poniedziałek, 6 lipca 2020

Od Morgana "Przeczytam ci bajkę" cz. 1

Styczeń 2026
Kiedy mama powiedziała, że na dzisiejszy dzień przygotowała dla mnie coś specjalnego, nie mogłem się doczekać. Tata i Ting zawsze mówili, że mama była odrobinę nieprzewidywalna. Tego dnia zdałem sobie sprawę, że może mieli trochę racji. Spędzałem z nią tyle czasu, ale w ogóle nie miałem pomysłu, co takiego mogła wymyślić. I wręcz pękałem z niecierpliwości, żeby się dowiedzieć. 
Z tego też powodu nie mogłem w ogóle skupić się na zajęciach kreatywnych. Tego dnia mieliśmy za zadanie ułożyć jakiś wierszyk lub piosenkę. Według pana Derneta nie musiał być idealny. Chodziło tylko o przelanie swoich uczuć w słowa. W tej chwili jedyne co czułem to ciekawość i zniecierpliwienie; lekcja zdawała się dłużyć w nieskończoność. Niestety nie miałem pomysłu jak mógłbym stworzyć z tego ładny wiersz. Ba, nie wiedziałem jak mam ułożyć jakikolwiek utwór. To chyba było najtrudniejsze z zadań, które kiedykolwiek zadał nam pan Dernet. Gorsze nawet od zagadek pani Adory!
– Pst, Morgan!
Gwidon trącił mnie łapką. Spojrzałem na niego zaskoczony. Nigdy nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Szczeniak zwykle trzymał się ze swoimi braćmi, chociaż czasem zagadał też do kogoś innego. Widocznie teraz przyszła kolej na mnie.
– Tak?
– O czym napisałeś swój wierszyk? 
Westchnąłem. Nie chciałem przyznawać, że nie mam jeszcze ani słowa. Gdyby nie to, że kłamstwa były złe, skłamałbym. 
– Jeszcze o niczym.
Gwidon spojrzał na mnie zaskoczony.
– To się lepiej pospiesz. Dernet wygląda jakby kończył rozmowę z Dannanem. Pewnie niedługo tu przyjdzie i nas zapyta – poradził, ruchem pyska wskazując na nauczyciela. Spojrzałem w tamtą stronę. Według mnie nie wyglądali jakby mieli przestać rozmawiać. Oni mogli gadać i żartować w nieskończoność. Nie powiedziałem jednak tego na głos.
– Jasne... Postaram się – mruknąłem jedynie. – Tylko o to chciałeś zapytać?
– Nie, nie. Chodzi o m ó j wiersz – przyznał samczyk. – Napisałem go dla Eunice, a ty się z nią przyjaźnisz. Myślisz, że polubi mnie bardziej, jeśli go usłyszy? 
Teraz to ja spojrzałem na niego zaskoczony. Eunice? Jak Gwidon mógł wpaść na pomysł napisania wierszyku dla mojej przyjaciółki? Podobno basiorki pisały takie wiersze tylko dla swoich ukochanych, a przecież Eunice nie nadawała się na ukochaną. Była tylko Eunice. Co prawda była wilczycą, ale...
– Masz na myśli wiersz miłosny? – zapytałem, czując jak kręci mi się w głowie. Ta sytuacja nie miała sensu!
– No... Powiedzmy. Nie wiem – Basiorek rozejrzał się dookoła. – Po prostu powiedz, co sądzisz, dobra?
– Yhm... Dobra – mruknąłem nadal skołowany. 
– Odkąd cię spotkałem, się w tobie zakochałem. Chcę spędzać z tobą czas i nie patrzeć sam w las. Jesteś piękna jak jaszczurka... Piękna jak jaszczurka... – przerwał – O nie! Zapomniałem, co miało być dalej! Ale jak na razie jest w porządku, nie?
Chyba przytaknąłem. Nie byłem pewien. Miałem w głowie taki mętlik, że gdyby ktoś zapytał mnie o własne imię, nie wiedziałbym co odpowiedzieć. Gwidon napisał wiersz dla Eunice, w którym powiedział, że się w niej zakochał. To było n a p r a w d ę dziwne. Przecież my byliśmy tylko szczeniakami! Miłość jeszcze nie była dla nas...
Od tego czasu utwór Gwidona przeplatał się z niespodzianką zapowiedzianą przez mamę, nie pozwalając mi ułożyć własnego wierszyka. Kiedy w końcu przyszedł do nas pan Dernet i zapytał mnie o mój utwór, przyznałem mu to. Czułem na sobie zadowolone spojrzenie Yvara, ale zignorowałem go. Miałem inne zmartwienia na głowie.
Eunice po usłyszeniu wierszyka Gwidona wyglądała na równie zdziwioną co ja. Uśmiechnęła się jednak i zaczęła z nim o czymś rozmawiać już po lekcji.
– Myślisz, że się z nim umówi? – zagadał mnie Kaiju.
– Umówi? – powtórzyłem. 
– No wyjdzie z nim na spacer i zostaną parą czy coś. Nie wiem jak to działa.
– Ja też nie... 
– Mam nadzieję, że nie. Gwidon zarywa do każdej – burknął Kaiju, a ja spojrzałem na niego zaskoczony. 
– Jak to do każdej?
– No, do Yngvi też próbował. Zanim ona zainteresowała się Mortim – wyjaśnił szczeniak.
– Co? Yngvi lubi Mortiego? Ale że w TAKI sposób? – zapytałem, mrużąc oczy. Nigdy tego nie zauważyłem! Kaiju już otwierał pyszczek, ale przerwał mu głos mamy. Wołała mnie na tę swoją niespodziankę. – Przepraszam, Kaiju, ale muszę już iść. Pogadamy o tym potem, dobra?
