niedziela, 19 maja 2019

Od Edel "Odsłonięte kły" cz. 3 (cd. Crane)

Listopad 2023
Wpatrywałam się tępo w drzwi, za którymi zniknął Crane. W uszach ciągle pobrzmiewał mi jego nieprzyjazny ton, gdy kazał mi się odsunąć. Basior był zawsze tak miły, że każde jego warknięcie sprawiało, że miałam ochotę się schować głęboko pod ziemię i nie wychodzić do końca świata. Natomiast teraz, nadal widząc przed oczami jego poranione ciało, najchętniej podążyłabym za nim i zajęła się nim najlepiej jak umiałam.
Wiedziałam jednak, że samiec nie życzył sobie mojego towarzystwa i to chyba bolało mnie najbardziej. Przecież chciałam mu pomóc, a jedyne co udało mi się osiągnąć, to zirytowanie go.
Niepotrzebnie mu się narzucałam... - pomyślałam, mimowolnie spuszczając wzrok na drewnianą podłogę.
Następnie westchnęłam cicho i nadal wyrzucając sobie w myślach własną głupotę i niepotrzebną nadgorliwość, wróciłam do pokoju. Moja ochota na nocny spacer po uliczkach Białego Miasta znikła równie szybko, jak się pojawiła. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili znikły wszystkie moje chęci na jakiekolwiek wychodzenie poza moje bezpieczne cztery ściany.
Położyłam się na posłaniu i próbowałam zasnąć. Sen jednak nie miał zamiaru nadejść. Kiedy tylko zamykałam oczy, ponownie znajdowałam się na korytarzu i wpatrywałam się w poparzone ciało i zwęgloną sierść mojego towarzysza podróży. Widziałam jego odsłonięte kły, gdy kazał mi zostawić go w spokoju. Każde wypowiedziane (i odtwarzane niewyobrażalną ilość razy w myślach) przez samca słowo, wbijało się niczym igła w serce i wyciskało z oczu łzy.
Czemu w ogóle się nim tak przejmuję?

