piątek, 4 października 2019

Od Crane'a „Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie” cz. 3


Listopad 2024
Biegłem przed siebie. Przed oczami przewijały mi się sceny sprzed parunastu minut. Naszyjnik Prawdy, moje wyznania, reakcja Edel, Redian i na końcu to słowo: „Odejdźcie”.
Złapała mnie autentyczna zadyszka. Ściśnięte z emocji gardło nie ułatwiało nabierania powietrza podczas biegu. Ja jednak nie chciałem się zatrzymać. Niestety wkrótce moje ciało samo znalazło wyjście, by świadome decyzje nie wyczerpywały możliwości organizmu. Mianowicie; podwinęła mi się łapa. Zaryłem pyskiem w ziemię, przeturlałem i uderzyłem w pień powalonego drzewa.
Nie poczułem nic; w końcu na mojej szyi dalej wisiał Medalion Nieśmiertelności. Czemu, czemu te przedmioty nie znieczulają także na ból niefizyczny? 
Leżałem tak parę dobrych minut. Tymczasem w moim wnętrzu kotłował się wir straszliwych emocji. Od wściekłości na tamtego parszywego kota, po rozdzierający żal odnośnie mojego postępowania wobec Edel. Skrzywdziłem ją. Z własnej, nieprzymuszonej woli. To była MOJA świadoma decyzja. E mówiła, że nie potrafi mnie znienawidzić... więc teraz ja robię to za nią. 
Wstałem i ruszyłem dalej przed siebie. Z jakiegoś powodu nogi miałem teraz słabe, oddech płytki. Ciężko było mi nawet utrzymać głowę w górze. Po jakimś czasie dotarłem na skraj młodego lasu. Za drzewami majaczyła jakaś inna sceneria; nie pola, nie łąki. Wyminąłem ostatnie pnie i stanąłem naprzeciwko przepaści.
Podszedłem bliżej jej krawędzi. Na samym dnie tej drogi w dół połyskiwało srebrne pasmo rzeki. Wbiłem pazury w ziemię i naśladując niektóre drzewa, wychyliłem się jeszcze bardziej. Wypatrzyłem ostre skały centralnie pode mną. Chwilę się w nie wpatrywałem, ale potem, postawiłem kilka kroków w tył.
– Cześć Crane! – usłyszałem nagle.
Zastygłem w miejscu i odwróciłem powoli głowę w kierunku, z którego, jak sądziłem, dobiegał głos. Dostrzegłem pośród drzew uśmiechniętą Lind. Kiedy znalazła się bliżej, ten wesoły wyraz zniknął z jej pyszczka. Od razu zauważyła, że nie witam jej swoją pogodną miną.
–  Co się stało?  – spytała, wyraźnie zmartwiona.  – Wyglądasz, jakbyś...  – Nawet nie dokończyła myśli.
Nie próbowałem poruszyć kącików ust; wiedziałem, że to mi się nie uda. Pierwszy raz od dawien dawna pozwoliłem, żeby na moim pysku widniała rozpacz. Po tym, do czego dzisiaj dopuściłem, udawanie tego samego, uśmiechniętego przyjaciela, nie miało już sensu. To, co było najważniejsze... być może już straciłem.
Biała wadera dostrzegła, że jak na razie nie zabieram się do udzielenia odpowiedzi na jej pytanie. Usiadła więc naprzeciwko mnie i spróbowała zgadnąć, o co chodzi:
– Ma to związek z Edel, prawda?
Trafiła w samo sedno. Pokiwałem powoli głową. Lind przyszła podobnie jak ja, z obozowiska, więc raczej nie podejrzewała, że chodzi mi teraz o zdrowie E. Ta kwestia pozostawała bez zmian. 
Lind rozejrzała się po okolicy, zerknęła na urwisko, następnie wróciła wzrokiem na mnie. Tymczasem ja zastanawiałem się, co tu jeszcze robi. Już mniej więcej wie, jest grane. Jaki ma jeszcze interes tutaj ze mną siedzieć?
–  Pokłóciliście się, tak?
Nie miałem bladego pojęcia, jak ubrać sytuację w słowa. Oraz... czy w ogóle chciałem ją ubrać w słowa. Przecież to i tak bezcelowe.
– Może będzie ci lepiej, jeśli o tym porozmawiamy...  – mruknęła Lind.
Jakoś dotychczas radziłem sobie bez tego. Chociaż w sumie... To nie jest tak, że mogę teraz zająć się czymkolwiek innym. Tak czy inaczej, będę myślał o tej sprawie. Nie ucieknę od tych rozważań. Zbyt mocno skrzywdziłem E, by po prostu o tym zapomnieć.
–  Nie pokłóciliśmy się... Znaczy... - Zgrzytnąłem zębami. - Skrzywdziłem ją. Nie fizycznie, ale mocno – powiedziałem.
Parę dni temu nie powiedziałbym nikomu otwarcie, co zajmuje moje myśli. Teraz jednak byłem przekonany, że nieważne, co zrobię, nie będzie już gorzej. Moja sytuacja sięgnęła dna. Czy powiem cokolwiek Lind, czy nie... nic się nie zmieni.
– I co było dalej?  – kontynuowała wadera.
– Błagałem ją o wybaczenie...  – Usiadłem na ziemi.  – Ale ona tylko kazała mi... odejść – wymamrotałem.
– A... rozumiem – odparła Lind.  – Czyli uznała, że potrzebuje chwili samotności – Tu wilczyca zrobiła krótką pauzę.  – Nie martw się, Crane. Podobno w każdej relacji zdarzają się trudne sytuacje. Z tego co mi wiadomo, to zupełnie normalne.
–  Mówisz?  – mruknąłem, przyglądając się wyblakłej trawie. Nie gadała kompletnie bez sensu, aczkolwiek jej słowa raczej nie miały zastosowania w mojej sytuacji.
– Musisz dać jej i sobie trochę czasu. Na pewno jeszcze dojdziecie do porozumienia – oznajmiła wilczyca.
Nie zareagowałem w żaden sposób. Zapragnąłem tylko po cichu, by miała rację. Lind przykucnęła, by spojrzeć mi prosto w oczy.
– Kochasz ją, prawda?  – spytała.
–  Tak – odparłem szczerze, o ile faktycznie wiem, czym jest miłość.
– Więc na pewno wszystko się ułoży.
Jej wnioski brzmiały aż nazbyt optymistycznie. Jednak z drugiej strony, jeśli się ich nie chwycę, równie dobrze mógłbym być już martwy. Powoli podniosłem głowę. Lind zrobiła to samo i posłała mi pokrzepiający uśmiech.
– Chcesz się przejść, Crane? Możemy iść poszukać jakiejś zwierzyny – zaproponowała.
– Nie, dzięki... Nie mam siły iść dalej.