Szczeniak przytaknął, a ja pobiegłem prosto do mamy. Wilczyca od razu zaczęła mnie dokądś prowadzić. Nie chciała jednak powiedzieć ani słowa na temat tego, co zaplanowała, a jej minę można było określić jednym szczególnym słowem: tajemnicza. W związku z tym nie było raczej niczym dziwnym, że zapomniałem o sytuacji na lekcji kreatywności.
W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie siedział Ting. Uśmiechnąłem się szeroko. 
– Cześć Ting! Co robisz
– Czekam na was. Pierzasta mówiła, że mam to dla niej przechować – odpowiedział i obrócił się. Z zainteresowaniem obserwowałem jak podnosi i otrzepuje z piasku kolorową książeczkę. W niczym nie przypominała tych, które czasem pokazywał nam pan Kai na lekcjach historii. Zmrużyłem oczy.
– Dokładnie tak – Mama od razu mu ją zabrała i położyła na piasku obok nas.
– Naprawdę nie rozumiem, po co to było. Niewielu tutaj interesuje się tymi książkami...
– Nie chciałam stracić tej jednej. Nie wszystko z biblioteki nada się dla młodszych.
Przekrzywiłem główkę. Dowiedziałem się już, że większość książek jakie posiadaliśmy (jeśli nie wszystkie!) pochodziła z ogromnej biblioteki na naszych starych terenach. Nie znałem jednak konkretów. Pan Kai mówił, że na to jeszcze przyjdzie czas, kiedy omówimy inne tematy. 
– Ale ja nie umiem czytać – poruszyłem zamiast tego inną ważną kwestię. – Na co mi ta książka?
– Ja mogę ci ją przeczytać. Myślę, że to naprawdę wartościowa historia – oznajmiła mama. 
Ting parsknął.
– Nie daj się oszukać, Mały. Jest najwyżej przeciętna.
Postanowiłem zignorować słowa odmieńca; on zawsze był do wszystkiego negatywnie nastawiony. Podszedłem bliżej książki i ostrożnie ją obwąchałem. Wyczułem woń Tinga, co nie było niczym dziwnym w związku z tym, że ją przechowywał. Poza tym był jeszcze inny zapach. Bardzo ładny. Zaciągnąłem się i westchnąłem zadowolony. Ciekawiło mnie, czy treść faktycznie będzie równie ładna.
Nagła myśl całkiem mnie zmroziła. A co gdybym sam potrafił odczytać jej treść i przeczytać wszystkie inne książki? Przecież to byłoby niesamowite!
– Mamo...? – zagadnąłem. – A mogłabyś mnie nauczyć? To byłoby jeszcze lepsze!
Wadera wygląda na odrobinę zdziwioną. Ting odłożył na bok te swoje ohydne owady, które jadł z wielkim zaangażowaniem. Czy moje pytanie było aż tak dziwne? Ja tylko chciałem nauczyć się czegoś nowego! To chyba normalne, prawda?
– Naprawdę chcesz?
– Tak, bardzo! – przyznałem szczerze, a mój ogon poruszał się na lewo i prawo. Lubiłem się uczyć, ale teraz wizja poszerzania swojej wiedzy była jeszcze bardziej kusząca! – Widziałem kilka książek u pana Kai'ego. Często opowiada nam o tym, co się tam znajduje, ale o wiele fajniej byłoby móc o tym samodzielnie przeczytać! Mamo, prooszę... – Zrobiłem odpowiednią minę, której nauczyła mnie kiedyś Yngvi. Według niej robiąc ją było o wiele łatwiej wyprosić coś u dorosłych. – Nie wiedziałem, że potrafisz czytać. Tata nie umie.
Opuściłem uszka. Przypomniało mi się moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że tata nie potrafił czytać. Zawsze myślałem, że tata wiedział wszystko. Gdybym nauczył się dobrze czytać, może mógłbym go nauczyć. Albo mama mogłaby to zrobić! Tak, to genialny pomysł!
Na pyszczek mamy wkradł się uśmiech. 
– No dobrze. Nauczę cię.
– Chcę przy tym być – dorzucił Ting. – To będzie ciekawe.
Nie zdołałem powstrzymać pisku radości. Zabrzmiałem jak mały szczeniak i przez moment było mi wstyd. Szybko jednak stwierdziłem, że to nie było przecież nic złego. Byłem przy mamie (i Tingu, ale on się nie liczył), więc chyba mogłem zachowywać się jak maluch. 
Usiadłem na piasku i patrzyłem na przemian na mamę i książkę. Mój ogon ciągle uderzał o piasek. Nie mogłem się doczekać lekcji!
Mama zerknęła na Tinga i otworzyła książkę. Położyła ją tuż przede mną.
– Więc tak... To wszystko są litery. Odpowiadają one dźwiękom, z których powstają całe wyrazy.
– Wyglądają bardzo dziwnie. I jest ich tak wiele! Skąd mam wiedzieć które są które? Nigdy tego nie zapamiętam! – Otworzyłem szeroko oczy. Moje serce zabiło szybciej. To wszystko przedstawiało się znacznie straszniej, niż myślałem chwilę temu!
– Zapamiętasz, nie martw się – Mama położyła łapkę na mojej. Uspokoiłem oddech i kiwnąłem główką. – Po prostu nauka trochę nam zajmie. Ting, masz jeszcze papier?
Odmieniec mruknął coś na potwierdzenie i zdjął swój plecak ze skarbami. Zaczął go przeglądać i wyciągać przeróżne rzeczy. Niektóre z nich wyglądały na magiczne przedmioty, inne jak zwyczajne śmieci.
– Zaczniemy od pojedynczych liter. Nie każdy dźwięk może powstać z jednej litery, ale o to będziemy martwić się później.
