wtorek, 4 sierpnia 2020

Od Yvara "Zazdrość" cz. 16


Grudzień 2026
Yvar obserwował Vi jeszcze uważniej niż zwykle. Tego dnia były ich urodziny. Według rodziców drugie, co oznaczało, że wszystkie pory roku minęły równo dwa razy od momentu ich narodzin. Z tej okazji Yngvi przed zajęciami siedziała bardzo długo przed jednym z naczyń taty. Poprzedniego wieczora poprosiła nawet mamę, żeby pomogła jej rozczesać sierść. Wilczyca zawsze zwracała jej uwagę, że o wiele ładniej wyglądałaby bez drobnych kołtunów, ale Yngvi zwykle całkiem to ignorowała. Tym większe było zdziwienie Yvara, kiedy samica zaczęła tak bardzo się stroić. To do niej nie pasowało, ale basior nie powiedział na ten temat ani słowa. Jego siostra wyglądała zbyt dobrze, by mógł zacząć negować te pomysły.
Yngvi z każdą kolejną lekcją wyglądała na coraz bardziej podekscytowaną. Nieustannie zerkała w stronę Mortimera, co jednak nie było niczym szczególnym. Pomimo mijających miesięcy jej zainteresowanie nim nadal nie mijało. Yvar był z tego, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Nie powiedział jednak na ten temat ani słowa. Nie umiałby jej czegoś zabronić, a ona najpewniej i tak by go nie posłuchała. Zawsze wiedziała lepiej.
Westchnął i kontynuował mieszanie eliksiru. Ostatnie lekcje Asgrim poświęcił na nauczenie ich przepisu na Czerwony Napój. Dzisiaj mieli pokazać, czego się nauczyli i uwarzyć własną miksturę. Oczywiście tata miał później ich ocenić. Zapowiadał, że będzie surowy, ale Yvar wątpił w to; pomimo całej jego miłości do eliksirów, samiec był zbyt... Wyluzowany. Prawdopodobnie o wiele bardziej niż większość jego uczniów.
Yvar nie przykładał się do pracy, zresztą podobnie jak połowa jego grupy. Eliksiry były ostatnimi zajęciami i wszyscy chcieli już po prostu to zakończyć. Kiedy przyszła pora na sprawdzanie, Asgrim od razu zwrócił na to uwagę.
– Rozumiem, że ten eliksir nie należy do najprostszych. Jest w końcu czymś więcej niż byle maścią czy syropem. I to właśnie jest w tym niesamowite. To właśnie dlatego powinniście szczególnie uważać – mówił, a Yvar ziewnął przeciągle. Eliksiry były jednymi najnudniejszych zajęć w starszej grupie. – Jedyne dobre eliksiry to te stworzone przez Morgana, Nikaellę, Exana i Mortiego. – Basior zmierzył szczeniaki spojrzeniem, które w założeniu miało być groźne. – Odejdźcie w poczuciu wstydu.
Yvar wstał i już miał kierować się w stronę najbliższej palmy, żeby wziąć coś do jedzenia, gdy usłyszał głos Vi:
– Morti! Jesteś taki mądry!
Samiec zatrzymał się, a jego bracia poszli dalej. Widocznie nie mieli ochotę na niego czekać. Yngvi dobiegła do Mortiego i stanęła tuż przed nim. Yvar przymknął oczy, licząc, że w ten sposób lepiej usłyszy kolejne słowa siostry.
