środa, 1 maja 2019

Od Asgrima "Władca małej grudki ziemi to nadal władca" cz. 2

Lipiec 2023
Redian szedł pewnym krokiem. Jego ogon był dumnie wyciągnięty w górę, nawet gdy skakał, omijając przeszkody. Sprawiał wrażenie, jakby wiedział dokąd idzie, więc tereny z pewnością były mu znane. Ja natomiast widziałem je po raz pierwszy i pewnie nie jeden inny wilk też się jeszcze w nie nie zapuścił. Nie istniały jakiekolwiek ścieżki czy chociaż ich zarysy. Teren był nienaruszony przez dziesiątki wilków chodzących w te i we wte. Spodziewałem się znaleźć w okolicy jakieś jaja, ale nie byłem pewien, czy gdybym zatrzymał się lub odszedł na samodzielne poszukiwania, nie zgubiłbym mojego kociego przewodnika. Redian i tak ginął mi wśród wszechobecnej roślinności, a przecież szedłem nie dalej, niż odległość kilku wilków.
W którymś momencie kociak odwrócił się w moją stronę w taki sposób, że szedł dalej tyłem. Na jego pysku widniał jak zwykle radosny uśmieszek.
- I jak, proszę pana - zagadnął - znalazł pan dużo jajek?
Zmarszczyłem brwi zdziwiony i omal nie wydłubałem sobie oka jakąś ostro zakończoną gałązką. Szczęśliwie zdążyłem się uchylić tak, że ta przejechała po czubku mojej głowy, zostawiając za sobą zapewne niewielką szramę. Syknąłem cicho z (niewielkiego, lecz nieprzyjemnego) bólu.
- Chcesz powiedzieć, że ja miałem...? - zacząłem niepewnie.
Kotek pokiwał gorliwie główką i jeszcze bardziej wyszczerzył ząbki. Widząc jednak moją minę, zmarszczył brwi i zatrzymał się.
- A nie szukał ich pan? Było ich po drodze całe mnóstwo! - zawołał, zdziwiony.
Zacisnąłem zęby, próbując powstrzymać się od krzyku. Jedynie z pomocą mojej ogromnej siły woli i wrodzonego opanowania, mi się to udało. Chociaż i tak po mojej głowie chodziło wiele usprawiedliwień dla kociaka, w które chciałem uwierzyć.
- I jeszcze takie fajne roślinki! Naprawdę ich nie widziałeś?
On nie chciał cię zirytować. Krzyk tu w niczym nie pomoże. As, uspokój się. To jeszcze szczenia... kociak. Mały, czasem trochę niesforny kociak, który nigdy nie zrobiłby czegoś takiego po prostu na złość. Jego zachowanie wynika ze zwykłego nieogarnięcia. Nie miał na myśli nic złego...
Cholera, jak przydałaby mi się teraz moc Tori...
Westchnąłem głośno i siląc się na spokojny ton, powiedziałem jedynie:
- Nie.
Redian przechylił łebek i zmrużył oczy, zastanawiając się nad czymś. Po (zdecydowanie zbyt długiej) chwili potrząsnął głową i wrócił do rzeczywistości. Na jego pyszczek ponownie wkroczył uśmiech.
- Teraz nie będziemy się wracać, ale później może je pan zebrać. Prawie nikt tu nie chodzi, więc jest ich naprawdę dużo. Gdzieś w pobliżu były też takie dziwaczne owoce, może się panu na coś przydarzą - Wzruszył ramionami. Chciałem się wtrącić, ale ledwo otworzyłem pyszczek, to kotek znowu zaczął mówić. - I niech pan nie pęka, w miejsce gdzie pana prowadzę jest taka piękny stosik ślicznie malowanych jaj, że się panu w koszyczku nie zmieszczą.
Na te słowa nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Wizja tylu kolorowych jajek była naprawdę cudowna.
- Dobra, ale możesz chodzić trochę wolniej oraz wskazywać, gdzie są magiczne rośliny lub pisanki? - poprosiłem.
Wąsiki kociaka zadrgały, gdy wyszczerzył bardziej ząbki. Następnie ruszył w moją stronę i w kilkunastu szybkich susach znalazł się tuż obok mojej przedniej łapy, w którą delikatnie uderzył łapką. Czułem jak jego pazurki przeczesują moją sierść.
- To nie jest takie głupie! - zawołał - To w takim razie jedno jajko jest tutaj, obok.
Wskazał łapą miejsce w lewo i niemal od razu podążył w tamtą stronę. Złapałem mój koszyczek w pysk i najszybciej jak mogłem, poszedłem za nim.
Faktycznie było tam jedno jajeczko. Tym razem był na nim wymalowany piękny krajobraz przedstawiający morze z pieniącymi się falami. Bez dłuższego namysłu zabrałem je i włożyłem do koszyka.
Redian już chciał mnie prowadzić dalej, gdy zauważyłem niewielki krzak bzu. Ze względu na trwające lato, nie było na nim żadnych kwiatów, a jedynie owoce. Te były jednak równie użyteczne, więc nakazawszy kocurkowi zaczekać, zerwałem kilka z nich.
- Możemy już iść? Tu obok jest kolejne jajo!
- Możemy - powiedziałem, kończąc pakować owoce do koszyka.
- Super! - zawołał mój towarzysz i ruszył biegiem prosto przed siebie.
On chyba nie umie wytrzymać z byt długo w jednym miejscu - stwierdziłem w myślach - Ciekawe jak Edel z nim wytrzymuje... Wilczyca raczej nie jest teraz zbyt rozrywkowa. Mam nadzieję, że Redian za bardzo jej nie męczy...

