piątek, 24 maja 2019

Od Lind "Skruszony szmaragd" cz. 3

Wrzesień 2023
- To jego imię, tak? - spytałam.
Mój towarzysz zerwał się na równe nogi. 
- Tak, to jego imię. A teraz idziemy! - zarządził i ruszył przed siebie żwawym krokiem. 
Nie było już po nim w ogóle widać śladów przemarznięcia. Wstałam i dogoniłam Odmieńca, gotowa zasypać go pytaniami, które wybrzmiewały w mojej głowie już stanowczo zbyt długo. 
- Kim on w ogóle jest? On też zna ciebie? - postanowiłam zacząć od tych. 
- Później wszystko ci wytłumaczę, teraz nie ma na to czasu - Mój towarzysz przyspieszył do biegu. Zrobiłam to samo, pomagając sobie lekkimi uderzeniami skrzydeł z wiatru.
- Nie mógłbyś chociaż...
- Do diaska, skup się Pierzasta! - przerwał mi Ting. - Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
Zmarszczyłam czoło. Nie oszukujmy się; nie miałam absolutnie ochoty czekać. Chciałam odpowiedzi teraz. Odmieniec wydawał się być strasznie zdenerwowany, ale ewidentnie już wiedział ze szczegółami, kim jest Baldor. Szczególnie nie dawało mi spokoju jego podobieństwo do mojego towarzysza. Byłam przekonana, że nigdy już nie zobaczę nikogo, ani niczego podobnego do Tinga. Tymczasem dzisiejszego dnia rzeczywistość zaprezentowała mi kolejną niespodziankę. 
Już po chwili wróciliśmy do znalezionego wcześniej tunelu. Podeszłam do otaczających go zasp i zwróciłam się do Odmieńca: 
- Jak chcesz go stamtąd wyciągnąć?
- Znów zadajesz głupie pytania - warknął Ting. - Pójdziesz tam i wyciągniesz Baldora na powierzchnię tak samo, jak to zrobiłaś ze mną - skinął łapą na przejście do podziemi.
- No proszę... Jego nazywasz po imieniu - oznajmiłam zdumiona. - Myślałam, że użyjesz jakiegoś określenia w stylu "Kolczasty".
- Przestaniesz się zajmować nieistotnymi detalami?! - wybuchł znów Odmieniec. 
Odruchowo cofnęłam się dwa kroki. 
- A ja mógłbym wam jeszcze jakoś pomóc? - usłyszałam za sobą niski głos Passera. 
Odwróciłam głowę. Moim oczom ukazała się wysoka sylwetka smoka. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłam, że przyszedł tutaj za nami. Wtedy w mojej głowie pojawiła się koncepcja, jak możemy wydostać Baldora z tunelu. Zrzuciłam torbę i odnalazłam w niej Magiczną Linę. 
- Trzymaj koniec tej liny - podrzuciłam wspomniany przedmiot. Gad jednym kłapnięciem złapał go w zęby. - Jak szarpnę kilka razy, ciągnij.
Passer pokiwał głową na znak, że rozumie. Nie zakładałam torby z powrotem; tylko by mnie spowalniała. Poprosiłam Tinga o jedną, zapaloną ptasią czaszkę na kiju. Wiedziałam, iż on sam już tam nie zejdzie, więc potrzebuję źródła światła. Kiedy otrzymałam, o co prosiłam, rozłożyłam skrzydła, gotowa zlecieć do tunelu.
- Uważaj, Pierzasta - mruknął Ting. 
Spojrzałam na niego.
- Na co konkretnie? - wymamrotałam, trzymając w pysku "pochodnię". 
- Baldor jest też Strażnikiem. Jeśli się ocknie i zobaczy ciebie samą...
- Będzie musiał mnie zabić? 
- Będzie myślał, że musi - wyjaśnił Ting. Czy mi się zdawało, czy usłyszałam nutkę smutku w jego głosie?
- Jasne. Rozumiem - odparłam pośpiesznie. 
Czułam jak znów jakiś nieprzyjemny uścisk chwyta moje gardło. Pomimo tego zeskoczyłam z powrotem do podziemi. Zostawiając koniec liny wiszący przy wyjściu, ruszyłam znajomym, zimnym korytarzem do komnaty. Okazało się, że kolczasty Odmieniec leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiliśmy. Nie ruszył się nawet o milimetr. Podeszłam do niego bliżej. Z początku wypatrywałam oznak, że wstanie, gotów do walki, lecz po chwili naszła mnie pewna gorsza myśl. Myśl, że może nie żyć. 
Złapałam Odmieńca zębami za nadgarstek i zaczęłam wlec do wyjścia. Niby mogłabym użyć swojego żywiołu, lecz wolałam na wszelki wypadek oszczędzać energię. Przemierzenie z tym stworem całej długości korytarza nie należało do najprostszych zadań. Był prawie dwa razy większy od Tinga, ale ważył chyba czterdzieści albo i trzydzieści razy więcej. Pewnie dużym balastem jest też ten jego stalowy młot. Trochę to zajęło, ale w końcu znalazłam się pod pionowym wyjściem z podziemi. Po przywiązaniu końca Magicznej Liny do łap Baldora szarpnęłam ją kilka razy, by dać sygnał Passerowi. Smok natychmiast pociągnął Odmieńca ku górze. Obserwowałam z uwagą, jak jego kolce ocierały się o bryły lodu pokrywające pionowe przejście na powierzchnię. 
Byłam przygotowana do uniesienia się na wietrze i dołączenia do pozostałych, ale zdecydowałam, że zostanę tu jeszcze chwilę. Zawróciłam w stronę tajemniczego korytarza. Stwierdziłam, iż warto wykorzystać okazję i dokładniej przeszukać to miejsce. Dotarłszy znów do komnaty, zacząłem węszyć. Nie wiem, czy się tego spodziewałam, ale w końcu na coś trafiłam. Pośród odłamków nietopniejącego lodu leżało paręnaście zielonych skrawków szmaragdu. Ostrożnie podniosłam jeden z fragmentów drogiego kamienia. Delikatnie załamywał światło rzucane przez płonącą ptasią czaszkę. Za pomocą swojego żywiołu zebrałam pozostałe kawałki. Uznałam, że one też powinny wrócić ze mną na powierzchnię. Po ponownym przeszukaniu komnaty znalazłam jeszcze spory chlebak, leżący w rogu pomieszczenia. Jego zawartość była dosyć skromna: kilka fiolek z eliksirami, kawałek jakiegoś materiału i bęben. Przypominała mi plecak Tinga, zanim opuścił Kanion.
