niedziela, 22 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 7

Październik 2024
Na pewno nie było to moje pierwsze spotkanie z takim zapachem. Niestety nie potrafiłam odnaleźć w swojej głowie odpowiedniego obrazu, który by tu pasował. Idąc tą drogą znalazłam pośród młodych drzew wyraźne ślady złodzieja jeleni. Jego łapy były dosyć duże; z trzema palcami z przodu i jednym z tyłu. Zaciągnęłam się mocniej powietrzem. Wtedy zrozumiałam, że mam do czynienia z dzikim wyvernem.
Moich wrażliwych uszu dobiegł odgłos miarowych uderzeń. Rozpoznałam w tym łopot błoniastych skrzydeł. Źródło dźwięku było gdzieś na północ stąd; nie na południe, gdzie stacjonowały nasze smoki. Więc to pewnie ten gad, którego szukam. Pobiegłam w odpowiednim kierunku, przedzierając się między igliwiem. Jednakże pomimo tego, dźwięk zaczynał cichnąć. Po jakimś czasie nie mogłam już w ogóle określić stąd dobiegał. Zwolniłam, aż w końcu zatrzymałam się zupełnie. Charakterystyczny odgłos nie zniknął, ale nadal cichł. Powąchałam ziemię i drzewa dookoła. Potem omiotłam wzrokiem swoje otoczenie. Dopiero zwracając pysk ku górze, coś dostrzegłam. Wysoko ponad lasem, sunął brązowy cień gada, którego szukałam.
Przywołałam skrzydła z wiatru i również wystrzeliłam w górę. Przedarłam się przez gałęzie i poszybowałam ponad czubkami świerków i sosen. Niestety do tego czasu wyvern zniknął bez śladu. Zaczęłam wątpić, czy to całe przedsięwzięcie jest w ogóle warte zachodu. Przecież straciłam tylko kawałek łani.
Wróciłam do obozu z niczym. Wcześniej kołowałam jeszcze chwilę nad drzewami, ale samotnego wyverna już nie znalazłam. Ostatecznie musiałam się poddać. 
– Jak tam, co dziś znalazłaś ciekawego, Pierzasta? – spytał mnie Ting na powitanie. Oczy mu się świeciły jak szczenięciu, którego rodzic wrócił z polowania.
– Jakąś roślinę w zniszczonym budynku. Były tam też książki, ale dla nich czas nie był łaskawy – westchnęłam. - Upolowałam też łanię, ale coś mi ją ukradło.
– Poważnie? Myślałem, że potrafisz bronić zdobyczy – Odmieniec zmierzył mnie wzrokiem.
– To się stało, jak zwiedzałam tamten budynek – próbowałam się usprawiedliwić.
To jednak tylko bardziej rozbawiło Tinga. Burknęłam coś niezadowolona. Wyminęłam go i podeszłam do kosza, który za jakiś czas znów znajdzie się na grzbiecie Passera. Wyjęłam z torby zebrane w ruinach kwiaty i ostrożnie ułożyłam pośród innych bagaży. Nie śpieszyłam się z wykonaniem tej czynności. Nagle poczułam się bardzo zmęczona. 
– Wracasz w teren? – kontynuował rozmowę Odmieniec.
– Nie wiem – mruknęłam w odpowiedzi.
Po tych słowach ruszyłam dalej w obozowisko. Wsłuchałam się w panujący tutaj gwar, jednak nie mogłam oddzielić żadnej rozmowy od pozostałych. Wszystko zlewało się w szum głosów, pomruków smoków i skrzeczeń innych stworzeń, które wilki obrały za towarzyszów. Spuściłam pysk i zaczęłam myśleć o ostatnich wydarzeniach. Przerwałam dopiero, kiedy w oczy rzuciło mi się coś połyskującego pośród wyschniętej trawy. Znalezisko okazało się być kanciastymi kawałkami jakiegoś metalu. Nie miały zbyt regularnych kształtów, więc mogłam zakładać, że to jeszcze nieobrobiony materiał. Rozejrzałam się dookoła, ale nie znalazłam nikogo, kto mógłby ich szukać. Tak więc, uznałam, że mogę spakować te bryłki metalu do torby.
Ostatecznie nie opuściłam już tego dnia obozowiska. Zamiast tego, poszłam dowiedzieć się w których koszach są książki, które uratowaliśmy z Biblioteki. Właśnie tej z naszych dawnych terenów. Znalazłszy jakiś ciekawszy tom w koszu, który przewoził Caesar, pozostały czas przed kolejnym wylotem, spędziłam na czytaniu.
Wyruszyliśmy równo z zachodem słońca. Za każdym razem, kiedy kończyliśmy postój w takich porach, Ting był wyjątkowo podekscytowany nadchodzącym lotem. Znając tego odmieńca już tak długo, doskonale wiedziałam, z czym wiązała się taka reakcja. Odpowiedź brzmiała „gwiazdy”. Ogólne podejście Strażnika Wichury w niczym już nie przypominało pierwszej podróży na grzbiecie smoka. Wówczas Ting mało spoglądał w górę, a co dopiero w dół. Siedział sztywno i trzymał się kurczowo szpikulców na szyi smoka. Nie przyznał, że się bał, ale ja już swoje wiem. Dopiero śpiew naszego przewoźnika zachęcił Odmieńca do rozluźnienia spiętych mięśni.
Dzisiaj po raz kolejny Ting nie potrafił oderwać oczu od granatowoczarnego nieba, na którym gwiazdy świeciły wyjątkowo jasno. Z dala od sztucznych źródeł światła, ponad szczytami gór, ta nocna kopuła nad naszymi głowami wydawała się być zupełnie inna. Jeszcze większa i piękniejsza, niż widziana z ziemi. Tego wieczoru mój towarzysz postanowił wspiąć się na czubek głowy Passera, by ogarnąć wzrokiem jednocześnie ziemię i niebo. Pierwsze - płaskie jak mapa; drugie – przypominające głębię oceanu. Złote oczy Tinga wydawały się świecić własnym światłem z zachwytu.

