niedziela, 30 czerwca 2019

Od Edel "Niebezpiecznie urocza kuleczka"

Styczeń 2024
Niech przeklęty będzie dzień, kiedy Suzanna stwierdziła, że postój w Białym Królestwie będzie dobrym pomysłem. Owszem, na początku byłam całkowicie zauroczona, jednak po kilku miesiącach miałam dość tego miejsca. Może miało to związek z tym, że Białe Miasto wraz z nadejściem zimy stało się niemożliwie szare i ponure, a może po prostu tęskniłam za otwartymi przestrzeniami. I prawdziwą zimą.
Bo choć byłam istotą raczej ciepłolubną (zwłaszcza kiedy moja sierść była rzadka i nieprzygotowana na mrozy), to lubiłam śnieg. Kochałam łapać go do pyska, czuć piekące zimno, gdy próbowałam ulepić bałwana z pomocą ludzkich dłoni czy w końcu chować się w stosunkowo ciepłej jaskini i obserwować spadające płatki.
No dobra, może w tym momencie trochę idealizowałam poprzednie zimy, patrząc przez pryzmat tego, że wcześniej moja kondycja wyglądała całkiem inaczej. Może.
W każdym razie w Białym Królestwie było raczej szaro. Mróz obejmował świat każdej nocy, by z nadejściem południa odejść dla lodowatego deszczu i błotnistej brei zastępującej puchaty śnieg. Poza tym był jeszcze wiatr. Lodowaty i silny, smagał ciała przechodniów niczym okrutny bicz.
Najchętniej siedziałabym we własnym pokoju, z dala od tego wszystkiego, jednak tamtego dnia musiałam wyjść. Potrzebowałam czegoś do jedzenia, a tak się zdarzyło, że znalazłam całkiem dobrą knajpkę, gdzie podawano rzeczy w miarę jadalne za bardzo niskie ceny. Szkoda tylko, że miejsce to znajdowało się na drugim końcu Białego Miasta.
Tak się stało, że i Redian był bardzo głodny. Od kilku dni nie mógł znaleźć na ulicach lub pobliskich domach żadnej myszy, a te w ostatnim czasie były jego głównym pożywieniem. W końcu mógł je spokojnie łapać, dodatkowo licząc na zadowolenie większości gospodarzy. Gorzej, gdy sam gospodarz był kotołakiem czy zmiennokształtnym zdolnym zmienić się w kota. W każdym razie ze względu na poważny niedobór myszy, młody kociak postanowił mi towarzyszyć. A towarzystwo Rediana oznaczało konieczność posiadania oczu dookoła głowy, by chociażby wiedzieć, co też on znowu wyprawia. Jeśli chodzi o próby uspokojenia go, to porzuciłam je już dawno temu. Kocurek był narwany i widocznie nic nie miało tego zmienić.
Tamtego dnia popołudnie było wyjątkowo zimne (choć niestety z nieba nie sypał się śnieg), co zaowocowało warstwą śliskiego lodu na ulicach. Kociak korzystał z tego, jak tylko mógł. Co rusz wbiegał na lód i zatrzymywał się, wbijając ostre pazurki tuż przed przechodniami. Kiedy ci mieli pretensje, zaczynałam udawać, że wcale go nie znam. Taki był nasz mały układ.
W którymś momencie usłyszałam głośne miauknięcie, niewątpliwie należące do mojego towarzysza. Zerknęłam w tamtą stronę i zobaczyłam, jak ten stroszy futerko w stronę niewiele większego od niego stworzonka. Tamto nie wydawało się specjalnie przejęte i nachylało się w jego stronę, próbując go obwąchać. Kociak odskoczył całkowicie przestraszony. 
- Hej, zostaw mnie! 
Westchnęłam i w kilku szybkich krokach do nich podeszłam. Puchate stworzonko niemal od razu podniosło na mnie zaciekawione spojrzenie. Z zainteresowaniem przyjrzałam się jego wielkim oczom, w których przewijały się wszystkie kolory tęczy. Co takiego było w wielokolorowych oczach że zawsze wyglądały tak ślicznie?
Moje myśli powoli zaczynały uciekać w całkowicie inną stronę, niż bym chciała. Pokręciłam mocno pyszczkiem, próbując się ich jakoś pozbyć. To nie był odpowiedni czas na myślenie o durnotach. A zwłaszcza takich, które nękały mnie i tak każdego dnia.
- Edel też zostaw w spokoju! - zawołał nagle Redian.
Kolorowe oczy przeniosły się znowu na kociaka, który wyciągnął pazurki gotowy w razie mnie bronić przed puchatą kuleczką na krótkich łapkach. Mój bohater.