<C.D.N.>

Wygrana: 7 jaj

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 8

Lipiec 2023
Nie mogę nikogo zapewnić, że w nocy lepiej szuka się przyozdobionych przez Aratrisa jajek, ale jedno nie ulegało wątpliwości - nie można było czekać z tym do rana. Byłam święcie przekonana, że jak tylko wstanie słońce, w las znów wyruszą tłumy chętnych na nagrodę. No dobra, może te "tłumy" to lekka przesada, większość naszej licznej watahy nie przejęła się prośbą wielkiego królika o pomoc. Właśnie, dopiero teraz zauważyłam, jak absurdalna to sytuacja. Królik prosi o pomoc wilki. Wilki, które codziennie polują na jego bliskich krewnych - zające. 
Wykopałam spod jakiegoś uschniętego krzaka dwa jajka. Przez brak innego źródła światła niż te obrastające drzewa rośliny, nie byłam w stanie nawet dobrze określić, jakiego koloru farby tym razem użyto. Zabrawszy niewyklute maluchy do torby, poszłam dalej, rozglądając się za kolejnymi. Nie musiałam szukać daleko. Następne znalazłam pośród wysokich chwastów. 
Zaraz za tym gąszczem zauważyłam dużo pospolicie wyglądających kwiatów o białych płatkach. Rozpoznałam po zapachu, że to Rumianek. Kiedy byłam młodsza, Babcia wielokrotnie opowiadała mi o jego właściwościach leczniczych. Postanowiłam trochę go nazrywać, jednocześnie sprawdzając, czy nie ma tu żadnych jajek, które należy zwrócić znanemu nam królikowi. Niestety, nie znalazłam pośród tych kwiatów ani jednego.
Chowając zebrane rośliny do torby, zdałam sobie sprawę, że będę musiała przełożyć część jej zawartości do przydzielonego mi kosza. Szczęście, że rumianek nie zajmował dużo miejsca. Dzisiejszy dzień był bardzo owocny, zarówno w kwestii zbierania zaginionych jajek, jak i roślin oraz tym podobnych. 
Spotkałam się znów z Tingiem. Odmieniec poinformował mnie, że nie znalazł tym razem niczego, poza mrówkami. 
- Jak daleko od pozostałych jesteśmy? - spytał.
- Niezbyt daleko - odparłam. - Jest tutaj dużo więcej znajomych zapachów. 
- Głównie wilków z Watahy Czarnego Kruka, co nie? 
- O dziwo więcej z drugiego stada... Znaczy... - zawahałam się. - Podobno powinniśmy wszystkich mówić jak o jednym stadzie...
- Wiesz, że watahy niemagicznych wilków składają się zwykle z około ośmiu osobników? - mruknął Ting, spoglądając na korony drzew. 
- Nie wiedziałam. A ile to..."ośmiu"? - Po raz kolejny nieznajomość liczb przypomina o sobie i uświadamia mi, jak bardzo przeszkadza w niektórych sytuacjach. 
- Powiedzmy, że to mniej niż w Watasze Magicznego Kruka. Znacznie, znacznie, znacznie mniej. 
- Um... Może dasz radę porównać do czegoś tę różnicę? 
Odmieniec westchnął zażenowany, ale zaczął myśleć nad zobrazowaniem mi tego. 
- Wyobraź sobie, Pierzasta, że to jedno pióro to "osiem" - Odezwał się po chwili, pokazując na swój pióropusz. 
- Okej. 
- Liczba wilków w naszej watasze to prawie tyle, co cała reszta piór razem wziętych. 
Przejechałam wzrokiem po lotkach.
- Chyba jestem w stanie to sobie wyobrazić... - odpowiedziałam po chwili. - Ale przecież to niewiele więcej wilków, niż tam, gdzie mieszkałam jako szczenię! 
- Wiesz, niemagiczne wilki, z tego co mi wiadomo, nie dołączają do obcych watah - mruknął Ting, sprawdzając, czy dobrze zapiął swój wypchany plecak. - Jedno stado to jak jedna rodzina. Dlatego nie są aż tak liczne.
- Nie spotkałam nigdy niemagicznego wilka - westchnęłam. - Bardzo się od nas różnią? - spytałam.
- Mnie się pytasz, Pierzasta? Ja znam o nich tylko parę wybiórczych informacji - potrząsnął głową Odmieniec. - Skoro ty żadnego nie widziałaś, ja tym bardziej. 
- A, racja - chrząknęłam. 
- Zawracamy, czy idziemy do obozowiska? - spytał, wracając do wcześniej poruszonego tematu. 
- Nie jestem pewna - ziewnęłam. - Z jednej strony chętnie bym się już zdrzemnęła, a z drugiej chciałabym szukać dalej. 
- Bardzo chciałabyś zdobyć ten naszyjnik, prawda?
Kiwnęłam twierdząco głową i przeciągnęłam się. 
- I tak nie idziesz spać, może obudzisz mnie przed świtem?
- Będę zajęty - odparł Ting. 
- Czym niby?
Nie otrzymałam odpowiedzi na to pytanie. Odmieniec ruszył dalej w stronę, z której dochodziły niewyraźne pomruki odpoczywających smoków. Poszłam za nim, drobiazgowo sprawdzając, czy nie minęłam po drodze żadnego jajka.