Spojrzałem spanikowany na mamę. Nawet nie zrozumiałem co właściwie powiedziała! Nie miałem najmniejszych szans, żeby się tego nauczyć! Mój oddech zaczął znowu przyspieszać, a oczy piec.
– Spokojnie, będziemy się uczyć powoli. Jesteś bystrym szczeniakiem, na pewno dasz radę. 
– A co jeśli nie?
– Będziemy się martwić, jeśli nie dasz. Na razie nawet nie zaczęliśmy.
Kiwnąłem powoli głową. Mama zawsze wiedziała co powiedzieć, żebym poczuł się lepiej. Z nową energią (ale również pewnym strachem) spojrzałem na książkę.
– Tak, chyba masz rację... To od czego zaczynamy?
Wilczyca zerknęła w stronę Tinga, który nadal grzebał w plecaku.
– Ting, co z tą kartką?
– Już, już – mruknął odmieniec i wyciągnął pomiętą kartkę o nieco żółtawym odcieniu. Miała podobny kolor co piasek; kiedy ją na nim położył, była widoczna tylko dzięki innej fakturze.
– Potrzebuję jeszcze czegoś do pisania.
Ting burknął coś czego nie zrozumiałem. Nie brzmiał na zadowolonego.
– Nie mam. Nie mam nic.
– Jak to?
Podszedłem do niego i zajrzałem mu przez ramię. Ostatnio trochę urosłem i było to możliwe. Przynajmniej kiedy siedział. Patrzyłem na porozstawiane przez niego rzeczy. Faktycznie brakowało tam rzeczy, której moglibyśmy wykorzystać do pisania. Wydało mi się to dziwne; zawsze myślałem, że nie istnieje rzecz, której nie byłoby w plecaku Tinga. Opuściłem uszy zawiedziony.
– Mamo, czyli mnie nie nauczysz?
– Zaraz coś wymyślimy, zaraz coś... Hmm... – Mama rozejrzała się dookoła jakby odpowiednia rzecz miałaby być tuż obok.
Wróciłem na swoje miejsce i grzecznie czekałem. Jednak kiedy cisza się przeciągała, nie zdołałem powstrzymać pytania. One zawsze same cisnęły mi się na język!
– A po co nam właściwie była ta kartka? 
– Łatwiej będzie, jeśli pokażę ci jak wyglądają litery z osobna... – Mama przewróciła kilka stron książki. – Ale dziś chyba będziemy musieli to sobie darować...
Ponownie opuściłem uszy.
– Czyli nie będziemy się uczyć?
– Nie, nie! Mówię oczywiście o spisywaniu liter. Po prostu dzisiaj pouczymy się bezpośrednio z książki. – Kątem oka widziałem, że Ting składa kartkę na dziwne sposoby. Trochę mnie to rozpraszało. Mama też musiała to zauważyć, bo zawołała – Ting, nie składaj tej kartki! Będziemy jej jeszcze potrzebować.
– Do czego skoro nie mamy czym pisać? – zapytałem, po czym nagle zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. – O, mamo!
– Hm, o co chodzi?
– A czemu nie narysujesz czegoś na piasku? – zapytałem, przejeżdżając pazurkiem po ziemi. Piasek od razu zasklepił dziury w taki sposób, że został tylko ślad. Wiedziałem jednak, że kiedy zabierze się tą sypką część, będzie można rysować na bardziej ubitej. Czasem robiliśmy tak na zajęciach kreatywnych.
– O, dobra myśl, Morgan!
Wilczyca musiała też o tym wiedzieć, bo z pomocą wiatru uniosła suchy piasek. Widziałem wiele razy jak robi różne rzeczy dzięki swojej mocy, ale nadal mnie to zachwycało. Ja nadal nie znałem swojej...
Otrzepałem się z piasku, bo kilka drobinek spadło też na mnie. Ting zrobił to samo i od razu wrócił do składania kartki papieru. Była już całkiem pogięta. Szybko odwróciłem wzrok.
– Zaczniemy od wyrazu... "mama". Jest krótki i prosty.
– Mama... Tak jak ty – zauważyłem.
– Właśnie. Znasz to słowo.
Samica uśmiechnęła się i rozejrzała wokół. Przywołała od siebie jakiś patyczek, będący pozostałością po na wpół zniszczonym zamku z piasku, który znajdował się kawałek od nas. Wzięła go do łapki i z wielkim skupieniem zaczęła coś pisać. Wyglądała przy tym naprawdę dziwnie.
– Pierzasta, użyj pazurów! – upomniał ją Ting. Coś w jego głosie kazało mi stwierdzić, że to chyba nie był pierwszy raz, kiedy jej to mówił.
– Wolę tak... – mruknęła.
Uważnie przypatrywałem się kreskom, które wykwitały na piasku. Wyglądały kosmicznie! Poza tym miałem wrażenie, że mama miała mały problem z pisaniem; litery były krzywe i nie przypominały w pełni tych, które widziałem wcześniej w książce. Ale może po prostu było ich tak wiele i te po prostu jeszcze się nie pojawiły? Nie znałem w końcu ani jednej!
– Ta i ta litera się powtarza – wskazałem na pierwszą i trzecią. Byłem z siebie bardzo dumny, że to zauważyłem. 
– Tak, zgadza się – odpowiedziała mama i uśmiechnęła się. Miałem nadzieję, że też była ze mnie dumna!
– Zostaw to. Nie chcę tu siedzieć do wieczora.
Ting zabrał wilczycy patyczek i pazurem skończył rysować ostatnią literkę. Wtedy okazało się, że ona również już wystąpiła. 
– Więc tak... "Mama" zaczyna się dźwiękiem "m". Tak czyta się tę literę – Samica wskazała na pierwszy symbol.
– Ale przecież mówimy "ma" i "ma"... 