Uwagi: brak.

Od Edel "Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie" cz. 2 (cd. Crane)

Listopad 2024
- Nie, to imię nie jest wcale aż tak ładne. Trudno było je w ogóle zapamiętać.
Głos mojego partnera wybudził mnie z płytkiego snu. Zdezorientowana uniosłam łeb i zmierzyłam go spojrzeniem. O czym on w ogóle mówił i to o takiej porze? Czyżby lunatykował?
Mój wzrok zatrzymał się na Naszyjniku Prawdy. Białe klejnoty odbijały skąpe światło, zostawiając na sierści basiora jasne refleksy.
- Co...? - Otworzyłam pyszczek ze zdziwienia. Nie rozumiałam, co się właśnie działo.
- Mówię o twoim imieniu - odparł.
Nim zdążyłam zareagować, basior ponownie się odezwał.
- Mój ojciec nie miał nigdy Posłańca Mroku. Przed wyruszeniem watahy w podróż nigdy nie byłem tak blisko smoka.
Paskudna prawda powoli dochodziła do mojego zaspanego umysłu. Klapki, które miałam na oczach odkąd poznałam Crane'a powoli znikały.
- O... Okłamałeś mnie? - spytałam cicho.
Czekałam na stanowcze zaprzeczenie, jednak to nie nadeszło. Nie mogło, dopóki wilk nosił na sobie magiczny przedmiot. Był zmuszony wyrzucać z siebie prawdę, którą ukrywał przede mną miesiącami.
- Tak.
Jego głos był całkowicie beznamiętny. Nie było w nim żadnej skruchy, wstydu, czegokolwiek. Miałam ochotę wyć. Jedynie siłą woli powstrzymywałam łzy cisnące mi się do oczu. Czułam, jak łapy zaczynają mi delikatnie drżeć z nerwów.
- A te... Inne historie? Je też zmyśliłeś?
- Wszystkie - odpowiedział, a z moich płuc uleciało całe powietrze. - Nigdy nie zbliżyłem się do Mostu Nieskończoności, nie zadałem pytania Drzewu Wiedzy, nie uratowałem mojej siostry przed dwellingiem. Nie pamiętam żadnego epizodu związanego z moją rodziną.
- Crane... 
Tylko tyle zdołało wyrwać się z mojego pyszczka. Jedno słowo, imię ukochanego, który od początku karmił mnie kłamstwami. Spojrzałam prosto w jego oczy. Brązowe tęczówki patrzyły na mnie jakby ze wstydem, jednak nie miałam pewności. W tej chwili niczego nie mogłam być pewna, kiedy chodziło o niego.
- A to, co mówiłeś... kiedy...
Żołądek zacisnął się mocniej. Miałam ochotę wymiotować z nerwów. Na języku czułam metaliczny smak krwi. Dopiero wówczas zdałam sobie sprawę, że cały czas gryzłam własne poliki.
Czekałam na odpowiedź jak na najgorszy wyrok. Obawiałam się tego, co mogę usłyszeć. Nie mogłam jednak nie zadać tego pytania. Nie wobec tego, co już mi powiedział. Musiałam wiedzieć, czy dosłownie wszystko było jednym, ciągnącym się w nieskończoność kłamstwem.
– Chciałem być tylko dla ciebie miły. Chciałem, żebyś zapamiętała mnie jako tego miłego, bo dobra opinia zawsze jest przydatna – wymamrotał.
Tori miała rację - ta myśl uderzyła mnie niewyobrażalnie mocno i pozbawiła powietrza. Kotłowała się w mojej głowie bez końca.
Odwróciłam wzrok. Nie mogłam na niego patrzeć. Nie potrafiłam. Oczy piekły, gdy mrugałam, próbując odgonić łzy.
– Ale potem sam zacząłem szczerze cię lubić. Naprawdę. Okazałaś się inna, niż wszyscy. Zaczęło mi na tobie zależeć.
Nie odpowiedziałam na to wyznanie. Wiedziałam, że mówił prawdę. Zależało mu na mnie. Szkoda, że dopiero od któregoś momentu. Wcześniej... Co widział we mnie wcześniej? Dlaczego nigdy mnie nie spławił, skoro nic dla niego nie znaczyłam?
Potrząsnęłam delikatnie pyskiem. Przecież przed momentem mi odpowiedział na to pytanie. Chciał być miły. Nic więcej. Cały czas grał, a ja zakochałam się w masce, którą nosił. Jestem taka naiwna...
