sobota, 12 września 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 12


Listopad 2025 r.
Ogarnął mnie wstyd, tak jakby pani Navri stała tuż obok i zaraz miała wyliczyć wszystkie okazje do ataku, które przegapiłam. Ponaglona przez jej wyimaginowane polecenie ruszyłam lekko za wilkiem. Starałam się nie wychylać poza osłonę roślin, obsadzających posterunki przy wydeptanej ścieżce, ale nie było to najłatwiejsze zadanie dzisiejszego dnia.
Może do tego właśnie przydaje się sprawny wzrok? To podobno działa tak, że nie trzeba dotykać ani węszyć żeby zlokalizować absolutnie bezgłośny przedmiot. Warunkiem jest tylko to, że trzeba na niego patrzeć, czyli skręcić oczami w jego stronę. Jak dla mnie brzmiało to magicznie, zwłaszcza ta część ze skręcaniem oczami (czasem nawet po cichu próbowałam to zrobić, jednak nigdy nie odczułam różnicy), ale na pewno byłoby przydatne w mojej sytuacji.
Przeszłam już spory kawałek kiedy w końcu odnalazłam Emeralda. Powęszyłam jeszcze trochę, by uzyskać pewność. Nie było mowy o pomyłce. Wilk stał niemal na początku naszej trasy i węszył zapalczywie, nie tak ostrożnie i cicho jak wcześniej. Czuć było od niego frustracją, na co mój pyszczek rozciągnął uśmiech.
Odetchnęłam głęboko i przymierzyłam się do skoku. Wszystkimi zmysłami próbowałam jak najdokładniej określić położenie przeciwnika, przypominając sobie jednocześnie co mówiła o podobnych sytuacjach pani Navri. Przede wszystkim wytężyłam słuch, nasłuchując węszenia, żeby wiedzieć gdzie jest głowa, a gdzie ogon. Chciałam skoczyć tak, żeby uderzyć go bezpośrednio w bok i wytrącić z równowagi. Był ode mnie większy i lepiej walczył, więc chyba najlepiej od razu go wywrócić. Mniejsza o to jeśli przednimi łapami trafiłabym w głowę albo szyję - pani Navri mówiła, że takich uderzeń musimy unikać przede wszystkim, bo pierwsze może nas zamroczyć a drugie pozbawić oddechu - gorzej jeżeli trafiłabym w biodro albo w ogóle gdzieś obok. Najwyżej by się potknął i od razu odpowiedział zębami.

To... Chyba brzmi logicznie? Tak? Lepiej żeby tak było, bo inaczej zostanie ze mnie mniej niż z dzisiejszego śniadania Arkana! Przełknęłam ślinę i zjeżyłam sierść ze zdenerwowania.
Trzy, dwa, jeden.

Wyskoczyłam w powietrze.
Zanim poczułam pod łapami krótkie futro na lewym barku Emeralda, wilk zawarczał głucho. Przez myśl ledwie zdążyło mi przebiec, że coś zrobiłam źle i zostałam zauważona w kluczowym momencie. Pchnęłam przeciwnika wszystkimi czterema łapami, a wstrząs i głuche łupnięcie poinformowało mnie, że całym swoim ciężarem zdołałam go powalić. Zębami sięgnęłam do jego szyi, ale basior był szybszy. Zarzucił łbem, żeby moje kły napotkały jego, zamiast zaciśnięcia się na sierści w symbolicznym zwycięstwie. Uskoczyłam w bok z prychnięciem, zupełnie przypadkiem unikając przy okazji odepchnięcia tylnymi łapami, które jedynie musnęły mój bok. Emerald zdążył unieść się na przednich łapach zanim znowu na niego skoczyłam. Tym razem był jednak przygotowany - jego grzbiet niespodziewanie opadł, a ja prześlizgnęłam się po nim gładko na drugą stronę.
Zaryłam pyskiem w ściółkę, która pomimo rozpaczliwych prób wyhamowania i tak dostała mi się do nosa. Kichnęłam i spróbowałam wstać, ale coś docisnęło mnie do podłoża z tym rodzajem siły, który nie robił mi krzywdy dopóki nie próbowałam uciekać. A tym czymś był oczywiście Emerald i jego słoniowe jestestwo, którego ciężar za pośrednictwem dwóch przednich łap wgniatał mnie w ziemię.
- Ale ty cuchniesz - parsknął z odstręczającą wesołością basior. - Wytarzałaś się w starej rybie?
- No chyba ty - odburknęłam.
No i klapa. Znowu. Tym razem nawet oszustwo nie pomogło.
Dlaczego choć raz rzeczywistość nie może być po mojej stronie?


