sobota, 13 lipca 2019

Od Torance "Czas na krótkie wyjaśnienia" cz. 1 (cd. Navri/Dante)

Wrzesień 2023
- Kiedy w końcu z nimi porozmawiasz? - spytał As.
- Niedługo - odparłam, wzdychając głośno. Nie miałam ochoty zaczynać kolejnej rozmowy z tej serii. Wiedziałam, jak to się skończy i najchętniej zwinęłabym się w kłębek i poszła spać, unikając rzeczywistości. Zresztą, sama myśl o rozmowie z moją już nie tak niedawno odkrytą rodziną sprawiała, że czułam się wyczerpana.
- To "niedługo" trwa już całą wiosnę i lato. Ile masz zamiar jeszcze czekać? Zasługują, żeby w końcu się dowiedzieć. Po tylu latach...
Basior był - delikatnie mówiąc - rozdrażniony. Nie rozumiał, czemu tyle to odwlekałam. Najchętniej by pewnie sam im wszystko powiedział, jednak nie mógł z prostej przyczyny: to jego nie dotyczyło. Był dla nich jeszcze bardziej obcy, niż ja.
- Wiem... - burknęłam pod nosem.
- I pomimo tego nic nie robisz. Tori! - upomniał mnie niczym surowy ojciec swoje szczeniaki. Albo nauczyciel, którym mimo wszystko był.
Westchnęłam głośno.
- No wiem... Powiem im.
- Kiedy?
- Dzisiaj. Ewentualnie jutro.
Na pysk Asgrima wkroczył dumny uśmiech, jednak kiedy się odezwał, jego głos nadal był nienaturalnie stanowczy.
- Przypilnuję cię - powiedział, a ja wiedziałam, że tym razem nie zdołam uciec.

Ze względu na to, że decyzja padła podczas podróży na smoku, As miał niezwykle ułatwione zadanie. Tuż przed lądowaniem próbowałam udawać, że śpię, jednak samiec szturchał mnie tak długo, że wybudziłby zmarłego od kilku lat. Poza tym wspomagał się krzyczeniem prosto do mojego biednego ucha.
Poddałam się w chwili, kiedy Passer wylądował na ziemi. Zerwałam się wówczas z miejsca i zanim As zdążył zareagować zepchnęłam go z grzbietu smoka. Samiec posłał mi zirytowane spojrzenie, jednak szybko wstał i się otrzepał. A zaraz potem zaczął mnie pospieszać. W tamtej chwili mogłabym się założyć, że był mi wdzięczny za pomoc z niezwykle szybkim zejściem.
Ledwo zdążyłam zacząć schodzić, a basior już biegł w stronę smoka, na którym zwykle podróżował Dante. Zawołał go i czym prędzej zaczął go zagadywać. Starszy z samców wyglądał na zaskoczonego, przez co zaczęłam się martwić o to, co powiedział mój partner.
Zbliżyłam się do nich na tyle blisko, by móc usłyszeć odpowiedź Dana.
- Jasne. Nie ma sprawy - spojrzał na mnie z uśmiechem i odszedł w swoją stronę.
- Co ty mu powiedziałeś? - spytałam Asa, robiąc groźną minę.
- Że chciałabyś z nim pogadać o czymś bardzo ważnym. Najlepiej dzisiaj, kiedy wszyscy się trochę ogarną. Nic wielkiego - odparł ten z szerokim uśmiechem. - Nie musisz dziękować.
- Nie zamierzałam.
Basior posłał mi rozbawione spojrzenie. Czy nic dzisiaj nie mogło wyprowadzić go z równowagi? 
- To teraz musisz zapytać jeszcze Navri.
Uniosłam brwi.
- Ja? Sądziłam, że ty chcesz się wszystkim zająć.
Asgrim w ramach odpowiedzi jedynie potargał mnie po głowie, na co prychnęłam niezadowolona i bez słowa odeszłam w stronę, gdzie mignęła mi wysoka sylwetka mojej kuzynki. Nie rozmawiałam z Navri od bardzo dawna i trochę obawiałam się tego, jak mogła potoczyć się ta rozmowa. Tym bardziej, że komunikacja nigdy nie była dobrą stroną wilczycy, nawet kiedy się przyjaźniłyśmy. Jak to będzie wyglądać teraz, po tylu latach życia niby gdzieś obok, ale jednak z dala od siebie? A już zwłaszcza po rewelacjach, które miałam zamiar im ogłosić...?
Niepewnie zatrzymałam się obok wilczycy, która grzebała w jednej ze skrzyń, niewątpliwie czegoś szukając. Jeśli mnie zauważyła, nie dawała tego po sobie poznać.
Odchrząknęłam i wysyłając w swoją stronę kroplę magii uspokajającej, odezwałam się cicho i nadal trochę niepewnie.
- Cześć, Navri. Możemy porozmawiać?
Biała wilczyca odwróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie beznamiętnym spojrzeniem.
- Witaj. Jestem trochę zajęta - odparła.
Skinęłam głową ze zrozumieniem.
- Oczywiście nie musi być teraz. Po prostu... Mogłybyśmy się spotkać, kiedy już załatwimy wszystkie nasze obowiązki? - powiedziałam na jednym wydechu.
- Może... Niczego nie obiecuję, ale postaram się znaleźć dla ciebie odrobinę czasu.
- Dzięki. To... Do zobaczenia, mam nadzieję.
Nie czekałam na słowa pożegnania, tylko od razu odwróciłam się i poszłam w swoją stronę. Rozmowa z Navri była niczym przypieczętowanie. Po niej nie było już odwrotu. Nadszedł czas na wyjaśnienia...