- P-proszę, wybacz mi...
W głowie miałam mętlik. Myśli biegały bez ładu i składu. Serce biło jak szalone i nie było w tym nic wspaniałego. Potrzebowałam dłuższej chwili, by jakkolwiek ułożyć słowa. Nie ufałam własnego głosowi.
- Ja... Nie wiem co powiedzieć, Crane. Choćbym chciała cię znienawidzić... nie potrafię - westchnęłam. - Przynajmniej teraz mam pewność, że nie kłamiesz.
Zerknęłam na naszyjnik, który nadal wisiał na piersi wilka. Crane podążył za moim spojrzeniem. Kiedy tylko dotarło do niego, co widzi, podskoczył nerwowo i zrzucił z siebie magiczny przedmiot. Rozejrzał się w poszukiwaniu winowajcy. W końcu zatrzymał na czymś wzrok. Skierowałam łeb w tamtą stronę. Redian patrzył na nas w czystym osłupieniu.
- J-ja... - powiedział i zamilkł. Spojrzenie zielonożółtych oczu krążyło między mną a Cranem. Minęła chwila, nim się opanował. Wówczas z całą mocą spojrzał na basiora - Ty perfidny kłamco - syknął.
Wilk opuścił uszy i skierował wzrok w moją stronę. Czując na sobie jego spojrzenie, odwróciłam łeb. Wpatrywałam się w uparcie ziemię. Nie potrafiłam ponownie spojrzeć mu w oczy. Nie teraz. 
Redian natomiast stwierdził, że to dobry moment na bronienie mojego honoru. W normalnej sytuacji bym go powstrzymała, jednak to nie była normalna sytuacja.
- Kiedy zamierzałeś jej to powiedzieć?
- To sprawa między naszą dwójką. Starczy twojego wtrącania się - mruknął w odpowiedzi. W jego głosie pobrzmiewał smutek. Musiał być szczery, jednak... Nie mogłam powstrzymać cienia wątpliwości, że to była w dalszym ciągu gra. W końcu nie miał już na sobie Naszyjnika Prawdy...
- Odpowiedz mi! - zażądał kocur. - Nigdy, prawda? Nie chciałeś, żeby wiedziała, jak wielkim śmieciem jesteś, co?
Wilk nie odpowiedział. Zmusiłam się do podniesienia wzroku i zobaczyłam, że jego pysk jest delikatnie otwarty,
- Czyżby zabrakło ci w końcu słów?
Nadeszła chwila milczenia. Crane opuścił drżące powieki.
- Tak. 
- Brzydzę się ciebie - przyznał Redian. Nienawiść w jego głosie była aż namacalna.
Spojrzałam ponownie na ziemię. Tłumione łzy poleciały z pełną mocą.
- Odejdźcie. Obaj - poprosiłam łamiącym się głosem.
- Nie. Błagam, nie każ mi tego robić - powiedział Crane.
- Edel... - Ton Rediana złagodniał. - Nie mogę cię zostawić.
Pokręciłam powoli pyskiem.
- Po... Potrzebuję samotności. Proszę...
Ciche kroki oznajmiły mi, że spełnili moją prośbę. Westchnęłam z ulgą i w pełni świadomie pozwoliłam sobie na łzy. Głośny szloch wstrząsał moim ciałem, co w końcu wyrwało ze snu Morgana. Szczeniak skierował w moją stronę małą główkę. Z jego pyszczka nadeszło ciche piszczenie. Nachyliłam się i polizałam jego uszka.
- Wszystko dobrze, kochanie - wyszeptałam, chociaż w rzeczywistości nic nie było dobrze. Cały świat zawalił mi się w jednej chwili i nie miałam pojęcia, co powinnam w związku z tym zrobić.
Morgan wtulił się mocniej w moją sierść, jakby próbując dodać mi otuchy. Uśmiechnęłam się smutno. Z moich oczu wciąż płynęły piekące łzy.
Tamtego dnia Crane i Redian nie wrócili do ostatnich chwil przed odlotem. Starannie unikałam ich wzroku, poświęcając całą swoją uwagę synkowi. Wiedziałam, że musiało dojść do jeszcze jednej konfrontacji, ale nie byłam na nią gotowa. Najpierw musiałam przetrawić wszystkie wydarzenia tego poranka. A na to nie wystarczało zaledwie kilka godzin.