<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 1

Wrzesień 2026
– Dzisiaj chciałbym omówić z wami recepturę na Eliksir Miłości – powiedział pan Asgrim, gdy tylko rozpoczęła się lekcja eliksirów. Siedziałem tuż przed nim, jak zwykle słuchając z pełnym skupieniem. Te zajęcia były zdecydowanie moimi ulubionymi i żałowałem, że mamy ich tak mało względem reszty. – Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, co on takiego daje?
– Noo... Wilki się w sobie zakochują – powiedziała od razu Yngvi. – To wynika z nazwy, nie?
– Oba? – drążył z uśmiechem nauczyciel.
– Tak...? – zaryzykowała wilczyca. 
Asgrim pokręcił głową i spojrzał wyczekująco na resztę grupy. Niepewnie uniosłem łapkę. 
– Wilk, który go wypije, zakochuje się w pierwszej osobie, którą zobaczy – odparłem, kiedy nauczyciel udzielił mi głosu. 
– Nawet jeśli jest tej samej płci? – Gwidon uniósł brwi.
Przytaknąłem i zerknąłem nauczyciela. Omawialiśmy już ten eliksir na zajęciach dodatkowych, ale nie byłem pewien, czy dobrze zapamiętałem. Asgrim pokiwał głową na znak, że nic nie pomyliłem. Odetchnąłem z ulgą.
– Ohyda – stwierdził basiorek.
Kaiju przewrócił oczami.
– Sam jesteś ohydny.
– Mówisz tak, bo lubisz basiorki? 
– Daj mu spokój – warknęła Eunice, mierząc Gwidona wściekłym spojrzeniem.
– Boisz się, że obraża też ciebie? – wtrącił Yvar. 
– Nie. Boję się, że wasz idiotyzm przejdzie na kogoś innego – parsknęła samica. Spojrzałem na nią zaskoczony. Zazwyczaj nie dawała się tak łatwo sprowokować i to jeszcze przez takie głupoty.
Pan Asgrim odchrząknął, próbując zwrócić na siebie uwagę uczniów. Minęła chwila wypełniona kilkoma kolejnymi chrząknięciami, nim wszyscy na niego spojrzeli. 
– Czy ktoś jest w stanie powiedzieć mi, jakie są składniki Eliksiru Miłości?
Widząc, że nikt inny nie kwapi się do odpowiedzi, podniosłem łapkę i zacząłem je wymieniać. Ktoś wymieniał szeptem jakieś komentarze, co bardzo mnie rozpraszało. W końcu westchnąłem i, opuściwszy uszy, urwałem, pozwalają, by to nauczyciel kontynuował
– Czemu oni są tak niedojrzali? – burknęła Eunice.
– Nie zwracaj na nich uwagi.
Kaiju położył łapę na jej łapie. Wilczyca uśmiechnęła się delikatnie. Patrzyłem na nich zaskoczony. Zazwyczaj to Eunice uspokajała basiorka, nie na odwrót. Dziwnie było obserwować ich w takiej sytuacji.
Moi przyjaciele poczuli na sobie moje spojrzenie. Kaiju zabrał łapkę i zaśmiał się nerwowo. Wymienił spojrzenie z Eunice, a ta skinęła głową. 
Patrzyłem na nich z rosnącym zdziwieniem. To nie była pierwsza taka sytuacja, przez co miałem wrażenie, że już od jakiegoś czasu graliśmy w jakąś dziwną grę i tylko mnie nikt nie wytłumaczył jej zasad. Poruszałem się całkiem po omacku... A nawet jeszcze gorzej, bo Silee, chociaż niewidoma, nie odstawała od reszty szczeniaków tak, jak ja odstawałem teraz od reszty moich przyjaciół.
Chciałem już dawno ich o to zapytać, ale ciągle nie ułożyłem odpowiedniego pytania. Miałem wrażenie, że każde brzmiało... Źle, dziwnie, nienaturalnie...
Westchnąłem głośno i zacząłem w zamyśleniu malować w piasku. Nie wychodziło mi najlepiej; raczej nie miałem zdolności plastycznych. Nie było mi z tego powodu żal. Już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że nikt nie był wszechstronnie uzdolniony.
Nagle Kaiju szturchnął mnie w łapę, niszcząc efekt mojej nie w pełni świadomej pracy.
– Musimy z tobą pogadać po zajęciach.
Westchnąłem, całkowicie zamazując krzywą palmę, którą narysowałem.
– My?
– Ja i Eunice – Wskazał na przyjaciółkę, która patrzyła na nas, marszcząc brwi. Nic dziwnego; tuż za mną na niebie wisiało słońce. Musiało palić ją w oczy. Skrzywiłem się na samą myśl. – To jak?
– Mam wybór?
Kaiju wyszczerzył zęby i pokręcił głową. Uniosłem wzrok, uśmiechając się. 