Po polowaniu usiadłam niedaleko naszego tymczasowego obozowiska. Starałam się wybrać miejsce na widoku, żeby Dante i Navri mogli mnie w łatwy sposób zauważyć i do mnie dołączyć. Szczęśliwie oboje przyszli w podobnym czasie, co uchroniło mnie przed niezręczną ciszą, kiedy nie mogłam jeszcze wyjaśnić powodu, dla którego chciałam się z nimi spotkać.
Kiedy i oni usiedli, zamarliśmy przez kilka chwil w ciszy. Próbowałam wydusić z siebie jakiekolwiek słowa, jednak nie wiedziałam od czego w ogóle zacząć. Była całkowicie zestresowana. Jedynie czary, które na siebie zsyłałam, pozwalały mi normalnie oddychać.
W końcu zdołałam się zmusić do wypowiedzenia pytania, które miało zacząć tę całą trudną rozmowę.
- Cóż... Chciałam się z wami spotkać, by porozmawiać na dość delikatny temat... - Westchnęłam głośno, ściągając na siebie spojrzenia dwójki wilków - Dante, jak miała na imię twoja partnerka? I... Co się z nią stało?
Widziałam, jak zdezorientowany basior marszczy brwi. Nie rozumiał, czemu w ogóle chciałam o niej rozmawiać.
- Astrid - odparł - Nie pamiętam... Powody jej odejścia były dość niejasne. Mówiła, że wróci niebawem, jednak tak się nie stało. To było niedługo po narodzinach Navri.
Skinęłam głową ze zrozumieniem. Tyle już wiedziałam ze wspomnienia, które podarowała mi Vestar, jednak musiałam się upewnić, że to wszystko nie było jedynie wytworem mojej wyobraźni. 
- Jakiś czas temu spotkałam się z moją matką. Przekazała mi kilka swoich wspomnień i... - zaczęłam, lecz w tym momencie głos mi się załamał. Bałam się skończyć tą krótką opowieść. Wypuściłam głośno powietrze, próbując zebrać całą swoją odwagę i kontynuować. - Wśród nich było to o spotkaniu jej i Astrid, niedługo przed jej śmiercią.
Wpatrywałam się we własne łapy, obawiając się reakcji wilków na moje kolejne słowa.
- One... Były siostrami.

