niedziela, 19 kwietnia 2020

Od Ismanise "Moja historia" cz. 2 (cd. Infernum)

Luty 2026 r.
Isie ze zmęczenia kleiły się oczy. Wraz z Infinite postanowili iść na spacer wzdłuż plaży, ale szybko tego pożałowała. Reszta stada była pochłonięta swoimi codziennymi czynnościami. Znaleźli się w pewnym momencie tak daleko, że inne wilki całkiem zniknęły im z oczu. Miało być słodko i przyjemnie, ale Isa wcale nie uważała, aby tak było. Nawet Infinite się znudził i poszedł się pałętać po skraju dżungli. Isa obserwowała zachód słońca, ziewając przeciągle.
– Co powiesz na garść bananów do jedzenia? – zapytał nagle Infinite, wychylając się zza zarośli.
– Czemu nie. Skoro to randka, to postaraj się o coś dobrego – mruknęła Isa ze znikomym zainteresowaniem w głosie. Cichy szelest liści świadczył o tym, że Infinite udał się wgłąb dżungli.
Siedziała tak w bezruchu tak długo, jak słońce niemal całkowicie zniknęło z widnokręgu. Wówczas niespodziewanie do jej uszu dobiegły szelesty. Nie były one jednak spokojne i dość niezdarne, jak to przystało na Infinite. Nie, te były oszalałe. Szybkie, gwałtowne. Wstała z piasku i obróciła się przodem do dżungli. Coś goniło Infinite? Serce zaczęło jej bić szybciej. Z obawy przed tym, co zobaczy po prostu czekała.
Nagle z dżungli wyskoczył wysoki basior o czarnym futrze przecinanym znamionami o ciepłych odcieniach. Z całą pewnością nie był to Infinite. Nie pachniał też jak członek stada.
Zaczęła warczeć ostrzegawczo.
– Kim jesteś?
– Mam na imię Infernum. W dżungli byl pożar.
Wzrok Ismanise powędrował ku niebu, jednak nigdzie nie unosił się żaden popielaty obłok.
– Nie było pożaru – oznajmiła, akcentując dwa pierwsze słowa.
– Był, i ja go wywołałem.
Infernum patrzył na nią z taką powagą, że powstrzymanie śmiechu okazało się dla niej niemożliwe.
– Ty?
– Tak, ja – warknął groźnie. Zaraz potem z jego strony buchnął ogień tak nagły i niespodziewany, że Ismanise odskoczyła. Nie poparzyła się, ale musiała przyznać, że było to dla niej zaskoczenie.
– Zgaś to, bo zaraz wszyscy się tutaj zlecą.
– I dobrze. Niech sobie popatrzą – warczał dalej. Postąpił krok w kierunku Ismanise. Wycofała się na tę samą odległość. Nie bała się go. Jedyne o czym myślała, to żeby zaraz przybiegł Infinite. Infernum wyglądał na młodszego od nich, więc powinien zdołać zgasić jego płomienie...