<C. D. N.>

Uwagi: Po zastanowieniu sądzę, że nie ma potrzeby pisania rasy/gatunku z wielkiej litery. W końcu "wilkołak" czy też "magiczny kot" piszemy z małych.

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 6

Październik 2024
Verum postanowiła osobiście przenosić jajo podczas lotu. Poczuła się za nie odpowiedzialna, więc chciała mieć je zawsze na oku. Było to nam jak najbardziej „na rękę” (Tak mawiał Magnus. Śmieszne powiedzonko). Pośród naszych bagaży nie było dostatecznie dużo miejsca na to jajo.
Przy okazji dzisiejszego postoju postanowiłam wybrać się na kolejny spacer. Tym razem sama; bez żadnego z moich sąsiadów. Tori z Asem gdzieś zniknęli; Leah tak samo. Passerowi wrócił humor, więc Odmieńce zdecydowanie wolały zostać na miejscu i urządzić z nim kolejne jam session. 
Postanowiłam, że skorzystam z okazji, by coś upolować. Zaczęłam więc węszyć. Dopiero po chwili  mojego nosa sięgnął zapach jeleni. Tak, to jest coś, na co mam ochotę – pomyślałam. Potruchtałam za znalezionym tropem, oddalając się nieco od obozowiska. Ta trasa zaprowadziła mnie wgłąb pobliskiego lasu iglastego. Wkrótce dotarłam do miejsca, gdzie odpoczywała zwierzyna. Ukrywając się pośród młodych drzew, podeszłam jak najbliżej i oceniłam wzrokiem, z czym mam do czynienia. Jeden byk z dorodnym porożem i dwie łanie;  jedna stara, druga młoda. Wszystkie jelenie różniły się umaszczeniem od tych, na które zwykle polowałam. Pewnie to jakaś inna rasa. Zdecydowałam, że zaatakuję najmłodszego osobnika w stadzie. I tak nie dałabym rady zjeść sama całego zwierzęcia.
Wreszcie nadszedł odpowiedni moment na atak. Niczego niespodziewająca się samica nie zdołała uskoczyć spod moich kłów. Byk uderzył kopytami i zarzucił głową , jednak widząc, że już nic nie wskóra, uciekł z drugą łanią dalej w las. Natomiast ja już po chwili mogłam zacząć ucztę. Polowanie na taką zwierzynę stało się dla mnie naprawdę łatwe. Jak przewidziałam, szybko napełniłam żołądek; nie zjadłam nawet połowy mięsa. Oblizałam pysk i wstałam znad swojej zdobyczy.  Spojrzałam w kierunku, z którego przyszłam. Pomyślałam, że w sumie mogłabym zanieść to, co zostało, wilkom z watahy. Przynajmniej nic się nie zmarnuje. 
Złapałam zębami łanię i zaczęłam ciągnąć z powrotem do miejsca postoju stada. Po chwili jednak dostrzegłam między drzewami jakiś ciemny kształt. Nie wyglądał na żadnego niebezpiecznego zwierza, ani na formację skalną, czy coś w tym rodzaju. Raczej na... budynek. Albo przynajmniej jego część. Zdziwiona i zaintrygowana tak niecodziennym zjawiskiem, zostawiłam mięso i poszłam zbadać nowe znalezisko. 