- Nic jej nie zrobię - mruknęło stworzonko. Na jego pyszczek wstąpił rozbawiony uśmiech. - Chciałem tylko prosić o pomoc...
- Coś się stało? - spytałam niemal od razu.
Tęczowe ślepia znowu przeniosły się na mnie, a uśmiech zamarł.
- Zgubiłem się.
Z mojego pyszczka wyrwało się krótkie "och". Wymieniłam spojrzenia z Redianem, próbując przekazać mu, że powinniśmy mu pomóc. Kociak musiał mnie zrozumieć, bo spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Przykro mi, ale... - zaczął, jednak weszłam mu w słowo.
- Spróbujemy ci pomóc. Kogo powinniśmy szukać?
Zwierzątko zawahało się.
- Chyba Julie. To moja właścicielka. Jest wilkiem, tak jak ty - odpowiedział po chwili. Pokiwałam głową ze zrozumieniem. - Pewnie bardzo się martwi...
- Żeby jeszcze było o co... - mruknął Redian. Na szczęście nasz rozmówca go nie usłyszał. A może jedynie udawał...?
- Jak wygląda?
- Jest już prawie dorosła. Dostała mnie na swoje pierwsze urodziny. Ma błękitne futerko i zielone oczy.
Ponownie skinęłam pyskiem i chwilę się zastanowiłam. Informacji nie było zbyt wiele, więc musielibyśmy mieć duże szczęście, żeby odnaleźć właścicielkę niezwykłego stworzonka. Niemniej warto było spróbować. Waderka pewnie była do niego mocno przywiązana, a i zwierzątko za nią tęskniło.
Westchnęłam i rozkazałam Redianowi szukać uważnie wilczycy, która pasowałaby do podanego opisu. Kocurek na początku trochę marudził, ale posłusznie zabrał się do pracy. Ślizgał się po placu, uważnie jej wypatrując. Tymczasem ja wraz z nowym towarzyszem próbowałam wypytać przechodniów, czy może widzieli podobnego szczeniaka.
Minęło wiele długich chwil, zanim ktoś powiedział mi o młodej samicy, która chodziła ulicami wołając głośno "Puszek". Na te słowa mój (tymczasowy) towarzysz ożywił się i zaczął wypytywać, gdzie dokładnie to było. Zaczepiony lis wzruszył ramionami i wskazał kierunek, ostrzegając, że mogła już sobie pójść.
Puszek nie zareagował na jego słowa, tylko od razu pobiegł w tamtą stronę. Natomiast Redian (kotek już wcześniej do nas dołączył, mówiąc, że nikt jej nie widział) dołączył do niego po szybkiej wymianie spojrzeń. Jego łapy były trochę dłuższe, więc z łatwością go przegonił, by po chwili znowu wyłonić się zza zakrętu. Tym razem z młodą samicą o niebieskiej sierści. Julie.
- Puszek! Tak tęskniłam! - zawołała, podbiegając do zwierzątka i mocno je tuląc. Towarzysz odwdzięczył się cichutkim pomrukiwaniem, które odrobinę przypominało kocie.
Chciałam cichutko odejść, gdy wilczyca nagle podniosła na mnie wzrok.
- To pani go znalazła? - spytała.
Już otwierałam pysk, by odpowiedzieć, gdy ubiegł mnie Redian.
- Tak. Szukaliśmy cię, młoda.
Spojrzenie Julie przeniosło się na burego kota, a na pysk wstąpił promienny uśmiech.
- Uroczy jesteś - stwierdziła głośno, na co mój towarzysz miauknął z oburzeniem. Wilczyca nie przejęła się tym zbytnio i zaczęła szperać w niewielkiej torbie, którą przy sobie nosiła. Po chwili wyciągnęła kilka monet i wyciągnęła je w moją stronę - Niestety nie mam zbyt wiele. Wydałam ostatnio niemal całe kieszonkowe... Proszę, weź to.
Pokręciłam głową. Nie chciałam żadnej nagrody.
- Bardzo dziękujemy.
Usłyszałam nagle głos Rediana, który szybko zabrał podarowane przez Julie Bellos. 
- To ja dziękuję. Miłego dnia! - odpowiedziała wilczyca i nim zdążyłam cokolwiek zrobić, zniknęła. Dosłownie. Musiała mieć moc teleportacji.
Redian, widząc moją minę, odłożył monety na ziemie tuż pod moimi łapami i otarł się o mnie.
- Nie marudź. Chociaż zjemy w końcu coś porządnego.