"Też jest Strażnikiem" - tak powiedział mój towarzysz. Więc czego pilnuje Baldor?
***
Wynurzyłam się z powrotem na niewiele jaśniejszą, lecz znacznie cieplejszą powierzchnię. Położyłam przed sobą chlebak, a obok niego płonącą ptasią czaszkę i skrawki skruszonego szmaragdu. Pocierając zmarznięte łapy, wypatrzyłam Passera, potem oba Odmieńce. Ting siedział przed leżącym bezwładnie Baldorem, opierając łapy na zgiętych kolanach. Na mój widok, Strażnik Wichury stanął na równe nogi i doskoczył do mnie. 
- Masz to! - wykrzyknął, zauważając torbę. 
Dopadł znalezionego przez mnie worka i wyciągnął z niego fiolki. Zamarł jednak w bezruchu, widząc, że połowa z nich była pusta. 
- Nie może być... - szepnął. 
Powoli opuścił łapy, w których trzymał szklane naczynia. Przez sekundę patrzył pusto przed siebie, potem spojrzał na mnie, na końcu odwrócił się, żeby odnaleźć wzrokiem Baldora, przy którym czuwał Passer. Spuściłam nieznacznie głowę. To wszystko oznaczało, że teraz już nawet nie ma sposobu, by pomóc znalezionemu w podziemiach Odmieńcowi. Położyłam łapę na ramieniu Tinga, żeby dodać mu otuchy, ale Strażnik Wichury odtrącił ją jednym, szybkim ruchem.
Wtem w oczodołach niedźwiedziej czaszki zalśniły zielone oczy. Potężna, kolczasta sylwetka się poruszyła. Baldor oparł o ziemię młot, który miał przywiązany do łapy i powoli wstał. Odruchowo cofnęłam się. Ting natychmiast podniósł z ziemi ptasią czaszkę na kiju i wyciągnął z plecaka drugą. Stanął gotowy do walki. Tymczasem "Drugi Strażnik" wykonał kilka chwiejnych kroków naprzód, rozglądając się uważnie dookoła. Po tym, uniósł młot i warknął groźnie: 
- Gdie les?! 
Spojrzałam zaniepokojona na mojego towarzysza, potem znów na Baldora. Nie zrozumiałam, czego kolczasty Odmieniec chciał od nas.
- Pyta, gdzie jest las - przetłumaczył Passer, dostrzegając moje zdezorientowanie. 
- Jaki las?! Jesteśmy w lesie! - rzuciłam. Zdałam sobie sprawę, że sierść na moim karku zjeżyła się. 
- Nie chodzi mu o zwykły las - wycedził Ting. Nadal nie opuszczał swojej broni. 
- To o co u licha?! - Nie spuszczałam wzroku z Baldora. Wyglądał, jakby w każdej chwili był gotów się na nas rzucić, nawet pomimo obecności wielkiego smoka.
- O Kamienny Las! - ryknął Drugi Strażnik.
Co za ulga. Jednak zna nasz język. 
- Nie myśmy go zabrali - powiedział Ting, patrząc na wielkiego Odmieńca.
Baldor ruszył powoli w naszą stronę, powarkując. 
- Ktoś inny był w twojej komnacie przed nami - dodał mój towarzysz. - Prawda?
Drugi Strażnik zatrzymał się. Spojrzał pustym wzrokiem gdzieś w dal; próbował coś odgrzebać z zasnutej mgłą pamięci. 
- Prawda... - odparł. Po chwili oparł młot na ziemi. - Czemu ty nie jesteś w swojej komnacie, Ting? - spytał łagodniejszym tonem. 
Po chwili wahania się, Strażnik Wichury schował ptasie czaszki z powrotem do plecaka i podszedł do Baldora. Pokazał mu naszyjnik z bursztynem, który kiedyś otrzymał ode mnie. 
- Klucz. Dostałem go od Pierzastej - Tu skinął na mnie. 
Pobratymiec Tinga na krótką chwilę spojrzał we wskazanym kierunku.
- Więc Wichura jest na swoim miejscu - mruknął. - A Las...
Podeszłam do rozmawiających Odmieńców. 
- W komnacie znalazłam tylko tę torbę i odłamki skruszonego szmaragdu - wtrąciłam, podając Baldorowi jego własność. 
- Więc Lasu już nie ma - powiedział z goryczą, podnosząc skórzany worek. - Został skradziony. 
- Jak to "skradziony"? - spytałam. W międzyczasie powoli przyswajałam wiedzę o nowym artefakcie, podobnym do Wichury. - Zgaduję, że nie otrzymałeś klucza, ale zostałeś pokonany przez tamtego. Wszystko zgodnie z zasadami - Dzięki znajomości z Tingiem wiedziałam już o nich co nieco.
- "Pokonany"?! - warknął Baldor, spoglądając na mnie z furią. - Czy tak według ciebie wygląda pokonany Strażnik?! - wskazał lewą łapą na swoją osobę. - "Pokonany" oznacza "martwy"! - uderzył młotem o ziemię.
Położyłam po sobie uszy. Nie tylko dlatego, że trochę zaniepokoiło mnie zachowanie Odmieńca. Darł się, stojąc tuż nade mną. Wrażliwy słuch znów dał mi się we znaki. Spojrzałam na Tinga, jakbym prosiła go o potwierdzenie słów Baldora. Mój towarzysz pokiwał głową. 
- To prawda, Pierzasta - przyznał, poprawiając ułożenie czaszki na pysku. 
- Teraz rozumiesz? - wycedził wielki Odmieniec, spoglądając na mnie. 
- Czego mam nie rozumieć? - prychnęłam. - Wszystko jasne. Tylko... Co w takim razie jako Strażnik Lasu zamierzasz zrobić w tej sytuacji? - pozwoliłam sobie zadać mu to pytanie. 
Przez chwilę odpowiedziała mi tylko cisza. 
- Zapanowałaś już nad mocą Wichury? - spytał Baldor. 
- Nie - pokręciłam głową. 
- Więc złodziej zapewne przyjdzie też po Wichurę - Podniósł znów młot i oparł go na otwartej, lewej łapie. 
- Skąd taka pewność? - mruknął Ting. 
- Użył mocy Burzy, by mnie unieruchomić - wyjaśnił Baldor. 
Strażnik Wichury cofnął się. Jego długi ogon zjeżył się.
- Czekajcie, ile jest w końcu tych artefaktów? - Z wrażenia aż usiadłam.
- Na pewno są trzy - wyjaśnił mój towarzysz. 
- Wichura Płomieni, Kamienny Las i Mroźna Burza - wyliczył kolczasty Odmieniec.
Wówczas moich uszu dobiegło charakterystyczne wycie. Oznaczało ono, że powinniśmy wracać do reszty watahy; zaraz ruszamy w dalszą drogę.