– Zrobiłeś najlepszy eliksir z całej grupy. To jest... Niesamowite.
Yvar powstrzymał prychnięcie. Mortimer był największym możliwym przeciętniakiem z tego przedmiotu. Był pewien, że dzisiejsze osiągnięcie zawdzięczał Exanowi, który radził sobie całkiem nieźle i całkiem przypadkiem pracował tuż obok Mortiego.
– Wcale nie. Było dużo osób, które zrobiły równie dobre.
– Dla mnie i tak jesteś najlepszy.
Yvar otworzył oczy. Nie chciał tego dłużej słuchać. Już miał odwrócić łeb, gdy zauważył, że Yngvi zbliża głowę niebezpiecznie blisko Mortiego. Nim którykolwiek zdążyłby zareagować, wilczyca polizała go w pyszczek i wycofała się.
– To moja nagroda dla ciebie – stwierdziła. Yvar nie widział jej wyrazu pyska, ale wyraźnie słyszał zadowolenie w jej głosie. Jego serce biło jak szalone i bolało. Tak cholernie bolało, że miał ochotę wyć.
Mortimer zwiększył dystans między nim a Vi. Yvar zauważył Elanor. Stała przy skraju dżungli. Niewątpliwie widziała całą scenę. Basior napiął mięśnie gotowy w każdej chwili skoczyć i odeprzeć jej atak na rudą samicę.
– Chyba... Nie powinniśmy – stwierdził samiec i odszedł. Wyglądał na przerażonego. Natomiast Elanor uśmiechała się z satysfakcją. 
Yngvi stała tam dłuższą chwilą. Ogon zamarł, a uszy były oklapnięte. Yvar podszedł do siostry i ją przytulił. Miał wrażenie, że wilczyca nawet tego nie zarejestrowała.
– Myślałam, że... – łkała – Mam szansę. Rozmawiał ze mną. Kolegowaliśmy się. Było już prawie tak samo jak przed... – Przerwa na głośne chlipnięcie. – To jej wina. To wszystko jej wina.
Yvar przytulił ją mocniej. Nie powiedział nic.
– Zmanipulowała go. Nastraszyła i zmusiła do bycia nieczułym. Gdyby nie ona...
– Morti to gnojek – wtrącił Yvar. Yngvi od razu odskoczyła od brata, przez co ten niemal stracił równowagę.
– Wcale nie! To najcudowniejszy basior na ziemi. Yvar, zrozum wreszcie, że go kocham. To nie jest już tylko durne zauroczenie. Zakochałam się w nim! – zawołała, a każde jej słowo było niczym kolec raniący jego serce.
– Vi...
– Nie, Yv. Ty nigdy tego nie zrozumiesz. Nie wiesz, jak to jest kogoś kochać w taki sposób. To dlatego tak na mnie patrzysz, kiedy rozmawiam z jakimś basiorem. Jesteś zły na myśl, że mogłabym być szczęśliwa, co?! – warknęła i nim Yvar zdążył odpowiedzieć, dodała: – Zostaw mnie już lepiej w spokoju. Nie chcę cię więcej widzieć. Jesteś taki sam jak Elanor. 
Odbiegła, zostawiając po sobie jedynie kilka ciemnych śladów po łzach na piasku.
Został sam. Chciał płakać, ale nie potrafił. Czuł w sercu pustkę. Nie wiedział, jak długo tak stał. Nie obchodziło go to. Nic już nie miało znaczenia. Tylko ten okropny ból.