<c.d.n.>


piątek, 11 września 2020

Od Scotta„ Odkupienie jednak nigdy nie nadejdzie” cz.1

Kwiecień 2027
Ta noc była wyjątkowo chłodna. Stał na łące z zadartą głową. Był sam. Na głowie miał kaptur swojej ulubionej bluzy – i w zasadzie jedynej, jaka mu została. Dłonie na przemian chował do kieszeni spodni, to zakładał ręce na piersi – jakby kompletnie nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić. I było to właściwe założenie. Scott całkowicie nie wiedział, co dalej.
Zaczerpnął głębszy wdech – akurat zerwał się delikatny wiaterek, niosący ze sobą dodatkową porcję nocnego chłodu. Mocniej naciągnął na dłonie rękawy bluzy, chcąc zatrzymać jak najwięcej ciepła. Jego wewnętrzna energia jakoś nigdy nie nadawała się do dogrzewania zziębniętego ciała. Przestało mu to przeszkadzać, gdy zatopił się we własnych myślach.
Wpatrywał się w małe, lśniące punkciki układające w konstelacje. Odznaczały się wyraźnie na tle czarnego sklepienia, ale nie sprawiały, by problem z bezsennością miał zniknąć. Widział ciała rodziców za każdym razem, gdy zamykał oczy. One również nie chciały zniknąć, zostawiając po sobie niewypowiedziany żal, pustkę w roztrzaskanym sercu i pytania bez odpowiedzi. Wciąż nie wiedział, co dokładnie zaszło tamtej nocy. Kto mógłby powiedzieć mu coś więcej? Nie mógł uwierzyć, by zrobił to ktoś z domowników – to przecież od razu oznaczało jego albo siostrę. Późniejsze wydarzenia potoczyły się tak szybko, że sam już nie wiedział, co dokładnie się działo. Potrzebował kogoś, kto mógłby pomóc mu to wszystko ułożyć w logiczną, spójną całość – dostrzec to, czego nie zauważył wcześniej.
***
Odkąd pamiętał, ogród przy ich domu był bardzo zadbanym miejscem. Zajmowała się nim mama, czasem do pomocy przychodziła jej matka, a jego babcia – zazwyczaj jednak to Scott zajmował się pieleniem grządek u boku przybranej rodzicielki. Gdzieś w oddali słyszał chichot babci, gdy Marion z dezaprobatą kręciła głową, widząc nieco nieudolne próby ułatwienia sobie roboty przez syna. Obraz starszej kobiety już dawno zatarł mu się w głowie, pamiętał jedynie jej głos, gdy ta w wolnych chwilach tłumaczyła mu cyrylicę i gramatykę języka rosyjskiego. Taki kojący, opiekuńczy…
Naprawdę, Scott był w tym wszystkim jedynie biernym obserwatorem. Nie miał wpływu na to, co się działo – widział zatem trzy pokolenia, siebie, mamę i babcię. Siostra gdzieś hasała wesoło, goniąc za kolorowym latawcem. I chciał zapytać – gdzie był ten czas, gdy byli tacy młodzi i nie interesowało ich nic poza tą beztroską? Obserwował, jak powoli sceneria zmieniała się, niektóre postaci dorastały, rozwijały się, inne starzały. Pierwszy dzień szkoły. Wytworzona, stabilna kula z energii krążącej wokół. Opatrzone kolano Veny. Pierwsza bijatyka za czasów podstawówki – dzieciaki bywały okrutne. Miłosne zawody. Mógł zobaczyć wszystko, czego świadkiem był ten ogród. Pierwsza przemiana – ach, ciarki przechodziły go za każdym razem, kiedy tylko przypominał sobie ten ból i oślepiającą jego zmysły furię.