To nie miało sensu. Dlaczego tu było tyle liter? To przecież ani trochę nie oddawało rzeczywistości!

– Otóż za "a" odpowiada ten znaczek – Wskazała na kolejną literkę. 
– To trudniejsze niż myślałem... – przyznałem trochę zrezygnowany.
Mama ponownie położyła łapkę na mojej. Spojrzałem na nią. Uśmiechała się łagodnie. Wygląda bardzo ładnie, kiedy się uśmiecha, pomyślałem.
– Spokojnie, dopiero zaczynamy.
Ting ziewnął głośno, a ja westchnąłem. Wszystko wskazywało, że czeka nas naprawdę duuużo pracy...


<c.d.n.>



Zdobyto: 168 czerwonych⎹ 96 pomarańczowych⎹ 175 zielonych⎹ 176 niebieskich⎹ 97 granatowych⎹ 130 fioletowych⎹ 62 różowych odłamków



>> Następna część >>

niedziela, 5 lipca 2020

Od Yvara "Żywa lekcja historii" cz. 1

Początek czerwca 2026
Yvar od zawsze uwielbiał słuchać historii. Najpierw były to bajki czytane mu przez rodziców, potem historyjki wymyślane przez Yngvi, aż w końcu znalazł takie, które intrygowały go najbardziej; prawdziwe opowieści. Asgrim widząc zainteresowanie swojego syna historią watahy, posłał go na dodatkowe zajęcia u Kai'ego. Nigdy tego nie powiedział, ale Yvar wyraźnie widział, że ulżyło mu. Nie podobało mu się, że jego syn interesuje się tak naprawdę tylko walką. W związku rodziców basiorka to on pełnił bardziej samiczą funkcję, przygotowując smaczne potrawy i opatrując rany. Według Yvara było to strasznie dziwne, ale nigdy nie powiedział słowa na ten temat. 
Jakby nie było, szczeniak od tamtego czasu chodził na zajęcia dodatkowe wraz z Morganem, a kiedy zaczęły się obowiązkowe lekcje, zaczęli ścigać się o największą aktywność. Brakowało w tym jednak wrogości, która panowała między nimi od wielu miesięcy. Yvar słyszał kiedyś, że Morgan chciał po prostu utrzeć mu nosa i pokazać, że samczyk nie jest od niego gorszy. Młodszy z samców, gdyby pozwoliła mu na to duma, mógłby powiedzieć to samo o sobie.
– To nasza ostatnia lekcja przed wylotem do Białego Królestwa – zaczął Kai, kiedy wszystkie szczeniaki usiadły na swoich miejscach. – Tematy dotyczącego tego miejsca dopiero przed nami; zaczniemy je po moim powrocie, kiedy zbiorę dodatkowe dane. 
– Myślałam, że uczymy się tylko o wszystkim, co stare – wtrąciła Yngvi. – A pan chce nam opowiadać o tym, co jest tam t e r a z?
Exan parsknął śmiechem.
– Historia obejmuje coś więcej niż to, co stare. Wszystko jest historią – powiedział z jedną ze swoich najbardziej nadętych min.
– Także to co jadłam na śniadanie? – Naida przekrzywiła łeb jakby próbowała myśleć. Zbędny trud, pomyślał Yvar.
– Wydaje mi się, że chodzi o rzeczy istotne – odpowiedział jej Morti. 
– Ale moje śniadanie jest bardzo istotne. Gdyby nie ono, byłabym głodna.
– Na świecie są ważniejsze rzeczy od faktu czy jesteś głodna, czy najedzona – prychnął Exan.
– A mama i tata zawsze mówili, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia – powiedziała z zamyśleniem Yngvi.
– Obiad jest ważniejszy. Jest w końcu duży i syty! – dodał Kaiju.
Yvar spojrzał na Kai'ego. Wyglądał na trochę zdezorientowanego. Szczeniak nie dziwił mu się; sam już nie wiedział jakim sposobem zaczął się temat jedzenia. Zdał sobie za to sprawę, że jest trochę głodny. Tego dnia on i Yngvi zaspali i nie zdążyli zjeść śniadania. 
– Ale śniadanie daje energię na sam początek dnia – powiedział Morgan. Chyba jako jedyny w tej gromadzie nie krzyczał. Przynajmniej na razie.
– No i co z tego? Potem i tak jest się głodnym – zauważyła Sino.
Kolejne słowa któregoś ze szczeniaków przerwało głośne odchrząknięcie nauczyciela. Yvar wrócił do niego spojrzeniem. 
– Rozumiem, że temat jedzenia jest bardzo... Interesujący – stwierdził, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. – Chciałbym jednak wrócić do tematu dzisiejszej lekcji.
– Białego Królestwa? – W słowa ponownie weszła mu Naida.
– Nie, przecież mówił, że to później – mruknęła Silee. 
Kilka szczeniaków jej przytaknęło.
– No to o czym będziemy się uczyć dzisiaj? – zapytała Vi.
Teraz już wszyscy spojrzeli na Kai'ego. Yvar miał wrażenie, że wilk odetchnął z ulgą. Pewnie bał się powrotu do tematu śniadania, pomyślał, może też go dzisiaj nie zjadł.
– O wojnie.

<c.d.n.>

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 4 pomarańczowych⎹ 2 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 2 granatowych⎹ 18 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

