czwartek, 1 października 2020

Od Gavriela "Terapia szokowa" cz. 3

Październik 2026 r.
– Co? – Morti był kompletnie zbity z tropu. 
Gavriel wstał, otrzepał się z piasku i zmienił w formę ludzą. Szczeniaki, włącznie z nauczycielem, podążali za nim wzrokiem w napięciu. Wkroczył w krzaki, w ktróych najczęściej przebywała rodzina Treunisów. Morti z bijącym sercem przyglądał się, jak chłopak wyciąga z pokrowca jasnobrązową gitarę jego taty. Ostrożnie przeniósł ją nad szerkimi liściami wymyślnych krzewów. Wracając do grupy, wyciągnął w stronę Mortiego instrument. Nadal się uśmiechał.
– Udowodnij mi, że jesteś wart więcej. 
– Co? – Morti patrzył na niego z niedowierzaniem. – Co mam zrobić? 
– Zagrać. Udwodnij mi, że umiesz więcej. 
– To o niczym nie świadczy… 
– Świadczy – przerwał mu Gavriel, wpychając mu w ręce gitarę. Morti w popłochu zmieni formę w ludzką. Złapał najpierw za gryf, ale zaraz potem opamiętał się i zmienił jej ułożenie na bardziej komfortowe. Naprawdę nie chciał, aby coś się jej stało. Szczególnie, że należała do jego taty. 
– Zgłupiałeś już do reszty? – syknął Morti. Nie spdoziewał się, że stać go było na tyle jadu w głosie. – Nie twoje, więc dlaczego ruszasz? 
– Wiem jak się obchodzić z gitarą. O to nie musisz się martić – odparł lekko – Jeśli jednak mówimy o tobie… nie byłbym tego taki pewien. 
– Dlaczego akurat gitara? – pytał Morti, patrząc na metalowe struny. Nadal nie umiał opanować gniewu. 
– Zdaje mi się, że to jedyny instrument, z którym miałeś do czynienia tutaj. Przyjaciele Lind nie daliby ci nigdy w życiu własnych. Jeśli jednak mówimy o Joelu… Byłbym w stanie uwierzyć, że cię czegoś nauczył. Udowodnij mi to więc. 
Morti z gniewem zacisnął palce na gryfie. Zrobił to w zupełnym nieładzie, nie skupiając się na tym, aby był to jakikolwiek akord. Czuł na sobie spojrzenia całej grupy. Wszyscy czekali w napięciu. On albo Gavriel. On albo nikt. Nigdy do tej pory nie czuł takiej złości. W dodatku na kogoś. 
Tata uczył go niewiele. I to tylko bluesa. Mówił, że to dobre do podstaw. Blues nie był jednak dobry dla kogoś tak zdenerwowanego jak on. Kiedy przekładał dłoń na odpowiedni próg i przypominał sobie układ palców nie mógł powstrzymać drżenia ręki. Jego oddech był równie roztrzęsiony i ciężki. Nie mógł się skupić. Nie pamiętał, jak zaczynała się w ogóle ta piosenka. 
– Co będziesz grać? 
– Nie wiem. Chyba „I’m A Man”… 
Gavriel uśmiechnął się pobłażliwie. 
– Graj więc. Żebyś tylko nie zapomniał jak...
Morti przesunął palce na drugi od góry próg. To musiało być tutaj. Delikatnie przeciągnął palcami po strunach. Tak, to było to. Zagryzł wargę i zaczął grać. Zmieniał chwyt tylko kilka razy, nim zaczął nucić pod nosem tekst. Nie znał całego. Nie był w języku, którym posługiwałby się na co dzień. Może mylił słowa, ale starał się tym nie przejmować. I tak nikt nie znał angielskiego. Prawdopodobnie. 
Przerwał dopiero, kiedy palec omsknął mu się ze struny. Zacisnął wtedy szczękę tak, że aż coś w niej strzeliło. Pomylił się. Opuścił gitarę i popatrzył wyzywająco w oczy Gavriela. Szczeniaki zaczęły mu klaskać, ale ani mrugnął. Nie tym razem.