Nie pamiętałam, żeby udało mi się zasnąć, lecz widocznie w którymś momencie padłam ze zmęczenia, bo obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Na początku chciałam je zwyczajnie zignorować, lecz te nasiliło się, skutecznie mnie wybudzając.
Nie otwierając oczu, zwlekłam się z posłania i ruszyłam nieco chwiejnym krokiem do drzwi. Niestety po drodze wpadłam na niewielką szafkę, co koniec końców zmusiło mnie do ich rozwarcia. Westchnęłam głośno, przeklinając w myślach nieoczekiwanego gościa i ponownie (tym razem bez wpadania na meble) poszłam w kierunku, gdzie ten na mnie czekał.
Otworzyłam je gotowa ochrzanić Asa, który zapewne chciał znowu wyciągnąć mnie na zakupy, lecz zesztywniałam widząc sylwetkę Crane'a. Basior wyglądał o wiele lepiej niż w nocy, przez co zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadziłam. Skoro zdołał wylizać się w przeciągu zaledwie kilku godzin...
Dopiero po chwili zauważyłam piękny kwiat, który samiec trzymał w pysku. Smocze Róże były jednym z najtrudniejszych do zebrania roślin - zarówno poprzez ich smoczą ochronę, jak i okres rozkwitania, który przypadał co drugi rok. Basior z pewnością musiał się nieźle napracować (lub wydać wiele pieniędzy), by ją zdobyć. Taki kwiat był małym skarbem, który z jakiegoś powodu znajdował się w pysku mojego gościa.
- Crane... Pomyliłeś pokoje? - spytałam mimowolnie.
Wilk pokręcił przecząco łbem, co jedynie spotęgowało moje zdziwienie. Skoro nie pomylił drzwi, to oznaczałoby, że przyszedł do mnie... Z kwiatem. To było zbyt niedorzeczne, by mogło być prawdziwe.
Kiedy ja zastanawiałam się, jak sklecić jakiekolwiek sensowne zdanie, basior odłożył Smoczą Różę na podłogę.
- Ja chciałem... To znaczy... Źle cię wczoraj potraktowałem.
Jeszcze bardziej zdezorientowana, jakimś cudem zdołałam się odezwać. 
- Nic się nie stało. Każdy ma czasem gorszy dzień... Proszę, wejdź - Odsunęłam się, robiąc mu tym samym przejście.
- Ja tylko na moment. Nie chcę ci przeszkadzać - ostrzegł i pochylił się, by ponownie wziąć różę do pyska. Dopiero trzymając ją, minął próg.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz - mruknęłam cicho, nim zdołałam się powstrzymać.
Crane na szczęście nie odniósł się w żaden sposób do moich słów. Miałam nadzieję, że w ogóle nie zdołał ich usłyszeć. Zamiast tego ponownie wyciągnął w moją stronę Smoczą Różę.
- Przepraszam za tamto. Nie chcę, żebyś źle o mnie myślała - powiedział przez zaciśnięte zęby.
Niepewnie zbliżyłam się do niego i zabrałam kwiat, domyślając się, że był to przeprosinowy prezent. Kiedy pomyślałam o tym (oraz gdy tylko zbliżyłam pysk do jego) zabolał mnie brzuch, jednak w sposób o wiele bardziej przyjemny sposób od tego, który nawiedzał mnie od dawna. To był ten rodzaj zaciśnięcia żołądka, który zdarzał mi się jedynie przy Crane'ie i niegdyś Asgrimie...
Odłożyłam go czym prędzej na szafkę, o którą się wcześniej potknęłam.
- Przyznam, że twoje zachowanie mnie trochę zabolało, ale... Dalej cię lubię. Bardzo.
Miało to być jedynie niewinne kłamstwo, by nie wprawiać samca w jeszcze większe zażenowanie, ale w chwili ich wypowiadania zdałam sobie sprawę, że to była prawda. Nie umiałam być zła na samca, który jako pierwszy z wilków poznanych w tej watasze podarował mi przyjaźń.
- Ja też cię bardzo lubię i nie chciałbym zepsuć naszych relacji. Wczoraj chciałaś mi pomóc, a ja zachowałem się jak gbur.
- Z grzeczności nie zaprzeczę - uśmiechnęłam się, chcąc chociaż odrobinę rozładować atmosferę. Zamiast tego sprawiłam, że i tak już zawstydzony wilk, odwrócił szybko wzrok i zaczął z pełnym zafascynowaniem przyglądać się podłodze. - W każdym razie... Dziękuję.
Niepewnie zbliżyłam się i opatuliłam łapami ciało Crane'a. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że był znacznie szczuplejszy, niż mogłoby się to wydawać. Basior drgnął w chwili, gdy go dotknęłam, jednak zaledwie chwilę później także mnie przytulił. Na początku cały ten gest wydał mi się trochę głupi, lecz szybko nabrałam większego przekonania i mocniej wtuliłam się w sierść samca. Crane w niemej odpowiedzi również wzmocnił uścisk.
Wdychałam przyjemny zapach, który go otaczał. Przyjemne mdłości zwiększyły się, a serce co rusz gubiło kilka uderzeń. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu zdecydowałam się odsunąć, pomimo tego, że nie miałam na to najmniejszej ochoty.
Spojrzałam prosto w niezwykłe oczy Crane'a, szukając w nich... potwierdzenia. Jakiegoś znaku, że w tamtej chwili czuł to samo co ja. Nie zauważyłam jednak nic poza wyraźnym zagubieniem, którego pochodzenia nie rozumiałam. Czy popełniłam kolejny błąd, przytulając go? Odwróciłam wzrok, bojąc się tego, co mogłabym jeszcze wychwycić.
Ponownie jak wcześniej uścisk, tak cisza zaczęła się powoli przeciągać, więc postanowiłam zadać pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy.
- Cóż... Jak się czujesz?
- Lepiej - odparł - Eliksir z Róży Hery zadziałał jak trzeba.
Pokiwałam głową, przyjmując tę odpowiedź do wiadomości.
- Bardzo mnie to cieszy - przyznałam zgodnie z prawdą. Następnie coś przyszło mi do głowy - Jeśli mogę spytać... Co ci się wczoraj stało?
Samiec mimowolnie skrzywił się, słysząc moje pytanie. Wystraszyłam się, że znowu powiedziałam coś nieodpowiedniego, więc czym prędzej dodałam:
- Oczywiście, nie musisz odpowiadać, jeżeli nie chcesz.
- Wobec tego na razie przemilczę te sprawę - odpowiedział.
- Jasne - mruknęłam i odwróciłam wzrok. Miałam nadzieję, że zawód w mojej głosie nie był wyczuwalny. Na co ja liczyłam? Że tak po prostu wszystko mi powie? Idiotka - skarciłam się w myślach.
Crane nie powiedział nic więcej, a i ja milczałam, obawiając się, że zadam kolejne niewłaściwie pytanie. W którymś momencie zaczęłam miarowo uderzać ogonem o podłogę, nie wiedząc, co powinnam ze sobą zrobić.
- Chyba powinienem już iść - Crane odezwał się, przerywając tym samym niezręczną ciszę. Podniosłam na niego wzrok i zauważyłam, że ten spogląda w stronę drzwi.
- Ale... Zobaczymy się później?
Wilk spojrzał na mnie i skinął łbem z uśmiechem.
- Jeśli chcesz. Do zobaczenia - powiedział i wyszedł z pokoju.
Ja natomiast jak zaklęta przyglądałam się, zamykającym się drzwiom. Gdy te zatrzasnęły się cicho, przeniosłam wzrok na piękny kwiat, który nadal leżał na drobnej szafce i westchnęłam głośno.
- Czemu muszę być tak głupia? - spytałam samą siebie. - Ze wszystkich wilków na ziemi, tylko ja jestem na tyle nierozsądna, by zakochiwać się jedynie w wilkach, które nigdy nie odwzajemnią moich uczuć. Crane... To oczywiste, że nic do mnie nie czuje. Jestem cholerną idiotką.
Westchnęłam głośno i bez siły padłam na posłanie. Zawsze mogę chociaż poudawać, że śpię...