<c.d.n.> 

Zdobyto: 40 czerwonych⎹ 10 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 33 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 47 fioletowych⎹ 11 różowych odłamków

>>Następna część >>

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Od Lind "Szczęśliwa rodzina" cz. 2



Grudzień 2026
Poczułam skurcz brzucha. Najpierw jeden, potem drugi. Serce podchodziło mi do gardła. Z całych sił pilnowałam, by nieświadomie nie sięgnąć po energię magiczną; zdarzało mi się to robić pod wpływem emocji. Teraz jednak skończyłoby się to katastrofą; z wichrem przywołałabym ogień. Wichura sprawiła, że nawet coś tak prostego, jak skrzydła, również formowało się z udziałem płomieni. Bałam się, że gdybym teraz użyła magii, mogłabym poważnie skrzywdzić wszystkich wokoło; Crane'a, Ellamarię, także siebie i szczenię. To ostatnie przerażało mnie najbardziej.
– Nadal nie umiem kontrolować tej nowej mocy... – wymamrotałam, spoglądając na swojego partnera. – Ja naprawdę próbowałam... Ja... Ja nie chcę zrobić ci krzywdy
– Tak, wiem. Spokojnie – wyszeptał. Położył łapę na mojej. – Oddychaj. Masz Medalion, wszystko będzie dobrze.
– Crane, boję się.
– Będzie dobrze. Morgan zaraz przyprowadzi Torance.
– A... a co jeśli... – Złapałam go mocniej za łapę. – Jeśli...
– Przede wszystkim oddychaj. Wdech... i wydech... – powtarzał Crane. Co jakiś czas zerkał na Ellamarię, by nie przegapić sygnału, gdyby faktycznie coś było nie tak. Lekarka na szczęście wyglądała na spokojną.
Wkrótce ujrzałam nadbiegającego Morgana, a tuż za nim Tori. Moja przyjaciółka natychmiast przysiadła obok mnie. Bez zbędnych słów użyła swojego wspaniałego talentu; zapewne Morgan już wszystko wyjaśnił jej po drodze. Torance tak skupiła się na swojej misji, że nie posłała Crane'owi nawet jednego krzywego spojrzenia.
Moje serce się uspokoiło. Oddech zwolnił. Poczułam absolutny spokój. Szkoda, że sama nie umiałam wprowadzać siebie w taki stan; życie byłoby wtedy o wiele łatwiejsze.
***
Wreszcie nadszedł moment, w którym usłyszeliśmy pisk maleństwa. Ellamaria bardzo ostrożnie położyła go przy moim brzuchu. Miał różowy pyszczek i łapki, a resztę ciałka rudą. Dostrzegłam przy jego główce coś podobnego do niebieskawego puchu. Szczenię całkiem szybko znalazło pokarm. Nagle poczułam, że Crane otarł z mojego pyska łzę. Zbyt skupiłam się na tym przepięknym widoku, by zauważyć, że płaczę. Po raz pierwszy w życiu nie wstydziłam się takiej reakcji. Wszystko się dobrze skończyło. Wszystko było dobrze.
– To samiczka – mruknęła Ellamaria.
– Jak chcecie ją nazwać? – spytała Tori.
Spojrzeliśmy na siebie z Crane'm. Chociaż mój partner był z początku przeciwny wczesnemu wybieraniu imion, ostatecznie omówiliśmy kilka opcji zanim mała przyszła na świat. Teraz już bez słów byliśmy w stanie zgodzić się, jak nazwiemy naszą córeczkę.
– Firia – wyszeptałam.
– Na imię jej Firia – powtórzył głośniej Crane.
Morgan pociągnął nosem, spoglądając na popiskujące szczenię. Widać w nim też zbierało się zbyt wiele emocji. Mój partner poklepał go po ramieniu.
– Opiekuj się dobrze swoją siostrą.
– Będę – odparł Morgan. Chyba nigdy nie słyszałam, by mówił o czymkolwiek z tak wielkim przekonaniem.
Kiedyś myślałam, że poznałam szczęście w dniu, w którym wyruszyłam po Wichurę. Później myślałam, że najszczęśliwszym był moment, w którym odnalazł mnie Ting. A potem zostałam mamą dla Morgana, wyszłam za Crane'a, usłyszałam, że jestem w ciąży... A potem okazało się, że Babcia nie miała racji co do Strażników.
Dziś jednak było jeszcze wspanialsze. 
Żałowałam tylko, że nie było z nami Tinga. Ciekawe co by powiedział. Znów by pogratulował? A może nie powiedziałby nic.

Uwagi: Niepoprawna data.

Zdobyto: 5 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 26 zielonych⎹ 6 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Yvara "Zazdrość" cz. 15