<Navri? Dante? Przepraszam, że tak długo to odwlekałam...>

czwartek, 11 lipca 2019

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 5 (cd. Crane)

Styczeń 2024
Crane usiadł, owijając ogon wokół łap.
- Co dzisiaj porabiałaś? - spytał.
Wzruszyłam ramionami, nadal się uśmiechając. Ten samiec działał na mnie tak, że po prostu nie umiałam się nie szczerzyć w jego obecności.
- W sumie nic interesującego. Co prawda byłam na mieście z Redianem, ale szybko się ode mnie odłączył. Nadal nie wrócił - westchnęłam, zerkając na zamknięte drzwi. Nie lubiłam, kiedy ten szwendał się po Białym Mieście. To miejsce nie należało do najprzyjemniejszych, a on nadal był kociakiem...
- Podobno wszystkie koty zachowują się w podobny sposób...
Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
- Widziałeś kiedyś Elenę? - spytałam, przypominając sobie drobną towarzyszkę moich przyjaciół - No wiesz, kotkę Asa i Tori. Całe dnie podąża za nimi lub siedzi w ich pokoju. - dodałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że Crane może nie znać jej z imienia.
- No... nie. Ta parka nie zaprasza mnie do siebie - odparł.
Mój uśmiech zamarł. W głowie stanęły mi wszystkie drobne spory, które przeprowadziłam z Asgrimem i Torance o Crane'a. Zwłaszcza ta druga miała problem z zaakceptowaniem tego, że się z nim zadawałam. A kiedy wyczuła moje uczucia względem niego (czasem nienawidziłam jej żywiołu), wszystko dodatkowo się skomplikowało. Uważała, że basior nie był dla mnie odpowiedni i widocznie nic nie miało zmienić jej zdania. As oczywiście jej ufał, jakżeby inaczej. Jednak w przeciwieństwie do niej, nie przekładał swoich poglądów nad przyjaźń...
- Ach, no tak... Nadal nie rozumiem, czemu tak bardzo cię nie lubią - powiedziałam zgodnie z prawdą.
Uszy basiora jeszcze bardziej odchyliły się do tyłu.
- Ja też nie. Chyba są w jakiś sposób uprzedzeni do wszystkich wilków z mojej watahy.
- To głupie - stwierdziłam głośno.
- Ta... - opuścił brwi. - Spójrzmy prawdzie w oczy; wilki z Watahy Czarnego Kruka nigdy nie były traktowane wewnątrz watahy tak samo, jak wy.
Westchnęłam. W głowie stanęły mi wszystkie szczeniaki, które zostały zabite lub porzucone jedynie ze względu na to, że urodziły się z nieodpowiednim żywiołem. Widziałam pyski kapłanów, których magia działała w wąskim zakresie, a w uszach szumiały mi wszystkie wyzwiska kierowane pod ich adresem.
- Nie ma jak to segregacja poprzez rzeczy, na które nie mamy wpływu.
Crane mruknął coś na potwierdzenie moich słów. Dopiero po chwili kontynuował wątek.
- Co prawda w waszym stadzie już niewielu zostało, którzy pamiętają te rzeczy, o których opowiadał mi ojciec... - tu urwał.
Przeniosłam się do pozycji leżącej w taki sposób, że pysk złożyłam na przednich łapach. Wlepiłam wyczekujące spojrzenie w basiora, jednak ten milczał.
- Wiesz, że nigdy nie słyszałam tej historii? - spytałam cicho - Dorosłych wilków nie uczą już takich rzeczy...
Spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem.
- Naprawdę? - spytał, szybko odwracając wzrok. - Może to i lepiej...
Uniosłam delikatnie łeb, mrużąc oczy.
- Dlaczego?
- Może faktycznie kiedyś to zaprowadzi do integracji w tym "Stadzie Magicznego Kruka"... - odparł z lekkim zamyśleniem.