<Crane?>

Od Crane'a "Odsłonięte kły" cz. 2 (cd. Edel)

Listopad 2023
Obawiałem się, że droga powrotna do karczmy stanie się ciężka, biorąc pod uwagę moje obrażenia. Jednakże ku mojemu zaskoczeniu, nie było tak źle. Nie chwiałem się prawie w ogóle; jedynie utykałem na przednią łapę, która była też poparzona. Największy ból sprawiały właśnie miejsca, których sięgnął ogień. Pulsowały i piekły niemiłosiernie. Każdy ruch, a nawet lekki powiew wiatru sprawiał, że było z nimi jeszcze gorzej.
Dopóki nie wyszedłem na miasto, nie myślałem o tym, że po walce wyglądałem na tyle źle, by zwracać uwagę przechodniów. Niektórzy coś mówili, ale nie zwracałem na nich uwagi. Miałem teraz jeden cel - dotrzeć do wynajętego dla mnie pokoju i założyć z powrotem Medalion Nieśmiertelności. Chciałem znów być spokojniejszym o swoje życie. Zdjęcie go przed walką może nie wyglądało na mądry ruch, lecz była to racjonalna decyzja. Uznałem za prawdopodobne, że tego typu "wspomagacze" nie są dozwolone podczas pojedynku. Nie zastanawiałem się nawet, nad ukryciem naszyjnika pod szalikiem. Stracenie tej przykrywki w trakcie walki byłoby tylko kwestią czasu. 
Droga powrotna trwała dziwnie długo. Zdawało mi się, że z tego wszystkiego zataczałem koło, ciągle myląc uliczki. Kiedy dowlokłem się do Karczmy Zagubionego Wędrowca, była już ciemna noc. Wreszcie dotarłem do ostatniego korytarza, który dzielił mnie od mojego pokoju. Wtem nagle otworzyły się jakieś inne drzwi. Wynurzyła się zza nich moja towarzyszka podróży - Edel. Miałem pecha; wystarczyłyby dwie sekundy, by nie był to dla mnie problem, lecz w tym momencie samica uniemożliwiała mi przejście dalej. Zatrzymałem się. Niebieskie oczy wadery natychmiast wychwyciły moją osobę. E otworzyła pyszczek w szoku.
- C... Crane...?! - wyszeptała słabym głosem. 
Wyczułem jej strach. Nie przyglądałem się temu zjawisku, uznawszy, że pewnie wyglądam teraz jak widmo jakiegoś skazańca i stąd taka reakcja wilczycy. 
- To ja - mruknąłem. Chciałem jej skinąć głową na powitanie, jak gdyby nigdy nic, ale przez rany na karku syknąłem z bólu. 
- Co... co się stało? 
- Długo by opowiadać - mruknąłem wymijająco. 
- Tych obrażeń nie powinien obejrzeć jakiś lekarz? - na pyszczku Edel nadal malował się niepokój. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że nie bała się o swoje bezpieczeństwo, a o moje. Ale dlaczego? Co jej do tego, co się dzieje teraz ze mną?
- Może - mruknąłem, bez namysłu. Nie powinienem był tak mówić. To tylko sprawiło, że wadera jeszcze dłużej przetrzymywała mnie w korytarzu.
- Miałam iść do tego słynnego lekarza... - zaczęła. - Ale to i tak raczej nie ma sensu. Lepiej ty to weź - W tym momencie podała mi garść Belloss. - Tobie na pewno pomoże.
Zamurowało mnie. Dlaczego ona to robi? O co jej chodzi? Co ona chce tak osiągnąć? Przecież to ona jest chora. Bardzo chora. Od bardzo dawna. Dlaczego nagle chce oddać swoje oszczędności mnie?
Przez głowę przemknęło mi, żeby uśmiechnąć się jak najmilej jestem w stanie, wziąć od niej lśniące monety i pójść do siebie, a potem kłamać, że właśnie ten lekarz odpowiada za szybkie zagojenie się moich ran, a nie mój Medalion Nieśmiertelności. Wtem jednak uznałem ten pomysł za odrażający. Nie mogłem; nie chciałem tego zrobić. Tylko... dlaczego?
- Nie, nie mogę tego wziąć - Wcisnąłem pieniądze z powrotem w łapy Edel. 
- Crane, nalegam - odparła. 
- Powiedziałem nie! - podniosłem głos. 
Wilczyca jednak nie chciała mnie tak po prostu zostawić w spokoju. 
- W takim razie sama się tobą zajmę - odparła równie stanowczym tonem. 
Nie odpowiedziałem jej na to. Wadera zaczęła w pełnym skupieniu oglądać moje obrażenia. Nie byłem w stanie zrozumieć jej zachowania, chociaż bardzo chciałem. Wszystkie logiczne opcje wydawały się pozbawione sensu.
Z drugiej strony trafiło mnie coś... innego. Jakieś poczucie, iż to właśnie dobrze, że Edel tu jest. Nie rozumiałem już nawet samego siebie. 
Zapragnąłem uciec od tej sytuacji. Po raz pierwszy od lat, nie wiedziałem jak się zachować. 
- Czy to oparzenie? - Wilczyca spojrzała na ślady na mojej łapie. 
- Dam sobie radę sam, naprawdę - wybełkotałem. 
- Ja to ocenię.
- Nie - warknąłem, odsuwając się od niej. - Zostaw mnie w spokoju. 
- Crane...
- Z drogi! Chcę wrócić do siebie - rzuciłem tym samym, nieprzyjaznym tonem.
Edel spojrzała mi prosto w oczy. W jej wzroku było coś, co sprawiało, że nie zniosłem go długo.
- Przepuść mnie - mruknąłem ciszej, odwracając głowę. 
Wreszcie wadera odsunęła się. Była trochę zmieszana, trochę zirytowana tą całą sytuacją. 
- Jak chcesz - odparła sucho.
Ruszyłem przed siebie, nie patrząc nawet na nią. Utykając na jedną nogę, dotarłem do drzwi swojego pokoju i zatrzasnąłem je za sobą.

