piątek, 19 kwietnia 2019

Od Leah "Pierwsze wiatry"

Czerwiec 2023 r.
W drodze od kilku godzin. Dopiero wtedy uderzyła mnie tęsknota. Nie przypuszczałam, że aż tak zżyję się z tym miejscem... Kiedy minął cały ten czas? 
Nigdy bym nie podejrzewała, że skończę podróżując na grzbiecie smoka w poszukiwaniu nowego domu. Najgorszy był start i pierwsze minuty. Myślałam, że mając doświadczenie w powietrzu poradzę sobie choć trochę lepiej od innych wilków, ale chyba się przeliczyłam. Niemal zsunęłam się z grzbietu Passera, a uratowało mnie tylko to, że udało mi się zahaczyć o jedną ze skrzyń. Później było w miarę stabilnie.
Wielkim plusem podróży na smoczym grzbiecie, przynajmniej dla mnie, był zacinający na tych wysokościach wiatr. Świszczące w uszach podmuchy zbijały gorąco i dawały mi poczucie przyjemnego chłodu. Podejrzewałam, że dla innych to trochę uciążliwe, ale mi jak najbardziej odpowiadało, a przynajmniej do momentu, gdy pozostawałam w wilczej formie. Ludzkie ciało dużo gorzej znosiło niską temperaturę, ale o wiele łatwiej było się utrzymać. 
Kolejną zaletą były zapierające dech w piersiach widoki pod nami. Ogromne połacie lasów, malownicze jeziora i górskie stoki w promieniach słońca, a nad nami, gwóźdź programu, barwne chmury, płynące powoli po niebie. Coś niesamowitego.
Pomimo wrażenia jakie wywarły na mnie mijane krajobrazy z ulgą przyjęłam wiadomość o kilkugodzinnej przerwie. Zsunęłam się na ziemię, podziękowałam Passerowi i ruszyłam przed siebie, by trochę rozprostować nogi. Okolica nie różniła się zbytnio od tego co pozostawiliśmy za sobą, odniosłam tylko wrażenie, że rośliny są trochę mniejsze, a drzewa, z przewagą iglastych, rosły znacznie rzadziej. Trawa była tak wysoka, że stojąc wyprostowana ledwie byłam w stanie się rozejrzeć. Trochę zaniepokoił mnie ten fakt, ciężko będzie patrzeć pod nogi. Może w tej okolicy żyją jadowite węże albo stworzenia pokroju demonicznych zwierząt? 
Wolałabym się o tym nie przekonywać na własnej skórze.
Z uwagi na porę obiadową zwołano naszą grupę polowań. Od czasu kiedy zmieniłam pełnioną funkcję zaszły pewne zmiany w składzie, jak na przykład objęcie stanowiska przywódcy przez Tori i pojawienie się Bezumstvo. Idealnie czarny basior znacząco wyróżniał się nawet przy nieco ciemniejszych wilkach z dawnej Watahy Czarnego Kruka. Błyskał białymi kłami w trochę głupim uśmiechu, przysiadłszy na udeptanej murawie. Usiadłam kawałek dalej, starając się nie zapomnieć o przestrogach dotyczących rozmowy z tym osobnikiem. Jak dłużej się nad zastanowić, to trochę przykra historia. Nie móc z nikim normalnie porozmawiać…
Ktoś już wcześniej wytropił pokaźne stado saren, więc jedynie szybko omówiliśmy taktykę i natychmiast wyruszyliśmy w drogę. Zwierzęta w tym miejscu nie były aż tak czujne, ich grupa była też znacznie większa niż te, które spotykaliśmy na starych terenach. Dotarliśmy do nich już po kilkunastu minutach. 
Stawiliśmy się w ustalonych punktach. Miałam dobry widok na stado, stojąc w trawiastej gęstwinie pod cieniem powalonego pnia, nad niewielkim stawem, przy którym zwierzęta właśnie zaspokajały pragnienie. Czekałam w napięciu na sygnał do ataku stojącej niedaleko Torance. Przestąpiłam z nogi na nogę, czując jak adrenalina zaczyna buzować w moich żyłach. Nagle poczułam jak następuję na coś ostrego, a przez moją łapę jakby przeszedł prąd. Z trudem powstrzymałam się od warknięcia, zerknęłam w dół na sprawcę bólu. Moim oczom ukazał się niewielki kamień o ostrych krawędziach i specyficznym, niebiesko-różowym połysku. Był śliczny, srebrzysta barwa przywodziła na myśl taflę jeziora. Postanowiłam powrócić w to miejsce po polowaniu i go zabrać. Powoli uniosłam głowę, ponownie zastygając bez ruchu.
Padła komenda. Spłoszone sarny obejrzały się w kierunku z którego dochodził dźwięk, w tym samym momencie wystartowaliśmy. Płowe parzystokopytne wystrzeliły przed siebie… śmiesznie powoli. Prawie dawałam im fory.
Wkrótce do akcji włączyli się atakujący i zabijający, a koniec końców padło aż osiem saren, jak skomentował to ktoś orientujący się w sztuce liczenia nieco lepiej ode mnie. Doskonały wynik. 
Tak jak postanowiłam po posiłku powróciłam nad stawek i ponownie odszukałam srebrny kamień. Było w nim coś hipnotyzującego. Nie spiesząc się zbytnio powróciłam do miejsca, gdzie rozbiliśmy obóz.