Istotnie pośród drzew znajdowały się niezbyt grube ściany z kamienia. Po obejściu całej konstrukcji dookoła, mogłam stwierdzić, że są to pozostałości prostokątnego domu z (obecnie zapadniętym), spadzistym dachem i cienkim kominem. W drzwiach była wielka dziura, więc bez namysłu wcisnęłam się tą drogą do środka. Warstwy pajęczyn, które okleiły mój pysk wskazywały, że to miejsce stało opuszczone już bardzo długo. W tych murach nie było żadnego źródła światła, ale ubytki w ścianach i dachu wpuszczały do środka dostatecznie dużo promieni słońca. 
Po prawej stronie od wejścia stało to, co kiedyś musiało przypominać stół. Obecnie drewno przegniło i zmieniło się w siedlisko dla zielonkawych grzybów. Kawałek dalej, w kącie izby rozstawiono kilka małych kociołków. Nie znalazłam w nich jednak nic poza kurzem i pajęczynami. Przy drugiej ścianie pomieszczenia, między kominkiem, a drzwiami, stała rama z poszarpanym materiałem. Pewnie niegdyś była porządnym łóżkiem. Ostatnim wartym uwagi elementem tego wnętrza, okazały się resztki regału z książkami. Na jego krzywych półkach nadal gościły dwa tomy. Od razu sięgnęłam po pierwszy z nich, ale ten natychmiast rozpadł się w moich łapach. Podobnie wyglądało to w przypadku drugiej książki. Poszczególne przegniłe kawałki nie nadawały się do niczego. Warknęłam pod nosem niezadowolona. 
Wówczas dostrzegłam, iż z podłogi przed regałem wyrastało kilka osobliwie wyglądających roślin. Przykucnęłam i zmrużyłam oczy, by lepiej dostrzec szczegóły w półmroku. Korzenie tajemniczego okazu oplatały pozostałości kolejnych dwóch książek. Intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe zielsko. Postanowiłam zabrać kilka tych roślin ze sobą. Przynajmniej nie wyjdę z opuszczonego budynku z niczym - pomyślałam. 
Po parunastu minutach wreszcie wróciłam na zewnątrz. Ta rudera była jednym z najbardziej ciekawych miejsc, jakie znalazłam podczas dni spędzonych w podróży. Jednakże po ponownym przekroczeniu progu budynku, czułam zawód. Oczywiście wiązał się on ze zniszczonymi tomami. Nie mogąc poznać ich zawartości, tym bardziej ciekawiłam się, kto kiedyś tu mieszkał. Tak samo chciałam wiedzieć kiedy i dlaczego ta osoba opuściła okolicę. Niestety nic nie oferowało mi kolejnych wskazówek.
Wróciłam  do miejsca, gdzie zostawiłam łanię, ale moja zdobycz wyparowała. To jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Na wygniecionej trawie została tylko krew i zapach. Zaciągnęłam się powietrzem. Poczułam niewyraźny swąd czegoś nowego. Nie chciałam tak po prostu zaakceptować tego wydarzenia. Postanowiłam znaleźć ślad złodzieja, wytropić go i dać mu nauczkę. Po chwili krążenia dookoła drzew, wreszcie znalazłam dostatecznie wyraźny ślad, by ruszyć we właściwym kierunku. 