<C.D.N.>

Wygrana: 5 jaj

Uwagi: brak.

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 7

Lipiec 2023
Co prawda Medalion Nieśmiertelności nadal znieczulał na ból, ale strach, jaki w tamtym momencie mnie zdjął, wystarczył, bym głośno zaskamlała. Próbowałam się wyrwać z żelaznego uścisku szczęk jaszczurowatego monstrum. Bezskutecznie. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji należy uderzyć w przeciwnika, jednak stres odebrał mi trzeźwość myślenia. Nie patrzyłam nawet na potwora, a gdzieś przed siebie, jakbym myślała, że dzięki temu zdołam uciec. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nie minęła sekunda, a usłyszałam trzask łamanej kości. Bez wątpienia należała do mnie. Przez to wpadłam w jeszcze większą panikę. Przebierałam pozostałymi łapami jak wariatka. Chciałam krzyczeć, wołać o pomoc, ale brakowało mi na to oddechu. Potwór przycisnął mnie do ziemi ciężką łapą.
Nagle jednak ją podniósł i warknął groźnie. Kątem oka dostrzegłam, że na jego boku siedział Ting. Wbijał szpony w fioletowawą skórę i ani myślał przestać, dopóki nie zostanę wypuszczona. Jaszczuropodobne stworzenie nie okazało się być jednak na tyle głupie, by od razu wypluć moją nogę i zająć się Odmieńcem. Ciągając mnie za sobą, spróbował odpędzić mojego towarzysza tak samo, jak wcześniej - solidnym uderzeniem o drzewo. Jednakże Ting nie chciał ułatwić mu zadania i przeskoczył na jego drugi bok zadając kolejne obrażenia szponami. Nie, że mocno ranił potwora w ten sposób. Miało to na celu raczej denerwowanie go i odwracanie uwagi. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Ja w międzyczasie zdołałam odrobinę ochłonąć i zebrać chociaż trochę swoich chaotycznych myśli do kupy. Przywołałam nieco wiatru i schwyciłam nim szczęki potwora. Kosztowało mnie to sporo energii, lecz zdołałam je rozchylić na tyle, bym mogła uwolnić poharataną łapę. Uciekłam pół metra dalej.
Oślizgły potwór wpadł w istną furię. W sumie nic dziwnego, przecież właśnie wypadł mu pyska niedoszły posiłek. Natychmiast zapomniał o Tingu i rzucił się w moją stronę. Uformowałam barierę z powietrza, która przetrzyma go na odległość chociaż przez chwilę.
- Pierzasta! - usłyszałam nagle Tinga. - Puść go!
- Zwariowałeś?! - ryknęłam, wycofując się na trzech łapach.
- Zamiast tego przygotuj się do pojedynczego odbicia ataku wichrem! Zaufaj mi!
Wtedy zobaczyłam, że mój towarzysz nie siedzi już na rozszalałym potworze. Byłam zdezorientowana i przestraszona, ale posłuchałam Odmieńca. Chwilowo rozgoniłam wiatr. Dziwaczny stwór, nie czując oporu, skoczył w moją stronę, gotów rozerwać kolejnego wilka na strzępy. Wtedy wprost do jego rozdziawionej gęby buchnęły płomienie. Następnie ja odbiłam swoją mocą ostre kły, które nadal niechybnie zmierzały na mnie.
Potwór wykręcił łeb i uderzył łapami o ziemię. Dyszał i syczał, machając poparzonym pyskiem. Odwróciłam się nieznacznie, żeby spojrzeć na Odmieńca. Miała być to forma niemego podziękowania za pomoc, nawet jeśli to nie był jeszcze koniec starcia.
- Rzuć mnie na niego, Pierzasta - powiedział Ting - Najmocniej, jak potrafisz.
Kiwnęłam raz głową i bez namysłu zrobiłam to, o co prosił. (Dopiero wtedy zauważyłam, że na czas walki zdjął plecak, dzięki czemu był znacznie lżejszy.) Strażnik Wichury wystrzelił w stronę potwora i wbił obie ptasie czaszki głęboko w jego grzbiet. Potwór syknął, a Odmieniec w międzyczasie uczepił się szponami powstałych ran, żeby zadać obszerniejsze obrażenia.