Uwagi: Brak.

Od Crane'a "Na chwilę przed odlotem" (C.D. Edel)

Czerwiec 2023
Odkręciłem butelkę i wsunąłem pod bieżącą wodę Wodospadu. Parę razy przepłukałem naczynie. Nie wiem co w nim kiedyś trzymano, może jakiś eliksir, może tylko pospolite zioła, ale na wszelki wypadek pozbyłem się resztek. Kto wie, czy woda, którą chcę zdobyć nie zareaguje na inne odczynniki. Nie chciałbym żeby straciła swoje właściwości. 
Wziąłem butelkę w pysk i ruszyłem dalej w znanym mi kierunku. Czułem się trochę nieswojo, wkraczając znów na tę ścieżkę. Kojarzyła mi się ona tylko z eliminowaniem zagrażających mi osobników.
Już kilka wilków przecież tędy prowadziłem. A potem... każdego z nich wpychałem do Jeziora Zapomnienia...
Spuściłem nieznacznie wzrok. Przez chwilę dosięgnęło mnie coś na kształt poczucia winy. Natychmiast odpędziłem te myśli. Zrobiłem co musiałem - powiedziałem sobie. Najważniejsze, że nikt o tym nie wie.
Po jakimś czasie dotarłem nad wspomniany zbiornik wodny. Lśniąca tafla delikatnie falowała, stwarzając pozór zupełnie niegroźnej. Położyłem butelkę na ziemi i podszedłem do jednego z pobliskich drzew. Szybko znalazłem odpowiednio długi konar i odłamałem go od pnia. Nie wymagało to nawet dużego wysiłku; był uschnięty i już naruszony przez wichury. W rozwidlony koniec gałęzi wcisnąłem odkręconą butelkę. Upewniwszy się, że naczynie nie wypadnie, wziąłem konar w pysk i powoli podszedłem nieco bliżej brzegu. Wyciągając szyję, użyłem swojego patentu, by nabrać wody, na której tak mi zależało. Już za pierwszym podejściem napełniłem szklane naczynie po brzegi. Następnie bardzo powoli i bardzo ostrożnie wycofałem się, nie ruszając głową. Oparłem konar na jakimś kamieniu i wypuściłem z pyska. Westchnąłem z ulgą, widząc, że niczego nie rozlałem. Usiadłem na ziemi i spojrzałem w niebo. Teraz nadszedł czas na małą próbę cierpliwości. Muszę czekać, aż woda na zewnątrz butelki wyschnie, bym mógł w ogóle ją dotknąć. 
Pilnowałem, by nie rozkojarzyć się, ani tym bardziej nie przysnąć. Nawet na chwilę nie opuszczałem uszu, które pierwsze powiadomiłyby mnie o ewentualnej obecności kogoś jeszcze. Uznałem że lepiej zachować w tajemnicy, czym będzie zawartość tej butelki. Oby wilk, z którym będę dzielić kosz na bagaż nie zechciał tego pić. 
Po upływie parudziesięciu minut podszedłem do naczynia i dokładnie je obejrzałem ze wszystkich stron. Zdawało się być suche. Zdawało... Postanowiłem odczekać jeszcze trochę. Mam czas. Wróciłem na swoje poprzednie miejsce. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, aż wreszcie zdecydowałem, że jestem bezpieczny i mogę podnieść butelkę. 
Ze zdobytym zapasem wody z Jeziora Zapomnienia, ruszyłem szybkim krokiem z powrotem w stronę Gór. Najpierw zgarnę z jaskini Medalion Śmierci i kilka mało istotnych przedmiotów, a potem pójdę na Mniejszy Szczyt, gdzie pakowane są bagaże. Miejmy nadzieję, że nikt nie widział jak bardzo się oddaliłem podczas przygotowań do odlotu. 
***
Wkrótce wyszedłem ze swojego lokum i ruszyłem szlakiem ku górze.