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

sobota, 21 września 2019

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 5

Październik 2024
Moim oczom ukazało się jajo. Błękitne albo turkusowe; trochę trudno to ocenić w tym świetle. Wielkością było zbliżone do wilczej głowy. Miałam prawie stuprocentową pewność, że właśnie natrafiłam na jajo smoka. Zawołałam Asgrima, żeby mu pokazać swoje odkrycie.
– Skąd się to tutaj wzięło? – zdziwił się. Podniósł głowę i przejechał wzrokiem po okolicy. – Smoki przecież nie zostawiłyby swojego niewyklutego pisklaka bez opieki. Prawda? - Spojrzał w moją stronę. Uśmiech zniknął z jego pyska. 
– Tak myślę – mruknęłam. 
Zrobiło mi się gorąco. Wielkie gady wpadną w furię na widok intruzów przy swoim jaju. Natychmiast zbliżyłam nos do ziemi i zaczęłam węszyć. Z ulgą odkryłam, że nie było tutaj zapachu niczego poza wiewiórkami, zającami i jeżami. Po chwili jednak cała sytuacja wydała mi się być tym bardziej dziwna, a przez to niepokojąca. 
– As, poszukaj kogoś, kto oceni okoliczności lepiej niż my – zarządziłam. 
Wilk skinął głową i pobiegł z powrotem do obozowiska. Dobrze, że byliśmy bardzo blisko.
Ja tymczasem ostrożnie przeturlałam jajo spod krzewu. Żałowałam, że nie umiem nawet rozpoznać, z jakim gatunkiem mogliśmy mieć do czynienia. Po kilku minutach Asgrim wrócił. Tuż za nim szedł złotołuski Caesar. Kojarzyłam tego smoka tylko z widzenia. Nikt z naszej watahy nie leciał na jego grzbiecie. Przewoził tych z drugiego stada. Pokazaliśmy naszemu sojusznikowi znalezisko. Stary gad nie krył zdziwienia na widok samotnego jaja. Powąchał je, po czym zakomunikował:
– Jego rodzice zniknęli przynajmniej parę tygodni temu. Ich zapach zatarł się zupełnie.
– Czy mogli je... porzucić? – spytałam.
– Leżało na widoku? – Smok przekręcił odrobinę głowę, spoglądając w naszą stronę. 
– Nie – powiedział As.
– Więc pewnie spotkało ich jakieś nieszczęście. Kto wie, czy nie łowcy – mruknął ponuro Caesar.
Po plecach przebiegły mi dreszcze. Wizja martwych, niewinnych smoków także nie była zbyt przyjemna. Nie mogliśmy mieć do czynienia z obroną osady, czy czymś w tym stylu. Okolica nie była nawet zamieszkana. Może ktoś przybył tutaj specjalnie po to, by zabić tę parę? Zresztą nie wiadomo, czy nie było ich więcej niż dwoje.
– Myślisz, że pisklę jeszcze żyje? - spytał Caesara As, spoglądając na jajo.
Gad położył ostrożnie czubek zamkniętego pyska na skorupce. Chwilę trwał w ten pozycji, po czym podniósł łeb i oznajmił:
– Żyje, ale potrzebuje ciepła.
***
Caesar podpowiedział, by najpierw zwrócić się o pomoc do Verum. Jak przewidział, samica od razu zgodziła się wcielić w rolę przybranej matki i ogrzewać niewyklute pisklę przy okazji każdego postoju. Wyglądała na bardzo rozczuloną losem tego malca. Kiedy już zostawiliśmy jajo z nową opiekunką, Caesar udzielił nam wszelkich niezbędnych wskazówek, jak zająć się tym niewyklutym smokiem, kiedy w pobliżu nie będzie już żadnej dorosłej samicy. Najlepszym sposobem na zastąpienie ciepła matki, miało być zakopywanie jaja w gorącym popiele i zostawienie tak na co najmniej trzy godziny dziennie. Należało także pilnować, by nigdy nie zostało wystawione na mróz.
– W ten sposób powinno się wykluć za parę lat – zakończył wykład Caesar.
– To naprawdę długo... – mruknęłam.
– Zawsze tak jest – podsumował smok i bez pośpiechu oddalił się od nas.
Asgrim także poszedł już w swoją stronę. Planował zobaczyć się z Torance, jak ta tylko wróci z polowania. Ja tymczasem wróciłam do moich towarzyszy. Streściłam im krótko całą sytuację i to, jak znaleźliśmy jajo. Obaj Strażnicy wyglądali na bardzo zainteresowanych moją opowieścią. 
– To będzie smok latający, tak? – spytał Ting.
– Tak twierdzi Caesar – odparłam. 
– Planujesz je "zaadoptować" jako towarzysza, mam rację? – kontynuował. 
– Najprawdopodobniej – Skinęłam głową. 
Ting podniósł wzrok na leżącego nieopodal Passera. Wtedy przypomniałam sobie, że Odmieńce jak dotąd miały okazję oglądać tylko dorosłe smoki. Pewnie perspektywa zobaczenia pisklęcia, szczególnie je zaciekawiła. Jednak trochę jeszcze poczekają... "Parę lat" może zarówno oznaczać dwa, jak i dziewięć lat. 