Od Kai'ego "Karczma" cz. 3

Lipiec 2026 r.
Dopiero kilka dni później Kai zobaczył ponownie tajemniczego szczeniaka kręcącego się w pobliżu Elvina. Zerkał na niego jakby od niechcenia. Basiorek (bądź też waderka) umyślnie go ignorował, całkowicie zajęty sprzątaniem w karczmie. Nie podnosił wzroku. Wyglądał, jakby był z jakiegoś powodu zły. Kiedy w karczmie zaczęło ubywać tłumów, a Elvin musiał zapalić więcej świec, aby było widno, Kai postanowił w końcu zapytać:
– Kim jest ten młodzieniec?
– Gavriel.
– I jest on...?
– Gavriel. Po prostu Gavriel – odrzekł Elvin, uciekając od Kai'ego spojrzeniem. Kai znowu zaczął się wpatrywać w basiorka, który akurat ze złością kopnął jedno z krzesełek. Zaraz potem ze zrezygnowaniem oparł głowę o stół i leniwie wrócił do sprzątania. Wówczas ostatnia osoba opuszczała karczmę.
– To twój syn?
– Nie. Skądże – Elvin zniesmaczony pokręcił głową – Jego matka zostawia go u mnie co jakiś czas.
– Czym się zajmuje?
– Jest królewskim architektem.
– Naprawia pałac – wtrącił Gavriel. Na tę wiadomość brwi Kai'ego powędrowały w górę. Uświadomił sobie, że jednak nie wydawało mu się, że pałac w tym roku lśni bardziej.
– Myślałem, że już jest naprawiony...
– Była wyrwa na jednym piętrze. Zero witrażu. Trzeba było to ogarnąć, a potem jeszcze wysprzątać to co brudne. W tym zwłoki króla Glorego.
Kai zmarszczył nos. Słyszał o tym królobójstwie... Elvin zabrał spod nosa Kai'ego pusty kufel po piwie.
– Chcę jeszcze pić.
– Nie ma mowy. Nie chcę, żebyś był znowu pijany – oświadczył Elvin. Zmienił się w ludzką formę i machnął jednym z palców w powietrzu. Naczynia oblała spieniona woda. 
– Nie byłem.
– Byłeś – wtrącił Gavriel – Na kilometr było czuć.
Kai się zasępił.
– Nawet cię wtedy nie było...
– Mówiłem, że na kilometr.
– Ile ten mądrala ma miesięcy? – Kai zwrócił się znowu do Elvina. Czuł na plecach wrogie spojrzenie Gavriela, ale nic sobie z niego nie robił.
– Na przełomie lata i jesieni wbiją mu dwa lata, z tego co mi wiadomo.
– Mały coś na jego wiek... – zaczął Kai.
– Powiedział! – parsknął nagle Gavriel – Jesteśmy prawie równego wzrostu.
Kai zaśmiał się do siebie, sięgając po stojącą nieopodal butelkę. Elvin niespodziewanie odwrócił się i zacisnął swoją stalową dłoń na łapie Kai'ego. Wbił w niego spojrzenie stalowoszarych oczu. Staruszka aż przeszły dreszce.
– Nie ma picia. Nie u mnie – powiedział Elvin groźnie.
– No to... masz może przepis na jakiś bimber przynajmniej? Wtedy dam ci spokój i będę pić w watahowym zaciszu...
Wzrok Elvina powędrował gdzieś ponad jego lewy bark. Prawdopodobnie patrzył na Gavriela. Uścisk się rozluźnił.
– Niech ci będzie. Ale Gavriel będzie cię pilnował.
– Pilnował? – Kai uniósł brew.
Elvin pokręcił głową, po czym otworzył mu przejście za ladę.
– Wejdź.
Kai domyślił się, że nie może liczyć na wyjaśnienia. Zeskoczył ze stolika, po czym powędrował za Elvinem. Mężczyzna odsłonił zasłonę prowadzącą na zaplecze. Kai ruszył przodem.
– Będziesz musiał wejść do mojego warsztatu...
– Warsztatu? – powtórzył zaskoczony Kai.
– Założyłem z polecenia władzy.
– I co tam robisz? Naprawiasz wozy?
– Zobaczysz.
Kai westchnął. Nie satysfakcjonowała go taka odpowiedź. Nie czuł się też najlepiej, mając za sobą znacznie wyższego człowieka. Nawet, jeśli był to Elvin z którym przegadał ostatnie kilka godzin.
Na zapleczu było duszno. Korytarz jakby się wydłużył w stosunku do ostatniego razu, kiedy Kai tam był. Nie przypominał sobie, aby były tam aż trzy pary drzwi. Po przejściu kilku metrów, Elvin pchnął jedne z nich i wślizgnął się do środka.
W środku było całkowicie ciemno. Dopiero kiedy Elvin zapalił zapałkę i zaświecił jedną z lamp naftowych, zaczęło być widno. Kai wytrzeszczył oczy. W środku były dziesiątki metalowych części poskręcanych w różne kształty. Rzucały długie cienie na ściany, przybierając straszliwe kształty. Kai z początku myślał, że były to dziwaczne instalacje artystyczne. Dopiero kiedy im się przyjrzał, zrozumiał, że były to protezy. Były wszędzie. Na stołach, szafach, podłodze, półkach. Wisiały też na hakach. Nie były szczególnie zdobione ani dopracowane. Zupełnie jakby były tylko bazami... Kai podszedł bliżej, aby obejrzeć jedną z kolekcji.
– W sumie... to by miało sens. Masz też jedną protezę...
– A ty masz pracownię z kolczykami? – zapytał nieco ironicznie Gavriel, który zjawił się tam nawet nie wiadomo kiedy.
– Co? – Kai zaskoczony obrócił się za siebie.
– To, że coś masz nie znaczy, że musisz to też produkować – Gavriel wzruszył ramionami – Głupie myślenie.
– Nie zawracaj sobie nim głowy – wtrącił Elvin – Dostałem pracę na uniwersytecie i dorabiam sobie jako protetyk. Taki mamy teraz rynek. Jeśli zostaliśmy pokrzywdzeni przez poprzedni system, możemy się odwołać i zrekompensują nam to dając dogodną pracę i lepsze warunki. Mnie wyremontowali karczmę, opłacili terapię i dali pracę jako wykładowca. W zamian miałem porobić trochę protez, bo przekroczyłem budżet przeznaczony na jedną osobę. Ostatecznie to jednak całkiem dobry biznes... Bardzo opłacalny.
– Inwestujesz w coś?
– W dzieci.
Kai patrzył na Elvina z niemałym zaskoczeniem.
– Chciałbym namówić Cess – powiedział nagle speszony Elvin. Znowu zaczął patrzeć w podłogę – Oboje mamy już swoje lata... Chciałbym założyć rodzinę.
Kai zacisnął usta w wąską kreskę. Nie wiedzieć czemu, znów popatrzył na Gavriela. Elvin nie zdawał sobie sprawy z przeszłości Kai'ego. Nigdy o tym nie rozmawiali. Nie wiedział, że wzmianki o potomstwie nadal go bolały. Nawet Aoki ani upływ czasu nie pozwolił mu do końca ochłonąć...
– To... chyba dobrze. Myślę, że byłbyś dobrym tatą – powiedział w końcu Kai. Na pysku Gavriela pojawił się krzywy uśmieszek.
– Na pewno? – zapytał Elvin.
– Na pewno. Jesteś miłym facetem, na pewno sobie poradzisz – oznajmił Kai, uciekając wzrokiem od basiorka – I już teraz zbierasz kapitały. Widać, że bardzo ci zależy.
Elvin odpowiedział mu tylko cichym westchnieniem. Wszedł głębiej w pomieszczenie. W pewnym momencie całkiem zniknął Kai'emu z oczu, chowając się za jedną ze stert metalu. Kiedy znowu się wychylił, wyciągał w kierunku basiora zmiętą kartkę.
– Przepis na bimber jabłkowy. Przy odpowiednim staraniu zrobisz też z innych owoców.
Kai mile zaskoczony wziął kartkę w koniuszek ust.
– Dziękuję bardzo. Przyda się.
– Pamiętaj, że to tylko urozmaicenie, a nie pretekst do alkoholizmu – powiedział ostro Elvin – Czy to jasne?
– Jasne jak słońce – Kai dumnie wypiął pierś.
Elvin uniósł nieco podbródek. W pokoju zapanowało milczenie. Jedynie deska pod łapami Gavriela wydała z siebie przeciągłe jęknięcie.
– Te szczeniaki chyba załamią ci tę podłogę – oznajmił.
– I tak mam zamiar ją wymienić – Elvin westchnął – Idź spać, Kai. Ty również, Gavriel.
– Mogę ci pomóc – zaproponował Gavriel, wymownie patrząc w kierunku protez.
– Nie trzeba. Dam sobie radę.
– Ale chcę – oznajmił ostro basiorek. Elvin zamilkł na krótką chwilę.
– Niech ci będzie. Poczekamy, może wróci twoja mama...
– Może – powtórzył Gavriel.
– Może – dodał Elvin zmęczonym głosem – Dobranoc, Kai.
– Dobranoc – odparł, patrząc to na basiorka, to na mężczyznę. Potem zniknął w mroku korytarza.

<C.D.N.>

Zdobyto: 71 czerwonych⎹ 53 pomarańczowych⎹ 69 zielonych⎹ 44 niebieskich⎹ 79 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 13 różowych odłamków

sobota, 4 lipca 2020

Od Torance "Turyści z mapą w kamieniu" cz. 5 (cd. Lind)