Uwagi: kilka literówek.

Od Crane'a "Odsłonięte kły" cz. 4 (cd. Edel)

Listopad 2023
Nie spałem dobrze tej nocy. Wysokie posłanie, stojące w rogu mojego chwilowego miejsca zamieszkania, było jeszcze mniej wygodne, niż dotychczas. W głowie miałem dziwny mętlik. Chciałem zapomnieć o sytuacji z Edel, ale nie potrafiłem. Elementy tego krótkiego spotkania dręczyły mnie, jak koszmary senne. Z tą różnicą, że to było autentyczne wspomnienie, nie zmyślona mara.
Po pierwsze - zachowanie wadery. Nadal nie znalazłem wytłumaczenia jej postawy. Miała do czynienia z wilkiem, który nic dla niej nigdy nie zrobił. Nie miała wobec mnie żadnego długu, nie musiała mnie przekupić, nie była też ode mnie w żaden sposób zależna, więc nie musiała się podlizywać. Nie musiała.

Nie musiała, a jednak wszystko wskazuje na to, że autentycznie c h c i a ł a mi pomóc. 
Ot tak? Przecież to brzmi absurdalnie! 
Kolejna sprawa... moja postawa przy zaistniałej sytuacji. Nie wziąłem tych Belloss, chociaż Edel dobrowolnie chciała mi je oddać. Zapewne to była duża suma. Nikt by o tym nie wiedział, nie poniósłbym żadnych konsekwencji tego czynu. 
A ja jednak nie chciałem ich przyjąć. Dlaczego?
Obróciłem się na drugi bok. Teraz, zamiast sufitu oświetlonego wątłym blaskiem latarni z zewnątrz, oglądałem spowitą cieniem, drewnianą ścianę.
Dotychczas miałem wrażenie, że wiem jak zachować się w każdej sytuacji, że z każdej konwersacji potrafię wyjść bez większych problemów. Dziś wieczorem było inaczej. Stałem tam, nie wiedząc co robić, co powiedzieć. A potem trafiło mnie to dziwne poczucie, że wszystko jest okej; że powinienem pozwolić Edel na tę "pomoc". 
Skąd mi się to wzięło? Chwila... A co jeśli to ona mi to podesłała?! 
Zerwałem się do pozycji siedzącej. 
Nie... nie mogłaby. Nigdy tego nie robiła. Nie potrafi. Manipulacja emocjami to działka Torance. Wiem, bo Lind mi o tym mówiła. 
Ten fakt niczego nie wyjaśnił, ale przynajmniej przekreślił najgorszą opcję. Opadłem z powrotem na dziwny worek z materiału wypchany pierzem. Przypomniałem sobie, co zrobiłem, żeby zakończyć tę całą konwersację. Zachowałem się... nieodpowiednio. Było to zupełnie sprzeczne z moją dotychczasową kreacją. To może naprawdę zniechęcić E do mojej osoby. Należałoby to natychmiast naprawić. 
Przeprosiny powinny wystarczyć. Pójdę do niej z rana.
***
Sen nadszedł późno i szybko odszedł. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem w oknie sylwetkę Tantibusa. Czatował na parapecie, wpatrzony w moją osobę. Niewykluczone, że to był ten sam, którego tydzień temu nakarmiłem koszmarami Magnusa. Kiedy pierwsze promienie słońca sięgnęły okna, potwór natychmiast uciekł, nie wydając absolutnie żadnego dźwięku.
Wstałem i podszedłem do lustra, które szczęśliwym trafem znajdowało się w moim pokoju. Po obrażeniach z wczoraj nie było już ani śladu. Wyłączając parę przypalonych kępek futra.
Poprawiłem szalik ukrywający mój Medalion Nieśmiertelności i wyszedłem na korytarz. Po chwili stanąłem pod drzwiami Edel. Uniosłem łapę, by zapukać, ale nie zrobiłem tego. Zawahałem się. Zdałem sobie sprawę, że przeprosiny przyniosą lepszy efekt, jeśli będą wzbogacone czymś jeszcze. Najlepiej jakimś kwiatem. Tak, symbolicznie jednym kwiatem. Wróciłem się do swojego pokoju, zabrałam stamtąd garść Belloss i ruszyłem do wyjścia z zajazdu.
W miarę szybko odnalazłem rynek, a tam odpowiednie stoisko. Leżały na nim kwiaty zarówno pospolite, jak i rzadkie. Omiotłem wzrokiem tę drugą grupę. Obok każdego rodzaju wystawiono jakieś oznaczenie, zapewne z nazwą i ceną. Niestety nie potrafiłem niczego odczytać. Zauważyłem za to, że Smocze Róże były opisane dwoma dużymi znakami, zamiast jednym, jak inne towary. Od sprzedawcy dowiedziałem się, że te rośliny sprzedaje tylko po trzy sztuki. Po krótkim namyśle zdecydowałem, że kupię je. Smocze Róże trudno jest dostać, więc pozostałe dwie mogą mi się przydać w przyszłości. Do tego jeśli Edel wie, jak wyjątkowy to kwiat, taki podarek zrobi na niej wrażenie. Zapłaciłem handlarzowi, odebrałem róże, po czym pobiegłem z powrotem do karczmy.
Zostawiwszy dwa z trzech kwiatów u siebie w pokoju, wróciłem pod drzwi Edel. Ułożyłem sobie w głowie, co mniej więcej jej powiem i zapukałem. Na początku nikt mi nie odpowiedział, lecz nie ustępowałem. Prawdopodobnym było, że wadera jeszcze spała. Po chwili usłyszałem jakiś dziwny łomot. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wilczyca jest w pokoju. Wreszcie przekręciła klucz i uchyliła drzwi. Pomyślałem, że dobrze by pasował teraz do mnie przyjazny uśmiech, ale... nie zdołałem go wymusić. Z jakiegoś znów nieznanego mi powodu, zachowałem neutralny wyraz pyska. Tymczasem wadera nie kryła zdziwienia, że to właśnie ja do niej przyszedłem, do tego z tą różą.
- Crane... Pomyliłeś pokoje? - spytała.
Pokręciłem przecząco głową. Przełknąłem ślinę i odłożyłem kwiat.
- Ja chciałem... - Nie, nie tak powinienem był to zacząć! - To znaczy... źle cię wczoraj potraktowałem.
Zdałem sobie sprawę, że w wypowiedzi zbrakło słowa "przepraszam". Zaczynam zachowywać się, jak Lind. Ona od zawsze miała dziwną awersję do tego wyrażenia.
- Nic się nie stało. Każdy ma czasem gorszy dzień - odparła Edel. - Proszę, wejdź.
- Ja tylko na moment. Nie chcę ci przeszkadzać - Ułożenie tego zdania wyszło mi już o wiele lepiej.
Podniosłem kwiat i wszedłem do pokoju. Skoro mnie zaprasza, nie wypada od razu uciekać.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz - usłyszałem.
Mówisz prawdę, czy kłamiesz? - pomyślałem. A może to była tylko odpowiedź bez namysłu?