- Masz na myśli zapomnienie o całej sprawie?
Wilk skinął łbem.
Zmarszczyłam brwi. Co takiego musiało się wydarzyć, że pomimo upływających lat, niektórzy nadal trzymali się nawzajem na dystans? Musiała minąć chwila, zanim w mojej głowie zrodziła się przerażająca myśl. Oczami wyobraźni widziałam dziesiątki poległych ciał na dawnych terenach watahy.
- Prowadziliście wojnę? - spytałam. Mój głos dość mocno zahaczał o szept. Miałam wrażenie, że o takich rzeczach nie powinno się mówić głośno.
Na pysk Crane'a wkroczył grymas, który chyba w teorii miał przypominać uśmiech.
- Wojna to mało powiedziane.
Po tych słowach pokój zamarł w ciszy. I tym razem była to jej ciężka odmiana. Nie znałam tej historii, nie wiedziałam, co dotknęło przodków między innymi Crane'a, a może i jego samego. Każde możliwe do wypowiedzenia słowo wydawało się być nie na miejscu, więc milczałam. Dopiero sam basior odezwał się jako pierwszy.
- Jeśli jesteś bardzo ciekawa, mogę ci opowiedzieć... Tylko nie chciałbym, żebyś zaczęła przez ten pryzmat inaczej postrzegać moje stado. Ani tym bardziej mnie.
- Większość z was była wówczas szczeniakami, jeśli w ogóle byliście na tym świecie. Nie mieliście na nic wpływu, a błędy przodków są ich błędami - Uśmiechnęłam się niepewnie. - Innymi słowy, ta historia nic nie zmieni w naszych relacjach, nie martw się o to.
Poczułam na sobie jego zmartwione spojrzenie. Nie wierzył mi, a przynajmniej nie w pełni. Westchnęłam i wstałam. Zanim basior zdążyłby się odsunąć, położyłam przednie łapy na jego barkach. Nachyliłam się w ten sposób, że nasze pyski dzieliła odległość myszy. Wpatrywałam się w jego niezwykłe oczy błagalnym wzrokiem. Crane drgnął, jakby miał zamiar się wycofać, jednak koniec końców nie zrobił nic. Patrzył.
- Zaufaj mi, dobrze? - poprosiłam cicho.
- Dobrze - odparł bez wyrazu.
Zabrałam łapy i usiadłam obok na tyle blisko, że z łatwością wyczuwałam ciepło jego ciała. A może po prostu to mi było tak gorąco ze względu na tą bliskość...?
Crane zaczął cicho opowiadać. Mówił o Asai, złej do szpiku kości wilczycy, która przez wiele lat była Alfą Watahy Czarnego Kruka. Okrutna wilczyca ciągle spierała się o znacznie bardziej urodziwe tereny, które należały do Watahy Magicznych Wilków, jednocześnie sprowadzając klątwę na swoich poddanych. Opowiadał o wojnach, które najbardziej zapisały się w historii naszych watah. O tym z czym wiązało się życie w tamtych czasach.
Co jakiś czas zadawałam nieśmiało pytania, by dowiedzieć się więcej. Historia była skomplikowana, długa i wstrząsająca. Nie mogłam uwierzyć, że niektóre znane mi wilki przeżyły to wszystko na własnej skórze. To wydawało się zbyt odległe, niemal nierealne. W jednej chwili przestałam się dziwić wycofaniu, które było nieodłączną częścią wilków z dawnej Watahy Czarnego Kruka.
Widziałam też, że Crane nadal nie był przekonany odnośnie tego, że ta opowieść nic nie zmieniła między nami. Wobec tego, w którymś momencie zmniejszyłam dzielący nas dystans i wtuliłam w jego sierść. Słyszałam głośne bicie serca i próbowałam się na nim nie skupiać. Chociaż z tyłu głowy nadal o tym myślałam, a i skręcony ze stresu żołądek nie pozwalał mi całkiem zapomnieć. 