Początek stycznia 2025
Spojrzałam w dół i z zaskoczeniem zobaczyłam, że Kai był już prawie na szczycie. Brakowało mu już tylko kilku kroków i znalazłby się na bezpiecznym klifie. Nie sądziłam, że naprawdę uda mu się zajść tak daleko.
– Pomóc ci? – zapytałam, wystawiając trochę łeb, żeby widzieć go znacznie lepiej.
– Dam... sobie... radę...
Zrobił kolejny, nieco pokraczny, ruch. Widziałam, że jego łapy zaczynają powoli drżeć. Mógł sobie być silny, ale mimo wszystko był także stary i gdyby nie Eliksiry Młodości, które co jakiś czas spożywał, mógłby już umrzeć ze starości. W końcu podobno był już dorosły, kiedy Dan był szczeniakiem, a przecież ten samiec już teraz niebezpiecznie zbliżał się do swojego końca. To chyba ta świadomość połączona z jego okropnym widokiem sprawiła, że nie zważając na jego odmowę, położyłam się płasko na ziemi. Nie chciałam go stracić. Kai był dla mnie jak ojciec, od kiedy tutaj przybyłam.
– Ting, ubezpieczaj mnie.
– Ruda, chyba nie zamierzasz... – zaczął odmieniec, jednak widząc, że właśnie to zamierzam zrobić, westchnął. Złapał mnie swoimi łapami, a ja powstrzymałam syknięcie, kiedy wbił we mnie swoje pazury. Nie sądziłam, że są aż tak ostre. 
Wychyliłam się z klifu i złapałam zębami za futro na szyi Kai'ego, ciągnąc go powoli do góry. Był cięższy, niż na to wyglądał. Gdyby nie Ting, mogłabym spaść na dół i pociągnąć basiora za sobą. W tej chwili ucieszyłam się, że jednak za mną poszedł.
Kilka nieco niezgrabnych ruchów starszego samca później, wszyscy leżeliśmy na ziemi klifu, mniej lub bardziej dysząc.
– Mówiłem, że dam sobie radę – burknął Kai. Uśmiechnęłam się. Zabrzmiał jak naburmuszony szczeniak, a nie stary nauczyciel.
– Nie chciałam, żebyś został w tyle. Wszyscy weszli normalną trasą.
– Moja też była normalna...
– Tylko trochę bardziej wymagająca? – zaśmiałam się. Kai odpowiedział trochę krzywym uśmiechem. – Według mnie świetnie sobie poradziłeś – dodałam porozumiewawczo.
Basior wstał i przeciągnął się. Miał już coś powiedzieć, kiedy zamarł. Wzrok miał utkwiony w kamieniu.
– Na co się tak patrzysz, Czerwonowłosy? – Ting przepchnął się obok mnie i stanął obok Kai'ego. Szybko, podobnie jak on, znieruchomiał, patrząc na kamień.
Zdezorientowana spojrzałam na to, co ich tak zainteresowało i dostrzegłam coś, co przypominało odrobinę mapę wyrytą w kamieniu. Przyozdobione jasnym piaskiem szczeliny wyraźnie odznaczały się od reszty klifu. Ting ostrożnie przetarł łapą po ziemi, odkrywając kolejne fragmenty mapy. Patrzyłam na to wszystko zszokowana.
– Jak mogliśmy tego nie zauważyć? 
– Musiało być całkiem przykryte piachem. Pewnie spadł, kiedy szamotałem się próbując uchronić nas przed upadkiem. Masz podobnie durnowate pomysły co Pierzasta, Ruda – odparł Ting. 
– Co ona przedstawia? – zadałam kolejne pytanie, całkiem ignorując uwagę odmieńca.
– Wydaje mi się, że ten klif i jego okolice.
Podskoczyłam, słysząc za sobą głos Claytona. Byłam tak skupiona na pomocy Kai'emu i tej całej mapie, że nie zauważyłam, kiedy reszta grupy do nas podeszła. Zrobiło mi się wstyd. W końcu byłam dowódcą polowań. Nigdy nie powinnam tracić czujności... A teraz przegapiłam kilka wilków, które nie poruszały się przecież najciszej.
– Tak, to bardzo możliwe – przyznał Kai.
– A to co? – Dayle wskazała pazurem jakieś dziwne szlaczki. Były tak ozdobne i zasypane piachem, że nie potrafiłam w ogóle określić, co to mogło być. 
– To mogą być nazwy. To odpowiada delcie, którą widziałem wraz z Rudą – Ting niedbale wskazał najpierw na linię, która rozchodziła się na kilka innych i wpadała poza brzeg, potem w stronę, gdzie była rzeka. Kai od razu się podniósł i uważnie spojrzał w tamtym kierunku.
– Tak, to musi być ona. Wydaje mi się, że są delikatne zmiany między rysunkiem a rzeczywistością, ale rzeka mogła wyżłobić nowe przejścia. Nie wiemy, kiedy dokładnie powstała ta mapa – stwierdził, podchodząc ponownie do mapy. Przetarł ją łapami, żeby widzieć ją jeszcze lepiej. Nie wyszło mu to najlepiej; mnóstwo drobinek piasku zostało na swoim miejscu, co uniemożliwiało odczytanie nazw.
– Och, odsuńcie się – poleciła im Lind.
Kiedy to zrobili, przywołała wiatr i zdmuchnęła cały piach. Mapa okazała się wtedy jeszcze większa niż początkowo. Jej zasięg kończył się w głębi dżungli na czymś, co przypominało górę. Z drugiej strony była druga kreska, która musiała być rzeką. Jej jednak nie widzieliśmy z tego miejsca. Musiała być bardzo daleko... Nie byłam pewna jak bardzo. Nie za bardzo orientowałam się w mapach. I tak byłam z siebie dumna, że zdołałam rozszyfrować aż tyle.
– Dzięki, Lind – skinął jej łbem Kai.
– Nie ma za co.
Przez chwilę siedzieliśmy mniej więcej w ciszy, którą przerywał jedynie Kai wraz z Tingiem, naradzając się w sprawie tej mapy. Clayton próbował mu w tym pomóc, ale nie szło mu to aż tak dobrze. Widać było, że to oni mają największą wiedzę.
– Może w czasie, kiedy te mózgi próbują myśleć, część z nas pójdzie zobaczyć, co jest po drugiej stronie? – zaproponował w końcu Nevil, ziewając wymownie. Próbował wtrącać coś w rozmowę najstarszych samców, ale wszyscy zgodnie go ignorowali. Oczywistym było, że bardzo mu się nudziło.
– Piasek – odpowiedziała mu od razu Lind.
– Co?
– Jest tam piasek. Nic więcej.
– Zwiedziłaś już wszystkie ziemie, księżniczko? 
– Pierzasta nie jest żadną księżniczką – wtrącił Ting, nawet nie unosząc głowy. – Ma na to zbyt złe maniery.
Nevil spojrzał na niego zaskoczony, ale nie odezwał się, szybko wracając wzrokiem do Lind.
– No nie... Ale nie widać tam nic ciekawego – przyznała.
– Nigdy nie wiesz, jakie skarby znajdują się... Głębiej – powiedział, uśmiechając się znacząco. – Chodźmy tam, skoro i tak nie mamy nic lepszego do roboty. Ciekawsze to niż siedzenie na dupie i słuchanie ich. – Ruchem pyska wskazał na trójkę samców i, na jego nieszczęście, spotkał się spojrzeniem z naszym dowódcą.
– Ting i Kai pracują właśnie nad odszyfrowaniem czegoś bardzo ważnego – Clayton zmierzył Nevila surowym wzrokiem. – Jeśli masz zamiar tak przeszkadzać, może rzeczywiście powinieneś zobaczyć, co tam jest. – Rozejrzał się uważnie po pyszczkach pozostałych wilków, które dotychczas rozmawiały ze sobą szeptem, po czym dodał już znacznie łagodniej – Niech wszystkie osoby, które nie mają gruntownej wiedzy, idą wraz z nim. Ja zostanę tutaj i spróbuję pomóc Kai'emu i Tingowi. Jeżeli mi na to pozwolą, oczywiście.
– Jak chcesz, Podobny. Chociaż według mnie bardziej przydałbyś się tamtym, żeby nie zrobili nic głupiego – stwierdził Ting.
Clayton skupił się tylko na pierwszych słowach odmieńca. Nic nadzwyczajnego, pomyślałam, chyba każdy z nas chciałby wiedzieć skąd pochodzi ksywka nadana przez niego ksywka. Z moją nie było żadnego problemu, ale ta Arkana była już dość... Nietypowa.
– Podobny? Do kogo?
– Do Czerwonowłosego – Ting wskazał łapą na Kai'ego. – Wolałbyś być Drugim Czerwonowłosym?
– Nie, raczej nie – przyznał po chwili. Spojrzał raz jeszcze na niego, Kai'ego i na nas. – Masz rację. Będę wam tylko przeszkadzał.
– Oczywiście, że mam. No, idźcie już sobie. My tu mamy bardzo ważną robotę.