Wyciągnąłem w stronę Edel Smoczą Różę, którą trzymałem w pysku. Postanowiłem wykorzystać okazję do wypowiedzenia wreszcie tego kluczowego słowa:
- Przepraszam za tamto - wymamrotałem. - Nie chcę, żebyś źle o mnie myślała.
Wilczyca zbliżyła swój pyszczek do mojego i wzięła ode mnie kwiat. Poczułem jej delikatny oddech. Nie patrzyłem jej tym razem w oczy. Jednak nawet pomimo tego, byłem dziwnie spięty. Coś jest ze mną nie tak... Bardzo nie tak...
E odłożyła mój podarek na szafkę, po czym kontynuowała rozmowę:
- Przyznam, że twoje zachowanie trochę mnie zabolało, ale... Dalej cię lubię. Bardzo.
To jest to, co chciałem od niej usłyszeć?
- Ja też cię bardzo lubię i nie chciałbym zepsuć naszych relacji - westchnąłem w odpowiedzi. - Wczoraj chciałaś mi pomóc, a ja zachowałem się jak gbur.
Zauważyłem, że autentycznie czuję wstyd za tamto. Niemożliwe... Podniosłem wzrok na wilczycę.
- Z grzeczności nie zaprzeczę - powiedziała Edel.
Przyozdobiła swój drobny pyszczek delikatnym uśmiechem. To tylko sprawiło, że wspomniane uczucie uderzyło mnie jeszcze mocniej. Moje spojrzenie wróciło na podłogę.
- W każdym razie... Dziękuję - dodała wadera.
W tym momencie niespodziewanie oplotła mnie łapami i... przytuliła. Drgnąłem, kompletnie zaskoczony. Nie wiedziałem, czy bardziej zdziwiło mnie, że nie byłem dosyć czujny, czy fakt, że E w ogóle to zrobiła.
Ten uścisk był inny niż te, które wymieniałem z Lind. One nigdy nic dla mnie nie znaczyły. Miały tylko budować zaufanie głupiej "Pierzastej". A w przypadku Edel... ogarnęła mnie dziwna błogość. Jakby... poczucie bezpieczeństwa? Czym to w ogóle było? Znów nie rozumiałem samego siebie, ale tym razem nie chciałem uciekać. Zamiast tego, objąłem drobną wilczycę i też ją przytuliłem. Nasz uścisk się wzmocnił. Przymknąłem na chwilę oczy. Nadal nie wiedziałem, czemu czułem tę dziwną mieszankę bliżej nieokreślonych uczuć, ale.... było to przyjemne.
Wkrótce E odsunęła się. Spojrzała mi w oczy. Zrobiłem to samo. Chciałem zrozumieć, czemu w ogóle postanowiła wykonać taki gest i dlaczego ten uścisk był tak osobliwy. Niestety nie było tu nikogo, kto chciał mi odpowiedzieć na te nieme pytania. Po chwili wilczyca odwróciła wzrok jako pierwsza. Staliśmy tak jedno naprzeciw drugiego w absolutnej ciszy jeszcze kilka, kilkanaście sekund.
- Cóż... - zaczęła Edel. - Jak się czujesz? - spytała, zaczynając nowy temat rozmowy.
- Lepiej - odparłem. - Eliksir z Róży Hery zadziałał, jak trzeba - przedstawiłem wiarygodne wyjaśnienie, dlaczego moje obrażenia zniknęły z dnia na dzień.
- Bardzo mnie to cieszy - oznajmiła samica. - Jeśli mogę spytać... Co ci się wczoraj stało?
Zmarszczyłem czoło i mimowolnie skrzywiłem się trochę. Jak by tutaj znów uniknąć bezpośredniego wyjaśniania sytuacji? Zapomniałem przygotować jakąś historyjkę w tym temacie.
- Oczywiście nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz - dodała nagle Edel.
- Wobec tego na razie przemilczę tę sprawę - mruknąłem.
Znów nie poznałem samego siebie. Zamiast opowiedzieć jakieś ładne kłamstwo, po prostu przyznałem, że nie chcę o tym mówić.
- Jasne - pokiwała głową E i spojrzała gdzieś w bok. Chyba nie tego się spodziewała z mojej strony.
Po raz kolejny zapadła między nami cisza. Przerwało ją miarowe uderzanie ogona Edel o podłogę.
- Chyba powinienem już iść - odwróciłem się w stronę drzwi.
- Ale... Zobaczymy się później?
Popatrzyłem znów na waderę. Uśmiechnąłem się do niej i skinąłem głową.
- Jeśli chcesz. Do zobaczenia - pożegnałem ją i wyszedłem na korytarz.
Zamknąłem za sobą drzwi. Stanąłem za nimi nie mając pojęcia, co teraz ze sobą zrobić. Jednocześnie serce dziwnie tłukło mi się w piersi. Nie mogło być to spowodowane stresem, skoro nie potrafię go odczuwać. Czym to było w takim razie? Skąd się to wzięło? Obecność Edel zaczęła dziwnie na mnie działać. Wypadam z roli i... o zgrozo... Dopuszczam do siebie emocje.
Potarłem pysk łapą. 
Coś jest ze mną nie tak. Bardzo nie tak. Może jestem chory? Może to gorączka? Nie, przecież nosząc Medalion Nieśmiertelności nie mogę chorować. 
Wtem moich uszu dobiegł głos E:
- Czemu muszę być taka głupia?
Zbliżyłem ucho do drzwi. Jej słowa przebijały się przez nie bez problemu.
- Ze wszystkich wilków na ziemi, tylko ja jestem na tyle nierozsądna, by zakochiwać się jedynie w wilkach, które nigdy nie odwzajemnią moich uczuć?
Kim są te wilki, E? - spytałem ją w duchu. 
- Crane... - drgnąłem, słysząc swoje imię. - To oczywiste, że nic do mnie nie czuje. Jestem cholerną idiotką.
Poczułem jej strach. Dotyczył czegoś nowego. Jednak znów był powiązany z moją osobą. "Zakochiwać"? Ona nie mówi poważnie... Ugh, przecież po co miałaby kłamać gadając sama do siebie?!
Odsunąłem się od drzwi. Potrzebowałem odpoczynku od tego wszystkiego. Muszę mieć jakieś zajęcie, żeby już nie myśleć. I tak nie zrozumiem nic. Za dużo, za dużo tego!
Ruszyłem do wyjścia z budynku. Próbowałem skupić się na swoim otoczeniu, ale zamiast tego, nadal wracałem do słów E.
Edel by chciała, bym był jej partnerem... To brzmi... Jak to brzmi? Nie, nie... Nie mogę się z nią związać! Gdybym to zrobił, nie mógłbym ubiegać się już o względy żadnej z samic wyżej w hierarchii. Chociaż... z moich obserwacji wynika, że Edel ma jeszcze szanse wejść wyżej. Tylko wtedy skazałbym siebie na jej towarzystwo. Czy to źle? Nie jest to bezpieczne, ale... jest mi dobrze w jej towarzystwie. Wyszedłem na zewnątrz i nabrałem w płuca haust świeżego powietrza. 
Nigdy nie myślałem o tym wszystkim w ten sposób. Coś jest ze mną nie tak. Bardzo nie tak.