– Po co te nerwy? Tutaj jest całe stado, nie masz szans.
– Jakoś nie widać – mówiąc to, postąpił kolejny krok.
Akurat w tamym momencie zza krzaków wyskoczył Infinite. Bojowo popatrzył w kierunku basiora.
– A ty coś za jeden? Nigdy cię nie widziałem.
– Nie twoja sprawa, kundlu.
Infinite cicho zagwizdał przez zęby.
– Zrobił ci coś? – zwrócił się do Isy.
– Nie. Tylko pajacuje – Wówróciła oczami.
– JA pajacuję? – zawarczał głośniej – Jestem potężniejszy niż się wam wydaje. Zaraz podpalę tę waszą śmieszną dżunglę...
Właśnie w tamtym momencie płomienie na jego futrze zgasły z cichym sykiem.
– I na co ci to było? Chyba twoja moc się wyczerpała – zadrwiła Isa.
– Nie rozumiem... – wymamrotał zagubiony. Popatrzył w swoje łapy.
Infinite westchnął cichutko.
– Powinniśmy chyba wezwać kogoś na pomoc z nim, co nie?
– Sami nie damy sobie z nim rady? – popatrzyła na swojego chłopaka z błyskiem w oku.
– Nie macie pojęcia z kim zadzieracie – syknął basior.
– Tak? A z kim? – zaśmiała się cicho Isa.
– Jestem synem Alf! Dziedzicem stada!
– Ja też. I co? – Przekrzywiła głowę Isa. Infernum nieco stracił rezon – Skoro masz swoje stado, to możesz do niego wrócić. Droga wolna.
– Nie żyją – powiedział, znowu uparcie spuszczając głowę. Wyglądał, jakby dopiero teraz zaczynał rozumieć, co tak właściwie mówi.
– To w takim razie o żadnym byciu Alfą nie możesz myśleć, bo twoja wataha najwyraźniej już nie istnieje. W tej chwili wtargnąłeś na teren stada i miałeś zamiar mnie atakować. I być może Infinite. Są za to kary, wiesz?
– Nie obchodzą mnie wasze głupie kary.
– Uhuhu... – Zagwizdała – Mocne słowa jak na... ile masz lat, skarbie?
– Nie twoja sprawa.
Zapanowało uporczywe milczenie. Infernum patrzył w swoje łapy, Isa patrzyła na niego rozbawiona, a Infinite zastanawiał się co powiedzieć.
– Wiecie... wydaje mi się, że powinniście być dla siebie milsi. Oboje – powiedział w końcu Infinite. Kiedy Isa miała coś powiedzieć, Infinite znowu ją wyprzedził:
– I nie zrzucajcie na siebie wzajemnie winy. Oboje jesteście winni.
Isa wywróciła oczami.
– To mam dla ciebie dwa wyjścia: albo zmykasz, albo idziesz z Alfami wynegocjować przyjęcie do stada – powiedziała.
– I nie kieruj się Isą, bo bywa wredna. Reszta stada jest całkiem miła – Uśmiechnął się Infinite – Jeśli chcesz się komuś wygadać o tym, co się stało z twoją rodziną, to służę wsparciem.