Luty 2026
Yvar porzucił stanie za krzakami na rzecz leżenia. Jego łapy zaczynały drżeć od nerwowego napinania mięśni. Kusiło go, żeby wyskoczyć i zaatakować wilczycę. Jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Nie przy tych wszystkich szczeniakach, nie przy tacie, który prowadził lekcję. Musiał być cierpliwy, niezależnie od tego jak bardzo wściekłość buzowała w jego żyłach.
Miał wrażenie, że w którymś momencie wpadł w jakiś dziwny stan przypominający do złudzenia coś na wzór półsnu. Patrzył na starsze od niego szczeniaki, na Asgrima i Elanor, lecz na ten obraz nakładał się kolejny, całkiem odmienny. Nie potrafił sprecyzować co przedstawiał. Kiedy tylko na niego patrzył, kreski, kolory i kształty znikały, zostawiając go z dziwnym poczuciem... braku czegoś istotnego. Przez moment odniósł wrażenie, że traci rozum, ale szybko porzucił tą myśl. Coś takiego nie mogło być symptomem szaleństwa. Musiał być po prostu zmęczony.
Po niemożliwie długim czasie lekcja dobiegła końca. Szczeniaki zaczęły się rozchodzić, każde we własną stronę. Yvar wstał i podszedł prosto do Elanor. Zaciskał zęby i cudem opanowywał warkot, rosnący w jego gardle.
Z satysfakcją zauważył, że wilczyca nie uciekała. Stała, patrząc na niego z góry. A przynajmniej na tyle, ile mogła. W przeciwieństwie do Yvara nie była zbyt wysoka. Dzięki temu, pomimo znacznej różnicy wieku, basior nie był od niej o wiele niższy.
– Skrzywdziłaś ją – powiedział, zatrzymawszy się kawałek przed nią.
– I co z tego? – Samica nie wyglądała na przejętą.
– Nie wolno ci.
Elanor parsknęła w wyjątkowo paskudny sposób. Yvar pomyślał, że to okropne parsknięcie bardzo dobrze oddawało całą jej postać. Nikt, kto skrzywdził Yngvi, nie mógł być dobry.
– Zasłużyła na to.
– Niby czym? Bo rozmawiała z Mortimerem?
Yvar uniósł wymownie brwi. Liczył, że uda mu się trafić w słaby punkt. Bardzo dobrze wiedział, że Elanor była przewrażliwiona na punkcie Mortiego. Wszyscy wiedzieli.
– Bo łamie obietnice – odparła.
– Ach tak? Niby jakie?
– By nie rozmawiać z nim nigdy więcej.
Yvar zamarł. Nie słyszał nic o żadnej obietnicy tego typu. Jeśli faktycznie do takiej doszło, Yvar nie miałby temu zbyt wiele przeciwko. Gdyby Yngvi przestała rozmawiać z Mortim... Świat nagle stałby się o wiele prostszy. Przez moment chciał odpuścić i przyznać rację wilczycy, może nawet namówić ją na wspólne spiskowanie przeciwko przyjaźni tamtej pary. Szybko jednak w jego głowie stanął obraz poranionej siostry, a w jego serce uderzyły wyrzuty sumienia. Nie mógłby zrobić jej czegoś takiego.