<Edel?>

Uwagi: brak

niedziela, 19 maja 2019

Od Edel "Odsłonięte kły" cz. 3 (cd. Crane)

Listopad 2023
Wpatrywałam się tępo w drzwi, za którymi zniknął Crane. W uszach ciągle pobrzmiewał mi jego nieprzyjazny ton, gdy kazał mi się odsunąć. Basior był zawsze tak miły, że każde jego warknięcie sprawiało, że miałam ochotę się schować głęboko pod ziemię i nie wychodzić do końca świata. Natomiast teraz, nadal widząc przed oczami jego poranione ciało, najchętniej podążyłabym za nim i zajęła się nim najlepiej jak umiałam.
Wiedziałam jednak, że samiec nie życzył sobie mojego towarzystwa i to chyba bolało mnie najbardziej. Przecież chciałam mu pomóc, a jedyne co udało mi się osiągnąć, to zirytowanie go.
Niepotrzebnie mu się narzucałam... - pomyślałam, mimowolnie spuszczając wzrok na drewnianą podłogę.
Następnie westchnęłam cicho i nadal wyrzucając sobie w myślach własną głupotę i niepotrzebną nadgorliwość, wróciłam do pokoju. Moja ochota na nocny spacer po uliczkach Białego Miasta znikła równie szybko, jak się pojawiła. Szczerze mówiąc, w tamtej chwili znikły wszystkie moje chęci na jakiekolwiek wychodzenie poza moje bezpieczne cztery ściany.
Położyłam się na posłaniu i próbowałam zasnąć. Sen jednak nie miał zamiaru nadejść. Kiedy tylko zamykałam oczy, ponownie znajdowałam się na korytarzu i wpatrywałam się w poparzone ciało i zwęgloną sierść mojego towarzysza podróży. Widziałam jego odsłonięte kły, gdy kazał mi zostawić go w spokoju. Każde wypowiedziane (i odtwarzane niewyobrażalną ilość razy w myślach) przez samca słowo, wbijało się niczym igła w serce i wyciskało z oczu łzy.
Czemu w ogóle się nim tak przejmuję?