- Atakuj go! Atakuj jego tylne łapy!
Okrążyłam potwora, skupionego na małym czymś, rozrywającym mu skórę. Bez problemu dopadłam nóg jaszczura. Wgryzłam się w jedną z nich i szarpałam. Powiedziałabym, że zrobiłam to tak, jak na polowaniu, ale moja zwierzyna łowna nigdy nie sięgała takich rozmiarów, ani nie miała tak twardej skóry. Uskoczyłam, kiedy monstrum chciało mnie odkopnąć, po czym zaatakowałam drugą łapę.
- Odsuń się - usłyszałam po chwili.
Odbiegłam na odrobinę bezpieczniejszą odległość, by po chwili zobaczyć płomienie buchające z obu ptasich czaszek Tinga. Wielki jęzor ognia uderzył łeb, pierś i przednie łapy potwora. Użyłam swojej mocy, by przekierować pojedyncze płomienie ulatujące gdzieś na bok z powrotem na wielkiego jaszczura. Tego typu atak trwał kilka sekund, ale był bardzo efektywny. Monstrum zaczęło wyraźnie słabnąć.
W późniejszych fazach walki naszemu przeciwnikowi bardzo dał się we znaki brak ostrych pazurów. Jego najważniejszym orężem pozostawały zęby, lecz by ich użyć na którymkolwiek z nas, musiał się cały obrócić. Tymczasem obrażenia odniesione dotychczas w walce znacznie go spowolniły. Ja natomiast nie miałam tego problemu. Skoro starcie trwało naprawdę długo, moja noga zagoiła się już zupełnie, dzięki Medalionowi Nieśmiertelności. Kiedy Ting pluł raz po razie ogniem, rzuciłam w potwora jeszcze kilkoma głazami, które znalazłam nad brzegiem rzeki. Celowanie w pysk się opłaciło, ponieważ wkrótce poskutkowało wyłamaniem mu kilku kłów.
Wreszcie jaszczur zatoczył się i przewrócił. Stanęłam stabilniej na czterech łapach gotowa do dalszej walki, lecz fioletowo-zielona kupa mięsa się już nie poruszyła. Niepewnie podeszłam go jego głowy. Z otwartego bezwładnie pyska ściekała ślina. Jego klatka piersiowa nie poruszała się.
- Po...pokonaliśmy go?
Ting trącił parę razy jedną z jego łap ptasią czaszką na kiju.
- Tak. Nie żyje.
Usiadłam, nie zwracając uwagi na to, że jeszcze bardziej wybrudzę się krwią. Serce nadal waliło mi jak młotem i z trudem łapałam oddech ze zmęczenia. Ta trwająca w nieskończoność walka... wreszcie dobiegła końca. Odmieniec przycupnął kawałek dalej. Najpierw spojrzał na truchło jaszczuropodobnego potwora, potem na mnie. Szkoda, że spod tej czaszki nie mogłam dostrzec jego wyrazu pyska. Chwilę tak siedzieliśmy bez słowa, regenerując siły. Powoli oswajałam się z wiedzą, że właśnie zabiłam coś, co nie było sarną, jeleniem albo innym zającem.
Pokonałam paskudnego, ogromnego mutanta...
Jak dotąd, z takich przygód miałam na koncie tylko walkę z Wrathem, ale wtedy walczyłam razem z dużą grupą innych wilków o odmiennych umiejętnościach magicznych. A tym razem był ze mną tylko Ting... Moje emocje powoli opadały. Zaczęłam sobie przypominać szczegóły starcia, a szczególnie fakt, że przez większość czasu to właśnie mój towarzysz wydawał mi polecenia, kiedy ja byłam zbyt zestresowana, by myśleć. Też dzięki niemu zdołałam skupić się na działaniu, zamiast na panikowaniu, kiedy to ślepe coś zacisnęło zęby na mojej nodze.
Powoli wstałam i podeszłam do Odmieńca.
- Dziękuję ci, Ting - mruknęłam.
Odmieniec popatrzył na mnie.
- Nie ma za co, Pierzasta - odparł i poszedł po swój plecak.
Odprowadziłam go wzrokiem. Wspomniałam pierwsze chwile wędrówki z nim przez Kanion Magmy.
Kiedy nad urwiskiem osunęła mi się noga i omal nie spadłam do wrzącej lawy pod nami, Ting powiedział mi coś takiego:

- Zapamiętaj to sobie, Pierzasta! Zachowanie cię przy życiu nie należy do moich obowiązków jako Strażnika! 
Nie pamiętam już całego cytatu, ale tego fragmentu wypowiedzi na pewno nie zapomnę. - Wracajmy do reszty - mruknął Odmieniec, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Myślisz, że ten potwór wskazuje na to, że powinniśmy wracać? Na moje oko to był tylko jednorazowy pech - przełknęłam ślinę. - Wielki pech.
- Byłby to p e c h, gdybyś nie miała Medalionu Nieśmiertelności. Wbrew pozorom, niewładna jedna noga, może zupełnie przekreślić wszelkie szanse wilka na przeżycie.
- Czy... mówisz to z doświadczenia?
- Tak. Mam tu na myśli drugiego wilka, który wszedł do Komnaty - odparł bez ogródek Ting.
Westchnęłam ciężko. Zawsze czułam pewien żal, kiedy wspominałam miejsce, z którego tylko jeden podróżnik wyszedł żywy - ja. 
Kamienne wrota zamykały się za każdym, do czasu końca walki ze Strażnikiem...
- Tylko najpierw jeszcze raz wyczyść futro. Na białej sierści bardzo widać plamy krwi - zaznaczył Odmieniec.
***
Szłam w kierunku miejsca, gdzie wczoraj wylądowaliśmy. Byłam pogrążona w zamglonych wspomnieniach sprzed ponad dwóch lat. Miałam wrażenie, że to minęło zbyt szybko. Czas spędzony jako część watahy płynął zupełnie inaczej... Przypomniawszy sobie, że gdzieś tu mogły zostać jeszcze jakieś zguby Aratrisa, zaczęłam patrzeć pod nogi, a niedługo potem, także zaglądać pod mijane krzewy. Nie spodziewałam się znaleźć dużo więcej jajek, lecz jeszcze parę razy dopisało mi szczęście. Kiedy później zrównał się ze mną Ting, zakomunikował, iż także trafił na kilka. Zaczęłam rozmyślać, czy możemy mieć szansę na zdobycie tej nagrody, o której wszyscy zbierający mówią. Medalion zupełnie uodparniający na konkretny żywioł. Co by to było, gdybym miała wybrać teraz..? Zanim zdążyłam zdecydować o czymkolwiek, zostałam przetrzymana w miejscu przez mojego towarzysza.
- Ile jeszcze razy, Pierzasta?! W ogóle nie uważasz!
Już-już chciałam zaprzeczyć, ale zdałam sobie sprawę, że miał pewne prawo tak powiedzieć. Moja łapa po raz kolejny trafiła ułamek minimetra, czy jak tam nazwali tę jednostkę miary, od maleńkiego jajka. Zamyśliłam się i tyle wystarczyło, bym nie dostrzegła go w ciemności. Ostrożnie podniosłam uratowanego malucha i spakowałam do torby, po czym ruszyłam dalej, zwolniwszy nieco tempa.
Po jakimś czasie dostrzegłam kątem oka coś czerwonego. Ruszyłam w tamtym kierunku przekonana, że to następne jajka, lecz znalazłam coś innego. Okazały się to być krzaczki pełne poziomek. Zadowolona ze swojej spostrzegawczości nazbierałam ich trochę. Dzięki wyrazistemu kolorowi było dużo łatwiej namierzyć kolejne owoce. Ting czekał na mnie z boku założonymi łapami.
- Długo jeszcze? - spytał.
- Daj mi chwilę - mruknęłam, zjadając kilka poziomek. Kolejny smak, o którym już zdążyłam zupełnie zapomnieć!
Rozgarnęłam jasnozielone liście, żeby sprawdzić, czy nie pominęłam żadnego przepysznego owocu. Znalazłam tam jeszcze jedną zgubę Aratrisa. Ewidentnie trafiliśmy na mało uczęszczany przez innych poszukiwaczy szlak.