Westchnęłam głośno i potargałam go łapą po głowie. Kocur miauknął urażony i odsunął się. Pomimo tego na jego pyszczku widniał łobuzerski uśmiech.

Od Joela "Ujarzmić maluchy" cz. 1

Luty 2024 r.
Yuki chciała zrobić sobie trochę wolnego od szczeniąt, więc postanowiła mi je podrzucić i nakazać zajęcie się nimi aż do wieczora. Zatrzasnęła za nami drzwi od wynajmowanego przez nas pokoju. Zostaliśmy sami, wpatrując się w siebie na korytarzu pogrążonym w półmroku. Ja, duży tatuś, i chłopcy - malutkie szczenięta. Nadal było mi trochę głupio się nimi zajmować... Będąc w formie ludzkiej wyglądałem jak właściciel ze swoimi pupilami na spacerze, niż z synami. Straszne uczucie. Miałem nadzieję, że szybko nauczą się zmieniać...
- To co... dzisiaj mamy dad's day? - zapytałem z krzywym uśmiechem. Maluchy już wiedziały co to znaczy. Zaczęły podskakiwać ze szczęścia.
- Cieszy mnie, ze jesteście w dobrych nastrojach - stwierdziłem i zacząłem schodzić po schodach. Co chwilę odwracałem się do nich, sprawdzając, czy sobie radzą. Zdarzyło się, że po prostu się z nich ześlizgiwali. Mieli za krótkie łapki...
Teraz przepychali się i popiskiwali. Zwykle w ostatniej chwili łapali równowagę. Exan wysuwał się na prowadzenie, co Theo skwitował niezadowolonym skomleniem. Morti niemal na początku odpuścił wyścigi, po prostu próbując celować łapkami w stopnie.
Musiałem dać znak innym zamieszkującym tymczasowo karczmę, aby przez chwilę nie wchodzili na górę, bo musiałem sprowadzić dzieciaki. Wszystkie samice oczywiście były oczarowane, ale samce w większości byli ciut zniecierpliwieni. Nie przejąłem się tym. Kiedy tylko Morti skończył swoją podróż i stanął dumnie na samym dole, powoli skierowałem się do drzwi. Znaczy to dla mnie było powoli, ale szczeniaki i tak musiały biegać...
- Wiecie - zacząłem, kiedy staliśmy już na dworze - Chciałbym mieć do każdego z was puszorek i smycz.
Popatrzyli na mnie z przerażeniem, więc uśmiechnąłem się pocieszająco.
- Spokojnie, to nic złego. Po prostu ciągle rozbiegacie się we wszystkie strony, a ja nie chcę was zgubić. Jakby ktoś próbował was porwać, to by mu się nie udało, bo bym od razu to poczuł. Całkiem niezły pomysł, nie uważacie?
Wymienili się spojrzeniami. To Exan, który zgrywał zawsze tego najmądrzejszego, pokiwał jako pierwszy główką. Reszta po prostu powtórzyła.
- Więc cieszy mnie, że się ze mną zgadzacie... W sumie może pójdziemy do krawca? Podobno jest tutaj jakiś.
Exan bez namysłu znowu pokiwał głową, więc reszta również. Zaśmiałem się krótko.
- No to idziemy... Będziecie bezpieczni, a ja przestanę się o was bać.
Znowu pokiwali główkami. Ruszyłem sprężystym krokiem w prawo, czyli w kierunku centrum Białego Miasta. To właśnie tam znajdowałem zawsze podobne zakłady, jak wcześniej wspomniany krawiec... Właściwie to całkiem podobało mi się w Białym Królestwie. Co prawda na dłuższą metę robiło się męczące i wręcz odrzucające, ale przypominało mi moje miejskie życie, nim wyrwałem się do dziczy. Brakowało mi tego.
- A zjemy coś? - zapytał nagle Theo.
- Właśnie! - dorzucił Morti. Zaśmiałem się.
- Przecież jest dopiero rano... co się wam tak spieszy?
Nie wyglądali na usatysfakcjonowanych taką odpowiedzią.
- Może po południu - dorzuciłem - Na jakieś ciasteczko, czy coś.
Wtedy zaczęli zgodnie merdać ogonkami i szli nieco żwawiej, prześcigając się od czasu do czasu. Nawet Exan.

Trochę czasu minęło, zanim dotarliśmy na miejsce. Trochę, to znaczy wystarczająco dużo, aby Morti, Theo i Exan zaczęli marudzić, że to za daleko na ich krótkie łapki. Kiedy tylko weszliśmy do środka, sapnęli z ulgą i usadowili się gdzieś pod ścianą. To Yuki ich nauczyła, że muszą się zachowywać w takich miejscach grzecznie i spokojnie... a najlepiej w ogóle nie mówić nic prócz "dzień dobry" oraz "do widzenia".