Wszystko to było jak wirtualna rzeczywistość, niekiedy obrazy zatrzymywały się, by mógł przyjrzeć się im bliżej – i nagle przestały. Chłopak rozejrzał się wokół, przy oczku wodnym niezmiennie stała huśtawka. Na niej siedziała prawie dorosła już Vena.
- Porobiło się, co? – roześmiała się ponuro, zatrzymując bujające się siedzenie.
Chwilę zajęło mu zrozumienie, że tym razem mógł już cokolwiek zrobić. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale brakowało mu słów. Z niedowierzaniem zerkał na postać siostry, która wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętał.
- Jak…?
Vena wzruszyła ramionami, wstając z miejsca.
- Słuchaj, Scottie. Nie mamy za wiele czasu, ale pewnie się domyślasz – zaczęła – Zakładam, że znowu za długo zwlekałeś z przemianą i pewne sprawy ponownie wymknęły się spod kontroli?
Szatyn zmarszczył brwi, zastanawiając się, o czym dokładnie mówiła. Owszem, pamiętał, że zdarzały się przypadki, w których jego siostra mogła do niego dotrzeć podczas jego „napadów”, jak nazywał swoje przemiany. Poczuł ukłucie zazdrości – ona nigdy nie miewała takich problemów.
- Może – stwierdził po chwili – Równie dobrze po prostu mi się śnisz.
- Może – odparła – Ale chyba to zbyt realistyczny sen, nawet jak na nasze standardy.
„Skubana, ma punkt”, pomyślał. Zastanawiał się, jak to robiła.
- Mamy mało czasu, więc zamknij dziób i mnie słuchaj – powiedziała. Jej ton jakby nie miał zamiaru znosić żadnego sprzeciwu. Jego siostra zawsze miała w sobie coś z lidera – Jestem na tropie tego, co zabiło rodziców. Ty masz na ogonie rozochoconych łowców. Wyświadcz mi zatem…
- Co? – przerwał wypowiedź – Skąd wiesz, co ich zabiło!?
- To nie był człowiek, Scott – odpowiedziała – I niech na razie to ci wystarczy. Wyświadcz mi zatem przysługę i gdzieś się ukryj. Po prostu przeżyj i nie mieszaj się do tego, co będę robić.
- Vena, powiedz mi, gdzie do diabła jesteś?
- Nie mogę.
Cisza, która zapadła, była wyjątkowo ciężka.
- Będziesz wkurzony po królewsku, ale oficjalnie zabraniam ci się do tego mieszać, Reckless. – oświadczyła.
- To ja jestem tym starszym – pokręcił głową.
- Natomiast ja to ta rozsądniejsza i wybacz za to, jak to źle i brutalnie zabrzmi, stabilniejsza. Nie ja teraz szaleję po lesie! – podniosła głos – Wybacz, ale dopóki nie zrobisz ze sobą porządku, nie możesz mi pomóc. Jeżeli już, opłacz za mnie rodziców. Nie wiem, czy zdążę – uśmiechnęła się na koniec ponuro.
- Nie mówisz poważnie – szepnął.
Scott rozejrzał się wokoło. Kwiaty już przekwitały. Poczuł, jak na głowę spadają mu pierwsze, grube krople deszczu. Po chwili ponownie patrzył w oczy Veny, tak samo świecące jak jego, jednak o innej barwie.
- To nasze pożegnanie, braciszku. To mój bilet w jedną stronę i jedyny sposób, w jaki mogę się z tobą pożegnać. Oczyszczę twoje imię. Nie zapomnij o tym, czego nauczyli nas rodzice. – powiedziała – To czas na to, byś ich opłakał, ale pamiętaj, co mówili.
Spuścił głowę. Zaczerpnął głębszy wdech, po chwili podnosząc wzrok.