<C.D.N.>

środa, 30 września 2020

Od Gavriela "Terapia szokowa" cz. 2

Październik 2026 r.
Morgen przebiegł ponownie wzrokiem po pyskach wilków, jakby w poszukiwaniu pomocy. Jego oczy zatrzymały się na uśmiechającym się Gavrielu. Dopiero po minie Morgena zorientował się, że jego uśmiech musiał wyglądać wyjątkowo… nieprzyjemnie. Basiorek się wzdrygnął i popatrzył na swoje łapki. 
– No to… – Morgen urwał. – Za laaaskiem… Dawno za laaaskiem… Mieszkał lasek. 
Morgen urwał, wytrzeszczając brązowe ślepka. Gavriel parsknął śmiechem.
– „Za laskiem mieszkał lasek”? Co to za niedorzeczny tekst? 
– To nie było tak… Chyba… zapomniałem tekstu. 
Dernet uniósł łapę, aby poklepać po plecach Morgena, ale wtedy ktoś rzucił: 
– Uwaga, lasek będzie cię klepać! 
Morgen odskoczył wystraszony. Zdezorientowany popatrzył na Derneta, który również kompletnie nie wiedział już, co się dzieje. 
– Co za głupota… - śmiał się dalej Gavriel, tym razem z bezsensowności tej sytuacji. Morgen jednak kompletnie inaczej to odczytał. Gavriel zauważył to dopiero, kiedy usłyszał ciche łkanie. Z jego płuc uleciało powietrze, a uszy opadły. 
– Hej, nie to chciałem… 
– A co?! – wykrzyknął Morgen niemal histerycznie. Dopiero wtedy Gavriel zrozumiał, że dźwięki, które z siebie wydawał, wcale nie były zaczątkiem płaczu. Co jedynie… irytacji. Uświadomiwszy to sobie, przybrał na nowo pozę pewną pewności siebie. 
– Pomóc. 
– Tylko pomóc?! 
– Tak. – Gavriel uniósł dumnie brodę. 
– A więc NIE pomagasz! 
– Czyżby? – Gavriel z ironicznym uśmieszkiem przechylił głowę, udając, że wszystko jest w należytym porządku. I że wcale jeszcze chwilę temu nie miał mętliku w głowie. 
– Wcale a wcale! Tylko się ze mnie śmiejesz! 
– A ty jesteś zbyt wrażliwy i przejmujesz się bzdetami. Popatrz na to trzeźwo. 
Morti szybkim krokiem wyminął Gavriela i jednym stanowczym uściskiem objął roztrzęsionego z nadmiaru emocji Morgena. Jasny basiorek wydał się bardzo drobny w porównaniu do niego. Zupełnie, jakby dzielił ich ponad rok. Oddzielnie sprawiali kompletnie inne wrażenie – Morgen był przeciętnego wzrostu, Morti zaś nie tyle co wysoki, a bardziej barczysty. Teraz bardzo mocno zarysowała się wątła sylwetka Morgena w porównaniu do Mortiego, który zmagał się z naturalnym nadmiarem futra.
– I… teraz wszyscy będziemy płakać? – zapytał Gavriel. Zauważył też, że uścisk Mortiego nieco się zacieśnił. Nie widział jednak jego miny, więc nie umiał ocenić, co miał tym na celu. 
– Czyli rozumiem, że tak – dodał Gavriel z odrobinę sztucznym rozbawieniem. – Już mam zacząć czy zrobimy to jakoś synchronicznie? 
Nagle Morti oderwał się od Morgena i niemal rzucił się na Gavriela. Dzieliło ich raptem kilka centymetrów, przez co w pierwszej chwili odskoczył ze strachu. 
– Jesteś... jesteś najgorszą, najbardziej podłą i zarozumiałą osobą którą znam! – Morti wrzasnął mu prosto w pysk. - Kim ty w ogóle jesteś żeby tak mówić?! Za kogo ty się uważasz? Zachowujesz się, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy, a sam jesteś… nic nie warty! 
Gavriel przysłuchiwał się temu z uśmiechem, który z sekundy na seundę wędrował coraz wyżej. Już rozumiał, co się właśnie stało. 
– Udowodnij – powiedział tylko.