<Crane?>

czwartek, 3 października 2019

Od Crane'a "Kłamstwo nie mogło trwać wiecznie" cz. 1 (cd. Edel)

Listopad 2024
Otworzyłem oczy. Cały świat dookoła był spowity poranną szarówką. Szarobiałe chmury zasłaniały całe niebo. Nie dało się słyszeć nic poza powolnymi oddechami smoków i wilków. E spała tuż obok mnie, a przy jej piersi leżała mała kuleczka, której nadaliśmy imię Morgan. Oboje byli tak spokojni. Absolutnie pewni, że są tu przy mnie bezpieczni. Podniosłem się i przeciągnąłem. Zacząłem zachodzić w głowę, dlaczego ja odzyskałem świadomość tak wcześnie. Czy to przez Edel? 
Edel... Edel... 
– Nie, to imię nie jest wcale aż takie ładne. Trudno było je w ogóle zapamiętać – oznajmiłem nagle. 
Edel otworzyła oczy i podniosła głowę. Spojrzała na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Nie wiem, kto bardziej nie rozumiał sytuacji; czy ja czy ona. Czy ja naprawdę właśnie to powiedziałem? Wyraz malujący się na pysku mojej partnerki wskazywał, iż istotnie słyszała ten komentarz.
– Co...? – Otworzyła odrobinę pyszczek ze zdziwienia. 
– Mówię o twoim imieniu – odparłem. 
Czułem, jakbym nie miał kontroli nad własnym językiem. Jakby ktoś inny wyrzucał przez mój pysk coś, co planowałem ukryć przed waderą. Sam bym w życiu tego nie zdradził! Mówiąc coś takiego, brzmiałem jak głupi cham. A to był dopiero początek prawdziwej tragedii. 
– Mój ojciec nie miał nigdy Posłańca Mroku – powiedziałem jednym tchem. – Przed wyruszeniem watahy w podróż nigdy nie byłem tak blisko smoka.
– O... okłamałeś mnie? – rzuciła wadera. 
– Tak – odparłem krótko. 
Nie miałem kontroli nawet nad tonem głosu. Po prostu recytowałem wszystko, co powinno było zostać tajemnicą. Nie potrafiłem nic zrobić, by przestać. Nie było też mowy o ucieczce; łapy miałem jak z waty. W mojej głowie huczało jedno pytanie: „Co się ze mną dzieje?”.
– A te... inne historie? – wyraz pyszczka E nabrał stanowczości. – Je też zmyśliłeś?
– Wszystkie – przyznałem bez namysłu. – Nigdy nie zbliżyłem się do Mostu Nieskończoności, nie zadałem pytania Drzewu Wiedzy, nie uratowałem mojej siostry przed dwellingiem. Nie pamiętam żadnego epizodu związanego z moją rodziną. 
– Crane... – wydusiła Edel. Po tych słowach na chwilę zamilkła i spojrzała mi prosto w oczy. Widziałem w jej wzroku setki skonfliktowanych uczuć. – A to, co mówiłeś... kiedy...
– Chciałem być tylko dla ciebie miły. Chciałem, żebyś zapamiętała mnie jako tego miłego, bo dobra opinia zawsze jest przydatna – wymamrotałem.
To, co wydobywało się z mojego pyska było tylko i wyłącznie prawdą. Bolesną, bolesną prawdą. Widziałem w oczach E, jak bardzo ją to ukuło.
– Ale potem sam zacząłem szczerze cię lubić. Naprawdę. Okazałaś się inna, niż wszyscy – wyznałem. – Zaczęło mi na tobie zależeć. 
Edel opuściła nieznacznie uszy. Nie odpowiadała już nic. Widać, że poczuła się zraniona do krwi; zdradzona przez własnego partnera. Czułem, jakby rosnący smutek wadery przygniatał i mnie. Zrozumiałem, że jestem potworem. Cały ten czas budowałem związek na kłamstwie. Nawet jeśli moje uczucia są autentyczne. Kto, jak kto, ale Edel - najwspanialsza istota chodząca po tej ziemi - nie powinna być tak potraktowana. 
– P-proszę, wybacz mi – wydusiłem, chociaż szczerze wątpiłem, że to w ogóle możliwe.
Wszystko, co zbudowałem, w obliczu prawdy zdawało się kruche jak kość zająca. Czułem znów ten niefizyczny ból. Spojrzałem na E, ale ona milczała. Przynajmniej do czasu. 
– Ja... Nie wiem co powiedzieć, Crane – odparła wreszcie. – Choćbym chciała cię znienawidzić... nie potrafię – Podniosła wzrok na mnie i westchnęła ciężko. – Przynajmniej teraz mam pewność, że nie kłamiesz – powiedziała. Jej spojrzenie zatrzymało się na mojej piersi.
Spojrzałem w dół. To był Naszyjnik Prawdy. Podskoczyłem, jak oparzony i zrzuciłem go szybkim ruchem głowy. Ona mi założyła ten wisiorek? Niemożliwe. Nie zrobiłaby tego. Zacząłem się rozglądać dookoła w poszukiwaniu chociaż śladów winowajcy. Mój wzrok zatrzymał się na sylwetce burego kota – Rediana. Siedział parę metrów dalej i patrzył na nas w osłupieniu. Jeśli to jego sprawka, ewidentnie nie spodziewał się takich efektów. 
Tymczasem ja właśnie straciłem wszystko. Wszystko. 

<Edel?>

Uwagi: brak.