- Jest czas na opłakiwanie zmarłych… Jednak musisz wrócić do świata żywych.
- Tego się trzymaj, braciszku. – uśmiechnęła się Vena, podchodząc bliżej.
Poczuł jej dłoń na swoim ramieniu. Była tak realna. Nie chciał, by ją zabierała, przecież nie musiała odchodzić! Scott uparcie próbował wyprzeć słowa siostry, nieważne jak mocno wwiercały się w świadomość, jakby wyryła je w skale jego pamięci.
- Uważaj na siebie, Scott. Jeżeli zdążę… Przyjdę do ciebie – powiedziała – Ale ułatw mi sprawę i śpij, zamiast wariować po lesie. Nowi towarzysze byliby ci za to wdzięczni.
Nie mógł zdobyć się na żaden uśmiech, nieważne jak mocno Vena próbowała sprawić, by ten pojawił się na jego ustach. Po policzkach ich policzkach spływały łzy.
- Już czas. Jestem coraz bliżej. Może… Do następnego, kiedykolwiek. – usłyszał, nim jej postać zniknęła.
***
Jego ciało drgnęło, gdy tylko zaczął odzyskiwać świadomość. Gdy otworzył ślepia, otoczenie wydawało się nienaturalnie mgliste i mało kolorowe – z początku zrzucił to na kompletną dezorientację. Jednak wzrok nie wyostrzył się nawet, gdy rozbudził się bardziej, natomiast czuł tysiące zapachów, niektóre z dość dużej odległości. Co się działo?
Gdy chciał wstać, zrozumiał, że tkwił w plątaninie własnych ubrań – w zadziwiająco dobrym stanie, może nieco przybrudzonych trawą i piachem, mokrych od porannej rosy. Zamiast rąk widział łapy – znał zatem odpowiedź. Vena miała rację, znów zbyt długo zwlekał z przemianą…
Dotarło do niego nagle, jak to wszystko wyglądało. Pamiętał przecież obserwowanie gwiazd, gdzieś odpłynął myślami i budził się nagle tu, jako wilk. Zanim to, Scott kompletnie nie wiedział, czy to wszystko mu się śniło, zaś jego wyobraźnia wskoczyła na nowe wyżyny, czy też to sprawka jego siostry…
„To nasze pożegnanie, braciszku”.
Jeszcze czuł jej dotyk na swoim ramieniu. W głowie miał mętlik. Chciał wiedzieć, co to wszystko miało oznaczać – czy Vena naprawdę miała możliwość aż takiej manipulacji? Wyplątując się z rękawów i nogawek, próbował zrozumieć kolejne rzeczy, które wydawały się aż nazbyt absurdalne. Gdy już stał – nieco chwiejnie, nieprzyzwyczajony do chodzenia na czterech łapach – zebrał w pysk swoje ubrania i zaczął powoli oddalać się w stronę watahy. Chciał dowiedzieć się, jakim cudem był przy swoich zmysłach jako wilk, chociaż ten jeden raz. To też sprawka siostry?
Spojrzał na księżyc, który jeszcze nie zaszedł, blado świecąc na tle porannego nieba Czuł ciepło słońca, które zaczynało ogrzewać ciemne futro na grzbiecie. Wiedział, że powinien kierować się w jego stronę – gdy szedł poprzedniego dnia, również kierował się nim jak kompasem. Chociaż, tym razem miał do przejścia większy dystans – i kilka obalonych, średniej wielkości drzew do przeskoczenia. Może jednak do końca nie udało mu się pozostać przy zmysłach i każda przemiana okupiona będzie początkowym szaleństwem? Nie wiedział. Kto mógłby mu na to odpowiedzieć?
Czy musiał się powtarzać? Oczywiście, że nie wiedział. Musiał się po prostu przekonać.