<Edel?>

Uwagi: brak

Od Crane'a "Odsłonięte kły" cz. 1

Listopad 2023
Wyszedłem z ożywionego tłumu i wkroczyłem na pole walki. Nie ma już odwrotu. Naprzeciwko mnie stanął inny magiczny wilk. Mógł mieć maksymalnie cztery lata. Dzieliło nas maksymalnie osiem metrów metrów. Wkrótce ten dystans zmaleje, jeśli któryś z nas zechce zadać pierwszy cios. Mój przeciwnik wypuścił nosem powietrze. Z jego nozdrzy wypłynęły kłęby dymu. Basior nie krył faktu, że jego żywiołem przewodnim jest ogień. Wskazywało na to także umaszczenie tego osobnika; brąz i czerń przeplatane z połyskującymi pasami układającymi się w kształty płomieni.
Otaczający pole walki zaczęli coś krzyczeć. Przyszli tutaj oglądać krwawy pojedynek i domagali się jego rozpoczęcia. Ruszyłem wolnym krokiem wzdłuż wyznaczonej nam granicy, nie opuszczając wzroku z oponenta. Wilk zrobił to samo.
- Potraktuję cię łagodnie, rudzielcu! - rzucił szyderczo basior i wyszczerzył złośliwie zęby. Był wyjątkowo pewny siebie.
Nie odpowiedziałem mu. Zająłem się szybkim ocenieniem mocnych i słabych stron mojego przeciwnika. Podstawowym problemem mogą być jego umiejętności związane z żywiołem. Nie mam absolutnie niczego przeciwko centralnemu uderzeniu płomieni - pomyślałem. Wtedy wczułem, że ten konkretny wilk miał fobię, którą będę w stanie wykorzystać przeciwko niemu - jadowite węże. W mojej głowie zaczęły się układać plany, jak mógłbym przeprowadzić odpowiednie ofensywy z użyciem mocy strachu.
Basior nie wytrzymał już dłużej. Skoczył w moją stronę rozdziawiając paszczę. Uniknąłem ataku, lecz nie uciekłem dostatecznie daleko. Zanim podesłałem mu jakąkolwiek wizję, już zdołał sięgnąć kłami mojej szyi. Wgryzł mi się w kark od góry i próbował przewrócić. Warknąłem z bólu. W żaden sposób nie byłem w stanie go odepchnąć. Ból utrudniał zebranie myśli. Zupełnie się odzwyczaiłem od tego uczucia, nosząc przez miesiące Medalion Nieśmiertelności. Usłyszałem, jak widzowie dopingują mojego przeciwnika głośnymi okrzykami. Nowo powstała rana na mojej szyi pulsowała.
Dopiero po chwili zdołałem zmusić wilka do ucieczki. Wykorzystałem do tego nieistniejącego węża, który ześlizgnął się z mojego grzbietu prosto na atakującego. Słysząc agresywne syczenie, basior mimowolnie uwolnił mnie z uścisku szczęk. Odskoczył metr dalej. Chociaż starał się tego nie okazywać, wyczułem wyraźnie jego strach. Teraz jest moja szansa! Ruszyłem w kierunku przeciwnika, podsyłając mu widok kolejnych pełzających gadów. Wilk stał w miejscu, jak wryty. Zdołałem go zupełnie zdezorientować i porządnie zestresować. Na tyle, bym wbił kły i pazury w niego. Moich uszu dobiegła kolejna fala wrzawy, tym razem innej części oglądających starcie. Zapewne tych, którzy postawili pieniądze na mnie.
Zdołałem przewrócić mojego przeciwnika na bok i przycisnąć go ziemi. Jedną łapę oparłem na jego pysku, by nie mógł skutecznie kontratakować. Nie zdołałem jednak go tak utrzymać zbyt długo. Basior odepchnął mnie i wbił zęby w moją prawą łapę. Znów wydobył ze mnie warknięcie bólu. Uderzyłem pazurami jego głowę, prawie trafiając oczy. Tyle nie wystarczyło, żeby przeciwnik mnie wypuścił. Zamiast tego szarpnął, przez co straciłem równowagę. Uderzyłem pyskiem o ziemię.
Skupiłem się, by nastraszyć go kolejnym wężem, tym razem kobrą która znikąd wyskoczyła w jego stronę. Basior znów pozwolił wygrać swoim instynktom i natychmiast wycofał się. Zaczął omiatać wzrokiem podłoże, w poszukiwaniu węża, który już zniknął. Powoli wstałem i skupiłem się na umyśle przeciwnika. Wkrótce z jego perspektywy zamieniłem miejsce naszego starcia na jaskinię pełną jadowitych węży. Wilk przyspieszył oddechu. Jego spojrzenie stało się puste. Postawił uszy, chociaż docierało do nich teraz tylko nieprzyjazne syczenie.