Nagle zauważyłem w oddali kilka znanych mi wilków z Watahy Czarnego Kruka. Rozpoznałem pośród nich Volgę, więc natychmiast zawróciłem. Ten basior jest jednym z lekarzy; mógł rozpoznać butelkę, którą ukradłem ze Szpitala. Co prawda medycy zabierali stamtąd tylko niezbędne zapasy, nic nie wskazywało an to, że zechcą zgarnąć także te na wpół puste naczynie... ale lepiej nie będę się chwalić, iż w tej sytuacji ja się nim zaopiekowałem. Gdyby te resztki które z niej wypłukałem okazały się być cenne, albo rzadkie... mógłbym mieć problem z wytłumaczeniem sytuacji. Szybko wróciłem do swojej jamy i poczekałem tam, aż grupka przejdzie obok. Dla niepoznaki udałem, że czegoś szukam pośród uschniętych liści i innych śmieci walających się po jaskini. Wygląda na to, że będę musiał omijać szerokim łukiem większość wilków, które często przebywają w Szpitalu. Wyrzucałem sobie w myślach, że przecież wystarczyło kogoś poprosić o pustą butelkę. Nie musiałbym się teraz przed nikim chować.
Paręnaście minut później przyszedłem na miejsce, gdzie już lądowały smoki, którym przywiązywano na grzbiet kosze z naszym dobytkiem. Wyminąłem kilka kręcących się tu wilków. Wtem usłyszałem znajomy głos. 
- Crane? - jego właścicielką była Lind. 
- Cz... cześć - wymruczałem w odpowiedzi. Mówiłem trochę niewyraźnie przez butelkę i Naszyjnik Pożywienia trzymane w pysku. 
- Tylko tyle bierzesz? - spytała i spojrzała na mój szalik. W obawie, że widać spod niego Medalion Śmierci (który przywiązałem do Medalionu Nieśmiertelności) zrobiłem to samo. Na szczęście uwagę wadery zwrócił tylko Medalion Giętkiego Kota, znajdujący się nad kawałkiem materiału.
- Tak - odparłem krótko. 
Chciałem ruszyć dalej, ale zatrzymałem się, kiedy usłyszałem kolejne pytanie wilczycy.
- Na którym smoku lecisz? 
- Nie wiem... - Zamurowało mnie. - Już wiadomo kto na którym smoku leci?
- Już od dawna - odparła wilczyca, zdziwiona poziomem mojego niedoinformowania. Ja sam jednak byłem bardziej zszokowany. Spojrzałem na nią nie wiedząc, co powiedzieć.
- Chodź, pomogę ci dowiedzieć się, gdzie jeszcze są wolne miejsca - zaoferowała, a raczej zarządziła wadera.
Poczułem delikatne popchnięcie wiatrem w kierunku, w którym pobiegła. Chcąc, nie chcąc ruszyłem za nią, nadal nie wierząc, że to całe ustalanie miejsc na konkretnych smokach, umknęło mojej uwadze. Nie miałem pojęcia, jak do tego doszło.
Następne chwilę upłynęły dosyć szybko. Krążyłem razem z Lind po najbliższej okolicy i czekałem aż skończy wszystkich wypytywać o miejsce dla mnie. Nie wyłapałem szczegółów żadnej z tych rozmów. Byłem zbyt rozkojarzony, a do tego każda konwersacja trwała mniej niż minutę. Przeszkadzały mi tylko spojrzenia rozbawionych wilków, które zbierałem.
Wreszcie moja znajoma zaprowadziła mnie do wyjątkowo małej smoczycy o różowo-srebrnych łuskach. Samica akurat leżała i odpoczywała. Podniosła głowę, słysząc jak Lind woła ją po imieniu. 
- Diligitis! To prawda, że masz na razie tylko jednego pasażera? - spytała wadera.
- Prawda - padła krótka i rzeczowa odpowiedź. 
- A masz przewozić dwóch? - pytała dalej moja koleżanka. 
- Mhm.
- Fantastycznie! - wilczyca wyszczerzyła zęby w uśmiechu. - To jest Crane - skinęła na mnie. - Wygląda na to, że będzie tym brakującym pasażerem.
Uśmiechnąłem się, lecz było to wymuszone. Nadal nie było mi do śmiechu. Ta smoczyca wyglądała na dosyć wątłą i słabą w porównaniu do pozostałych uczestników wyprawy tego gatunku. Ten kontrast nie napawał mnie optymizmem.
- Z kim jeszcze będę leciał? - spytałem wreszcie, odkładając butelkę z wodą i Naszyjnik Pożywienia na ziemię. 
- Z Edel - oznajmiła Diligitis, uśmiechając się i mrużąc oczy. 