– To nie jest powód – stwierdził w końcu. – Możesz być wściekła, ale nie możesz jej krzywdzić.
– Zasłużyła sobie – wycedziła przez zaciśnięte zęby Elanor.
– Nie. To Morti zasłużył – stwierdził Yvar. Czuł, że jego mięśnie drgają w każdej chwili gotowe do ataku. W jego gardle cały czas narastał warkot.
– Na co?
– A jak myślisz? Raczej nie na całusa.
– To ona złamała obietnice, a nie on.
Elanor podeszła bliżej. Yvar zadarł nieznacznie głowę, żeby móc jej patrzeć w oczy i zmniejszyć dzielącą ich różnicę wzrostu.
– To on jej nigdy nie odtrącił – stwierdził samiec, mrużąc zaciekle oczy.
– Bo ona go do tego zmusza.
– Jakoś nie zauważyłem.
– Jest toksyczna. Dlatego nie zauważyłeś.
– W którym momencie zaczęłaś mówić o sobie? – zapytał Yvar i skrzywił się. To nie była najlepsza riposta na jaką wpadł.
– W żadnym – Elanor jeszcze bardziej zmniejszyła między nimi dystans. Teraz ten już prawie nie istniał. Gdyby pochyliła pyszczek odrobinę bardziej ich nosy zetknęłyby się. Na tą myśl na pysk Yvara wstąpił grymas obrzydzenia. – Owinęła sobie ciebie wokół palca. Widzę, jak na nią patrzysz. Każdy widzi.
– Zauważyłaś kiedyś jak ty patrzysz na Mortiego? – odparował. – Ja chociaż nikogo nie krzywdzę, nie zabraniam jej rozmów z innymi. Jesteś gorsza. O wiele gorsza.
Wilczyca prychnęła śmiechem. Najpaskudniejszym jaki Yvar kiedykolwiek słyszał.
– Gorsza? Czy ty widzisz samego siebie? Słyszysz, co wygadujesz? – zapytała, pomiędzy wybuchami śmiechu.
– Owszem i bardzo żałuję, że ty nie słyszysz siebie. Wytykasz mi rzeczy, które idealnie pasują do ciebie.
Śmiech nabrał na intensywności. Yvar zapragnął skoczyć do niej i zacisnąć zęby na jej szyi, żeby ten durny uśmiech zamarł na jej głupim pysku. Nie wykonał jednak żadnego ruchu. Zdał sobie sprawę, że była starsza i zapewne bardziej obeznana w walce. Musiał być ostrożny.
– Zwariowałeś.
– Możliwe. I nie obchodzi mnie to – przyznał. Nie było sensu się spierać. Sam dobrze wiedział, że całkiem zwariował na punkcie Vi. Że to, co czuł, to było coś więcej niż tylko braterska miłość. – Jedyne czego chcę, to żebyś jej nie tknęła nigdy więcej – Wyciągnął bardziej szyję i przystanął na tylnych łapkach, żeby ich oczy były na tej samej wysokości. – Czy to jasne?
Elanor nadal się śmiała. Warkot osiągnął apogeum. Jego mięśnie drżały. Krew buzowała.
– Zapamiętaj to sobie, suko – powiedział i odszedł jak gdyby nigdy nic. Za sobą cały czas słyszał śmiech wilczycy. Jeszcze nigdy nie był tak wściekły.
Po jego łbie huczała jedna myśl. Musi stać się silniejszy. Musi chronić Vi.