<C. D. N.>

Uwagi: Przecinki.

piątek, 20 września 2019

Od Torance "Czasem cuda się zdarzają" cz. 1

Listopad 2024
Ohydny posmak rozchodził się po języku. Spróbowałam wypluć ślinę, jednak ta była zbyt gęsta i opadła na mój pysk. Przeklęłam pod nosem i otarłam łapą brodę. Ciałem wstrząsnął dreszcz obrzydzenia. Paskudztwo.
Zmarszczyłam nos i ruszyłam w stronę Asa, który rozglądał się z niepokojem. Uciekłam w chwili, gdy tylko poczułam charakterystyczne mdłości, więc pewnie nawet nie zauważył, w którą stronę pobiegłam. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, wbiłam wzrok w ziemię.
Mimowolnie poruszyłam uszami, gdy dotarł do nich dźwięk szybkich kroków.
- Znowu? - spytał mój partner.
Skinęłam ponuro głową.
- Tor, naprawdę powinnaś iść z tym do...
- Nic mi nie jest - wtrąciłam, jednak samiec w ogóle nie zwrócił na to uwagi.
- ...Lekarza. To może być coś poważnego.
Prychnęłam głośno.
- Ale nie musi. Chodźmy coś zjeść - mruknęłam i nie czekając na basiora, poszłam w odpowiednią stronę.
Kilka głośnych susów i Asgrim był tuż przy moim boku. Kątem oka zobaczyłam, jak otwiera pysk, by kontynuować dręczenie mnie. Zatrzymałam się i wbiłam zirytowane spojrzenie prosto w niego. Nie odwrócił wzroku.
- Co ci tak zależy? - warknęłam.
Wzruszył ramionami.
- Martwię się o ciebie.
Jego głos był zaskakująco łagodny. Nie wyczuwałam ani drobinki zirytowania. Przymrużyłam oczy, skupiając się na aurze emocji, która go otaczała. Szczera troska była wręcz namacalna. Wycofałam się pod jej naporem. Zrobiło mi się wstyd na myśl, że znowu zachowuję się okropnie, kiedy on tak o mnie dba...
Mimowolnie przekierowałam spojrzenie na ziemię.
- Przepraszam. Pójdę do tego twojego medyka, dobrze? - powiedziałam.
- Iść z tobą?
Pokręciłam łbem.
- Dam radę sama. Spokojnie.
Dalej czułam na sobie jego zmartwione spojrzenie. Uratowało mnie dopiero głośne burknięcie, które nadeszło z mojego żołądka.