środa, 2 października 2019

Od Ismanise "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 6

Listopad 2024 r.
Ismanise tej nocy po kłótni z mamą znowu spała w zupełnie innym miejscu, niż ona. Wyglądając spod liścia krzaków, obserwowała wschód słońca. Nadal była senna, ale wolała czuwać aż do pory wstawania. Tego dnia miała mieć pierwszą lekcję polowania w życiu. Z jednej strony się ekscytowała, ale z drugiej miała świadomość, że to przyniesie mamie tylko kolejną falę rozczarowań.
Im dłużej tak leżała, tym bardziej kleiły się jej oczy. Dziadek powtarzał, że w takich sytuacjach lepiej się rozruszać... Chciałaby iść do niego, ale razem z nim spała Sinope. Nie przepadały za sobą. Nie umiały się dogadać. Isa miała wrażenie, że z miesiąca na miesiąc w dodatku ich relacje się tylko pogarszają.
– Śpisz?
Isa z przestrachem obróciła głowę. Widząc postać wilka w zbliżonym do niej wieku, o dużych, błękitnych oczach i jasnym nosku, od którego dzieliła ich odległość tak niewielka, że czuła jego oddech, nagle się rozbudziła.
– Coś się stało? – zapytała ostrożnie.
– Nie mogę usnąć. Dzisiaj mam pierwsze lekcje. Ty też? Powiedz, że też.
Uśmiechnęła się z politowaniem.
– Tak.
– To może posiedzimy razem do rana?
– Czemu nie – Wzruszyła ramionami – Byle cicho, żeby innych nie obudzić.
– Jasne, jasne – odpowiedział pospiesznie, po czym usadowił się tuż obok Isy.
Ich boki stykały się ze sobą. Basiorek miał jasne futro poprzecinane czerwonymi i czarnymi smugami. Z początku myślała, że to węgiel, ale gdy się przyjrzała zauważyła, że takie po prostu ma umaszczenie.
– Boję się trochę pani Yuki – powiedział szeptem.
– Kim jest pani Yuki?
– No... Ta od polowań!
Isa przywołała wspomnienie wysokiej wadery o ciemnym futrze i naprawdę groźnym spojrzeniu. Była pewno, że na spokojnie mogłaby ich wszystkich pozabijać.
– No.... Może troszkę. Ale ma nas uczyć – odpowiedziała cicho.
– I co z tego?
– To, że jakby robiła szczeniakom krzywdę na pewno nie byłaby już nauczycielką. Dziadek mówił kiedyś, że Yuki uczyła też moją mamę.
– A kto jest twoją mamą?
– Navri – jej wzrok powędrował gdzieś w bok. Po tej informacji zwykle wszyscy zaczynali ją oceniać i porównywać.
– Nie znam żadnej Navri – Basior zmarszczył nosek.
– Uczy obrony... – dodała cicho.
– Nadal nic – Potrząsnął głową z zrezygnowaniem.
– Trudno. Może nawet lepiej – powiedziała odrobinkę zbyt głośno. Jeden wilk, którego nie znała z imienia, poruszył uchem.
– Czemu?
Nie odpowiedziała. Położyła głowę na łapy i przymknęła oczy.
– Może jednak się zdrzemniemy...? – zapytała.
– Tak w ogóle to się nie przedstawiliśmy – przypomniał sobie nagle basiorek – Jestem Infinite. A ty?