Wtedy poczułem, że nie utrzymam tak wyrazistej iluzji zbyt długo. Bardzo dawno nie tworzyłem tego typu wizji. Ruszyłem w kierunku przeciwnika. Byłem już bardzo blisko niego, lecz wtedy on ryknął i zaczął strzelać z łap kulami ognia. Płomienie leciały we wszystkich możliwych kierunkach. Basior nie rozumiał sytuacji; przestał wierzyć swoim zmysłom. Postanowił więc atakować. Nieważne, czy mnie, czy przed pełzające gady. Przywarłem do ziemi, zaskoczony tym ruchem. Mój przeciwnik dotychczas nie używał swojego żywiołu, zapewne to było to "łagodne traktowanie", o którym wspominał. A teraz złamał swoje postanowienie. Doprowadziłem go do stanu desperacji. Niedobrze, bardzo niedobrze.
Widzowie odsunęli się, lecz płonące pociski i tak by nie dosięgnęły większości z nich. Basior nie tracił energii, by rzucać ogień na odległości przekraczające pięć metrów.
Zdecydowałem, że muszę spróbować pomimo tego do niego dotrzeć. Zdawałoby się, iż szanse na oberwanie kulą ognia były stosunkowo małe. Wilk nie miał pojęcia gdzie jestem. Przed jego oczami były tylko węże. Skoczyłem w jego kierunku. Trafiłem pazurami jego pysk. Sekundę później, poczułem falę piekącego bólu na lewej nodze i klatce piersiowej. Mojego nosa sięgnął swąd przypalonej skóry. Zacisnąłem zęby i syknąłem. Nie pozwoliłem jednak, by to mnie zatrzymało. Zadawałem kolejne ciosy, próbując utrzymać iluzję jak najdłużej. Wytrzymała jeszcze niecałą minutę; dokładnie tyle, ile trzeba było. Basior przestał atakować z użyciem swojego żywiołu.
- Dosyć! - wydusił.
Ugięły się pod nim łapy. Odsunąłem się od niego. Zostawiłem też w spokoju jego zmysł wzroku i słuchu. Węże zniknęły. Do basiora, z którym walczyłem podeszły dwa wilki. Kiedy zobaczyli, że nie miał siły opuścić z nimi miejsca walki, zmienili się w ludzi i podnieśli swojego kumpla, po czym cała trójka zniknęła w głośnym tłumie. Przejechałem wzrokiem po tej dzisiejszej widowni. Część śmiała się pod nosem, ale wielu pozostałych szurało zębami i spoglądało na zaistniałą sytuację z wielką furią. 
Też nie byłem zadowolony, kiedy straciłem Belloss na obstawianiu walki... Ale to nie jest tak, że zwykły wilk potrafi przewidzieć z absolutną pewnością, kto wygra. Sam już nie wiem, czy spodziewałem się swojego zwycięstwa. W końcu warunkowało o nim wiele czynników. Wystarczyłoby kilka drobnych różnic w przebiegu walki, by to moją osobę musiał ktoś stąd wynosić. 
Podszedłem do tłumu. Niektórzy poklepywali mnie po ramieniu, mówiąc, że dobrze mi poszło, inni mówili coś o jakimś Patricku, który będzie w stanie mi pomóc z tymi opatrzeniami. Odpowiadałem im wszystkim krótko, byłem naprawdę zmęczony. Jakiś młody wilkołak spytał, jakiej techniki użyłem.
- Nie mogę ci powiedzieć. Nie wiem, czy nie będę walczył jeszcze z tobą - odparłem, uśmiechając się dumnie, na tyle, na ile pozwalał mi ból.
Byłem z siebie naprawdę zadowolony.
Pośród masy nieznanych mi osób dostrzegłem pewną osobliwą, czarną sylwetkę. Była to Yuki. Patrzyła na mnie trudnym do odczytania wzrokiem. Nie potrafiłem na jego podstawie określić, czy przyszła tylko popatrzeć jak wilki i inne stworzenia zrywają z siebie skórę dla rozrywki, czy może chciała się też wzbogacić. Jeśli to drugie, to nasuwało się pytanie, na którego z nas postawiła pieniądze. Moje wątpliwości rozwiał dopiero łącznik, wręczający waderze sakiewkę z brzęczącymi monetami. Samica uśmiechnęła się pod nosem i dopiero wtedy ruszyła za pozostałymi w kierunku centrum miasta. Basior, dzięki któremu się tutaj znalazłem, podszedł także i do mnie.
- Jutro możesz odebrać swoje Belloss. Tylko odpocznij trochę, zanim tu wrócisz.