<Edel>

Uwagi: Brak.

Od Joela "Niebieski agrest"

Lipiec 2023 r.
Tego dnia strasznie się nudziłem. Dwu lub trzydniowy postój. Brzmi nieźle, co nie? Tylko na pozór. Większość watahy zajmowała się czymś... Sam nie wiedziałem czym. Nudziłem się i jednocześnie nic nie chciało mi się robić. Dziwne uczucie, ale chyba tak właśnie działała na mnie ta podróż. Oduczyłem się pracować i teraz niezły ze mnie leń. Z Yuki zresztą było nie lepiej, z tym, że ona przynajmniej miała dla tego uzasadnienie. Jej brzuch rósł w zastraszającym tempie. Teraz gdy sobie drzemała leżałem i po prostu obserwowałem leniwe ruchy, które wykonywały aż trzy ktosie pod jego skórą. Umiałem sobie wyobrazić ich przewracanie z boku na bok, przebieranie łapkami... Za nastolatka nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, aby zaszła ze mną w ciążę wilczyca. Brzmiało to jak ostra zoofilia. Z tym, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem wilkołakiem. Sytuacja zaszła taka jaka jest, a moją partnerką została magiczna wilczyca i czekamy na stado szczeniąt. Brzmiało jak z bajki.
Ostatecznie sam o mały włos nie usnąłem, więc aby się czymś zająć i nieco rozbudzić, postanowiłem udać się na zbieranie jakichś owoców leśnych. Z tego co słyszałem, było tutaj dość sporo krzewów poziomek i jeżyn. Jakaś znudzona leżeniem wadera uplotła z gałęzi koszyczek, a gdy zapytałem ją, czy mogę go pożyczyć, od razu się zgodziła. Powiedziała nawet, że mogę go sobie wziąć w zamian za garść poziomek. To nie brzmiało jak coś trudnego, więc zgodziłem się na taki układ. Przynajmniej miałem coś, do czego mogłem na spokojnie gromadzić swoje zbiory.
Niestety wilki, które mnie przekonywały o bogactwie krzaków owoców leśnych nieco mnie oszukały lub same najpierw je ogołociły z owoców. Nie byłem zbyt zadowolony z tego powodu, ale dalej dzielnie zmierzałem przez las, z nadzieją, że trafię w miejsce, w którym nikogo jeszcze nie było i uzbieram przynajmniej tę garść poziomek. Bądź dwie lub trzy, żeby starczyło jeszcze dla mnie i Yuki.
Jednak im dalej zmierzałem, tym bardziej czułem, że to bez sensu i szukam czegoś, czego nie ma. Zatrzymałem się dopiero przy jakiejś wartkiej rzece i przeszło mi przez myśl, że nie powinienem się aż tak oddalać od stada. Warknąłem pod nosem kilka nieprzyjemnych słów, przykucnąłem z zamiarem napicia się wody, ale wtedy przypomniałem sobie, że nie mieliśmy tego robić, bo zbieracze jakoś ją filtrowali, zanim nam podali. Z tym gorszym humorem wyciągnąłem rękę ze strumyka i otrzepałem ją.