<Infernum? Witam w serii gdzie aż 3 postacie mają imiona na literę "i">

Od Sinope "Lepszy słuchacz"

Listopad 2025 r.
Sino nie smucił własny żal, a przygnębienie taty. Sama czuła w środku głównie pustkę. Tata zaś zwolnił się tymczasowo z obowiązków związanych z pełnioną funkcją, obiecując, że z czasem odpracuje godziny wilków z tego samego stanowiska. Większość czasu leżał w cieniu pod palmami, tępym wzrokiem obserwując fale i wsłuchując się w ich szum. Stał się dużo cichszy, a żartował od niechcenia. To był również czas, kiedy do Sino dotarło, jak bardzo jej tata był już stary.
Na szczęście lekcje były głównie przeprowadzane na plaży, a dokładniej w miejscu, z którego miała idealny widok na tatę. Rzadko kiedy się ruszał. Kiedy tylko nastawała przerwa, zajmowała miejsce tuż obok niego i starała się opowiedzieć, co przerabiali na danej lekcji. Tata stał się lepszym słuchaczem niż kiedykolwiek do tej pory. Rzadko kiedy jej odpowiadał, ale widziała, że i tak jej słucha. Nie miał innego wyjścia.
Nie sądziła również, że kiedykolwiek polubi lekcje, na których głównie się siedzi i słucha. Tłumaczenie Gerranda nie było szczególnie ciekawe, ale i tak zawdzięczała mu to, że zazwyczaj nie musiała się szczególnie wysilać. Jakiekolwiek czynności podejmowane na lekcjach zaczęły sprawiać jej ból i męczyły niemiłosiernie.
Nawet Isa darowała sobie zaczepki. Wieść o śmierci Janey szybko przebiegł po watasze, głównie za sprawą żałoby Dana. Właściwie to Isa przejęła się tym znacznie bardziej, niż Navri. Po Navri można było tylko powiedzieć, że prawdopodobnie mało ją to obchodziło. Sino nie pamiętała właściwie, kiedy ostatnio razem rozmawiały.
Czy Sino tęskniła za mamą? Tylko trochę. Nie umiała określić tego uczucia, ale z całą pewnością nie było ono tak silne, jak jej taty.
– Czy zrobiliście jakiś postęp w odkrywaniu swojej mocy w ciągu ostatnich kilku dni? – zapytał przyjaźnie Gerrant.
Wtedy Sino niemrawo przypomniało się, jak tata wspomniał, że za którymś razem ogrzała go tak bardzo, że myślał, iż ma przy sobie ognisko, a nie jej bok. Wtedy jej futerko zrobiło się też minimalnie bardziej pomarańczowe, niż zazwyczaj. A może tylko się jej wydawało...?
Uparcie wpatrywała się w swoje łapki, niepewna, czy powinna zaliczyć to do tego, o co pytał nauczyciel. Już miała otworzyć usta i coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.
– Sinope? Widzę, że o czymś myślisz.
– Ja... To nic ważnego, ale myślę, że ogień.
– Proszę? – w jego głosie wybrzmiało drobne zakłopotanie.
– Ogień. Możliwe, że mam żywioł ognia. Jak mogę się upewnić, że tak jest lub nie?
– Próbując podpalić jakiś przedmiot. Przy odpowiednim skupieniu powinno się udać.
Sino poczuła na sobie spojrzenia całej grupy. Najsilniej jednak odczuła wzrok Isy.
– Co powiesz na gałąź?
– Ale że teraz? – zdziwiła się Sino.
– Dlaczego by nie? Mamy lekcję magii, pasuje idealnie – Uśmiechnął się Gerrant.
– Teraz to ja nie chcę – powiedziała Sino, może odrobinkę zbyt stanowczo i zbyt arogancko.
To nieco zepsuło mu humor.
– Służę ci pomocą i chętnie pomogę... Mogłabyś zrobić od razu szybkie postępy.
– Nie chcę – oznajmiła, patrząc mu prosto w oczy.
Gerrant zmieszany odwrócił wzrok.
– No dobrze... Nie będę cię zmuszać. Może innym razem.
Sino wyprostowała się dumnie. Isa prychnęła zirytowana na ten widok.
– Ktoś inny ma coś do zaprezentowania?
– Ja! – pisnęła Luka.
– Mogłabyś pokazać? – powiedział, a na widok jego uśmiechu Sino zaczęło coś skręcać w środku. Odwróciła głowę i zaczęła się wpatrywać w przekomarzających się szeptem Infinite i Isę. Zbliżyli się do siebie ostatnio, pomyślała.
Później próbowała wypatrzyć swojego tatę, ale... szybko zorientowała się, że nie było go tam, gdzie zwykle. Nagle poczuła się strasznie spięta. Gorączkowo poszukiwała go wzrokiem, ale bezskutecznie. Miała go pilnować, tak sobie przecież obiecała.
– Tato?! – krzyknęła rozpaczliwie.
Wszystkie szczeniaki popatrzyły na nią nieco zbite z tropu. Sino akurat okręciła się wokół własnej osi, nadal szukając znajomego wysokiego basiora. Na widok nagle wyłaniającej się z wody sylwetki, niemal zeszła na zawał.
– Tak, skarbie?
– Ach, nic... – powiedziała cicho, nieco przybita obserwując jak tata spokojnie wrócił do połowu ryb.
Szczeniaki nadal ją obserwowały. Czuła, jak ich spojrzenia wwiercają się w jej plecy.
– Na co się gapicie? – zapytała ostro.
Gerrant postanowił czym prędzej wrócić do prowadzenia lekcji.