<Crane?>

Od Edel "Czuję tylko zagubienie" cz. 4

Listopad 2023
Tamtego dnia wybiegłam z pokoju Crane'a jak największa idiotka. Z perspektywy czasu moje zachowanie wydaje mi się nieco irracjonalne, jednak wtedy nie widziałam innego wyjścia. Myśli kotłowały się w mojej głowie, a wahania nastroju zostały wzmocnione przez trwającą cieczkę. Może to nie było idealne wytłumaczenie, ale wówczas nie miałam lepszego.
Dopiero później, po kilku dniach zdałam sobie sprawę z tego, że byłam na wykończeniu. Nie podobały mi się zabawy w podchody, ciągłe zgadywanie oraz brak jakiejkolwiek pewności. Chciałam w i e d z i e ć, nawet jeśli nie zdawałam sobie z tego w pełni sprawy.
Czemu mu tego nie powiedziałam? Nie byłam przecież specjalnie dyskretna. Musiał się domyślać, jednak coś powstrzymywało go od działania. Jakiegokolwiek. Gdybym tylko się odezwała, mogłabym zakończyć ten stan pomiędzy - myślałam niemal każdego dnia.
Jednak, kiedy tylko go spotykałam, język stawał mi kołkiem, a ja popełniałam kolejne błędy. Basior zdawał mi się je wybaczać, ale... To musiało się skończyć. Tylko najpierw musiałam zebrać całą moją odwagę, której nigdy nie było zbyt wiele. Przynajmniej, kiedy chodziło o uczucia.

Styczeń 2024
Z czasem nad Białym Miastem pojawiły się chmury, z których spadał śnieżny puch. Na szybie (dziwaczny wynalazek zapewne zapożyczony od ludzi, który pozwalał na patrzenie na świat, nie wpuszczając jednocześnie zimna) powstawały mroźne wzory, każdego dnia inne, lecz niezmiennie piękne. W skrócie: nadeszła zima.
Przez ostatnie miesiące wiele razy rozmawiałam z Cranem. Sąsiedztwo basiora sprzyjało rozwojowi naszej relacji. Spotykaliśmy się już nie tylko na korytarzach, ale również na ulicach Białego Miasta. I nie były to przypadki, a zaplanowane wyjścia. Każde z nich rozpalały we mnie iskry nadziei, jednak nigdy nie zdecydowałam się powiedzieć mu tego wprost. Bałam się.
Któregoś dnia usłyszałam cichy stukot do moich drzwi. Kilka uderzeń w równych odstępach czasu. Nie musiałam otwierać, by wiedzieć kto to był. Crane zawsze pukał w idealnie ten sam sposób.
Na mój pysk automatycznie wstąpił uśmiech, kiedy ruszyłam szybkim krokiem w ich stronę. Żołądek - jak zwykle przed spotkaniem z nim - zacisnął się w miły sposób.
- Hej - powiedziałam, od razu odsuwając się, by wpuścić go do środka.
Na pysk samca również wkroczył szczery uśmiech.
- Cześć, E - przywitał się, wchodząc do pomieszczenia.
Zamknęłam za nim drzwi i gestem łapy wskazałam, żeby się rozgościł.
- Jak tam? - spytałam, siadając naprzeciwko niego.
- Po staremu w sumie - Samiec nieznacznie odwrócił wzrok, kiedy mówił. Zresztą już sam jego głos nie brzmiał szczególnie pewnie - Chciałem z tobą o czymś porozmawiać...
W pierwszej chwili jego słowa całkiem mnie zmroziły. Czyżby to właśnie miało być dzisiaj? Czy dzisiaj wyjaśnimy sobie wszystko, nie zważając na skutki, które może to ze sobą nieć? - myślałam gorączkowo. Minęło kilka długich chwil, zanim zdołałam się ogarnąć na tyle, by jakkolwiek odpowiedzieć. A i wówczas mój głos zdradzał dręczący mnie niepokój.
- Coś nie tak?
- Nie. Tylko... Mam dwie wejściówki na jeden koncert. I chciałem wiedzieć, czy masz czas dziś wieczorem. Wiesz, żeby ze mną tam pójść.
Westchnęłam w duchu, słysząc jego słowa. To to tylko koncert. Zwyczajne, przyjacielskie wyjście. Nic nadzwyczajnego. Mimo wszystko nie mogłam powstrzymać promiennego uśmiechu. Cieszyłam się z każdej chwili, którą mogliśmy spędzić razem.
- Bardzo chętnie z tobą pójdę.
Basior westchnął jakby... z ulgą? Zastrzygłam uszami, by upewnić się, że dobrze usłyszałam. Jednak gdy ten się odezwał, jego głos brzmiał zwyczajnie.
- Świetnie.
- Skąd właściwie je masz? - spytałam nagle zdając sobie sprawę, że pewnie musiał je kupić. Już dawno przyznałam mu się do mojej sytuacji finansowej, ale nadal nie chciałam, by wydawał na mnie zbyt wiele.
- Długa historia - odpowiedział, odchylając delikatnie uszu do tyłu.
Zerknęłam w stronę szafki, w której trzymałam drobną sakiewkę, gdzie były Bellos, które dostałam za pomoc w odnalezieniu Puszka.
- Jeśli chcesz, mogę ci za nie oddać. Wyjątkowo mam pieniądze.
- Nie, nie ma takiej potrzeby - odparł szybko.
Nie byłam specjalnie przekonana. Chciałam móc mu się jakoś odwdzięczyć za to wszystko, co dla mnie robił. A skoro już miałam te kilka Bellos... Drgnęłam w chwili, gdy do mojej głowy wpadł genialny pomysł.
- Już wiem! Co powiesz na to, że postawię ci kolację?
Crane uśmiechnął się.
- No... Dobra. Będziemy kwita.
To było oczywiste kłamstwo. Byłam mu winna o wiele więcej... Pomimo tego uśmiechnęłam się. Cieszyłam się z tego, że będę mu mogła jakoś zwrócić chociaż część tego, co on wydał na mnie.