<C.D.N.>

wtorek, 29 września 2020

Od Gavriela "Terapia szokowa" cz. 1

Październik 2026 r.
Gavriel trafił na dodatkowe zajęcia z kreatywności przypadkiem. Zorientował się w tym, że coś było nie tak dopiero w chwili, kiedy zaczęły się pojawiać coraz to młodsze i młodsze wilki, których nie znał z codziennych zajęć. Miał dobrą pamięć do twarzy, wobec czego wydało mu się to dziwne. Dopiero słowa Exana upewnił go w tym, że nie pomylił grup, a co jedynie dni. I że tak właściwie, to może zostać. Niedługo potem zjawiło się jeszcze kilka starszych szczeniąt. Nikt jednak wcześniej nie raczył poinformować Gavriela, że istniało coś takiego jak zajęcia dodatkowe. Zresztą nie przeszkadzało mu to szczególnie, ponieważ miał zamiar nauczyć się możliwie jak najwięcej. To właśnie z tego powodu postanowił jednak zobaczyć na czym to dokładnie polega. 
Jeszcze przed zajęciami jego wzrok przykuła postać Mortimera, który szybkim truchtem zbliżał się do grupki. Wyglądał, jakby biegł stanowczo zbyt długo nawet jak na niego. Nieomal się spóźnił. Dernet podążył za nim wzrokiem aż do miejsca, na którym zasiadł. Było to nieopodal Gavriela. Przemknęło mu przez myśl, że Mortimer w kółko kogoś przepraszał – tym razem padło na nauczyciela. Słyszał to wyraźnie. Mamrotał coś nawet pod nosem.
Zaraz potem Gavriel zza krzaków wypatrzył Eternę dumnie przyglądającą się ich grupie. Znał jej imię. Przy okazji przedstawienia jej przez innego szczeniaka, dowiedział się samych nieszczególnie przyjemnych rzeczy. W szczególności na temat jej relacji z Mortimerem. 
– Pa pa – wyszeptał Morti, machając łapą w jej stronę. Uniosła nieco wyżej podbródek. Zmierzyła wzrokiem Gavriela, który wbijał w nią bezwstydne spojrzenie, po czym zniknęła za krzakami. Nawet nie łudził się, że nie wróci. Zawsze wracała. Tak robiły wszystkie na wskroś przerażające osobniki. 
– Zerwij z nią – wyszeptał Gavriel, po czym odwrócił głowę w przeciwną stronę. Nie widział reakcji Mortiego. Podejrzewał, że było to oburzenie. 
– Dzisiaj… Możemy się zająć muzyką – powiedział Dernet po chwili namysłu. – Czy znacie jakieś piosenki? 
Łapa Gavriela wystrzeliła w górę. Dernet udzielił mu głosu. 
– „Teeth”, „Wildflower”, „Can you feel the summer”, „Sing to me”, „Summertime sadness”, „Video games”, „Skyfall”… 
– Bardzo ładna kolekcja, niestety żaden z tych utworów nic mi nie mówi – powiedział Dernet nieco zdziwiony. 
– Tata mi pokazywał – Gavriel wzruszył ramionami. Czuł na sobie spojrzenia całej grupy. 
– Czy mógłbyś zaśpiewać któreś z nich…? Bądź zanucić? 
– Jak się nauczę – oświadczył Gavriel, a jego wzrok powędrował do nieba. – A to będzie zapewne niebawem.
Kilka szczeniąt parsknęło śmiechem. Niekoniecznie szczęśliwym.
– Dobrze… A ktoś inny? – Dernet spojrzał wyczekująco na resztę grupy. 
– Ja! – wyrwał się jasny basiorek. Jeśli Gavriel się nie mylił, miał na imię Mor… Morten? Morgen? Nie mógł znaleźć w pamięci odpowiedniego imienia. Był niemal pewny, że był to Morgen. 
– Słucham. Możesz coś zaśpiewać? – zapytał Dernet z uśmiechem. 
Morgen nieco stracił na pewności siebie. Opuścił uszy, przebiegł wzrokiem po zebranych szczeniakach, po czym przełknął ślinę i skinął głową. 
– Tylko… muszę sobie przypomnieć melodię.