Po śniadaniu grzecznie poszłam odszukać jednego z medyków. Pomijając wieczny głód oraz poranne mdłości nic mi nie było, więc nie spodziewałam się usłyszeć czegoś niesamowitego. Pewnie po prostu dostałam jakiejś dziwnej alergii. Chyba czasem się tak dzieje. To nie mogło być nic poważnego.
Jako pierwszego znalazłam Volgę. Niestety samiec rozmawiał akurat z jakąś wilczycą. Zdawało mi się, że była to jego siostra, aczkolwiek nie miałam pewności. Zatrzymałam się w półkroku, szybko analizując w jaki sposób odwrócić się, żeby nie wyglądało to dziwnie. Jednak ledwo zdążyłam unieść łapę, a medyk mnie zauważył i zawołał do siebie.
- Przepraszam, że przeszkadzam - mruknęłam, posłusznie podchodząc do pary wilków.
Wilczyca uśmiechnęła się uspokajająco.
- I tak miałam już iść - powiedziała. - Do potem, Volga.
Lekarz skinął jej na pożegnanie łbem.
- Do zobaczenia.
Posławszy ostatni delikatny uśmiech, samica odeszła w swoją stronę. Basior natychmiastowo skierował całą swoją uwagę na mnie. Zmierzył moją sylwetkę spojrzeniem.
- Coś się stało?
- Moim zdaniem nie, ale As, mój partner, uważa co innego - wyjaśniłam.
Volga pokiwał łbem ze zrozumieniem i grzecznie czekał, aż rozwinę swoją myśl. Westchnęłam głośno.
- Od jakiegoś czasu dostaję mdłości. Głównie są one rano, jednak zdarzają się wyjątki. Pomimo tego jestem ciągle głodna... Trochę mi się przez to utyło.
Skrzywiłam się, zerkając na swój brzuch. Zawsze dobrze było trochę przytyć przed zimą, ale w tym roku to była aż przesada.
Lekarz wskazał mi łapą, żebym się położyła. Posłusznie wykonałam jego polecenie. Ten rozpoczął jakieś swoje badania. Nie zwracałam na to zbytniej uwagi, przeświadczona, że to i tak nie ma sensu.
W końcu Volga mnie zostawił. Wpatrywał się we mnie, mrużąc delikatnie oczy. Odpowiedziałam mu tym samym. Czekałam na wyrok.
- Gratuluję.
Zmarszczyłam brwi.
- Czego?
- Jesteś w ciąży.
Poczułam, że ziemia się pode mną zapada. Jednocześnie wszystkie moje kończyny zesztywniały w czystym szoku.
- Słucham?
- Ty oraz twój partner zostaniecie za jakiś czas rodzicami.
Przyjrzałam się jego pyskowi. Szukałam jakiejś oznaki, że to żart. To nie mogła być prawda. Nie było na to najmniejszych szans. Basior był jednak w pełni poważny. Nie wyczuwałam od niego ani grama rozbawienia czy złośliwości. 
- Przykro mi, ale to musi być pomyłka. U Asa stwierdzono bezpłodność już bardzo dawno temu.
Volga uniósł brwi.
- Kocham go i nigdy bym go nie zdradziła - powiedziałam, zauważając, że już otwierał pysk. Mój głos był lodowaty.
Nie wyglądał na przekonanego, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Zamiast tego wzruszył ramionami.
- Cóż, czasem cuda się zdarzają - stwierdził w końcu.