Nie pamiętałam, żeby udało mi się zasnąć, lecz widocznie w którymś momencie padłam ze zmęczenia, bo obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Na początku chciałam je zwyczajnie zignorować, lecz te nasiliło się, skutecznie mnie wybudzając.
Nie otwierając oczu, zwlekłam się z posłania i ruszyłam nieco chwiejnym krokiem do drzwi. Niestety po drodze wpadłam na niewielką szafkę, co koniec końców zmusiło mnie do ich rozwarcia. Westchnęłam głośno, przeklinając w myślach nieoczekiwanego gościa i ponownie (tym razem bez wpadania na meble) poszłam w kierunku, gdzie ten na mnie czekał.
Otworzyłam je gotowa ochrzanić Asa, który zapewne chciał znowu wyciągnąć mnie na zakupy, lecz zesztywniałam widząc sylwetkę Crane'a. Basior wyglądał o wiele lepiej niż w nocy, przez co zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadziłam. Skoro zdołał wylizać się w przeciągu zaledwie kilku godzin...
Dopiero po chwili zauważyłam piękny kwiat, który samiec trzymał w pysku. Smocze Róże były jednym z najtrudniejszych do zebrania roślin - zarówno poprzez ich smoczą ochronę, jak i okres rozkwitania, który przypadał co drugi rok. Basior z pewnością musiał się nieźle napracować (lub wydać wiele pieniędzy), by ją zdobyć. Taki kwiat był małym skarbem, który z jakiegoś powodu znajdował się w pysku mojego gościa.
- Crane... Pomyliłeś pokoje? - spytałam mimowolnie.
Wilk pokręcił przecząco łbem, co jedynie spotęgowało moje zdziwienie. Skoro nie pomylił drzwi, to oznaczałoby, że przyszedł do mnie... Z kwiatem. To było zbyt niedorzeczne, by mogło być prawdziwe.
Kiedy ja zastanawiałam się, jak sklecić jakiekolwiek sensowne zdanie, basior odłożył Smoczą Różę na podłogę.
- Ja chciałem... To znaczy... Źle cię wczoraj potraktowałem.
Jeszcze bardziej zdezorientowana, jakimś cudem zdołałam się odezwać. 
- Nic się nie stało. Każdy ma czasem gorszy dzień... Proszę, wejdź - Odsunęłam się, robiąc mu tym samym przejście.
- Ja tylko na moment. Nie chcę ci przeszkadzać - ostrzegł i pochylił się, by ponownie wziąć różę do pyska. Dopiero trzymając ją, minął próg.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz - mruknęłam cicho, nim zdołałam się powstrzymać.
Crane na szczęście nie odniósł się w żaden sposób do moich słów. Miałam nadzieję, że w ogóle nie zdołał ich usłyszeć. Zamiast tego ponownie wyciągnął w moją stronę Smoczą Różę.
- Przepraszam za tamto. Nie chcę, żebyś źle o mnie myślała - powiedział przez zaciśnięte zęby.
Niepewnie zbliżyłam się do niego i zabrałam kwiat, domyślając się, że był to przeprosinowy prezent. Kiedy pomyślałam o tym (oraz gdy tylko zbliżyłam pysk do jego) zabolał mnie brzuch, jednak w sposób o wiele bardziej przyjemny sposób od tego, który nawiedzał mnie od dawna. To był ten rodzaj zaciśnięcia żołądka, który zdarzał mi się jedynie przy Crane'ie i niegdyś Asgrimie...
Odłożyłam go czym prędzej na szafkę, o którą się wcześniej potknęłam.
- Przyznam, że twoje zachowanie mnie trochę zabolało, ale... Dalej cię lubię. Bardzo.
Miało to być jedynie niewinne kłamstwo, by nie wprawiać samca w jeszcze większe zażenowanie, ale w chwili ich wypowiadania zdałam sobie sprawę, że to była prawda. Nie umiałam być zła na samca, który jako pierwszy z wilków poznanych w tej watasze podarował mi przyjaźń.
- Ja też cię bardzo lubię i nie chciałbym zepsuć naszych relacji. Wczoraj chciałaś mi pomóc, a ja zachowałem się jak gbur.
- Z grzeczności nie zaprzeczę - uśmiechnęłam się, chcąc chociaż odrobinę rozładować atmosferę. Zamiast tego sprawiłam, że i tak już zawstydzony wilk, odwrócił szybko wzrok i zaczął z pełnym zafascynowaniem przyglądać się podłodze. - W każdym razie... Dziękuję.
Niepewnie zbliżyłam się i opatuliłam łapami ciało Crane'a. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że był znacznie szczuplejszy, niż mogłoby się to wydawać. Basior drgnął w chwili, gdy go dotknęłam, jednak zaledwie chwilę później także mnie przytulił. Na początku cały ten gest wydał mi się trochę głupi, lecz szybko nabrałam większego przekonania i mocniej wtuliłam się w sierść samca. Crane w niemej odpowiedzi również wzmocnił uścisk.
Wdychałam przyjemny zapach, który go otaczał. Przyjemne mdłości zwiększyły się, a serce co rusz gubiło kilka uderzeń. Trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu zdecydowałam się odsunąć, pomimo tego, że nie miałam na to najmniejszej ochoty.
Spojrzałam prosto w niezwykłe oczy Crane'a, szukając w nich... potwierdzenia. Jakiegoś znaku, że w tamtej chwili czuł to samo co ja. Nie zauważyłam jednak nic poza wyraźnym zagubieniem, którego pochodzenia nie rozumiałam. Czy popełniłam kolejny błąd, przytulając go? Odwróciłam wzrok, bojąc się tego, co mogłabym jeszcze wychwycić.
Ponownie jak wcześniej uścisk, tak cisza zaczęła się powoli przeciągać, więc postanowiłam zadać pierwsze pytanie, które przyszło mi do głowy.
- Cóż... Jak się czujesz?
- Lepiej - odparł - Eliksir z Róży Hery zadziałał jak trzeba.
Pokiwałam głową, przyjmując tę odpowiedź do wiadomości.
- Bardzo mnie to cieszy - przyznałam zgodnie z prawdą. Następnie coś przyszło mi do głowy - Jeśli mogę spytać... Co ci się wczoraj stało?
Samiec mimowolnie skrzywił się, słysząc moje pytanie. Wystraszyłam się, że znowu powiedziałam coś nieodpowiedniego, więc czym prędzej dodałam:
- Oczywiście, nie musisz odpowiadać, jeżeli nie chcesz.
- Wobec tego na razie przemilczę te sprawę - odpowiedział.
- Jasne - mruknęłam i odwróciłam wzrok. Miałam nadzieję, że zawód w mojej głosie nie był wyczuwalny. Na co ja liczyłam? Że tak po prostu wszystko mi powie? Idiotka - skarciłam się w myślach.
Crane nie powiedział nic więcej, a i ja milczałam, obawiając się, że zadam kolejne niewłaściwie pytanie. W którymś momencie zaczęłam miarowo uderzać ogonem o podłogę, nie wiedząc, co powinnam ze sobą zrobić.
- Chyba powinienem już iść - Crane odezwał się, przerywając tym samym niezręczną ciszę. Podniosłam na niego wzrok i zauważyłam, że ten spogląda w stronę drzwi.
- Ale... Zobaczymy się później?
Wilk spojrzał na mnie i skinął łbem z uśmiechem.
- Jeśli chcesz. Do zobaczenia - powiedział i wyszedł z pokoju.
Ja natomiast jak zaklęta przyglądałam się, zamykającym się drzwiom. Gdy te zatrzasnęły się cicho, przeniosłam wzrok na piękny kwiat, który nadal leżał na drobnej szafce i westchnęłam głośno.
- Czemu muszę być tak głupia? - spytałam samą siebie. - Ze wszystkich wilków na ziemi, tylko ja jestem na tyle nierozsądna, by zakochiwać się jedynie w wilkach, które nigdy nie odwzajemnią moich uczuć. Crane... To oczywiste, że nic do mnie nie czuje. Jestem cholerną idiotką.
Westchnęłam głośno i bez siły padłam na posłanie. Zawsze mogę chociaż poudawać, że śpię...

<Crane?>

Od Crane'a "Odsłonięte kły" cz. 2 (cd. Edel)