<C.D.N.>

poniedziałek, 28 września 2020

Od Morgana "Lek na brutalność tego świata" cz. 1

Marzec 2027
Pan Asgrim po śmierci swojej partnerki cały czas udawał. Uśmiech na jego pyszczku, żarty i uwagi, które rzucał – wszystko to było jakieś przytłumione przez ból, który odczuwał. Wyraźnie pamiętałem jego pysk, kiedy zdał sobie sprawę, że został sam z dwoma synami, w tym ledwo narodzonym szkrabem. 
To był dzień, w którym poważnie zastanawiałem się, czy zostanie lekarzem to dobry pomysł. Nie chciałem patrzeć na ból, a uśmierzać go. Dlaczego jedno nie mogło wykluczać drugiego? Dlaczego życie musiało wiązać się z taką ilością cierpienia we wszelakich postaciach?
Nigdy nie wierzyłem w żadnych bogów. Ich istnienie nie przekonywało mnie, jednak kiedy myślałem o tym... Chciałem wierzyć, że chociaż po śmierci wilk dozna szczęścia. Że zostanie mu wynagrodzone wszystko, co musiał przeżyć tutaj, za życia.
Na każdej lekcji z Asgrimem, próbowałem znaleźć słowa, którymi mógłbym go pocieszyć. Na żadnej mi się nie udało.
Ale wszystko wskazywało na to, że sama praca, możliwość oddania myśli do krainy tworzenia mikstur, mu pomagała. Kiedy nauczał i tworzył, ból wryty w jego ciało zdawał się chociaż odrobinę ustępować. Wobec tego przychodziłem na każde zajęcia, dodatkowe i niedodatkowe, słuchałem go, zadawałem pytania i udawałem, że nic się nie zmieniło. Z czasem poprosiłem nawet o większą ilość dodatkowych lekcji, na co samiec od razu przystał. Przychodziłem więc i uczyłem się, a obok nas leżał wtulony w wielkiego pluszaka Yivu – basiorek jeszcze mniejszy od mojej siostrzyczki.
W sobotę, czyli w dzień, w którym zajęcia dodatkowe były dla wszystkich chętnych, siedzieliśmy właśnie w takim gronie. Ja, pan Asgrim i jego mały synek. Nauczyciel wyglądał wtedy na wyjątkowo zmęczonego życiem i przygnębionego. Starał się jednak udawać przede mną i Yivu znacznie silniejszego niż był w rzeczywistości.
– Słuchaj, Morgan, niedługo będziesz już dorosły – zagadnął mnie. Jego głos był pozornie wesoły, ale z łatwością dostrzegłem, że udawał. Asgrim nie był najlepszym aktorem. – Ile ci zostało szczenięcej beztroski?
Przekrzywiłem głowę i zmrużyłem oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Dwa albo trzy miesiące – odpowiedziałem po chwili.