– Ismanise. Możesz mówić Isa jak chcesz – mruknęła.
– Isa – powtórzył dumnie.
– A teraz śpimy?
– Co jeśli zaśpimy? – zmartwił się.
– To ty nie śpij i mnie obudź, jak będzie pora.
Westchnął, a brak odpowiedzi Isa odczytała jako przyzwolenie na taki scenariusz.
***
– Wstawaj, bo się spóźnimy!
Isa podniosła się, otrzepała i przeciągnęła. Nie myślała nawet, że była tak zmęczona. Nim ruszyli, przetarła jeszcze pyszczek łapką.
– Jak dalej będziesz tak zamulać, to prędzej te tłuste sarny upolują ciebie, a nie ty je – zażartował Infinite. Isa wywróciła ślepiami.
Nim na dobre ruszyli w głąb zagajnika, w którym czekała na nich Yuki, Inifinite jeszcze pożegnał się z mamą. O ile krok Isy był dość powolny i smętny, tak basiorek radośnie truchtał z uniesionym wysoko ogonem. Miała ochotę rzucić jakąś ciętą uwagą, ale nic nie przychodziło jej niestety do głowy.
– Czyli się przyjaźnimy? – zapytała nagle.
– Chyba tak – odpowiedział wesoło.
Pokiwała głową ze zrozumieniem. Uśmiechnęła się nawet do siebie. Do tej pory nie miała nikogo, kogo mogłaby tak nazwać. Jej znajomości kończyły się na mamie, dziadkach i Sinope, na myśl o której przechodziły ją dreszcze.
– Ruchy, ruchy! – krzyknął ktoś z oddali – Jesteście spóźnieni!
Isa zacisnęła mocno szczęki, z trudem powstrzymując rzucenie przekleństwa, którego nauczyła ją babcia.
– To przez moją mamę – furknął Infinite – Za długo mnie tuliła.
Chciałabym, żeby moja mama w ogóle mnie tuliła – pomyślała Isa. Jej wzrok powędrował ku koronie drzew. Straciła resztki chęci na zjawianie się na zajęciach. Wolała uciec. Pierwszy dzień, pierwsze wagary.
– Za karę obiegniecie cały zagajnik po zajęciach – powiedziała lodowatym głosem Yuki, kiedy już zjawili się na miejscu. Szczeniaki ich wyśmiewały. Infinite spuścił uszy i zgarbił się, lecz Isa wciąż pozostawała dumna i wyprostowana.
– Zrozumiano? – syknęła Yuki do Isy.
Waderka zmrużyła groźnie oczy, a następnie wyszczerzyła się złowieszczo.
– Tak, proszę pani.
Yuki uniosła brew nieco zbita z tropu, ale zostawiła ten temat bez rzucania zbędnych uwag.
– Na dzisiejszej lekcji zajmiemy się polowaniem na gryzonie...
– Znowuuu? – jęknęło kilka szczeniaków.
– Tak, znowu. Mamy w grupie młodsze szczeniaki – warknęła ostrzegawczo Yuki – Przypomnijcie nowej koleżance i koledze jak się poluje.
– Należy ustawić się w przeciwnym kierunku do wiatru, aby nie zawiało naszego zapachu do gryzonia. Zastosować bezszelestne skradanie, a kiedy jest się już wystarczająco blisko zaatakować. W razie konieczności wszcząć pościg – mówił znużonym głosem jakiś nieco starszy od Isy basior.
Słuchała go z maksymalnym skupieniem, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.