<c.d.n.>

Od Lind „(Nad)zwyczajne dni w podróży” cz. 4

Październik 2024
Błony na skrzydłach Passera delikatnie falowały na wietrze. Co chwila odnosiłam wrażenie, że kolejne podmuchy stawały się odrobinę cieplejsze. Nie pierwszy raz spotykało nas już takie zjawisko. Parę dni temu Magnus wyjaśnił to twierdząc, że „Pewnie trafiliśmy w jakiś front atmosferyczny”. Niestety ja nadal nie znałam ludzkiego nazewnictwa na tyle dobrze, by zrozumieć, co to do diaska oznaczało.
Dziś z jakiegoś tajemniczego powodu nasz przewoźnik nie miał ochoty ani na popisy, ani nawet na piosenki. Oba Odmieńce wielokrotnie się dopominały o to drugie, ale smok pozostawał nieugięty. (Co za ulga, chociaż jeden lot bez banjo i jembe!) Tak więc, lot był nad wyraz spokojny. Dało się nawet prowadzić w miarę swobodne rozmowy z siedzącymi obok.
– Ting, wy dwaj jesteście nieśmiertelni? – spytała Torance, korzystając z okazji.
– Ja i Baldor? Nie, oczywiście, że nie – odparł mój towarzysz. – Jednym z dwóch sposobów na zdobycie artefaktu jest zabicie Strażnika. Robienie z nas nieśmiertelnych byłoby nielogiczne. Nie uważasz, Ruda?
– A... Tak, w sumie racja – Wadera zmarszczyła odrobinę nos. – A co by było gdyby przyszedł do któregoś z was nieśmiertelny wilk? - Na chwilę jej wzrok powędrował na mnie. Było w nim coś przyprawionego niechęcią. Coś zrobiłam nie tak? Czy może chodziło jej o Medalion?
– Zależy od formy nieśmiertelności – mruknął Ting. – Na wrodzoną raczej nic nie moglibyśmy poradzić – pokiwał głową. – Jednak gdyby w grę wchodził na przykład Medalion taki, jak Pierzastej, mogłoby być różnie – Uniósł łapę. Trzymał w niej wisiorek, o którym właśnie mówił.
Spojrzałam na swoją pierś. Magiczny medalion zniknął stamtąd.
– Hej! Oddawaj natychmiast! – rzuciłam, chwytając swoją własność w zęby. Strażnik wichury oddał mi to bez walki.
– Nie ma potrzeby się denerwować, Pierzasta. Chciałem tylko coś zademonstrować - oznajmił, jak gdyby nigdy nic. 
***
Wylądowaliśmy pod wieczór; kiedy chmury nabierały pięknego, różowawego koloru. Passer wraz z innymi smokami opadł na ziemię przy rozgałęzieniu szerokiej rzeki. Wilki, których przewoźnicy zatrzymali się jako pierwsi, już dawno zeszły na ziemię. My tego dnia byliśmy jednymi z ostatnich. W międzyczasie Hitam już zarządził kilka rutynowych czynności; wyznaczył wilki do sprawdzenia najbliższej okolicy, kazał zbadać jakość wody oraz rozkazał myśliwym podzielić się na grupy, a jak wrócą zwiadowcy, szukać tropów zwierzyny.
Mnie dzisiaj nie przypadło żadne konkretne zadanie. Tak samo było z Asgrimem; tego dnia nie miał zajęć z żadną grupą szczeniąt. Wspominał coś, że podczas przeprowadzki czasem zachodzą jakieś drobne zmiany w planie.
– Skoro mamy wolne, może poszukamy jakiś roślin tu, przy obozowisku? – zaproponowałam. Było to jedno z ciekawszych zajęć dostępnych w podróży.
– Skoro nalegasz – Skinął głową basior. – Pewnie moja pomoc będzie niezbędna. Ty też wyglądasz na kogoś, kto mógłby trafić na Wodną Muchołówkę – zachichotał.
– Sama też potrafię sobie poradzić – Podniosłam dumnie głowę.
– Tak, oczywiście – Basior ruszył przed siebie. - Oczywiście.
Pociągnęłam go wiatrem za ucho i wyprzedziłam. Po jakimś czasie marszu ja pierwsza zauważyłam coś ciekawego. Mianowicie krzak, z którego wyrastało parę czarno-białych kwiatów. Dosyć wyróżniały się na zielonym tle pozostałej roślinności. Podeszłam do wspomnianego krzewu i obwąchałam nietypowe kielichy. Z kształtu przypominały pospolite róże, ale z zapachu już nie.
– To coś przydatnego? – spytałam eksperta, który mi towarzyszył.
– Róża sprawiedliwości – wyrecytował As z miną znawcy. – Składnik Eliksiru Zmiany Stosunków, Eliksiru Miłości, Błękitnego Napoju, Kryształków...
– Rozumiem, biorę je ze sobą – powstrzymałam Asgrima przed dalszym wymienianiem.
Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Łodygi były co prawda usiane drobnymi kolcami, ale dla posiadacza Medalionu Nieśmiertelności nie była to żadna przeszkoda. Kiedy już schowałam swoją zdobycz do torby, coś pod liśćmi krzewów rzuciło mi się w oczy. Dostrzegłam tam jakiś połyskujący, niebieskawy przedmiot. Rozgarnęłam gałązki na bok, by móc w ogóle określić, co to było.

<C. D. N.>

Uwagi: Nie jestem pewna, co do tej zieleni roślin.