<Lind?>

Zdobyto: 61 czerwonych⎹ 79 pomarańczowych⎹ 41 zielonych⎹ 73 niebieskich⎹ 58 granatowych⎹ 58 fioletowych⎹ 18 różowych odłamków

>> Następna część >>

Od Hitama "Karczma" cz. 4

Lipiec 2026 r.
Hitam przez kolejne kilka dni włóczył się bez celu. Pierwszą szokującą dla niego informacją, jaką otrzymał zaledwie dwa dni po przybyciu do Białego Królestwa, było, że nie ma możliwości spotkania Suzanny, ponieważ... już dawno wyszła z więzienia. Nikt jednak nie był w stanie odpowiedzieć mu na pytanie, gdzie w takim razie obecnie przebywa. Nie miał pewności, czy nadal zamieszkiwała w Białym Królestwie. Intuicja podpowiadała mu, że są na to nikłe szanse, jednak drugi głos krzyczał, że jest cień szansy, iż była to prawda. Szukał zatem. Kiedy już stracił chęci i energię na ganianie po urzędach, postanowił po prostu chodzić bez celu po uliczkach, a finalnie - tkwić w barze razem z Kai'm. Kai zagadywał do niemal każdego. Hitam jednie milcząco się temu przysłuchiwał, od czasu do czasu potakując. Spędzali ze sobą popołudnia tylko dla zabicia czasu.
Któregoś popołudnia do stolika podszedł Elvin z uroczystą wiadomością - ktoś chciał się spotkać z Hitamem. Jego serce zabiło mocniej na tę informację. O kogo mogło chodzić? Nie potrafił zatrzymać natłoku myśli. Nadal miał cichą nadzieję, że była to Suzanna. Nie miał jednak nic na potwierdzenie tych słów. Czekał więc. Ze stresu spacerował, starając się przyspieszyć te dwa dni. Nudził się niemiłosiernie i nie mógł przestać myśleć. W pewnym momencie w desperacji postanowił poprosić o pomoc Kai'ego, ale był wówczas zbyt pijany. Zostało do spotkania tylko kilka godzin. Hitam uznał, że nie ma sensu czekać, aż jego przyjaciel wytrzeźwieje. Odprowadził go do pokoju, a sam usiadł na jednej z ławek na parterze.
Cess jak zwykle gawędziła z Elvinem, lecz ten wyjątkowo zdawał się non stop zerkać w kierunku Hitama. Pamiętał, że miał się z kimś spotkać. I zapewne wiedział też, że ta świadomość bardzo stresowała Hitama. Nie mógł przestać przebierać nogami. Pod wpływem przenikliwego spojrzenia Elvina dodatkowo miał ochotę zapaść się pod ziemię.
– Jak tam, księciuniu? – rzucił nagle szczeniak, który tego popołudnia znowu pomagał Elvinowi i jak zwykle u niego nocował.
– Dobrze – odparł Hitam, odwracając się do niego plecami. W karczmie nie było już nikogo, prócz grupki pijaków grającej w pokera. Kończyły im się tematy do rozmowy. Połowa z nich już spała, a druga połowa prawdopodobnie nie była pewna co widzi na własnych kartach.
– Mogę się przyłączyć, chłopaki? – rzucił Gavriel. Pijacy coś wybełkotali. Gavriel uznawszy to za przyzwolenie, tanecznym krokiem zbliżył się do ich stolika i wziął pulę jednego ze śpiących już uczestników.
To tylko bardziej rozproszyło Hitama. Miał wrażenie, że z nerwów zacznie mu ciec krew z nosa.
– Wszystko w porządku, Hitam? – zapytał nagle Elvin. Cess aż odwróciła się na krześle – Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.
– Nie, wszystko w porządku. Tylko... przydałoby się przyspieszyć czas – zaśmiał się nerwowo.
Myślał, że Elvin go zignoruje, ale zamiast tego z niezwykle poważną miną zniknął na zapleczu. Hitam aż przestał obejmować rękoma głowę.
– Nie pytaj gdzie poszedł. Nie wiem – powiedziała Cess, dramatycznie wymachując dłonią. Opierała się od tyłu łokciami o ladę, a nogi miała zarzucone jedną na drugą. Czuła się już jak u siebie.
– Jasne... – odparł Hitam. Zaczął myśleć, że Elvin rzeczywiście ma zdolność przesuwania czasu.
Po około upływie minuty Elvin wrócił i jak gdyby nigdy nic kontynuuował rozmowę z Cess. Hitam był zawiedziony. Sam nie wiedział, czego się spodziewał.
Nagle, jak na zawołanie, drzwi karczmy otworzyły się. Zwrócił na to uwagę tylko Hitam, Cess i Gavriel. Stała w nich niska postać w kapturze. Zamaszystym ruchem ręki zgarnęła go sobie z głowy, ukazując miedziano-brązową, krótką czuprynę. Hitam aż zadrżał widząc jej twarz.
To była Suzanna.
Odnalazła wzrokiem Hitama i szybkim krokiem zbliżyła się do stolika.
– Hej – powiedziała, siadając naprzeciwko niego. Hitam znów przebierał nerwowo nogami.
– Hej – odpowiedział nerwowo.
– Trochę czasu minęło.
– Troszkę – potaknął Hitam, przygryzając wargę – Jak to się stało, że wyszłaś...?
– Zmiana władzy – westchnęła cicho Suzanna. Ledwo uniosła dłoń, a Elvin natychmiast kilkoma długimi susami doskoczył do stolika i postawił przed nią kubek pełen parującej herbaty.
– Nienawidzę tego, że zawsze jest tu tak zimno – burknęła, obejmując dłońmi kubek.
– Tu przecież jest ciepło...? – rzekł ostrożnie Hitam.
– Tu, w sensie... Białym Królestwie – powiedziała Suzanna, popijając herbatę.
– Och. Możliwe. Spodobałyby ci się w takim razie nowe tereny.
– No, opowiadaj. Jak się miewacie?
Patrzyła na niego tak, jakby naprawdę ją to interesowało. Nadal w jej wzroku była stanowczość wymieszana z lekką złością. I iskierka zaintrygowania. Neutralny wyraz twarzy. Oczy nadal były mocno podkrążone, a nos piegowaty. I nadal wyglądała stanowczo zbyt młodo jak na jej wiek.