<c.d.n.>


Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 42 pomarańczowych⎹ 39 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 16 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

niedziela, 2 sierpnia 2020

Od Yvara "Żywa lekcja historii" cz. 6


Początek czerwca 2026
Adora mierzyła wzrokiem wyjątkowo rozgadanych uczniów. Jej spojrzenie było równie niezadowolone jak każdego innego dnia, więc przyzwyczajone do tego szczeniaki, nawet nie zwróciły na nie uwagi. Niektóre z nich nadal rozmawiały o widmowym spektaklu, który miał miejsce na lekcji historii, inne skupiły swoją uwagę już na czymś zupełnie innym.
Yvar siedział oszołomiony. Kiedyś marzył o tym, żeby być lubianym, jednak teraz miał ochotę wejść w cień i rozpłynąć się w nim. Żałował, że to właśnie takiej mocy nie poznał. Według niego w tej sytuacji byłaby o wiele bardziej użyteczna. Szczeniaki, które za nim nie przepadały lub takie, z którymi prawie w ogóle nie rozmawiał, podchodziły do niego, próbując nawiązać rozmowę. Uważał to za dziwne. Nienaturalne.
Chciał zniknąć. Zrobić wszystko, żeby młode wilki dały mu spokój, ale te nie zrażały się. Wyjątkowo namolne były Naida, Sino i Yngvi. I jak zainteresowanie tej trzeciej wywoływało u niego uczucia graniczące z cichą euforią, tak starsze samiczki jedynie go irytowały.
– Dobierzcie się w pary!
Wykrzyczane polecenie Adory, przeleciało nad głowami szczeniaków. W jej głosie pobrzmiewała irytacja. Widocznie miała już dość rozemocjonowanej grupy, której w ogóle nie obchodziły zadawane przez nią tematy. Yvar miał wrażenie, że te słowa były pierwszymi, na które ktokolwiek zwrócił uwagę. Sam wolałby, żeby zniknęły pomiędzy rozmowami szczeniaków.
– Chcę być z tobą – stwierdziła od razu Naida, przypadając do boku Yvara. Basiorek od razu się od niej odsunął, jednak samica nie wyglądała na przejętą. – Jeśli z tobą będę, wyczarujesz mi coś?
– Nie, wyczaruje coś dla mnie! Dla mnie! – Sino tupnęła łapką, wzbijając w powietrze złotawą chmurę piachu. Yvar poczuł, że zaczyna go kręcić w nosie, ale dzielnie stłumił kichnięcie.
– Mnie lubi bardziej, więc dla mnie.
– Niby czemu ciebie?
– Bo...
– Yv – przerwała jej od razu Vi. Samczyk zabrał łapę, którą przecierał swędzący nos i spojrzał na nią uważnie. Na jej pyszczku widniał jak zwykle piękny uśmiech. – Idę zapytać Mortiego, czy będzie ze mną w parze. Powodzenia z twoim fanklubem.
Zmarszczył brwi, jednak nim zdążył ją powstrzymać lub chociaż zapytać czym był ten cały "fanklub", wilczyca pobiegła w stronę samca. Szczeniak początkowo nie wyglądał na przekonanego, lecz Vi była nieugięta. Kilka chwil później usiadła obok niego z wesołym uśmiechem na pysku, który Mortimer odwzajemnił niepewnie.
– Świetnie! W takim razie ja pójdę zapytać... Morgana! – Do głowy Yvara, dotarł pełen irytacji głos Sinope. Spojrzał na wilczycę w chwili, gdy ona obróciła pysk w stronę wspomnianego szczeniaka i zawołała: – Morgan, będziesz ze mną w parze!
Zdezorientowany szczeniak spojrzał na starszą samicę i niepewnie przytaknął. Yvar westchnął z ulgą i uśmiechnął z satysfakcją. Cieszyło go, że to właśnie Morgan będzie musiał męczyć się wraz z Sino. Wilczyca była prawdziwą definicją bycia irytującym. Nie wiedział, czemu zmieniła zdanie co do bycia w parze z nim i niespecjalnie go to obchodziło. Był zadowolony, że chociaż jeden z jego problemów rozwiązał się sam.
Spojrzał na Naidę, jednak ta nie stała obok. W którymś momencie, kiedy to swoją uwagę poświęcał siostrze, wilczyca odeszła wraz z Theo. To również sprawiło, że szczeniak odczuł ulgę. W końcu był sam. Chociaż przez moment, który dzielił go od odkrycia przez Adorę, że nie wszystkie szczeniaki zdążyły już znaleźć swoją parę.

<c.d.n.>

Zdobyto: 11 czerwonych⎹ 4 pomarańczowych⎹ 2 zielonych⎹ 25 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 6 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