Listopad 2023
Obawiałem się, że droga powrotna do karczmy stanie się ciężka, biorąc pod uwagę moje obrażenia. Jednakże ku mojemu zaskoczeniu, nie było tak źle. Nie chwiałem się prawie w ogóle; jedynie utykałem na przednią łapę, która była też poparzona. Największy ból sprawiały właśnie miejsca, których sięgnął ogień. Pulsowały i piekły niemiłosiernie. Każdy ruch, a nawet lekki powiew wiatru sprawiał, że było z nimi jeszcze gorzej.
Dopóki nie wyszedłem na miasto, nie myślałem o tym, że po walce wyglądałem na tyle źle, by zwracać uwagę przechodniów. Niektórzy coś mówili, ale nie zwracałem na nich uwagi. Miałem teraz jeden cel - dotrzeć do wynajętego dla mnie pokoju i założyć z powrotem Medalion Nieśmiertelności. Chciałem znów być spokojniejszym o swoje życie. Zdjęcie go przed walką może nie wyglądało na mądry ruch, lecz była to racjonalna decyzja. Uznałem za prawdopodobne, że tego typu "wspomagacze" nie są dozwolone podczas pojedynku. Nie zastanawiałem się nawet, nad ukryciem naszyjnika pod szalikiem. Stracenie tej przykrywki w trakcie walki byłoby tylko kwestią czasu. 
Droga powrotna trwała dziwnie długo. Zdawało mi się, że z tego wszystkiego zataczałem koło, ciągle myląc uliczki. Kiedy dowlokłem się do Karczmy Zagubionego Wędrowca, była już ciemna noc. Wreszcie dotarłem do ostatniego korytarza, który dzielił mnie od mojego pokoju. Wtem nagle otworzyły się jakieś inne drzwi. Wynurzyła się zza nich moja towarzyszka podróży - Edel. Miałem pecha; wystarczyłyby dwie sekundy, by nie był to dla mnie problem, lecz w tym momencie samica uniemożliwiała mi przejście dalej. Zatrzymałem się. Niebieskie oczy wadery natychmiast wychwyciły moją osobę. E otworzyła pyszczek w szoku.
- C... Crane...?! - wyszeptała słabym głosem. 
Wyczułem jej strach. Nie przyglądałem się temu zjawisku, uznawszy, że pewnie wyglądam teraz jak widmo jakiegoś skazańca i stąd taka reakcja wilczycy. 
- To ja - mruknąłem. Chciałem jej skinąć głową na powitanie, jak gdyby nigdy nic, ale przez rany na karku syknąłem z bólu. 
- Co... co się stało? 
- Długo by opowiadać - mruknąłem wymijająco. 
- Tych obrażeń nie powinien obejrzeć jakiś lekarz? - na pyszczku Edel nadal malował się niepokój. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że nie bała się o swoje bezpieczeństwo, a o moje. Ale dlaczego? Co jej do tego, co się dzieje teraz ze mną?
- Może - mruknąłem, bez namysłu. Nie powinienem był tak mówić. To tylko sprawiło, że wadera jeszcze dłużej przetrzymywała mnie w korytarzu.
- Miałam iść do tego słynnego lekarza... - zaczęła. - Ale to i tak raczej nie ma sensu. Lepiej ty to weź - W tym momencie podała mi garść Belloss. - Tobie na pewno pomoże.
Zamurowało mnie. Dlaczego ona to robi? O co jej chodzi? Co ona chce tak osiągnąć? Przecież to ona jest chora. Bardzo chora. Od bardzo dawna. Dlaczego nagle chce oddać swoje oszczędności mnie?
Przez głowę przemknęło mi, żeby uśmiechnąć się jak najmilej jestem w stanie, wziąć od niej lśniące monety i pójść do siebie, a potem kłamać, że właśnie ten lekarz odpowiada za szybkie zagojenie się moich ran, a nie mój Medalion Nieśmiertelności. Wtem jednak uznałem ten pomysł za odrażający. Nie mogłem; nie chciałem tego zrobić. Tylko... dlaczego?
- Nie, nie mogę tego wziąć - Wcisnąłem pieniądze z powrotem w łapy Edel. 
- Crane, nalegam - odparła. 
- Powiedziałem nie! - podniosłem głos. 
Wilczyca jednak nie chciała mnie tak po prostu zostawić w spokoju. 
- W takim razie sama się tobą zajmę - odparła równie stanowczym tonem. 
Nie odpowiedziałem jej na to. Wadera zaczęła w pełnym skupieniu oglądać moje obrażenia. Nie byłem w stanie zrozumieć jej zachowania, chociaż bardzo chciałem. Wszystkie logiczne opcje wydawały się pozbawione sensu.
Z drugiej strony trafiło mnie coś... innego. Jakieś poczucie, iż to właśnie dobrze, że Edel tu jest. Nie rozumiałem już nawet samego siebie. 
Zapragnąłem uciec od tej sytuacji. Po raz pierwszy od lat, nie wiedziałem jak się zachować. 
- Czy to oparzenie? - Wilczyca spojrzała na ślady na mojej łapie. 
- Dam sobie radę sam, naprawdę - wybełkotałem. 
- Ja to ocenię.
- Nie - warknąłem, odsuwając się od niej. - Zostaw mnie w spokoju. 
- Crane...
- Z drogi! Chcę wrócić do siebie - rzuciłem tym samym, nieprzyjaznym tonem.
Edel spojrzała mi prosto w oczy. W jej wzroku było coś, co sprawiało, że nie zniosłem go długo.
- Przepuść mnie - mruknąłem ciszej, odwracając głowę. 
Wreszcie wadera odsunęła się. Była trochę zmieszana, trochę zirytowana tą całą sytuacją. 
- Jak chcesz - odparła sucho.
Ruszyłem przed siebie, nie patrząc nawet na nią. Utykając na jedną nogę, dotarłem do drzwi swojego pokoju i zatrzasnąłem je za sobą.