sobota, 18 kwietnia 2020

Od Yvara "Ciocia Yuki ma wielkie kły" cz. 4

Czerwiec 2025
Bez słowa weszli do wody. Yvar nie zdołał powstrzymać wzdrygnięcia, kiedy fale uderzyły w jego łapy. Nie chciał znowu nurkować. Nadal bolało go gardło i nos od kaszlenia. Woda była słona i nieprzyjemna. Jednak chęć zdobycia umiejętności polowania była większa.
- Który z nas pierwszy spróbuje zanurkować? - zapytał Morgan i nie czekając na odpowiedź Yvara, dodał - Mogę ja.
- Ja chcę.
Morgan zmarszczył brwi i już otworzył pysk. Yvar wiedział już co nastąpi - basiorek znowu będzie chciał go przekonać, że nie powinien, że to niebezpieczne. Był pod tym względem gorszy niż mama. Niespodziewanie samiec zamknął pyszczek i skinął głową.
- Weź głęboki wdech i zaatakuj. Jeśli ci nie wyjdzie, szybko się wynurz - poradził.
Yvar pokiwał głową i mruknął coś, co miało przypominać "dzięki". Oboje znieruchomieli. Czekali aż ryby musną ich łapy. Yvar wpatrywał się w wodę, próbując wychwycić ich niewyraźny cień. Minęło kilka długich, wypełnionych ciszą chwil. Z daleka słyszeli szmer rozmowy waderek. Basiorka kusiło, żeby obrócić w ich stronę łeb. Nie zrobił tego.
Delikatne poruszenie. Zanurzył się najszybciej jak potrafił, chapnął wodę i znowu spanikował. Morgan, widząc to, złapał go za skórę na karku i mocno pociągnął do góry. Był silniejszy niż na to wyglądał. Pysk Yvara znowu znalazł się nad wodą. Z ulgą wypluł ją i wziął głęboki wdech.
- Szybkie są, a od tej wody bolą oczy - mruknął ni to do siebie, ni do basiorka. - Dziękuję.
- Nie ma za co. Może teraz ja? - zaproponował Morgan.
Yvar w pierwszej chwili chciał zaoponować. Miał ochotę ćwiczyć do momentu, w którym wreszcie mu się uda. Minął moment nim uświadomił sobie, że Morgan pewnie też powinien chociażby spróbować. Samiec niechętnie skinął głową.
Przyglądał się starszemu koledze. Uważne spojrzenie brązowych ślepi wbił w wodę. Jego jasne futerko ładnie unosiło się na wodzie. Yvar przekrzywił łebek i napiął mięśnie w chwili, kiedy Morgan zanurkował. Był gotów wyciągnąć go w każdej chwili tak, jak to samiec zrobił to przed momentem jemu.
Basiorek nie potrzebował pomocy. Wynurzył się samodzielnie, trzymając za ogon rybę. Yvar zacisnął zęby. Dlaczego Morgan dał radę, a on nie? To było bardzo niesprawiedliwe. 
Ryba zaczęła skakać na wszystkie strony, aż w końcu uciekła z pyska samca. 
- Nie! - krzyknął za nią, jednak ryba go nie posłuchała. Szczeniaki mogły zobaczyć jej zarys, jak czym prędzej odpływała. - Już ją miałem.
Yvar sztywno skinął głową. Nie odezwał się. 
- Mogę spróbować jeszcze raz?
Kolejne skinięcie. Nie miał zamiaru się do niego odezwać. Był zły, że basiorkowi wyszło już za pierwszym razem.
Na pysk Morgana wstąpił uśmiech. Odszedł lekko w bok, jakby dzięki temu ryby miały do niego szybciej podpłynąć. Kilka chwil później samiec zaatakował jednym szybkim ruchem. Yvar z otwartym pyszczkiem obserwował, jak szczeniak wynurza pysk, w którym szamotała się drobna rybka. Tym razem ryba nie uciekła. Morgan zacisnął szczęki i wyrzucił ją na brzeg.
- Udało się! - zawołał.
- My mamy już dwie - odkrzyknęła mu Eunice.
Yvar zmrużył oczy. Wszystko wskazywało na to, że tylko jemu nie wychodziło. Musiał się poprawić. Natychmiast.
Szturchnął Morgana.
- Teraz ja.
Samiec skinął głową. Na jego pysku nadal widniał dumny i irytujący uśmieszek. Yvar poczuł chęć starcia go najszybciej jak było to możliwe. Nie był wcale gorszy.

<c.d.n.>

Od Infernum "Moja historia" cz. 1 (cd. chętny)