<C.D.N.>

Od Eterny "Siła mięśni to nie wszystko" cz. 5

Październik 2024 r.
Eterna zmierzała na kolejne zajęcia ze smętną myślą, że spodziewała się po Mortimerze więcej. Jego wiedza historyczna była niemal zerowa. Wszystkie zadania wykonała właściwie w pojedynkę. Nie zdołali również dobrze porozmawiać, bo zaraz po lekcji pobiegł z powrotem do Theo i Exana. Odeszli, śmiejąc się głośno i opowiadając o tym, jak przebiegała ich praca w grupach.
Eterna zaś znowu została sama.
Miała jeszcze dużo czasu, zatem zboczyła ze ścieżki. Tym razem mieli przystanek w dziczy, w której przeważały odcienie bladej żółci oraz... pudrowego różu. Kai pierwszego dnia snuł przy niej jakieś dziwaczne teorie, ale żadna nie miała dość sensu, aby wytłumaczyć taki stan rzeczy. Rośliny miały taki kolor i basta. Nie widziała sensu dalszego analizowania tego. Zatrzymali się tu i tak tylko na jeden dzień. Nie było okazji do dalszych badań.
Nagle coś przykuło jej spojrzenie. Jakiś błysk w krzakach, dość niespotykany jak na takie okoliczności. Zmarszczyła brwi. Zaczęła przepychać się przez okazałe liście. Każde drgnięcie rozsypywały tumany puchu, jaki na nich zasiadł. Krztusiła się, ale wciąż starała się przebić aż do błyskotki, którą zaobserwowała wcześniej. Oczy zaszły jej łzami. Była już niemal na końcu. Miała tylko nadzieję, że nie ów pył nie miał działania podobnego do ziół Kashiela i jego szajki.
Jej łapa w końcu nastąpiła na coś twardego. W pierwszej chwili poczuła się tak, jakby miała zaraz przebić sobie poduszkę, jednak kiedy ją uniosła ból natychmiast ustał. Nic jej nie było. Nachyliła się nad błyszczącym złotem przedmiotem. Był to medalion. Nie była pewna jaki. Miał złoty wisiorek ozdobiony doczepionymi na króciutkich łańcuszkach perłami. Sam medalion zaś przedstawiał dwa złote smoki zawijające się nad różowo-granatowym oczkiem. Im dłużej na niego patrzyła, tym pewniejsza była, że coś w nim faluje. Że kamień tak naprawdę miał działanie magiczne. Dostrzegła również na nim srebrny pył.
Przygryzła wargę. Powinna go zostawić? Kai wspominał o jakichś rzadkich przedmiotach porzuconych w losowych miejscach. Nie wiedziała czy tutaj również można takie znaleźć, i czy dobrym pomysłem było zakładanie takowego. Uderzyła kilka razy łapą o ziemię, zastanawiając się co powinna zrobić. Wzięłaby go i pokazała Kai'emu, lecz nie miała żadnego rogu, który zdołałby zneutralizować jego moc. Medaliony działają tylko wtedy, kiedy są powieszone na szyi.
Nagle coś się ruszyło w krzakach. Znieruchomiała, wpatrzona w tamten punkt. Prócz cichego śpiewu ptaków u góry, do jej uszu nie docierał żaden inny dźwięk. Zmrużyła ślepia. Właśnie wtedy szuranie się powtórzyło. Królik. To musiał być królik. Rzuciła się przed siebie. Ten jeden sus wystarczył, aby przy dusić gryzonia do ziemi i wbić w niego zęby. Nie było to szczególnie eleganckie, ale i tak zaczęła się śmiać do siebie, zagryzając szczęki coraz bardziej i bardziej. Królik wciąż popiskiwał, kiedy usłyszała dźwięk łamanych kruchych kosteczek, a na końcu kręgosłupa. Przestał się ruszać. Dopiero wtedy go puściła. Odsunęła się na pół kroku i wybuchnęła śmiechem. Zabiła go, nie będąc wcale głodna. 