<c.d.n.>

Od Exana "Wieczór poszukiwań" cz. 3 (cd. Cess/Joel)

Październik 2023
Może i wysoka wadera miała rację, ale też nie wiedziała, że potrafiłem być niezłym obserwatorem. Wadera nie jest żadną obcą osobą... 
- Pani nie jest obcą osobą, a poza tym pani wyznała mi swoje imię, czyli mi też nic nie grozi, jeśli powiem swoje.
Wadera uniosła wysoko brwi, zaśmiała się cicho, aby nie obudzić mego rodzeństwa. 
- No dobrze.
- Jestem Exan.
- Miło mi cię poznać, Exan.
Gdy dotarliśmy na miejsce, moja dorosła towarzyszka postawiła śpiących braci na ziemię, po czym pomagała mi wychwycić wzrokiem mojego tatę.
Znaleźliśmy go po półgodzinach. Do tego czasu rozmawialiśmy na różne tematy. Jednak, będąc w młodym wieku, zazwyczaj nie miałem pojęcia jak odpowiedzieć mojej rozmówczyni.
- Exan, tu jesteś, myślałem, że i ty się zgubiłeś - powiedział ojciec, po czym spojrzał na moje śpiące rodzeństwo i na Cess.
- Dziękuję za pomoc - podziękował ojciec waderze, a ta tylko kiwnęła głową, po czym uznała, że nie ma już czego szukać, więc odeszła, później znikając w mroku. Ja i mój tata z moim rodzeństwem, śpiącym na jego grzbiecie, poszliśmy do wyszukanego wcześniej przez niego bezpiecznego miejsca na nocleg. 
- Exan, nie jesteś śpiący? - zapytał tata, widząc, że w przeciwieństwie do braci, siedzę obok nich w miejscu pochłoniętym mrokiem. 
- Nie... czemu pytasz tato? - popatrzyłem na niego.
Joel pokiwał tylko głową z lekkim uśmiechem. 
- Idź spać, jutro wcześniej wstajemy, aby wyruszyć w dalszą podróż.
Tato podszedł do mnie i moich braci, po czym przytulił nas wszystkich na dobranoc. Położył się obok nas i zachęcał mnie ciągle, abym i ja zanurzył się w odmęty snu.

<Cess, Joel, ktoś z was chciałby dokończyć?>

Uwagi: brak daty! Niepoprawny tytuł. Spację dajemy również przed myślnikiem z wtrąceniem (np. "- Exan, nie jesteś śpiący? - zapytał tata.". Urwane zdanie.