<C. D. N.>

Uwagi: brak

sobota, 18 maja 2019

Od Exana "Wieczór poszukiwań" cz. 1 (cd. Cess)

Październik 2023
Dzisiejszy wieczór był chłody. Chłód wiatru przedzierał się przez futro, wywołując dreszcze od ogona, po uszy. Alfa zarządził, żeby nasze smoki zatrzymać w miejscu niedaleko położonego od lasu, który wydawał się przebijać horyzont. Mój ojciec wraz z moim rodzeństwem wyskoczyli z grzbietu naszego smoka, po czym zaczęli szukać jakiegoś miejsca na odpoczynek. Smok rozpostarł jeszcze raz błoniaste skrzydła, po czym złożył je jak wachlarze. 
Płaskowyż, na którym wylądowaliśmy był pusty od jakiejkolwiek żywej duszy, a jego zakątki przemierzał surowy wiatr. Smok ponaglił mnie, abym poszedł za ojcem. Westchnąłem tylko i pożegnałem się z nim, w głębi kryjąc urazę do niego. Właśnie skazał mnie na towarzystwo mojego szalonego rodzeństwa... obecność Joela jeszcze zniosę. 
Stąpałem po szorstkiej trawie, w której gdzieniegdzie majaczyły kopce kretów. W czasie, gdy rodzeństwo było pochłonięte swoją zabawą, a mój tata z kimś rozmawiał (chyba z przyjacielem), ja zaczynałem rozkopywać kopce. Strasznie to lubiłem, bo gdy to robiłem, w wykopanym otworze ziemi, znajdował się tunel. Tędy zwierze musiało wyjść. 
Tata tak był pochłonięty rozmową, że nie zauważył zniknięcia mojego zwariowanego rodzeństwa. 
- Exan! - zawołał mnie tata. Podszedłem do niego. Ów rozmówcą mojego taty był nie kto inny, jak Asgrim.- Widziałeś, gdzie odeszli twoi bracia?
Oczywiście! Jestem z nich najmłodszy, po co mam się nimi przejmować?! 
- Nie mam pojęcia, tato - odparłem, a w głębi siebie, aż chciało mi się krzyczeć.
- Mógłbyś ich poszukać?
- Czemu ja? Mają swoje rozumy! - odpowiedziałem buntowniczo. 
- Exan, to są twoi bracia! - Ojciec najwyraźniej nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą powiedziałem.
- No i co z tego? Zawsze, jak coś zbroją, wszystko spada na mnie! 
Przyjaciel mojego ojca uniósł lekko brew.
- Joel, jak chcesz, mogę ci pomóc ich odszukać.
Joel pokręcił przecząco głową.
- Nie musisz, ja i Exan pójdziemy ich poszukać, ty idź i odpocznij. 
Ostatnie słowo brutalnie zostało stłumione, przez gwałtownie ożywiony wiatr, nasze futra przez chwilę targnęła wszechogarniająca siła powietrza. 
- Pójdę z wami - przyjaciel taty był trochę uparty. 
Joel obdarzył przyjaciela wdzięcznym spojrzeniem, a mnie... szkoda gadać. W jego spojrzeniu mogłem wychwycić zaklęty w nim żal. Nie powiem, zrobiło mi się przykro. 
Gdy nasza trójka wyruszyła w poszukiwania, ja starałem się nie przejmować tym wszystkim. 
Gdy mój ojciec i jego przyjaciel rozdzielili się, ja podążyłem za Joelem. 
Wytyczona przez niego ścieżka przez zarośnięte chaszcze, doprowadziła mnie do nieznajomego mi miejsca, ale udało mi się też zwietrzyć czyiś zapach. Ani mojego ojca, ani rodzeństwa. To była wadera. 
W szali ogarniającej już cały teren ciemnością, była ona pod postacią cienia. Gdy mnie ujrzała, podeszła do mnie, a wtedy zaczęły się rysować jej rysy pyszczka, jej w pół rogata głowa nosiła nietoperzowate uszy, które jedno z nich było przekłute kolczykami. Jej czerwone oczy wpatrywały się we mnie groźnie, ale tylko tak wyglądały. 
- Co tu robisz, mały?
Że co? Ja mały?
- To pani jest mała! Ja jestem tylko niski!
Wadera roześmiała się tylko.
- Czego tu szukasz? Wiesz, że noc to nieodpowiednia pora dla takich szkrabów, jak ty?
Czułem, że zaraz pewność siebie rozwali mnie od środka.
- Nie boję się, tak samo jak pani! 
Wadera uniosła brew.
- Odwagi ci nie brak, co? No dobrze, młody. Czego szukasz? - zapytała tym razem stanowczo.
- Mojego rodzeństwa! - odparłem tylko. 
Wadera znów uniosła brew, tym razem jeszcze wyżej i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Ale oni są tutaj! - rzekła wadera. - Śpią
Różne rzeczy słyszałem. Na przykład to, że sowa jest w stanie dostrzec swoją ofiarę nawet pod najgłębszą warstwą śniegu, albo to, że woda jest w stanie zmiażdżyć każdą żywą istotę, która będzie zanurzać się coraz głębiej. Ale żeby moje rodzeństwo, które chyba nie grzeszyło rozsądkiem, żeby wybrać się bez wiedzy taty na przechadzkę po kompletnie obcym im miejscu... i jeszcze usnąć bezmyślnie. 
- Musieli być bardzo zmęczeni - powiedziała wadera. 
- Nie wątpię!
Moi bracia leżeli obok siebie. Wyglądali, jakby w czasie zabawy poczuli zmęczenie, które nie mogli powstrzymać.
- ...Emm dziękuję pani...
- Mów mi Cess, mały. 
Cess pomogła mi zaciągnąć moje rodzeństwo do obozu, ale tata jeszcze nie wrócił z poszukiwań.

<Cess?>

Uwagi: Brak tytułu i daty! Zdarza ci się mieszać czasy. Kiedy wtrącasz narrację do dialogu, spacja powinna być również przed myślnikiem (np. "- Witaj - powiedziała").