>> Następna część >>

sobota, 1 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 3


Listopad 2025
Nie minęło dużo czasu, nim miałam za sobą połowę drogi na drugi brzeg. Poczułam się przez to aż zbyt pewnie; postanowiłam przyspieszyć kroku i przestałam patrzeć pod nogi.
Nagle straciłam grunt pod jedną z łap. Wpadłam w przerębel aż po łokieć. Poderwałam się, przywołałam skrzydła i skoczyłam w stronę oczekującego mnie brzegu. Usłyszałam za sobą jeszcze parę trzasków cienkiego lodu. Było o krok od katastrofy...
Zatopiłam łapy w miękkim śniegu. Zdawało mi się, że wcale nie jest zimny. Otrzepałam się i niepewnie ruszyłam w głąb Śnieżnego Lasu, podziwiając tę piękną, białą scenerię. Zauważyłam, że z wielu gałęzi zwisały cienkie, połyskujące w słońcu sople. Użyłam wiatru, by kilka strącić. Wtedy usłyszałam znajomy głos młodego wilka:
– Lind! Lind!
Spośród śniegu wyłonił się Freeze. Miał szare, puszyste futerko i lekko pochyloną głowę; wszystko dokładnie takie same, jak w dniu, w którym się poznaliśmy. Ciężko dyszał, ale siły dodawała mu radość ze spotkania ze mną.
– Tu jesteś... Chodź, wujek i Babcia wszędzie cię szukają.
– Och, nie wiedziałam... Już idę! 
Natychmiast ruszyłam we wskazanym przez Freeze'a kierunku. Młodziutki wilk wyprowadził mnie na polanę przed moim domem. Ujrzałam przepiękną, znajomą scenerię. Wszystko obsypane skrzącym się, białym puchem; ogródek, dach budynku, a także rosnące nieopodal trzy sosny.
– Patrz w górę – powiedział mój kolega.
Wykonałam jego polecenie. Nad nami rozciągało się przepiękne, rozgwieżdżone niebo. Zupełnie jak w dniu, w którym poszliśmy na wieżę.
– Łał... – westchnęłam. – Ting byłby zachwycony.
– Ja nie pozwalam Strażniczce patrzeć na gwiazdy – oznajmił Freeze.
– Dlaczego?
– Bo to tylko Strażniczka. Ich zadaniem jest pilnowanie artefaktów, nie oglądanie gwiazd.
Zrobiło mi się przykro. Nie wyobrażałam sobie zabronić Tingowi oglądać nocne niebo. To by było jak... Nie wiedziałam nawet do czego przyrównać tak okrutny czyn.
– Chcesz pobawić się w śniegu? – spytał towarzyszący mi wilk.
– Tak... – odparłam, ale coś mi nie pasowało w tej propozycji. – Freeze, ty nie lubisz bawić się w śniegu.
– Szkoda... – westchnął.
Nagle dostrzegłam, że jedna z łap wilka była utworzona z lodu. 
– Freeze, ty zamarzasz! – jęknęłam przestraszona.
– Ty też zamarzniesz.
Wilk podniósł głowę; sprawiał wrażenie, jakby nagle stał się wyższy ode mnie. Wyglądał też o wiele doroślej, niż chwilę temu. Podkuliłam ogon i postawiłam kilka kroków w tył. Tymczasem Freeze kontynuował:
– Zamarzniesz. Tak samo, jak Strażnik Lasu.
Nagle moje łapy zesztywniały. Nie mogłam oderwać ich od ziemi; jakby już teraz przymarzły do podłoża.
– Wichura należała do mnie! – warknął wilk. – Ja jestem dziedzicem!
– Freeze, ja nie chciałam!
– Ale zrobiłaś to! Ukradłaś Wichurę! – wykrzyknął.
Stanął na tylnych łapach, a lód zaczął wspinać się po jego łapie na tors. Już po chwili porywał idealnie połowę ciała Freeze'a.
– Gdzie jest Wichura? – wycedził przez zęby.
Otworzyłam pysk, chciałam wykrzyczeć odpowiedź, ale głos niknął w moim gardle. Nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Freeze warknął głośno i popchnął mnie. Zaczęłam spadać, ale nie mogłam się obrócić, by zobaczyć dokąd zmierzam. Cały świat zawirował; rozgwieżdżone niebo wyglądało, jakby teraz znajdowało się pode mną.
Po chwili uderzyłam grzbietem w lodowatą taflę wody. Szumiące fale pochłonęły mnie całą. Sylwetka Freeze'a zaczynała znikać. W uszach dudnił mi szum rzeki. Traciłam oddech, próbowałam krzyczeć, poruszyć się, zrobić cokolwiek. Wciąż bezskutecznie.