<C.D.N.>

Wygrana: 12 jaj

Uwagi: brak.

Od Lind "Poszukiwań ciąg dalszy" cz. 6

Lipiec 2023
Po drodze nad rzekę znaleźliśmy jeszcze dwie, może trzy malowane zguby. Musiałam ostrożnie podnosić je używając swojego żywiołu, bo obie przednie łapy i pyszczek nadal miałam ubrudzone miodem. Nie chciałam zniszczyć owoców ciężkiej pracy Aratrisa, bo z pewnością przyozdobienie jednego jajka zajmowało mu co najmniej godzinę. Kiedy wreszcie dotarliśmy do celu, zostawiłam torbę na brzegu, po czym weszłam do wody po łokcie i zaczęłam myć posklejane futro. Odmieniec w międzyczasie zapolował na kilka komarów. W pewnym momencie wylądowała koło niego ważka, ale on zamiast ją schwycić i zjeść, zaczął się jej przyglądać z bliska. 
- Nie jadasz ważek? - spytałam. 
- Jakoś nie... - odpowiedział, po czym usiadł na piasku. Owad, o którym mówiliśmy, odleciał. 
Jeszcze raz przemyłam pyszczek, po czym dołączyłam do mojego towarzysza na suchym lądzie. Kiedy dotarł do nas powiew całkiem silnego wiatru, przeszedł mnie dreszcz. Jak to jest, że nasiąknięta wodą sierść samoistnie sprawia, że jest ci jeszcze zimniej, niż zanim wyjdziesz na brzeg?
Rozmyślając tak nad tym, spostrzegłam, że zaczyna się już powoli ściemniać. Wówczas zdałam sobie sprawę, że spędziliśmy na poszukiwaniu jajek cały kolejny dzień postoju. Przeciągnęłam się i ziewnęłam szeroko. Siedzenie w miejscu i czekanie, aż wyschnie mi futro, szybko mnie znudziło. Skierowałam wzrok na drzewo chylące się nad miejscem, w którym rzeka zaczynała zakręcać. Zwróciłam uwagę na świecącą na błękitnawo roślinę wyrastającą z ciemnobrązowego pnia. Mijałam takie już wiele razy, lecz jakoś nie wykazałam wcześniej szczególnego zainteresowania nimi. Wtedy przypomniałam sobie, że widziałam wczoraj zielarzy z naszej watahy zbierających te kwiaty. To znaczy, że mogą się do czegoś przydać, tak samo jak Niebieski Agrest. Wstałam i podeszłam do starego drzewa, po czym zerwałam świecący kwiat. Ku mojemu zdziwieniu, błękitnawe światło nie gasło. 
- Dalej zbierasz zapasy na przyszłość? - spytał Ting, pojawiając się znikąd na pniu, jak wiewiórka. Mimowolnie drgnęłam. 
- Musisz się tak skradać? - westchnęłam. 
- Sama mi mówiłaś, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie - rzucił złośliwie.
- To nie była odpowiedź, to była uwaga.
- W formie pytania? - przekręcił głowę. 
- Być może.