- Dzień dobry - zacząłem. Jaszczuropodobny obrócił się w moją stronę, akurat trzymając w szczupłych palcach miarę. Jakiś klient cierpliwie pozował mu przed lustrem. Wyglądał jak jakiś przerośnięty borsuk...
- W czym mogę pomóc?
- Chciałbym kupić puszorek dla mnie i moich synów. Ze smyczą, aby dało się ją odpiąć. Najlepiej kilka długości... Powiedzmy, że pięć metrów i trzy. Dałoby się zrobić?
Zastanowił się, pobieżnie zerknął na mnie i maluchy siedzące kilka metrów za mną. Po cichutkich chichotach wywnioskowałem, że już zaczęli się przepychać.
- Tak. Sądzę, że tak - podsumował.
- Ile to by kosztowało...?
Zamyślił się, zerknął w jakieś notatki leżące na stoliku obok, po czym zawyrokował:
- Dziesięć Bellos. Mogą panowie przyjść na mierzenie za około piętnaście minut.
Uśmiechnąłem się zadowolony. Mimo że był to dość duży wydatek, to niezaprzeczalnie przydatny. Obróciłem się do szczeniaków. Wtedy uspokoiły się i udawały, że jeszcze chwilę temu się nie przepychały.
- Idziemy gdzieś, czy chcecie tutaj poczekać, aż pan skończy?
- Na ciasteczka! - rzucił Theo.
- Tak, ciasteczka, ciasteczka! - dorzucił Morti. Exan tylko zaczął merdać ogonem. Westchnąłem.
- No dobrze, już dobrze... Rozejrzymy się, co jest w pobliżu.
Wyglądali na uradowanych. Zdecydowanie bycie rodzicem składało się z niemal samych wydatków...

<C.D.N.>

Od Asgrima "Polowanie na kocura" cz. 4 (cd. Torance)

Listopad 2023
Ojcowskie uczucia były dla mnie czymś zupełnie obcym. Nie mogłem mieć szczeniaków i nawet niespecjalnie widziałem siebie w roli kochającego taty. Nie wiedziałbym jak powinienem się zachowywać i choć czasem czułem żal, że nigdy nie będę mieć obok siebie takiej małej kuleczki sierści, to w gruncie rzeczy nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Zawsze byłem tylko ja i Torance, bo Elena - choć traktowaliśmy ją jak członka rodziny - nie była psowatym.
Teraz, pod wpływem wspomnień Farella, które nadal były żywe w moim umyśle, miałem ochotę płakać. Wcześniej czułem szczęście, gdy patrzyłem na radosny pysk "mojej" córki, ale gdy zobaczyłem jej martwe ciało... Ból eksplodował w moim wnętrzu, wypalając gdzieś w głębi wielkie dziury. Nigdy jej nie poznałem i teoretycznie nie powinna mnie obchodzić, jednak dzielenie wspomnień uderzyło prosto w punkt, o którym istnieniu nie wiedziałem. Czułem rozpacz, która władała umysłem czarnego basiora, jednocześnie widząc swój własny żal, że poza dzisiejszym epizodem, to nigdy więcej nie poczuję jak to jest być ojcem. Nawet w obliczu takiej tragedii jak śmierć jedynej córki.
Wybudziłem się całkowicie z wizji i spojrzałem prosto na samca. Wcześniej nie widziałem bólu, który krył się pod beznamiętnym wyrazem pyska, jednak teraz mogłem go przejrzeć. Nie okazywał go, lecz to nie znaczyło, że nie czuł nic. Był równie zrozpaczony, co jego żona.
Wyciągnąłem w jego stronę łapę i lekko pogładziłem jego bark.
- Tak mi przykro...
Basior nie zareagował ani na dotyk, ani na moje słowa. Jedynie spoglądał na mnie tymi swoimi wielkimi oczyma. Gdzieś w nich błysnęło jednak uczucie, niby złota iskierka, która szybko zniknęła pod maską obojętności. Starał się, tak bardzo się starał nie pokazywać innym swoich emocji.
Prawdopodobnie wrócił do swojego dawnego legowiska. Niestety nie wiem, gdzie dokładnie to było... - usłyszałem jeszcze w głowie jego słowa.
- Jasne. Dziękujemy... - powiedziałem cicho i posyłając mu ostatnie współczujące spojrzenie, odwróciłem się do Torance. Wilczyca przyglądała nam się, marszcząc brwi. Nagle zdałem sobie sprawę, że dla niej ostatnie chwile polegały jedynie na tym - patrzeniu na nas i próbach zrozumienia, co się właśnie działo.