Od Cess "Gdy lis spotka wilka" cz. 1

Listopad 2023 r. 
Od niedawna znajdujemy się w Białym Królestwie. Miejsce to dla mnie było bardzo dziwne. Wszędzie były jakieś zakazy lub nakazy. Restrykcyjność tego miasta odzwierciedlał jego wygląd. Królowała tam biel. Nie przepadałam za nią, nie oddawała ona w żadnym stopniu mojego charakteru. Była zbyt… grzeczna i czysta, nostalgiczna oraz spokojna. Zupełnie nie w moim typie. Musiałam jednak przyznać, że Białe Królestwo zadziwiało swoją różnorodnością. Tyle magicznych stworzeń naraz nie widziałam od dawna. 
Był środek dnia. Słońce wisiało wysoko na niebie, a pogoda sprzyjała. Znudzona siedzeniem w jednym miejscu, postanowiłam rozejrzeć się po mieście. W końcu trzeba trochę pozwiedzać. Moim pierwszym punktem na liście, była biblioteka, znajdująca się w Białym Pałacu. Choć czytać nie potrafiłam, to miałam nadzieję spotkać kogoś, kto postarałby się mnie nauczyć. Musiałby być to ktoś bardzo cierpliwy. Ja natomiast do cierpliwych zdecydowanie nie należałam. Obrałam więc kierunek do celu i ruszyłam w tamtą stronę. 
Cisza panująca w środku, była dla mnie czymś nienaturalnym. Wśród półek i regałów, pałętało się wiele mieszkańców. Gigantyczne zbiory ksiąg uświadomiły mi, że chyba jedna z niewielu, nie posiadałam jeszcze umiejętności czytania. O pisaniu lub liczeniu nawet nie wspomniałabym. Zaklęłam się w duchu i z małym niepokojem weszłam w głąb biblioteki. Stojące w równych rządkach książki, ciągnęły się w nieskończoność. Na ich grzbietach widniały symbole, których niestety przeczytać nie potrafiłam. Grube okładki natomiast, skrywały tysiące papierowych stron. 
Magnus tłumaczył mi pewnego razu, że każda książka może być o czymś innym. W niektórych zawarte były bajki dla dzieci czy inne opowieści, nie zawsze oparte na faktach. „Ktoś mądry wymyślił sobie historię i zapisał na stronicach. Miała ona rozbawić, doprowadzić do smutku lub zaintrygować. Tworzone są głównie dla rozrywki” - tak mniej więcej brzmiały jego słowa, kiedy starał się odpowiedzieć na moje pytania. Dowiedziałam się też o księgach z zaklęciami, eliksirami, czy innymi medycznymi rzeczami. Te jednak chyba najmniej przydałyby mi się w przyszłości. Co innego mogłam powiedzieć o zbiorach legend i przypowieści. One zainteresowały mnie najbardziej. Gorączkowo wypytywałam się o znane mu legendy, ponieważ ja znałam tylko jedną i byłam ciekawa, czy została zapisana w jakiejś księdze. Gdybym nauczyła się czytać, mogłabym dokładnie przeanalizować tą historię. Następnym wspomnianym przez mojego przyjaciela rodzajem, były książki naukowe. Opisywały one jakieś doświadczenia, czy inne ważne fakty. Ogółem - nuda. Zapomniałam zapytać basiora, czy niektóre legendy mogłyby być prawdziwe. Postanowiłam to zrobić przy następnej okazji. Oczywiście, jeśli bym nie zapomniała. 
- Mówię ci, nie widziałem go od kilku dni - ktoś zaczął szeptać, a głos ten dochodził zza sąsiedniej alejki, oddzielonej regałem. Odsunęłam kilka książek i zaczęłam przysłuchiwać się dwóm samcom. Może to niekulturalne, ale nic ciekawszego do roboty nie miałam. - Cały czas wisi ci kasę? 
- Tak - odparł drugi, rozglądając się nerwowo. Automatycznie padłam na ziemię, robiąc hałas. Dyskrecja przede wszystkim. Nieznajomi musieli zapewne to usłyszeć, ponieważ szybko opuścili ten dział z książkami. Widziałam jak ich sylwetki wyłoniły się przy wyjściu z biblioteki. Skoro ta sprawa wymagała tajności, musiała być bardzo ważna. Niewiele myśląc, ruszyłam po chwili za nimi. 
Po drodze nie rozmawiali zbyt wiele. Szłam za nimi kilka metrów, aby zachować jakiś dystans oraz, by nie wydało się to podejrzane. W końcu nikt chyba nie chciałby być śledzonym. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi i nie odstawać od przypadkowych przechodniów. Niestety to było bardzo trudne, zważywszy na to, że hybryda raczej przyciągała wzrok. Musiałam jednak myśleć w miarę pozytywnie i nie przejmować się innymi. 
Zatrzymali się przed karczmą, do której po chwili weszli. Nie zamierzałam długo czekać i od razu po nich, wkroczyłam do środka. Nagle uderzył mnie zapach jedzenia, ale także czegoś mocniejszego, czego zidentyfikować nie potrafiłam. Nie zaprzeczyłabym, że pachniało tam przyjemnie, jednak po dłuższym czasie, zrobiłoby mi się mdło. 
- Nigdzie go nie ma - dwójka samców przysiadła się do stolika, przy którym siedzieli też inni mieszkańcy. Zaczęli o czym zażarcie dyskutować. Przez gwar panujący w karczmie, nie mogłam się skupić i zrozumieć o czym rozmawiali. Warknęłam cicho pod nosem i usiadłam przy stoliku, który znajdował się najbliżej nich. 
- Gdy go znajdę, wydrapię mu gardło - syknął szary kocur, pokazując swoje pazury. Wymachiwał nimi we wszystkie strony, dając do zrozumienia swoim kompanom, że nie żartuje. 