Zostawiła jego zwłoki w krzakach, skupiając ponownie swoją uwagę na medalionie. Czas uciekał, nie mogła tam zostać zbyt długo, bo spóźni się na zajęcia. W końcu wpadła na jakiś pomysł. Założyła medalion na ucho. Nie czując żadnej różnicy, uspokoiła się nieco. Wtedy też wymyśliła, co zrobić z tym nieszczęsnym królikiem. Kai powtarzał, że nie wolno marnować jedzenia, więc powinna go komuś dać. Miała już nawet pomysł komu.
***
– Morti, patrz. Upolowałam dla ciebie królika - powiedziała z dumą.
Basiorek patrzył na nią zbity z tropu.
– Dla mnie...?
– Jedzenia nigdy nie za wiele, czyż nie?
Exan i Theo nieufnie łypali na nią wzrokiem, ale udawała, że tego nie widzi.
– Możesz się z kimś podzielić, jeśli chcesz.
– Um... No to... Dziękuję za prezent – powiedział, a na jego pyszczku pojawił się uśmiech, na który tak bardzo czekała.
– Nie można wnosić jedzenia na lekcje – upomniał ich Hitam nieco znużonym głosem.  Włosy miał rozwichrzone, a oczy podkrążone. Wyglądał jakby nie spał tej nocy.
– Nie może tutaj po prostu leżeć? Nie będziemy go jeść – odparła Eterna. Hitam patrzył na nią przez chwilę bez wyrazu, po czym powoli odpowiedział:
– Niech będzie. Jeśli zbiorą się muchy, macie to gdzieś odłożyć.
Pokiwała głową na znak zrozumienia. Jej wzrok powędrował do Mortiego, obok którego w końcu zdołała usiąść. Niestety nie wyglądało na to, aby był zachwycony jej uratowaniem mu tyłka. Westchnęła cichutko z rozczarowaniem. Może innym razem.
– Na dzisiejszych zajęciach zajmiemy się zagadnieniem dochodzenia do pewnych wniosków drogą kalkulacji. Może i brzmi to skomplikowanie, lecz nie do końca jest tak w rzeczywistości. Na ostatnich zajęciach uczyłem was liczb od jeden do dziesięciu. Elanor, możesz je wymienić?
Skinęła głową i zaczęła wymieniać. Nie pomyliła się ani razu, bo Hitam na końcu potaknął jej głową.
– Zakładam, że wszyscy już to umiecie. Jeśli nie, możecie przygotować sobie ściągi.
Kilka szczeniaków za pomocą swojej mocy wyczarowało mieniący się obraz w języku, którego Eterna nie znała.
– Skoro tak, mam dla was pewną zagadkę logiczną. Jun zjadł w piątek dwa zające, w niedzielę dwa więcej, w sobotę zaś o trzy mniej niż w niedzielę. W poniedziałek zjadł o cztery więcej, niż w sobotę. Ile zająców zjadł Jun w poniedziałek?
Eterna wytrzeszczyła oczy. Zresztą nie ona jedyna.
– Trzy...? – zapytał ktoś niepewnie.
Hitam pokręcił głową.
– Jeśli nie wiecie jak to zrobić, możemy to zrobić wszyscy razem, po kolei, dzień po dniu.
– Pięć – wtrącił Exan.
Hitam uniósł nieznacznie brwi.
– Tak, zgadza się. Odpowiedzią jest pięć. Exan, zechciałbyś wytłumaczyć, jak do tego doszedłeś?

<C.D.N.>