To właśnie wtedy w odbiciu tafli wody zobaczyłem jakiś znajomy krzew. Z nową nadzieją skierowałem w tamtym kierunku głowę. To mi przypominało jakiś owoc, ale nie byłem pewien jaki. Krzaczek niczym malin, lecz z jakimiś niebieskimi kuleczkami. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, co to mogło być. Agrest! Co prawda niebieski, ale to zawsze mogło oznaczać jakąś odmianę, której nie znałem. Zadowolony zacząłem zbierać kuleczki do wiklinowego koszyka. Było ich więcej, niż mógłby się spodziewać. To skutecznie poprawiło mi nastrój. Może ta wadera woli agrest od poziomek?
Odgarniając kolejne listki zobaczyłem coś kolorowego w trawie. Tuż pod główną gałęzią krzewu agrestu. Zbliżyłem się, marszcząc brwi, a gdy upewniłem się, że znalezisko się nie rusza, postanowiłem do tego sięgnąć. Jak się okazało były to jaja. Wielkości kurzych, ale wymalowane w wymyślne kwiaty. Hibiskusy? Tak mi się wydawało. Do drugiej ręki wziąłem drugie z jaj i także się mu przyjrzałem. Na nim były prawdopodobnie stokrotki. Powinienem to odłożyć, czy może zabrać ze sobą? Nie wydawało mi się, aby kury mieszkały w lesie. Szczególnie takie, które znosiły jaja w hibiskusy i stokrotki.
Już miałem się podnieść z ziemi, kiedy zobaczyłem kątem oka jakąś sylwetkę. Z przerażenia omal nie wpadłem do rzeki. Dopiero łapiąc równowagę zorientowałem się, że to członek naszej watahy... Ale i tak miałem buty zalane wodą.
- Zebrałeś niebieski agrest. Nie zamierzasz go chyba jeść, prawda? - zapytał spokojnie Kai, który zaskoczył mnie jeszcze chwilę temu. Na moje policzki wstąpił rumieniec. Głupio mi było się przyznać, że taki właśnie miałem zamiar. Chyba nawet nie musiałem nic mówić, bo westchnął rozczarowany.
- Jest trujący. Dobrze, że na siebie trafiliśmy, bo inaczej osierociłbyś stadko szczeniąt.
Przełknąłem ślinę i pokiwałem głową. Wtedy jego wzrok powędrował ku dwóm nadal trzymanym przeze mnie jajom.
- Zbierasz? - zapytał.
- Co...? - spojrzałem na nie nieco zdezorientowany - Nie. A ty?
- Tak.
Nie wiedząc co z nimi zrobić, po prostu je do niego przysunąłem z nadzieją, że weźmie je w pysk czy coś... Wtedy coś mignęło, a ja miałem uczucie, że niemal mnie nie skróciło o głowę. Skończyłem z nieźle wytrzeszczonymi z szoku oczami. Jajka zniknęły.
- Dziękuję - odpowiedział grzecznie i zerknął pod krzaczek. Wtedy znowu strzeliły jasne snopy światła, a Kai się wygrzebał spod liści. Najwyraźniej to kontrolował...
- Ty chyba robisz jakieś tam czary mary... - Mruknąłem - Jeśli przyda ci się na coś ten agrest to możesz go wziąć.
Uśmiechnął się szeroko.
- Dobrze. Dziękuję raz jeszcze. Na pewno się przyda.
Tym razem się przygotowałem i zamknąłem oczy, aby nie zostać oślepionym. Gdy je otworzyłem tego przeklętego agrestu już nie było.

Wygrana: 4 jaja

Od Joela "Huczne wesele" cz. 1 (cd. Asgrim)