Zerwałam resztę kwiatów z tego konkretnego pnia. Trzymałam teraz w pysku bardzo ładny, świecący bukiet. Odmieniec bez pytania zabrał mi jeden okaz i obrócił w łapie. 
- Ciekawe ile to naturalne światło się utrzyma - wymruczał. 
- Może będzie świecić cały czas? - mówiąc, zauważyłam, że mojego pyska sięgnęło podobne mrowienie, co przy użądleniu pszczół. 
- Niemożliwe - Ting schował obiekt naszej rozmowy do plecaka. 
Podobnie ja postąpiłam ze swoją częścią zebranych roślin. 
- Hej, spójrz, Pierzasta! Ktoś schował malowane jajka do dziupli!
Mój towarzysz sprawnie przeskoczył na inne drzewo. Uśmiechnęłam się, patrząc na jego zadowolenie. Powoli przestawało mi przeszkadzać, że w ogólnym rozrachunku on zdołał znaleźć więcej podopiecznych Aratrisa, niż ja. 
Wtedy moich uszu dobiegło dziwne, szybkie szuranie łap na trawie. Nie zwróciłabym na to uwagi, gdyby nie pewność, że źródło dźwięku było bardzo blisko. Odwróciłam się i natychmiast uskoczyłam na bok. Nie zdążyłam nawet ogarnąć dobrze wzrokiem sylwetki napastnika. Przed oczami mignęły mi tylko szczęki wyposażone w wielkie kły. Zaryłam pazurami o ziemię, kilka metrów dalej. Przy drzewie, z którego zebrałam świecące rośliny zobaczyłam kształt, przypominający długonogiego, chuderlawego jaszczura. Potwór wyrwał zębiska z kory i obrócił się, by ruszyć znów na mnie. Nie miał oczu, a jednak doskonale wiedział, gdzie atakować. Uderzyłam go dwa razy wiatrem, lecz to nie poskutkowało. Byłam zbyt zestresowana. Wtedy z korony drzewa, prosto na łeb potwora, wskoczył Ting. Odmieniec uczepił się mocno jego pyska i wbił kły w dziwaczne ucho drapieżnika. Monstrum wydało z siebie trudny do zdefiniowania dźwięk i zaczęło wymachiwać łbem na boki. Za którymś razem uderzyło w drzewo, co skutecznie zmusiło mojego towarzysza do zeskoczenia na ziemię. Postanowiłam wykorzystać chwilę nieuwagi stwora. Uniosłam za pomocą swojego żywiołu jakąś skałę i rzuciłam prosto w niego. Przyniosło to znacznie lepszy efekt, niż poprzednia próba obrony. Potwór zatoczył się lekko oszołomiony, ale szybko odzyskał orientację w terenie. Pobiegł znów w moim kierunku z rozdziawioną szeroko paszczą. Uformowałam szybko skrzydła z wiatru. Spróbowałam odbić się od ziemi i uciec poza zasięg tego czegoś. Mój nowy plan szybko jednak zakończył się niepowodzeniem. Jaszczurowate coś zdołało do mnie doskoczyć i zacisnąć zęby na mojej nodze. Uderzyłam o ziemię tak szybko, jak się od niej oderwałam.