– No, to już prawie jesteś dorosły! – przytaknął sam sobie. – Chciałbyś może poznać jeden z najprzydatniejszych eliksirów w dorosłym życiu?
Uniosłem uszy nagle zaciekawiony.
– Jaki?
– Porządna mikstura, która pomoże ci przetrwać brutalność tego świata – zawiesił głos, nadając swojej wypowiedzi nieco dramatyzmu. Nawet Yivu skierował głowę w jego stronę, jakby oczekując dalszego ciągu. – Alkohol.
– Alkohol? – powtórzyłem.
Asgrim skinął gorliwie głową.
– Dzięki alkoholowi świat nagle przestaje być tak okrutny. Jest o wiele łatwiej znieść wszystkie problemy – wyjaśnił. – Nie ma w sobie żadnych magicznych mocy, jest to jego naturalne działanie.
– Jak herbatki ziołowe?
Jego pysk wykrzywił grymas rozbawienia. Odpowiedziałem niepewnym uśmiechem.
– Nie do końca. Herbata jest bardziej subtelna. Alkohol działa szybciej i mocniej, by potem zniknąć z krwi i zostawić po sobie jedynie kilka nieprzyjemnych rzeczy.
– Jakich rzeczy?
– Kaca.
Zmarszczyłem brwi. Co to było "kaca"?
– Ból głowy, światłowstręt, wzmożone pragnienie, biegunka, mdłości i wymioty – wyrecytował nauczyciel, widząc niezrozumienie wyrysowane na moim pyszczku. – Brzmi o wiele straszniej, niż jest to w rzeczywistości – Zaśmiał się, ale jakoś tak sucho. Przez chwilę siedzieliśmy ciszę, którą przerywało jedynie ciche popiskiwanie Yivu, który szukał najwygodniejszej pozycji do dalszego leżakowania. – Nie powinienem szerzyć tej wiedzy wśród uczniów, ale tobie chyba mogę zdradzić ten sekret. Jako mojemu najpilniejszemu uczniowi. To jak, co ty na to, Morgan?
Nie miałem serca mu odmówić. Nie, kiedy wlepiał we mnie te boleśnie szaroniebieskie oczy. Przytaknąłem, wiedząc, że pozwalając mu na nauczenie mnie czegoś nowego, pomogę mu. Chociaż to mogłem zrobić. No i, tak całkiem szczerze, byłem ciekaw samego przepisu. Lubiłem uczyć się nowych rzeczy.
– Tylko nie mów o tym rodzicom. Zabiliby mnie za to – ostrzegł Asgrim.
– Będę milczał jak grób.
Basior spochmurniał, słysząc to porównanie, ale szybko potrząsnął głową i przystąpił do tłumaczenia. Cały czas słuchałem go uważnie i dopytywałem, kiedy milknął. Jak zwykle w takich chwilach, starszy basior zaczął powoli wracać do siebie.
Mój główny cel znowu został osiągnięty. Przynajmniej na ten moment.

