prosto na mnie. Dopiero po chwili zauważyli unoszącego się w powietrzu lisa.
- Nie wierzyłem, że ci się uda! - klasnął kocur, gdy znalazłam się obok ich stolika. Usadziłam nadal związanego Iveqina na wolnym krześle. Ten patrzył na mnie nienawistnym spojrzeniem. Tym razem, na mojej mordzie utkwił kpiący uśmiech.
- Jak widać, - wskazałam głową na poszkodowanego, śmiejąc się cicho. - oto jest wasz Iveqin!
- Teraz trzeba wyjaśnić z nim kilka spraw… - kojot zbliżył łapę w stronę wodnej uwięzi, lecz ja byłam szybsza i strąciłam jego kończynę. Spojrzał na mnie zdezorientowany, a następnie uniósł brew. - Zapłaty chcesz?
- Zapłaty? - zdziwiłam się. Pokręciłam przecząco łbem. - Ja tylko ostrzec chciałam, że to pod ciśnieniem. Nie radzę dotykać, póki nie poluzuje…
- Zapłata ci się należy, bo wykonałaś kawał dobrej roboty - powiedział ochrypłym głosem szary basior, przesuwając w moją stronę woreczek z tajemniczą zawartością. Zmrużyłam oczy. - Sto Bellos dla uroczej pani.
- Dziękuję, naprawdę… - nie wiedziałam co powiedzieć. Koło mnie znalazł się wilk z normalnym sznurem, więc ja wypuściłam Iveqina z wodnych objęć. Szybko go ponownie związano.
- To my dziękujemy - mrugnął do mnie, na co ja niepewnie się uśmiechnęłam. Dobra, wieczorna passa.

Z unoszącą się nade mną wodą, ruszyłam w stronę wyjścia. W pysku trzymałam woreczek z pieniędzmi, a humor dopisywał mi bardziej, niż kiedykolwiek. Było to szczęśliwe zakończenie dnia. Obejrzałam się ostatni raz za siebie. Tym razem jednak mój wzrok nie powędrował na wyjaśniających sobie co nieco samców. Utkwił on na postaci wilka o błękitnej sierści. Karczmarz. Westchnęłam cicho. Skoro to był mój szczęśliwy dzień, może warto było zagadać. Zastanawiałam się, czy nie podejść do niego. Nie znałam jego imienia. Może dziś dałabym radę się przełamać? Może dałabym radę zdobyć się na zwykłe „cześć”? Przełknęłam głośno ślinę. Basior spojrzał się na mnie swoimi szarymi ślepiami, a ja poczułam, że odpadam.
Nie, nie warto kusić losu…
Wyszłam bez słowa.

Uwagi: Tylko ludzie mają twarz. Prostsze liczby pisz słownie. "Światło wylatujące z latarni" to raczej niewłaściwe określenie. Stawiasz za dużo przecinków. Sądzę, że woda pod wysokim ciśnieniem (o jakiej jest tutaj mowa) byłaby zdolna wyrządzić szkody w postaci ran na ciele w miejscach, z którymi miałaby styczność... Choć to fantastyka, więc już się nie czepiam. To tylko takie luźne rozważanie.