<C.D.N.>

Wygrana: 9 jaj

Uwagi: brak.

Od Asgrima "Władca małej grudki ziemi to nadal władca" cz. 1

Lipiec 2023
Ostatni dzień poszukiwań minął nam wszystkim w dość nerwowej atmosferze. Każdy odnosił dotychczas znalezione jaja do Aratrisa, jednocześnie nie przestając szukać ich w trawie. Wilki przeczesywały teren z pełną świadomością, że o wygranej może przesądzić nawet jedno jedyne jajko. 
Tak się złożyło, że akurat w ten dzień zostałem sam. Pysk Tori nie był w najlepszym stanie od jej feralnego zajścia z wodną muchołówką. Wilczyca porzuciła poszukiwania jakichkolwiek roślin, obawiając się, że każda może jej zaszkodzić. Co prawda zaginione jaja nie były w żadnym stopniu trującymi kwiatami, lecz Torance nie miała zamiaru pomagać mi w poszukiwaniu czegokolwiek. 
Na Edel też nie miałem co liczyć; wadera wyglądała tragicznie, jednak pomimo tego zdecydowałaby się pewnie wyruszyć na poszukiwania, a to nie mogło zakończyć się dobrze. Wolałem jej dodatkowo nie narażać. Już sama podróż oraz nieustanne towarzystwo tego dziwacznego Crane'a musiała ją wykańczać psychicznie i fizycznie. 
Niby miałem jeszcze Elenę, ale kotka zasnęła iście kamiennym snem, a wyglądała przy tym tak uroczo, że nie miałem serca jej obudzić dla byle łażenia.
Ze względu na to wszystko przemierzałem samotnie tereny, nierzadko wspomagając się zarysami ścieżek, powstałymi na wskutek wiecznego przemieszczania się wilków z naszej watahy. Jednak starałem się nimi za bardzo nie sugerować, a raczej poszukiwać jeszcze nieodwiedzonych miejsc. Moja taktyka - jeśli można to w ogóle nazwać taktyką - nie była może powalająca, ale kilka radośnie jaskrawych jaj było całkiem miłą nagrodą, choćby za mój upór. Wszystkie pisanki nosiłem w niewielkim koszyczku, który w końcu udało mi się zdobyć. Nie był on może idealnie spleciony, ale spełniał swoją rolę i to bez ubytków na zdrowiu niewyklutych stworzonek.
Właśnie podczas takiej wędrówki natrafiłem po raz nie wiadomo który na niezwykle rozłożyste drzewo. Mijałem je wiele razy, jednak dopiero za tym ostatnim, zwróciłem uwagę na niewielką roślinkę tuż obok niego. Nachyliłem się w jej stronę i wciągnąłem w nozdrza przyjemnie ostry zapach. Mięta.
Uśmiechnąłem się pod nosem i odłożywszy delikatnie koszyczek, zacząłem zrywać pięknie pachnące listki. Krzew był nienaruszony, co oznaczało, że nie ja jeden nie zauważyłem go wcześniej. Kierując się tą wskazówką, zacząłem szukać w pobliżu jakiegoś jajka, jednak nadaremnie. Akurat tu nie było żadnego. Westchnąłem ciężko i wpakowałem zerwane liście do koszyka.
Nagle usłyszałem gdzieś nieopodal cichy szelest. Automatycznie moje ciało się spięło w oczekiwaniu, aż ktoś się pojawi tuż obok mnie. Obróciłem łeb w stronę, z której - jak przypuszczałem - dochodził dźwięk i... Spostrzegłem zwykłego zająca.
Wyszczerzyłem do niego zęby w uśmiechu, na co ten uciekł. Zwierzak nie miał w sobie nic wspólnego z Aratrisem, który był znacznie większy i milszy.
Ponownie nachyliłem się nad koszykiem, starając się w miarę możliwości ułożyć liście mięty tak, by nie wypadły przy byle machnięciu. Gdzieś za mną ponownie rozległ się szelest, jednak tym razem na niego nie zareagowałem. Nie miałem zamiaru przejmować się jakimiś niewychowanymi zającami.
Szelest stał się głośniejszy, aż w końcu poczułem delikatne uderzenie w łapę. Czym prędzej odwróciłem się i zauważyłem młodego kota o szarobrązowym futerku.
- To pan, panie chudy? - spytał kocurek, ponownie trącając mnie łapą.
Nachyliłem się w jego stronę, tak blisko, że prawie dotknąłem jego nosa swoim. Redian, zapewne chcąc pokazać swoją odwagę, nie cofnął się. A przynajmniej do chwili, gdy nie chuchnąłem prosto w jego pyszczek.
- Owszem, to ja - powiedziałem wycofawszy się odrobinę.
- Hej! - zawołał oburzony, odskakując. Następnie (już z bezpiecznej odległości) zaczął czyścić nos oblizaną wcześniej łapą. Nigdy nie zrozumiem kociego pojęcia higieny.
Wyprostowałem się i uśmiechnąłem wesoło.
- We własnej osobie. Chociaż mógłbyś mnie tak nie nazywać. Nie jestem aż tak chudy.
Redian przerwał na moment swoją toaletę i podniósł na mnie wzrok. By móc spojrzeć mi w oczy, musiał mocno zadrzeć łebek.
- Ja to ocenię, psze pana - powiedział. - A tak w ogóle to... Co robisz?
- Szukam jaj i jakichś przydatnych ziół, roślin lub kamieni.
Ledwo skończyłem wypowiadać drugie słowo, a kociak zerwał się z miejsca i radośnie wyprężył ogon. Jego oczy zalśniły podekscytowaniem.
- Dobrze się składa, bo widziałem... Coś! Chodź, pokażę ci! - zawołał i nie czekając na moją odpowiedź, zniknął w gęstwinie roślin. Ja natomiast pokręciłem głową z uśmiechem i czym prędzej podążyłem za nim. Nie chciałem go zgubić, bo faktycznie mógł znaleźć coś interesującego...

<C.D.N.>

Wygrana: 6 jaj