<C. D. N.>

Uwagi: "Nieważne" piszemy łącznie. Słowa "księżyc" i "słońce", jeżeli nie odnoszą się do astronomii, piszemy z małej litery.

czwartek, 10 września 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 10


Lipiec 2026
– Jedną z ciekawszych przygód, które spotkały naszą watahę były wyścigi w zbieraniu jajek – rzekł Kai. Nie widziałem tego ze swojego miejsca, ale mógłbym przysiąc, że uśmiechał się delikatnie. Zawsze to robił, kiedy żartował.
– W zbieraniu jaj? – powtórzyła z niedowierzaniem Luka.
– Owszem.
– Żartuje pan! – oskarżył go Priam.
– Skądże znowu. Miało to miejsce dokładnie trzy lata temu. Wówczas przez wyjątkowo kapryśną pogodę, zostaliśmy zmuszeni do dłuższego postoju w wielkim lesie. Niespodziewanie do Suzanny oraz Hitama przybiegł ogromny królik. Nosił przy sobie łuk, kołczan, zioła oraz pustą torbę. 
– Na jaja?
Nauczyciel przytaknął.
– Zbierał porzucone przez rodziców jaja i zajmował się nimi do czasu ich wyklucia. Niestety ktoś zabrał jego maluchy i rozrzucił po całej okolicy. Widząc dużą grupę wędrowców, zdecydował się poprosić ich o pomoc. W zamian za pomocą obiecał podarować coś watasze.
– Co takiego?
– Medalion wykonany z drewna i piór. Miał w sobie klejnot, który najpewniej nadawał mu magiczne właściwości.
Moje uszy drgnęły, gdy usłyszałem ten opis. Jeden z wisiorków, które nosił tata spełniał wszystkie wymagania. Nigdy nie pytałem taty, skąd go miał, ani co dawał. Nie interesowało mnie to. Jednak teraz... Niewinny naszyjnik zwrócił moją uwagę i już planowałem, żeby później o niego zapytać. 
– Kto go dostał?
– Ten, kto odnalazł najwięcej jaj – odparł Kai. Otworzyłem szerzej oczy i uśmiechnąłem się. Czyli tata był najlepszy. – Chyba żadne z was nie zdziwi fakt, że spora część watahy zaangażowała się w poszukiwania. Niektórzy zbierali samemu, inni pracowali w grupach. Niezależnie od pobudek – czy szukali skuszeni wizją nagrody, czy aby pomóc Aratrisowi – została wykonana wspaniała praca.