Opadałam coraz głębiej; być może znalazłam się już blisko dna. Nagle pośród ciemności dostrzegłam czerwony połysk. Nieopodal mnie leżał rubin, którym kiedyś Ting otworzył skrytkę zawierającą Wichurę. Drogi kamień przecinała głęboka szrama. Wówczas odzyskałam na chwilę władzę w łapach. Wykorzystałam tę okazję, by dosięgnąć rubinu. Jednak kiedy tylko moje pazury musnęły kamień, ten rozpadł się na drobne kawałki. Wszystkie lśniące, czerwone odłamki zabrał prąd rzeki.
Przepadło.
Znów zesztywniałam. Nadal nie mogłam wziąć wdechu, robiło mi się ciemno przed oczami. Dryfowałam pod wodą, powoli traciłam orientację, gdzie jest góra a gdzie dół. Czekałam co będzie dalej. A "dalej" nie nadchodziło.
***
Wreszcie otworzyłam oczy. Mogłam oddychać, mogłam się poruszać. A co ważniejsze, byłam na lądzie. Zamrugałam i podniosłam głowę. Kawałek dalej siedział Ting, jeszcze dalej Baldor. Obaj odwróceni do mnie plecami i zajęci własnymi sprawami.
Rozejrzałam się. Dostrzegłam, że moja torba była otwarta. Kilka magicznych przedmiotów leżało na piasku; w tym również Medalion Wizji. Ten wisiorek znajdował się najbliżej mnie.
Ciekawe, czy mógł jakoś wpłynąć na to, co mi się przyśniło. Ciekawe, czy przez sen nie założyłam go na szyję. Babcia mówiła mi, że kiedy byłam młodsza, kilka razy widziała, jak lunatykuję. A jeśli ten zwyczaj po latach powrócił?
Zgarnęłam swój dobytek z powrotem do torby. Nadal była noc, ale nie chciałam wracać od razu do spania; czułam, że po takim koszmarze muszę najpierw dojść do siebie. Chociaż wiedziałam, że żadna z tych rzeczy nie wydarzyła się naprawdę, niepokój pozostał.
Spróbowałam prześledzić całą "fabułę snu", ale nie było to takie proste. Już po paru minutach nie miałam pewności co do kolejności zdarzeń. Jednak nadal wyraźnie pamiętałam, że widziałam Freeze'a, a potem tonęłam. Dotknęłam swojej blizny na karku. Zyskałam ją w dniu, w którym faktycznie o mało nie zginęłam w ten sposób. 
O ironio... tamtego dnia uratował mnie właśnie Freeze.
– Dlaczego nie śpisz, Pierzasta? – usłyszałam głos jednego z odmieńców. Tym razem pytanie zadał Baldor. Było to dość dziwne; zwykle mało interesowało go, co się ze mną dzieje.
Podniosłam wzrok na moich towarzyszy. Obaj spoglądali w moim kierunku.
– Miałam zły sen, to wszystko...
– Co to znaczy? – zdziwił się kolczasty gigant. 
Dopiero po chwili skojarzyłam, że Strażnicy nie śnią. Z Tingiem już nie raz omawiałam ten temat, ale to było jeszcze zanim znaleźliśmy Baldora.
– To... koszmar – mruknęłam. Nie umiałam zebrać myśli, by znaleźć lepszą definicję. Spojrzałam na Strażnika Wichury, licząc, że pomoże mi w wyjaśnieniach.
– Nocne wizje nie zawsze są przyjemne... – oznajmił Ting. – Zwłaszcza, jeśli ten śpiący ma jakieś poważne zmartwienie – Złote oczy skierowały się moją osobę. Westchnęłam ciężko.
– Dobrze, że tym razem nie odwiedził nas Tantibus... – skwitowałam, wymuszając lekki uśmiech. Nie odwróciło to uwagi mojego towarzysza od poruszonego problemu.
– Do wschodu jeszcze daleko... – zaznaczył.
– Dlatego pójdę dalej spać – odparłam i położyłam się z powrotem na piasku. Liczyłam, że taka odpowiedź pozwoli mi wymigać się od jakichkolwiek wyjaśnień.
Bolało mnie, że nie mogłam wyjaśnić Tingowi, co mnie gryzie. Chętnie powiedziałabym mu o tym, że wciąż nurtuje mnie, ile czasu minęło od tamtego grudnia w Białym Królestwie. Byłoby mi o wiele lżej, gdybym powiedziała Tingowi, jak bardzo boję się myśli, że Freeze już wie, gdzie jestem.
Podniosłam oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Przepiękna, granatowa kopuła posypana miliardem ciał niebieskich... W pewnym momencie sklepienie przeciął ogon spadającej gwiazdy. Przypomniałam sobie, że kiedyś zaobserwowałam z Freeze'm to samo zjawisko. Wtedy zażyczyłam sobie, by wkrótce znów go zobaczyć.
Kolejny chichot losu. Gdyby gwiazdy naprawdę spełniały życzenia, dziś poprosiłabym o coś zupełnie odwrotnego.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

Zdobyto: 54 czerwonych⎹ 64 pomarańczowych⎹ 20 zielonych⎹ 42 niebieskich⎹ 32 granatowych⎹ 21 fioletowych⎹ 24 różowych odłamków