Sierpień 2023 r.
Yuki zdecydowała, że powinniśmy wziąć ślub póki jeszcze trwa lato. Wówczas mieliśmy wszystkiego pod dostatkiem, pogoda dopisywała, a poza tym reszta członków watahy pewnie byłaby chętniejsza do pojawieniu się na przyjęciu. Ponadto (jak sama powiedziała) nie miała zamiaru spędzać najważniejszego przyjęcia w jej życiu przy jednoczesnej konieczności zajmowania się niesfornym stadkiem swoich dzieci. Zdecydowanie wolała ślub wcześniej.
Przeszedłem się orientacyjnie po swoich bliższych znajomych, by zapytać kiedy by im pasowało takie przyjęcie i czy byliby skłonni do pomocy. Większość odpowiadała twierdząco i nie sugerowała żadnego konkretnego terminu. Mieliśmy wolną rękę. Czekali jedynie na znaki, kiedy byśmy chcieli to wszystko urządzić. Alfy także stwierdziły, że musimy się organizować sami oraz że to będzie pierwsza taka impreza od naprawdę dłuższego czasu. Ta informacja tylko dodała zapału Yuki. Postanowiła, że chce stworzyć coś, czego goście nie zapomną do końca życia. Alfy także zagwarantowały dłuższy postój, gdy tylko zechcemy. Podobno będziemy mieć całe trzy dni na przygotowanie wszystkiego.
Problem zaczął się w momencie, gdy ta informacja dotarła do Tori i Asa. Tori wcześniej była podopieczną Yuki (o czym dowiedziałem się stosunkowo niedawno), przez co natychmiast zechciała się wszystkim zajmować. As z kolei i tak kręcąc się w pobliżu z racji tego, że jego i tak partnerka skakała przy Yuki, postanowił dzielić się ze mną radami na temat życia w małżeństwie. Mówił z niezwykle poważną miną.
- Musisz jej codziennie przynosić śniadanie nim jeszcze nie wstanie. Pamiętaj, codziennie. Inaczej się obrazi.
- Codziennie? - zapytałem rozbawiony, jednocześnie unosząc brew.
- Tak, codziennie - odparł wciąż z tak samo poważną miną.
- Torance się na ciebie obraża za coś takiego? Nigdy nie widziałem cię, abyś wychodził przed świtem na polowanie.
- Dlatego cały czas jest obrażona! - dorzucił szybko, ale ja i tak wiedziałem, że ta rada jest wyssana z palca. As po prostu potrzebował swoich pięciu minut bycia tym mądrzejszym i bardziej doświadczonym, mimo że i tak właściwie spędzałem cały swój czas w towarzystwie Yuki. Nie sądziłem, aby cokolwiek miało się zmienić po oficjalnym ślubie. No może jedynie przytyję parę kilo.
- O, i nigdy nie daj się zdominować. Kobiety lubią, gdy facet jest pewny siebie. Zwłaszcza podczas cieczki! O, stary! Wtedy już totalnie nie dawaj sobie wejść na głowę... No dobra, chyba że chcesz umrzeć. Ale pamiętaj by nie dać sobą pomiatać. To ty jesteś panem swojej jaskini... Czy tam smoka teraz - dorzucił z większymi emocjami w głosie. Zaśmiałem się cicho.
- O tej cieczce to akurat coś wiem. Odczułem na swojej skórze, jak to wygląda w praktyce.
As chyba przez moment nie wiedział, co wygaduję. Chyba dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie mówi do nastolatka, który jest od tygodnia w swoim pierwszym związku. Nadal uśmiechałem się szeroko.
- Tak w ogóle, to gdzie jest Tori i Yuki? - zapytał nagle i rozejrzał się dookoła.
- Dyskretna zmiana tematu, mistrzu - Roześmiałem się - Mówiły, że idą na polowanie.
Nevetes leżący w pobliżu i wygrzewając się w słońcu mruknął potakująco. Fala jego gorącego oddechu podwiała nam futro. Znowu pomyślałem, że chętnie bym się zmienił, ale niestety już nie pamiętałem, czy Asgrim miał taką zdolność. Z tego powodu chyba wolałem sobie póki co odpuścić.
- Na weselny stół? - Gdy tylko to powiedział, oblizał się ze smakiem. Uniosłem brwi. Chwileczkę, rzeczywiście nie powiedzieliśmy im, że nie znamy jeszcze terminu...
- Nie, wolimy mieć świeże... - nie dokończyłem, bo As mi przerwał:
- Chwilę, to ta uczta nie jest dzisiaj?
Wyglądał na porządnie zdezorientowanego.
- No... Nie - odparłem ostrożnie.
- Więc kiedy to by miało niby być?
- Nie wiadomo.
As prychnął, a uśmiech natychmiastowo wrócił na jego pysk.
- Zróbmy dzisiaj. Tori od rana mi zawracała tyłek, że to dzisiaj, więc nie chcę jej rozczarować. A ty nie chcesz rozczarować mnie. Specjalnie zjadłem mało śniadania, żeby móc więcej w siebie wcisnąć na weselisku.
- Dzisiaj nie da rady. Nie wyrobimy się. Alfy mówiły o trzech dniach, żeby zrobić to porządnie - wyjaśniłem trochę spanikowany.