Luty 2026 r.
Nałeżałem do watahy wędrownych wilków. Nigdy nie byliśmy w jednym miejscu zbyt długo. Kilka dni i szliśmy dalej. Lubiłem to, bo siedzenie za długo w jednym miejscu było nudne. Moim rodzicom się to podobało, bo miałem zostac kolejna Alfą, ponieważ byłem najstarszy.
Pewnego ranka spotkalismy dzikie koty. Szczerzyły do nas ostre zęby i zaatakowaly moja watahę. Polała się krew. Koty uśmiechały się, i syczały, i mruczaly na przemian. Widocznie moja rodzina im smakowała. Zaatakowałem jednego z kotow, ale ten odrzucił mnie od siebie. Uderzyłem w ziemię. Bolało.
Zobaczylem jak koty rozszarpują mojego tatę i siostrę. Zapłonąłem gniewem, i to dosłownie, bo z zawijasów na mojej siersci zaczął ziać ogień. Moje oczy w kolorze krwi rozbłysnęły i również zaczęły się palić. Poczułem jak ogarnia mnie wsciekłość. Byłem zły, bo moja rodzina zginęła przez jakieś byle dzikie koty.
Z mojego ciała buchnęły płomienie. Drzewa i rośliny wokół zaczęły się palić. Warczałem i wrzeszczałem, rzucając ogniste kule w koty. Pod naporem ognia te pisnęly i po chwili spłonęły. Byłem zdziwiony, że moglem tyle zrobić. Dopiero poznałem swoją moc. Musiałem być bardzo potężny.
Pożar sie rozszerzył. Nagle uslyszałem głos z nieba, który kazal mi uciekać.
- Odporność na ogień zaraz zniknie - powiedział i w tej chwili zacząłem się dusić. Zrobiło mi się gorąco. Ogień przypalał moją sierść.
Uciekłem najdalej jak mogłem. Zaczął padać deszcz, który ugasił moje futro i pożar. Odetchnąłem z ulgą.
Wybiegłem na jakąś plażę i zobaczyłem jakiegoś wilka. Ten podszedł do mnie, warcząc:
- Kim jestes?
- Mam na imię Infernum. W dżungli byl pożar - powiedzialem. Byłem zły, że na mnie warczał, ale opanowalem się. Pożar był ważniejszy.
- Nie było pożaru - powiedział wilk.
- Był, i ja go wywołałem.
- Ty? - wilk zaśmiał się.
- Tak, ja - warknalem. Ten wilk mi nie wierzył i irytowalo mnie to. Moje oczy i siersc zapłonęły ogniem.

<wilku, odpowiesz mi?>

Uwagi: Źle zapisany tytuł. Musisz wysyłać opowiadania opisane na podobnej zasadzie jak nagłówek tego posta. Brak daty. BRAK POLSKICH ZNAKÓW! To bardzo utrudnia mi korektę tekstu i zajmuje mnóstwo czasu. Literówki. "Moim rodzicom", a nie "rodzicą", bo jest to liczba mnoga. "Alfa", a nie "Alpha". Piszemy po polsku. "Ponieważ" piszemy przez "ż". "Szczerzyć" przez "rz". "Zaczął" piszemy przez "ą". Czasem zapominasz o wielkich literach na początku zdania. "Buchnąć" piszemy przez "ch". "Pożar" piszemy przez "ż". "Zaatakować" piszemy przez podwójne "a". Brak prawidłowych Spacji przy wypowiedziach. Popatrz jak to wygląda w poprawionej wersji i wzoruj się na tym schemacie w kolejncyh opowiadaniach. Nie musisz w każdym komentarzu dla dialogu mówić, kto co powiedział. Szczególnie kiedy to dialog między jedynie dwoma postaciami. Na końcu akapitów musisz pisać kropki. To są normalne zdania.
Z tą potęgą uważaj, bo musisz pamiętać o swoich statystykach mocy - masz jedynie 5 pkt. Przeciętny wilk z watahy ma znacznie więcej. Aby nadgonić innych i faktycznie mieć wysokie statystyki musisz się nieźle napracować. Ponadto trochę logika fiknęła koziołka - twoja postać musiała biec kilka dni i nocy bez przerwy, bo dystans od WMK w stosunku do jakichkolwiek terenów do nich nienależących jest naprawdę duży.

piątek, 17 kwietnia 2020

Od Sinope "Pustka"