Od Navri "Dziura w pamięci" cz. 2

Kwiecień 2024
W końcu nadszedł ten przeklęty dzień, w którym dane mi było poznać zawartość mojego brzucha, która rosła tam przez ostatnie kilka miesięcy. Na samą myśl czułam niesmak, ale kiedy przyszło co do czego, czułam się jeszcze bardziej obrzydliwa, niż gdy się nad tym zastanawiałam. Byłam wtedy sama w swoim pokoju, nie miałam zamiaru iść po żadnego doktora. Jak szczeniak zdechnie, to zdechnie. Powiem, że nie miałam siły wstać i po kogoś iść, choć było to nieprawdą.
Żałośnie leżałam na podłodze, drapiąc o dywan pazurami. Czułam jak mnie rozrywa u dołu. Miałam ochotę wrzeszczeć, ale zamiast tego zaciskałam mocno szczęki. Ktoś by jeszcze usłyszał i wezwał pomoc. Nie chciałam, aby ktokolwiek widział mnie w takim stanie. Chciałam, żeby to paskudztwo zdechło jak najprędzej. Chciałam zmniejszyć szanse przeżycia do zera. Chciałam się go pozbyć, jednak zabójstwo mi się nie uśmiechało. Nie chciałam go zagryzać, chciałam pozwolić mu paść z wyczerpania.
Przeturlałam się na brzuch, ale poczułam wtedy jeszcze silniejsze fale bólu. Syknęłam.
– Wyłaź… – wyszeptałam, starając się poruszyć tak, aby przyspieszyć poród lub pozgniatać szczeniaka w środku.
Kolejne fale bólu i następne. Podrapałam znowu dywan. Pewnie będzie do wymiany, ale co z tego? Ten karczmarz był zbyt miły, aby coś mi zrobić.
Czułam zimno i gorąco na przemian. To nie było przyjemne. W pewnym momencie zaczynałam trochę tracić kontakt, ale wiedziałam, że ten bachor jeszcze nie wylazł. Nie chciałam zasłabnąć, mając go nadal w środku. Szczególnie martwego. To dopiero byłoby upokarzające.
Szarpnęłam się po raz kolejny, orząc pazurami zniszczony dywanik.
Dopiero po jakimś czasie pomiędzy moimi ciężkimi oddechami usłyszałam… coś. Starałam się uspokoić, aby nasłuchiwać. Dźwięk się powtórzył. Piski? Cichutkie piski?
Zziajana obróciłam głowę za siebie. Niewiele widziałam. Nie miałam założonych okularów. Coś się tam wiło i poruszało bez ładu kończynami.
Wtedy zemdlałam z wyczerpania.
***
Nie wiem po jakim czasie odzyskałam świadomość. W momencie porodu miałam zamknięte okiennice, teraz również. Nie widziałam upływu czasu. Czułam się, jakby minęło tylko kilka minut, jednocześnie mając wrażenie, że było to kilka godzin.
Stęknęłam cicho, po czym podniosłam głowę. Wtedy poczułam jakiś ruch przy moim brzuchu. Nie w, a obok. Spojrzałam w tamtym kierunku i… ujrzałam jakiś zarys postaci. Przeklinałam w myślach brak okularów, lecz domyślałam się, że to szczeniak, który mimo moim usilnym błaganiom i największym chęciom przeżył, a teraz prawdopodobnie spokojnie spał lub czuwał. Czułam się, jakby mój świat się w tamtym momencie zawalił. Nigdy nie chciałam zostać matką. Nigdy. Nie chciałam mieć własnych szczeniąt, poświęcać im czasu, zabawiać i uczyć. Nie miałam zamiaru tego robić. Nie marzyłam o tym, jak większość wader. Szczeniaki nie sprawiały nigdy, że czułam się poruszona, nie wprawiały mnie w zachwyt, nie wzbudzały tęsknoty. Zdawały mi się od zawsze zbędnym bagażem, niepotrzebnym dodatkowym ciężarem w już i tak trudnym dorosłym życiu.
Nie umiałam się nawet wypowiedzieć, jak bardzo znienawidziłam tę kulki sierści jeszcze nim przyszła na świat.

Uwagi: brak.