- Bądź spokojny, na pewno zapłaci za swoje - rzekł masywny, szary basior, starając opanować gniew kota. Ten tylko mruknął coś niezrozumiale pod nosem i pochwycił kufel z napojem. - Może znajdziemy kogoś, kto nam pomoże.
Jedyne czego byłam pewna to, że kogoś szukali. Moje oczy zabłyszczały jak monety, a ja, jako dobra dusza postanowiłam im pomóc. Nie widziałam w tym zysku, ani satysfakcji. Chodziło mi tylko o zabicie czasu, którego mieliśmy, aż w zanadrzu. Długi postój w Białym Królestwie nie mógł zakończyć się bez jakiejkolwiek przygody. 
Zawzięta wstałam energicznie z krzesła. Skutkowało to jednak tym, że niezgrabnie zderzyłam się ze stołem, a następnie z twardą podłogą. Ogon, który jeszcze przed chwilą znajdował się na podłodze, jakimś cudem pojawił się na krześle sąsiedniego stołu. Jęknęłam głośno, gdy starałam się podnieść. W tamtym momencie walnęłam łbem w spód stolika, przewracając stojący na nim wazonik. Upadłam z hukiem na ziemię, robiąc małe zamieszanie. Po chwili stanął nade mną wilk o jasnym, niebieskim futrze. Wpatrywał się we mnie pytającym, szarym spojrzeniem, podczas gdy ja byłam idealnie rozłożona na podłodze i prezentowałam się jako dywanik. Zamierzał już coś powiedzieć, jednak ja poderwałam się gwałtownie do góry, starając się utrzymać równowagę. 
- Wszystko w porządku! Nic mi nie jest, dzięki za troskę! - zaśmiałam się nerwowo i wyminęłam szybko basiora, przez przypadek trącając go lekko ogonem ciągnącym się za mną. Moja pewność siebie i godność trochę ucierpiały, lecz ja uparcie zmierzałam w stronę stolika, przy którym siedzieli śledzeni przeze mnie mężczyźni. Oni także wlepili we mnie swoje podejrzliwe spojrzenia. 
- Pani przypadkiem alkohol zbyt mocno do głowy nie uderzył? - spytał jeden z nich, dokładnie zmierzając mnie wzrokiem od góry do dołu. Zmrużyłam oczy i przekręciłam głowę w prawo. 
- Alko… co? - zawiesiłam się, nie do końca wiedząc o co mu chodziło. Wszyscy momentalnie parsknęli gromkim śmiechem. Skrzywiłam się, będąc jeszcze bardziej zdezorientowana. 
- Zdecydowanie jest wcięta - któryś ryknął śmiechem, czochrając mi futro na łbie. Nie spodobało mi się to. Zawarczałam wściekłe, na co ten od razu cofnął łapę. Gdy pokazałam dwa rzędy lśniących, ostrych zębów śmiechy ucichły. Wyprostowałam się i wkurzona zmarszczyłam brwi.
- Pomogę wam szukać - prychnęłam, będąc zdeterminowana. Zebrani spojrzeli po sobie w ciszy, a następnie znów zaczęli się śmiać. Chyba nie traktowali mnie na poważnie.
- Iveqin to cwany lis - stwierdził kojot, przyglądając mi się bardzo dokładnie. Starał się zachować powagę, ale cwaniacki i kpiący uśmiech zdradzał wszystko. - Wątpię, aby taka wątła i do tego niezbyt bystra wadera poradziłaby sobie - dodał lekceważąco. Coś się we mnie zagotowało. Wbiłam pazury w podłogę oraz napięłam mięśnie. 
Nagle jednak zdałam sobie sprawę, że nie warto. Po co miałam przejmować się jakimiś samcami, którzy traktowali mnie pobłażliwie. Fuknęłam w ich stronę i zaczęłam iść wyjścia. Miałam już odejść, gdy coś lub najpewniej ktoś, potknął się o mój ogon. Odruchowo spojrzałam w tamtym kierunku i kiedy zobaczyłam spadające kufle z napojami, szybko zareagowałam. W jednym momencie ciecz zatrzymała się w powietrzu, unikając spotkania z deskami. Drewniane kufle odbiły się od podłoża i wylądowały w kilku różnych miejscach pomieszczenia. Popatrzyłam na poszkodowanego, którym okazał się ten sam basior, który stał kilkanaście minut temu nade mną. Teraz on odbył bliskie spotkanie z podłogą i udawał dywan. Bardzo ładny dywan zresztą. Prezentował się zapewne o wiele lepiej, niż ja. Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco, a on zrobił to samo.
- Przepraszam - powiedzieliśmy równocześnie, przez co stało się jeszcze bardziej niezręcznie. Odsunęłam się kilka kroków, aby mógł spokojnie wstać. Następnie zaczął zbierać kufle, a gdy je postawił na tacce, wypełniłam je z powrotem napojem.
- Przynajmniej podłoga nie klei się od piwa - powiedział cicho, wypowiadając następnie jeszcze ciszej „Dziękuję”. Kiwnęłam spłoszona lekko głową. Tym napojem było piwo. Nie miałam zielonego pojęcia, czym było, lecz jeśli, aż tyle osób je zamawiało, może ja też kiedyś bym się skusiła. W wyniku tej całej afery, zapomniałam po co tu w ogóle jestem. Rozejrzałam się po karczmie, napotykając na spojrzenia wszystkich zebranych. 
- To mówisz, że chcesz nam pomóc? - chrząknął szary basior, patrząc mi w prosto oczy. Zamrugałam szybko kilka razy i podeszłam znów do ich stolika. 


<C.D.N.>


Uwagi: Niepoprawna data; fabularnie wilki przybywają do Białego Królestwa dopiero w listopadzie 2023.