– Mieszkamy na tropikalnej plaży... To daleko stąd. Dotarcie do Białego Miasta na piechotę zajęłoby pewnie około pół roku...
– Mm... Brzmi miło – mruknęła, popijając znowu herbatę. Hitam obserwował ją z rozchylonymi wargami. Nadal nie wierzył w to, że ją zobaczył. W dodatku w takich okolicznościach.
– Mów dalej – ponagliła go.
– Moją zastępczynią została Navri... Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.
– Ja? Nie. Już przecież nawet nie jestem częścią watahy.
Hitama zamurowało. Suzanna aż odstawiła kubek.
– Myślałam... że to oczywiste. Udało mi się tutaj zadomowić. Potrzebują mnie.
– Do czego...? – zapytał. Wbrew siebie zaczął czuć ogarniającą go złość.
– Odnawiam pałac.
– Pałac?
– Jest ze szkła i marmuru.
– Ach. Szkło – Hitam zwiesił wzrok. Patrzył teraz na swoje sine dłonie. Drżały.
– Nie będę cię zachęcać, abyś tutaj ze mną został, albo ktokolwiek inny z watahy. Nie ma to najmniejszego sensu. Chcę tylko, żebyście wiedzieli, że jestem tutaj bezpieczna i zawsze chętnie posłucham, jak sobie radzicie. I przyślę pomoc, jeśli będzie tylko taka potrzeba. Mogę wam dać zniżki. Na cokolwiek, czego tylko będziecie potrzebować.
Hitam pomasował skronie. Nie wiedział, jak na to reagować.
– Przepraszam, Hitam – wypuściła powietrze – Wiem, że to brzmi okrutnie. Po prostu... uważam, że byłam złą Alfą. Że wszystko układa się lepiej, kiedy u władzy jesteś ty i Navri. Nie ma chaosu. Navri jest bardzo poukładaną osobą, czyż nie? Pasuje do roli dowódcy. Wzbudza autorytet. Wiesz, że nie byłam zbyt lubiana. Nie radziłam sobie. Dopiero teraz czuję, że żyję.
– Dlaczego...? Dlaczego...? – pytał jakby siebie. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Suzanna położyła swoją chłodną dłoń na dłoni Hitama. Z zaskoczenia aż podskoczył.
– Radzisz sobie, prawda? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy. Wiedział, jak trudne to dla niej było.
– Chyba tak. Wydaje mi się, że tak. Badamy nowe terytoria... – głos mu drżał.
– Dobrze wobec tego – zrobiła pauzę, aby zebrać myśli – Na znak, że nadal czuję do was dużą sympatię i nie chcę całkowicie zerwać kontaktu... Chciałabym coś u was zostawić. Coś, co jest dla mnie bardzo ważne.
– Co? – zapytał Hitam z obawą w głosie.
– Chodzi dokładniej o kogoś.
Hitam czuł się, jakby serce miało mu zaraz wyskoczyć z piersi. Wtedy Suzanna zapstrykała kilka razy w powietrzu. Hitam usłyszał szurnięcie krzesłem, a potem kroki. Ktoś stał tuż za nim.
– To mój syn, Gavriel.
Hitam powoli obrócił się za siebie. Basiorek uśmiechał się niechętnie do Hitama.
– Koniec teatrzyku – powiedział cicho Gavriel.
– Nic im nie powiedziałeś, prawda? – zapytała bez cienia zaskoczenia Suzanna.
– Nic.
– Ani tego, że większość z nich znasz po imieniu.
– Nie.
Suzanna westchnęła cicho.
– Wierzę, że będziecie dobrymi opiekunami dla Gavriela. Ma... trudny temperament, ale uważam, że przyda się wam on na dłuższą metę. Chciałabym, abyście dalej go uczyli. Mam zamiar wysłać go  do was razem z zestawem książek i broni.
– Broni? – powtórzył zszokowany Hitam.
– Jest to... związane z jego mocą – Suzanna machnęła dłonią w powietrzu. Gavriel w tym czasie usiadł na miejscu obok Hitama.
– Nie musicie zwracać tych książek. Niech inne szczeniaki też korzystają. I Gavriel również.
Hitama zaczęły piec oczy. Suzanna położyła dłoń na jego ramieniu.
– Hej, nie płacz... – powiedziała szczerze zatroskana.
– Masz syna... – powtórzył jakby do siebie. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać.
– Oho, ktoś tutaj jest zazdrosny – Gavriel zagwizdał przez zęby.
– Cicho bądź. Choć ten jeden raz – odburknęła Suzanna.
– Nie, po prostu... ten czas... mija tak szybko. Przepraszam – wyłkał Hitam.
– Nie płacz, bo ja też będę.
Nie minęła minuta, a Suzanna próbowała go pocieszyć już nie zatroskanym głosem, a zupełnie załamanym. Oboje płakali. Gavriel zaś od czasu do czasu wzdychał. Dopiero po kilku kolejnych minutach ostrożnie objął Hitama. Ten wystraszony aż podniósł głowę. Dopiero widząc ludzką formę Gavriela dostrzegł aż bijące w oczy podobieństwo do Suzanny. On też miał tak samo iście mordercze spojrzenie i ciemne oczy... I ten sam typ włosów.
– Będzie dobrze. Gavriel nie jest taki okropny... To mądry dzieciak.
– Nie wątpię w to...
– Mam nadzieję – zażartował Gavriel, jednak jego uśmiech był mocno wymuszony. Hitam nie umiał jednak określić, z jakiego powodu. Tym razem to on objął swojego przybranego syna.
– To ja mam tutaj być rozbeczanym dzieciakiem, pamiętaj – powiedział Gavriel, klepiąc Hitama po plecach. Mężczyzna roześmiał się cicho.
– To nie był żart – zastrzegł Gavriel poważnie, ale Hitam tylko śmiał się bardziej, jednocześnie nie mogąc zahamować łez.
– Mówiłam. Nie będzie tak tragicznie – parsknęła Suzanna.

<C.D.N.>

Zdobyto: 52 czerwonych⎹ 48 pomarańczowych⎹ 99 zielonych⎹ 44 niebieskich⎹ 96 granatowych⎹ 96 fioletowych⎹ 28 różowych odłamków