<Edel?>

Uwagi: brak

Od Crane'a "Odsłonięte kły" cz. 1

Listopad 2023
Wyszedłem z ożywionego tłumu i wkroczyłem na pole walki. Nie ma już odwrotu. Naprzeciwko mnie stanął inny magiczny wilk. Mógł mieć maksymalnie cztery lata. Dzieliło nas maksymalnie osiem metrów metrów. Wkrótce ten dystans zmaleje, jeśli któryś z nas zechce zadać pierwszy cios. Mój przeciwnik wypuścił nosem powietrze. Z jego nozdrzy wypłynęły kłęby dymu. Basior nie krył faktu, że jego żywiołem przewodnim jest ogień. Wskazywało na to także umaszczenie tego osobnika; brąz i czerń przeplatane z połyskującymi pasami układającymi się w kształty płomieni.
Otaczający pole walki zaczęli coś krzyczeć. Przyszli tutaj oglądać krwawy pojedynek i domagali się jego rozpoczęcia. Ruszyłem wolnym krokiem wzdłuż wyznaczonej nam granicy, nie opuszczając wzroku z oponenta. Wilk zrobił to samo.
- Potraktuję cię łagodnie, rudzielcu! - rzucił szyderczo basior i wyszczerzył złośliwie zęby. Był wyjątkowo pewny siebie.
Nie odpowiedziałem mu. Zająłem się szybkim ocenieniem mocnych i słabych stron mojego przeciwnika. Podstawowym problemem mogą być jego umiejętności związane z żywiołem. Nie mam absolutnie niczego przeciwko centralnemu uderzeniu płomieni - pomyślałem. Wtedy wczułem, że ten konkretny wilk miał fobię, którą będę w stanie wykorzystać przeciwko niemu - jadowite węże. W mojej głowie zaczęły się układać plany, jak mógłbym przeprowadzić odpowiednie ofensywy z użyciem mocy strachu.
Basior nie wytrzymał już dłużej. Skoczył w moją stronę rozdziawiając paszczę. Uniknąłem ataku, lecz nie uciekłem dostatecznie daleko. Zanim podesłałem mu jakąkolwiek wizję, już zdołał sięgnąć kłami mojej szyi. Wgryzł mi się w kark od góry i próbował przewrócić. Warknąłem z bólu. W żaden sposób nie byłem w stanie go odepchnąć. Ból utrudniał zebranie myśli. Zupełnie się odzwyczaiłem od tego uczucia, nosząc przez miesiące Medalion Nieśmiertelności. Usłyszałem, jak widzowie dopingują mojego przeciwnika głośnymi okrzykami. Nowo powstała rana na mojej szyi pulsowała.
Dopiero po chwili zdołałem zmusić wilka do ucieczki. Wykorzystałem do tego nieistniejącego węża, który ześlizgnął się z mojego grzbietu prosto na atakującego. Słysząc agresywne syczenie, basior mimowolnie uwolnił mnie z uścisku szczęk. Odskoczył metr dalej. Chociaż starał się tego nie okazywać, wyczułem wyraźnie jego strach. Teraz jest moja szansa! Ruszyłem w kierunku przeciwnika, podsyłając mu widok kolejnych pełzających gadów. Wilk stał w miejscu, jak wryty. Zdołałem go zupełnie zdezorientować i porządnie zestresować. Na tyle, bym wbił kły i pazury w niego. Moich uszu dobiegła kolejna fala wrzawy, tym razem innej części oglądających starcie. Zapewne tych, którzy postawili pieniądze na mnie.
Zdołałem przewrócić mojego przeciwnika na bok i przycisnąć go ziemi. Jedną łapę oparłem na jego pysku, by nie mógł skutecznie kontratakować. Nie zdołałem jednak go tak utrzymać zbyt długo. Basior odepchnął mnie i wbił zęby w moją prawą łapę. Znów wydobył ze mnie warknięcie bólu. Uderzyłem pazurami jego głowę, prawie trafiając oczy. Tyle nie wystarczyło, żeby przeciwnik mnie wypuścił. Zamiast tego szarpnął, przez co straciłem równowagę. Uderzyłem pyskiem o ziemię.
Skupiłem się, by nastraszyć go kolejnym wężem, tym razem kobrą która znikąd wyskoczyła w jego stronę. Basior znów pozwolił wygrać swoim instynktom i natychmiast wycofał się. Zaczął omiatać wzrokiem podłoże, w poszukiwaniu węża, który już zniknął. Powoli wstałem i skupiłem się na umyśle przeciwnika. Wkrótce z jego perspektywy zamieniłem miejsce naszego starcia na jaskinię pełną jadowitych węży. Wilk przyspieszył oddechu. Jego spojrzenie stało się puste. Postawił uszy, chociaż docierało do nich teraz tylko nieprzyjazne syczenie.
Wtedy poczułem, że nie utrzymam tak wyrazistej iluzji zbyt długo. Bardzo dawno nie tworzyłem tego typu wizji. Ruszyłem w kierunku przeciwnika. Byłem już bardzo blisko niego, lecz wtedy on ryknął i zaczął strzelać z łap kulami ognia. Płomienie leciały we wszystkich możliwych kierunkach. Basior nie rozumiał sytuacji; przestał wierzyć swoim zmysłom. Postanowił więc atakować. Nieważne, czy mnie, czy przed pełzające gady. Przywarłem do ziemi, zaskoczony tym ruchem. Mój przeciwnik dotychczas nie używał swojego żywiołu, zapewne to było to "łagodne traktowanie", o którym wspominał. A teraz złamał swoje postanowienie. Doprowadziłem go do stanu desperacji. Niedobrze, bardzo niedobrze.
Widzowie odsunęli się, lecz płonące pociski i tak by nie dosięgnęły większości z nich. Basior nie tracił energii, by rzucać ogień na odległości przekraczające pięć metrów.
Zdecydowałem, że muszę spróbować pomimo tego do niego dotrzeć. Zdawałoby się, iż szanse na oberwanie kulą ognia były stosunkowo małe. Wilk nie miał pojęcia gdzie jestem. Przed jego oczami były tylko węże. Skoczyłem w jego kierunku. Trafiłem pazurami jego pysk. Sekundę później, poczułem falę piekącego bólu na lewej nodze i klatce piersiowej. Mojego nosa sięgnął swąd przypalonej skóry. Zacisnąłem zęby i syknąłem. Nie pozwoliłem jednak, by to mnie zatrzymało. Zadawałem kolejne ciosy, próbując utrzymać iluzję jak najdłużej. Wytrzymała jeszcze niecałą minutę; dokładnie tyle, ile trzeba było. Basior przestał atakować z użyciem swojego żywiołu.
- Dosyć! - wydusił.
Ugięły się pod nim łapy. Odsunąłem się od niego. Zostawiłem też w spokoju jego zmysł wzroku i słuchu. Węże zniknęły. Do basiora, z którym walczyłem podeszły dwa wilki. Kiedy zobaczyli, że nie miał siły opuścić z nimi miejsca walki, zmienili się w ludzi i podnieśli swojego kumpla, po czym cała trójka zniknęła w głośnym tłumie. Przejechałem wzrokiem po tej dzisiejszej widowni. Część śmiała się pod nosem, ale wielu pozostałych szurało zębami i spoglądało na zaistniałą sytuację z wielką furią. 
Też nie byłem zadowolony, kiedy straciłem Belloss na obstawianiu walki... Ale to nie jest tak, że zwykły wilk potrafi przewidzieć z absolutną pewnością, kto wygra. Sam już nie wiem, czy spodziewałem się swojego zwycięstwa. W końcu warunkowało o nim wiele czynników. Wystarczyłoby kilka drobnych różnic w przebiegu walki, by to moją osobę musiał ktoś stąd wynosić. 
Podszedłem do tłumu. Niektórzy poklepywali mnie po ramieniu, mówiąc, że dobrze mi poszło, inni mówili coś o jakimś Patricku, który będzie w stanie mi pomóc z tymi opatrzeniami. Odpowiadałem im wszystkim krótko, byłem naprawdę zmęczony. Jakiś młody wilkołak spytał, jakiej techniki użyłem.
- Nie mogę ci powiedzieć. Nie wiem, czy nie będę walczył jeszcze z tobą - odparłem, uśmiechając się dumnie, na tyle, na ile pozwalał mi ból.
Byłem z siebie naprawdę zadowolony.
Pośród masy nieznanych mi osób dostrzegłem pewną osobliwą, czarną sylwetkę. Była to Yuki. Patrzyła na mnie trudnym do odczytania wzrokiem. Nie potrafiłem na jego podstawie określić, czy przyszła tylko popatrzeć jak wilki i inne stworzenia zrywają z siebie skórę dla rozrywki, czy może chciała się też wzbogacić. Jeśli to drugie, to nasuwało się pytanie, na którego z nas postawiła pieniądze. Moje wątpliwości rozwiał dopiero łącznik, wręczający waderze sakiewkę z brzęczącymi monetami. Samica uśmiechnęła się pod nosem i dopiero wtedy ruszyła za pozostałymi w kierunku centrum miasta. Basior, dzięki któremu się tutaj znalazłem, podszedł także i do mnie.
- Jutro możesz odebrać swoje Belloss. Tylko odpocznij trochę, zanim tu wrócisz.

<C. D. N.>

Uwagi: brak