Październik 2025 r.
Sinope zamykały się oczy, kiedy słuchała monotonnego głosu Adory. Nawet straciła chęci do podnoszenia łapki, bo wiedziała, że i tak nic jej to nie da – nauczycielka z reguły ignorowała próby aktywności na lekcji. Preferowała lekcje w formie wykładów, za co Sino szczerze jej nie cierpiała.
Kiedy jednak Adora nagle przestała mówić, rozbudziła się. Ta cisza była niepokojąca. Podniosła głowę, by dostrzec, że w ich kierunku biegł Osmon, tutejszy pielęgniarz. Sino rozejrzała się zaniepokojona. Nie mniej jak reszta grupy.
– Sinope. Dante wzywa Sinope - powiedział nieźle zasapany.
Sino poczuła, jak przechodzą ją dreszcze.
– Niech idzie – skinęła głową Adora. Odprowadziła zaniepokojonym wzrokiem małą, która czym prędzej poczęła truchtać za Osmonem.
– Co się stało...? – zapytała ostrożnie Sino.
– Twoja mama nie czuje się najlepiej.
– Dlaczego?
– Tego nie wiemy. Dante wezwał pomoc, ale co dalej... Chcemy jednak, byś przy tym była.
Sino te słowa zaniepokoiły znacznie bardziej, niż by się spodziewała. Osmon szedł tak szybko, że musiała za nim biec. Jej serce biło teraz kilkakrotnie szybciej, niż zazwyczaj. Działo się coś niedobrego, a ona nie wiedziała, co. Pozostały jej tylko domysły.
– Boli ją głowa? Brzuch? – pytała cicho. Zrobiła to jednak na tyle bezgłośnie, że Osmon prawdopodobnie nawet nie usłyszał. Odpuściła zadawanie tych pytań ponownie. Byli już blisko.
Janey leżała w cieniu drzew. Głowę miała opartą o łapy Dante w dość nienaturalnej pozycji. Miała uchylone usta, nieobecny wzrok i bardzo ciężki oddech. Sino nawet z odległości widziała, że nie dzieje się nic dobrego. Łapy Janey w dodatku leżały płasko na ziemi, a ogon nie drgał.
– Mamo...? Co się dzieje...? Będziesz wymiotować? – pytała Sino, starając się zachować pozory dobrego nastroju. Zazwyczaj tak robił tata. Popatrzyła na jego pysk, ale ku jej przerażeniu nie miał w sobie choćby krzty radości.
Janey tylko coś wycharczała, ale nie były to żadne słowa. Dopiero wtedy Sino z dostrzegła, jak wieloma czerwonymi żyłkami były pokryte jej ślepia. Zdawała się bezgłośnie wołać o pomoc.
– Pomóżcie jej! – pisnęła Sino. Poczuła, że drży na całym ciele, a całe jej siły zaczynają ją stopniowo opuszczać.
– Obawiam się, że już za późno – rzekł wilk, który prawdopodobnie był lekarzem, a którego imienia nie znała.
– Dlaczego?!
– Wilki z Watahy Czarnego Kruka umierają szybciej. To ich kara za szybsze nabywanie umiejętności... Nie można tego zatrzymać.
– Nie?! – pisnęła. Poczuła, jak po jej policzkach spływają palące łzy.
– Mamo, mamusiu... Podnieś się. Na pewno nie umierasz. To tylko grypa żołądkowa. Wstań, błagam. Rusz uchem na znak, że mnie słyszysz. Zrób... coś. Cokolwiek.
Janey zamknęła powieki, a jej głowa bezwładnie opadła na łapy Dana. Sino nachyliła się nad nią, by spróbować ją jakoś ocucić, ale wtedy na jej głowę spadło coś gorącego i mokrego. Spojrzała w górę.
Dan, jej tata, który bez przerwy chodził z uśmiechem, cicho łkał. Sino poczuła, jakby coś w jej środku zaczęło się łamać. Mama przestała oddychać, a tata płakał. Przywarła do jego ciepłego boku, mocząc jego błękitne futro. Gdyby tylko mógł, otuliłby ją łapą.
– Cz-czemu tak nagle? Nie była przecież starą babcią... – mówiła, a jej głos tłumiło futro taty.
Lekarz nie odzywał się. Smętnie obserwował tę dwójkę. Przywykł już do podobnych scen, ale za każdym razem uderzało go tak samo mocno.
– Wykończenie organizmu. Jedni umierają bez wcześniejszych oznak wykończenia, inni stopniowo podupadają na zdrowiu – powiedział, starając się zachować opanowanie.
Sino przysunęła się bliżej taty. Wówczas poczuła, jak szybko łomotało mu serce. Zrównywało się z tempem jej własnego.
– Wybaczcie... Ja po prostu... Weźcie ją. Nie zniosę... – powiedział w końcu tata. Zaczynał drżeć, ale Sino była wciąż zbyt mała, by go otulić. Chciała mu poprawić nastrój, ale sama nie czuła się najlepiej. Pociągnęła więc tylko kilka razy nosem, starając się uspokoić myśli i najlepiej zapomnieć o braku, z jakim będą musieli się pogodzić.