- Zaangażujesz dużo osób, to się wyrobimy na spokojnie - Położył łapę na moim ramieniu i spojrzał prosto w moje oczy - Naprawdę mam ochotę na to smażone udo jelenia. Bądź dobrym kumplem i spełnij moje marzenie.
- Dasz radę wszystkich zaprosić? I zmotywować do pracy? Mają też inne zajęcia - powiedziałem z pewną obawą w głosie.
- Nie masz o co się martwić! Myśl o dobrej wyżerce wystarczająco mnie motywuje do działania - oświadczył, zabierając rękę z mojego barku. Westchnąłem cicho. Mając cały czas w głowie ludzkie wesela, do której młoda para i goście przygotowywali się miesiącami, nie byłem w stanie wyobrazić sobie, aby to wszystko zorganizować w zaledwie jeden dzień. To wszystko brzmiało zbyt nierealnie. Czułem, że As spotka się z jednogłośną odmową, ale nie chciałem go demotywować. Odprowadziłem go wzrokiem, a kiedy całkiem zniknął za łapą Nevetesa, zacząłem się zastanawiać cóż ze sobą począć. Zadarłem głowę i popatrzyłem na wielki łeb towarzysza Yuki. Już spokojnie sobie drzemał. Ja czułem, że nie byłbym w stanie tego zrobić. Byłem zbyt zestresowany. Powinienem się przygotowywać, żeby nie tracić cennego czasu, czy może całkiem odpuścić i zająć się czymś istotniejszym?
Ostatecznie usiadłem i czekałem na jakiekolwiek znaki, że jego plan się powiódł i kogoś zaprosił. Popełniłem błąd, nie mówiąc mu wprost, aby mi przekazał informacje o tym, kto się zgodził, a kto nie. Mijały minuty, a ja nadal nic nie wiedziałem. Chcąc się odstresować wdrapałem się na grzbiet smoka, już w formie ludzkiej otworzyłem wieko drewnianej skrzyni i wygrzebałem spośród różnych rupieci swoją gitarę. Musiałem wyplątać stary odtwarzacz muzyki, którego słuchawki owinęły się wokół strun. Na szczęście żadna nie pękła... Zszedłem na ziemię, po czym usiadłem na trawie. Spróbowałem trochę pobrzdąkać, ale niewiele z tego wyszło. Musiałem zacząć od strojenia. Od zmian temperatur struny się trochę obluzowały...
Kiedy kończyłem robotę, wrócił do mnie As. Cieszył się, więc od razu wiedziałem, że moje przypuszczenia nie sprawdziły się.
- Wszyscy, których pytałem się zgodzili. Większość też chce pomóc. Wyprawiłem już wszystkie ekipy polowań w teren. Będziesz mieć kupę żarcia.
Omal się nie zakrztusiłem z wrażenia.
- Wszystkie? - powtórzyłem, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.
- Wszystkie - odparł z dumą - A teraz, szefie, co mam załatwić?
- Wiesz, wydaje mi się, że lepiej jakbyś ty został szefem - Zaśmiałem się nerwowo i odłożyłem gitarę. - Ja ci powiem, jakie mamy mniej więcej plany, a ty przydzielisz mnie i innych do roboty.
- Zgoda - odpowiedział z nieskrywaną satysfakcją.
- Zatem... - Potarłem swoją brodę - Na pewno jedzenie. Trochę smażonego, trochę pieczonego, trochę surowego. Dla każdego do wyboru. Przydałoby się kilka wilków z możliwością zmiany w człowieka, które potrafią gotować. Wolałbym jednak zjeść rosół, niż mieć wyłącznie na stole surowe mięso. Jakieś owoce, jeśli znajdziecie to też warzywa... Ale owoce przede wszystkim. Tak na deser. Musisz zwerbować wszystkich muzyków, jakich mamy, aby coś nam przygrywali. Ja też mogę.
- Ty na wielki finał - Roześmiał się As - Chcę zobaczyć serenadę dla Yuki.
Parsknąłem z niby ironią, niby rozbawieniem i kontynuowałem:
- Chciałbym, żeby ktoś zaplótł dla Yuki wianek. Jeśli jakaś wadera z możliwością przemiany ma dla niej jakąś ładniejszą sukienkę, to może jej pożyczyć. Jeżeli nie, to zostańmy przy tej, którą jej kiedyś kupiłem. Nie wiem jak wyglądają tutaj zaręczyny, ale przydałoby się coś symbolicznego. Choć tym ja mogę się zająć. Jak radzisz, co to by mogło być? Ludzie się zaręczają za pomocą pierścionków.
Trochę go zaskoczyło to pytanie. Natychmiast się zamyślił.
- Nie wiem... Może... Naszyjnik? Jakiś prosty. Może z serduszkiem? Pół dla ciebie, pół dla niej.
Pstryknąłem palcami.
- Dobre - skomentowałem - Niech będą naszyjniki. Ktoś by musiał nam udzielać tego ślubu, ale wydaje mi się, że od tego są Alfy. No i ktoś, kto będzie zabawiać gości. Dasz radę to wszystko przygotować? Jeśli masz jeszcze jakieś pomysły, to możesz się nimi ze mną podzielić.