<c.d.n.>


>> Następna część >>

Od Morgana "Miłość w promieniach słońca" cz. 7

<< Poprzednia część <<

Styczeń 2027
– Morgan, uważaj! – zawołał Trevenic i wykonał jakiś nieokreślony ruch tuż nad garnuszkiem, w którym mieszałem tworzony przez nas eliksir. Odskoczyłem przestraszony. Drewniana łyżka, którą trzymałem w pyszczku, upadła na piasek. Kilka ciekawskich spojrzeń skierowało się w naszą stronę. Widząc jednak, że nie miała miejsce żadna większa tragedia, znudzeni wrócili do swoich zajęć.
– Wszystko w porządku?
– Tak, tak – mruknąłem. – Wystraszyłeś mnie. Co się stało?
– Coś ci się chyba zepsuło.
Theo wyciągnął dłoń, w której zaciśnięty był nieregularny bursztyn. Zaniepokojony zerknąłem na swoją pierś, żeby dostrzec, że rzemyk był przerwany. Moje serce zabiło szybciej, kiedy zdałem sobie sprawę, że basiorek uratował mój medalion przed zatonięciem w odmętach mikstury.
– Dziękuję – powiedziałem szczerze, biorąc go w zęby i odkładając na liść palmy, w który wcześniej zawinięte były składniki. Teraz leżał pusty i gotowy odlecieć przy mocniejszym powiewie wiatru. – Ostatnio cały czas się psuje. Nie mam już do niego sił.
– Nie myślałeś, żeby go zostawić? Możesz w końcu go zgubić – zauważył Vic. Sięgał właśnie do zapasów pana Asgrima, by wziąć drugą łyżkę. Nasza była cała obklejona piaskiem. Skrzywiłem się na myśl, że będę musiał ją wyczyścić. Woda była lodowata o tej porze roku.
– Myślałem... – westchnąłem głośno. – Ale nie mógłbym tego zrobić. Jego obecność jest jak najlepsza magia uspokajająca.
– Mógłbym go kiedyś pożyczyć? Myślę, że byłby czasem bardzo przydatny – zaśmiał się samiec.
Od razu pokręciłem głową. Sama myśl o tym, że mógłbym go komuś oddać, budziła niepokój i ból. Nie potrafiłbym tego zrobić. Odkąd pamiętałem, nosiłem go na swojej szyi. Pierwszy raz zdjąłem go dopiero miesiąc temu, kiedy bursztyn odpadł po raz pierwszy. Od tamtego czasu zdarzało się to regularnie. Niezależnie ile próbowałem, nie potrafiłem związać go tak dobrze jak był oryginalnie.
Bursztyn był skazany na odpadanie, ja na naprawianie go.
– Tylko żartowałem – powiedział Trevenic, zauważywszy moją minę.
Uśmiechnąłem się, mówiąc, że wiedziałem o tym. Nie chciałem jednak opowiadać Vicowi o moim drobnym amulecie. Chyba bałem się, że wtedy straci swoją moc. Jakakolwiek by nie była.
– Skąd właściwie go masz?
Wzruszyłem ramionami.
– Mam wrażenie, że był ze mną od zawsze – odparłem. – Tylko rodzice temu zaprzeczają. Żadne z nich nie pamięta, żebym miał go jako maluch. To dziwne, nie sądzisz?
– Noo... Strasznie. Może dostałeś go od jakiegoś ducha czy coś?
Basiorek parsknął szczerym śmiechem. Ja również nie powstrzymałem rozbawionego prychnięcia.
– Nie wierzę w duchy, wybacz.
– Czyli masz jakieś racjonalne wytłumaczenie? – Uniósł brwi.
– Pewnie znalazłem go gdzieś, kiedy byłem zbyt mały, żeby to zapamiętać.
– To brzmi strasznie nudno – Vic ziewnął ostentacyjnie, wywołując u mnie kolejne prychnięcie. – Wolę swój pomysł.
– A ja swój – rzekłem i zerknąłem w stronę przybrudzonej piaskiem łyżki. Niepewnie tknąłem ją łapą. – Pójdę lepiej ją umyć. Poradzisz sobie?
– Jasne. Mieszanie to nic trudnego.
Pokiwałem głową i złapałem ją w pyszczek. Nim odszedłem, ostatni raz spojrzałem na bursztyn. Jego matowa barwa zdawała się pochłaniać światło. Jeszcze niedawno pobłyskiwał w słońcu, jednak ostatnio... Nawet, kiedy promienie sięgały w jego stronę, ten nie dawał żadnego znaku życia. Pozostawał ciemny i zimny.
W przypływie nagłego impulsu, schyliłem się i złożyłem pocałunek na jego martwych ściankach. Delikatny i czuły. Kiedy się odsunąłem, moim szybko bijącym sercem wstrząsnął jakiś dziwny żal i tępy ból, którego źródła nie potrafiłem dociec.
Tak bardzo chciałbym dostrzec blask życia odbijany przez jasnorudą barwę...