Bardzo zastanawiało mnie, skąd wiedzieli, które jaja należały do królika. W końcu mogli nieuważnie zabrać nieporzucone jaja i nastraszyć ich rodziców! Liczyłem, że ktoś zada to pytanie, ale widocznie nikt inny na to nie wpadł. Pan Kai przeszedł do kolejnych etapów przeprowadzki. Skończywszy na dotarciu do naszych terenów, zarządził koniec lekcji.
Rzuciłem ostatnie spojrzenie jajku, które jadłem (jakoś nie miałem serca go skończyć po opowieści o Aratrisie) i podszedłem do Kai'ego. Basior musiał mnie zauważyć, bo wyszedł mi naprzeciw.
– Następnym razem, kiedy przyjdziesz spóźniony, nie skradaj się, tylko po prostu usiądź.
– Jest pan zły?
Pokręcił głową, unosząc nieznacznie kąciki ust.
– Dobrze się czujesz? Gerrant mówił, że twoja przemiana, zarówno w jedną i w drugą stronę, nie była planowana.
– Tak... Mógłby mi pan powiedzieć, co się stało po moim upadku? Miałem wrażenie, że wróciłem na nasze tereny i...
– Gorączkowałeś – wyjaśnił nauczyciel, kiedy jasnym stało się, że nie wiem, co powiedzieć dalej.
Pokiwałem powoli głową.
– Dlaczego? Przemiana podobno nie jest taka zła.
– Pierwsze mogą być bolesne i przypadkowe. Dopiero z czasem wilk uczy się nad nimi w pełni panować. Tak jest z każdą mocą.
– Ale...
– Nie musisz się martwić, Morgan – przerwał mi pan Kai. – Wszystko przyjdzie z czasem – powtórzył frazę, którą w ostatnich dniach słyszałem naprawdę często.
Westchnąłem cicho. Sam nie wiedziałem, co powinienem o tym myśleć. Bałem się kolejnych przemian. Bałem się tego bólu. Bałem się, że znowu nie będę wiedział jak wrócić. Nie powiedziałem jednak o tym nauczycielowi. Spodziewałem się, co mi odpowie. A ja nie chciałem tego słyszeć. Zamiast tego zadałem całkiem inne pytanie:
– Skąd wiedzieliście, które jajka należały do Aratrisa?
Na pysk nauczyciela wstąpił uśmiech.
– Królik ten był artystą o niebywałym talencie. Każde swoje jajo malował w niesamowite wzory. Chyba najpiękniejszym jakie widziałem było... – Basior ożywił się i zaczął opisywać malunki Aratrisa. Słuchałem go z uśmiechem. Jednak gdzieś we mnie cały czas żył strach związany z moimi nowoodkrytymi mocami. Strach, który musiałem pokonać.