<Asgrim?>

Od Luny "Jajeczka" cz. 1 (cd. chętny)

lipiec 2023
Lot na smoku był spełnieniem moich marzeń. Podobało mi się to uczucie kiedy byłam wśród chmur i czułam je na swoim pysku. Nie wszyscy się bawili tak dobrze jak ja, na przykład Cess była przerażona i krzyczała jak najęta gdy smok zrobił jakikolwiek ruch. To było zabawne. Ja się nie bałam. Stwierdziłam nawet, że mogła bym tak latać całe życie. Bardzo bym chciała mieć własnego smoka i moc na nim latać.
Kiedy wylądowaliśmy przyszedł do nas wielki królik i poprosił o pomoc w szukaniu pisanek. Od razu stwierdziłam, że chętnie mu pomogę, więc od razu poszłam ich szukać.
Niemal od razu znalazłam ładne kolorowe jajeczko w miętowo-różowe paski oraz niebieskie kropki. Było takie śliczne!!! Ciekawiło mnie czy wyklułby się z niego jakiś ładny kurczaczek czy może uroczy dziobak. Widziałam kiedyś dziobaki i były takie śliczne!
Złapałam jajeczko w pyszczek i zauważyłam wtedy, że jest brudne. Postanowiłam je umyć. Poszłam nad rzeczkę i umyłam w niej jajeczko śpiewając przy tym radośnie.
Nagle usłyszałam jakiś dźwięk w trawie tuż obok mnie. Wystraszona prawie upuściłam moje jajeczko.
- Kto tam?! - zawołałam - N-nie boje się Ciebie! - warknęłam.
Z zarośli wyskoczył jakiś wilk. Nie znałam go.
- Ładnie śpiewasz - powiedział i uśmiechnął się do mnie.
- D-dzięki - odpowiedziałam.
- Jak masz na imię? - spytał wilk
- Luna, a ty to kto? Nie znam Cię.
Wilk roześmiał się.Widocznie nie byłam tak groźna jak myślałam, że jestem.
- Należysz do Watahy Magicznego Kruka? - spytał, nadal się nie przedstawiąjac.
- Tak, a ty? Odpowiesz mi w końcu, czy nie?
Wilk znowu się zaśmiał. Czemu nie brał mnie na poważnie?! Czy to dlatego, że byłam jeszcze malutka?!

Ktoś?

Uwagi: Rozwijaj skróty, czyli np. = na przykład. "Przerażona" piszemy przez "ż". "Lądować" piszemy przez "ą". Piszemy "poszłam", a nie "poszedłam". Prawdopodobnie pomyliłaś to z formą męską, gdzie mówi się "poszedłem", a nie "poszłem". Możesz stawiać maksymalnie jeden znak zapytania przy jednym zdaniu. "Wataha Magicznego Kruka" to nazwa, zatem zapisujemy ją wielkimi literami.

Wygrana: 2 jaja