Od Lind "Opowieść o władcy i czterech artefaktach" cz. 1

Lipiec 2026
O samym królestwie, z którego pochodziły nasze artefakty, nie brakowało informacji. Znaleźliśmy w Bibliotece różne kroniki, opisy historyków, ale one nie zawierały tego, co nas interesowało. Okazuje się, że artefakty miały być tajną bronią; narzędziem do obrony w kryzysowej sytuacji. Tak więc, jedyne wiadomości o nich pochodziły ze źródeł zewnętrznych; niestety, nieraz niepokrywających się.
– Chwila, tutaj piszą o namiestniku, nie o królu... – Magnus zaczął przewracać kartki swojego tomiska; w formie ludzkiej szło mu to bardzo sprawnie.
– Daty się zgadzają, Stalowooki – Ting wskazał rząd liczb u góry strony. Po tym, wrócił na drabinę, by sięgnąć wyższych półek. Kiedyś wspinał się bezpośrednio po nich, ale zagrożono mu zakazem wstępu do Biblioteki.
– Mamo, kim jest namiestnik? – spytał Morgan.
– Widzisz, jeśli władca... – zaczęłam wyjaśniać, ale nie dane mi było dokończyć.
– Pierzasta, znalazłem oryginał!
Ting z hukiem zeskoczył na blat stołu, przy którym siedzieliśmy. W łapach ściskał jakąś sfatygowaną książkę. Magnus podskoczył.
– Uch, co ty wyprawiasz! Mogłeś zmiażdżyć moje okulary – warknął wilkołak, podnosząc wspomniany przedmiot.
– Zostań w formie wilczej, to nie będziesz ich w ogóle potrzebował – Ting odkopnął na bok egzemplarz, nad którym ślęczał Crane, by zrobić sobie więcej miejsca na stole. – To oryginał tej kroniki, którą skopiowałem. Uch, jak oni mogli powierzyć to tak niekompetentnemu tłumaczowi... – Odmieniec zaczął kartkować swoje znalezisko. Sporo stron wyglądało, jakby miało zaraz wypaść.
– Więc... czego się dowiedziałeś? – ponagliłam.
– To czwarty artefakt został skradziony; nie trzy pozostałe – zakomunikował odmieniec. – A to znaczy...
– Że ten sam władca, który chciał je stworzyć, odpowiadał za ich ukrycie – dokończył Morgan. – Albo przynajmniej to samo państwo.
Ting zamknął książkę. Przymrużył oczy, spoglądając gdzieś w dal w zamyśleniu.
– Ciekawe czy to oni wyhodowali Strażników... – Zeskoczył ze stołu, by odłożyć tom na miejsce. Odniosłam wrażenie, że poruszał się mniej sprawnie, niż przed chwilą.
– Czemu nie ma tu z wami tego kolczastego? – spytał Magnus. – Jak on miał...
– Baldor. Ciężko go wyciągnąć z zajazdu... z resztą... – Westchnęłam. – Nie powinien wiedzieć wszystkiego. Ma osobisty zatarg z Władcą Burzy. Zabraniam ci z nim o tym rozmawiać – Spojrzałam Magnusowi prosto w oczy. – Jasne?
– Um... jasne – mruknął, odrobinę zmieszany. – Tak w ogóle... ja już wychodzę. Wiesz, miałem spotkać się z...
– Pewnie, idź. I tak dziękuję, że tu jesteś – dodałam łagodniejszym tonem. 
Wilkołak wygiął na chwilę kąciki ust w przyjacielskim uśmiechu, po czym ruszył w stronę wyjścia z Królewskiej Biblioteki. Powiem, nie planowałam wciągać w ten bałagan Magnusa; o tym, że w ogóle będzie w Białym Królestwie dowiedziałam się dopiero po dotarciu na miejsce. Jednak jego pomoc w przeszukiwaniu Biblioteki robiła różnicę; na tym etapie bylibyśmy co najmniej dziesięć książek do tyłu.
Kiedy Magnus już zniknął mi z oczu, pomyślałam, że to dobry moment na zaczepienie któregoś z regularnych bywalców Biblioteki. Bez podpowiedzi osób postronnych moglibyśmy błądzić o wiele dłużej. Każdy trop był przydatny.
Wypatrzyłam między regałami człowieka. Na pewno widziałam go tu już kilka razy; zapamiętałam ten nietypowy wygląd. Jego ubranie pochodziło z "normalnego" ludzkiego miasta, ale twarz ukrywał za drewnianą maską.
Zostawiłam stół zajmowany przez moich znajomych i podeszłam do wspomnianego jegomościa. Zadałam mu te same pytania, co wszystkim. Przeszkadzało mi jednak, że nie mogłam od razu wyczytać z jego twarzy, czy bardzo mu przeszkadzam. Ugh, nie znoszę masek.
– Sprawdźcie zbiór notatek Atruxa – odparł człowiek wyjątkowo ciepłym głosem. – To podróżnik ze wschodu; na pewno był w tamtej okolicy. Kolokwialnie mówiąc, lubił wtykać nos w nie swoje sprawy, więc mógł czegoś się dowiedzieć.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

>> Następna część >>