- Miło było pana poznać - odezwała się trochę niepewnie, a następnie dodała już w myślach - Idziemy?
Skinąłem głową i bez słowa wyszedłem z pomieszczenia. Korytarz był pusty. Żona Farella pewnie miała ważniejsze sprawy na głowie od pilnowania nas. Oczywiście, byliśmy dla niej obcymi, lecz musiała nam zaufać. W końcu tu chodziło o pomszczenie jej szczeniaka...
Krzycząc szybkie "do widzenia", wyszliśmy na dwór. Silny wiatr smagnął moje ciało i rozwiał grzywkę, która wpadła mi do oczu. Lodowate krople deszczu, który musiał zacząć lać, gdy byliśmy u naszych zleceniodawców, od razu zaczęły przedzierać się przez futro. Moja sierść nadal była na etapie zmiany na zimowe, co właśnie dotkliwie odczuwałem.
- Rozmawiałeś z nim z pomocą żywiołu - powiedziała Torance. Pewnie miało to być pytanie, lecz zabrzmiało zdecydowanie jak stwierdzenie. I to trafne.
- Aha.
Tori uniosła na mnie zniecierpliwione spojrzenie.
- I?
- Opowiem ci w jakiejś karczmie. Nie mam zamiaru stać w deszczu - powiedziałem i od razu zacząłem rozglądać się za jakimś odpowiednim miejscem.
Mojej partnerce chyba nie spodobała się taka odpowiedź. Wiedziałem, że ta chciała już zacząć działać, więc tym razem to ja musiałem być głosem rozsądku.
- Ale... Nie szukamy kota?
Wymownie uniosłem wzrok ku górze, zwracając jej uwagę na trwającą ulewę. Jedna ze spadających kropel uderzyła mnie prosto w oko, na co fuknąłem niezadowolony. Cholerny deszcz.
- Nie sądzę, by chodził ulicami w taką pogodę. Lepiej znajdźmy jakieś przytulne miejsce, co?
Wadera westchnęła głośno, jednak zrezygnowała z dalszych sporów i posłusznie ruszyła w stronę, z której przyszliśmy. Nie minęło wiele czasu, a faktycznie znaleźliśmy jakąś niewielką karczmę. Jednak nie była ona jakoś specjalnie przytulna. Powiedziałbym nawet, że ciemne i śmierdzące alkoholem miejsce ani trochę nie wydawało się przyjazne dla tak porządnych obywateli jak my. Niemniej udało nam się znaleźć całkiem stabilną ławkę oraz zamówić coś, co przynajmniej w teorii nadawało się do spożycia bez ryzyka natychmiastowej śmierci. Nawet jeśli pachniało i smakowało ohydnie.
Torance nie poruszała się z taką łatwością w czyichś wspomnieniach czy też umysłach ogólnie, więc dobrze się złożyło, że byłem tam, u Farella, wraz z nią. Żałowałem jednak, że nie mogłem przekazać jej dalej wspomnienia, które już powoli zaczynało się zacierać. Z czasem miało zostać w mojej głowie jako zwykła opowieść pozbawiona emocji, które wtedy odczuwałem wraz z Farellem. Z tego powodu musiałem się spieszyć z historią. Oczywiście, mógłbym przekazać Tori jedynie najważniejsze informacje, które ściśle dotyczyły demonicznego kocura, jednak... Po tym wszystkim potrzebowałem rozmowy i wsparcia kogoś bliskiego, a moja ukochana była najlepszym możliwym wyborem.
Kiedy skończyłem, za brudnym oknem nadal dochodził nas dźwięk ulewy, a do speluny zaczęli wchodzić goście. Każdy kolejny wyglądał coraz mniej przyjaźnie, a gdy po jakimś czasie rozpoczęli swoją wieczorną popijawę, atmosfera zaczynała robić się gorąca. Tori zostawiła na blacie kilka Bellos i czym prędzej się ewakuowała. A ja wraz z nią.
Mieliśmy zamiar wrócić do naszej karczmy, a poszukiwania rozpocząć następnego dnia. Liczyliśmy, że szybko trafimy w odpowiednie miejsce, jednak w ciemnościach uliczki były do siebie łudząco podobne. W którymś momencie natrafiliśmy na Crane'a, który wychynął nagle z wyjątkowo ciemnego przejścia między dwoma domami.
- Hej, Crane! - zawołałem go, nie bacząc na niezadowolone pomruki mojej partnerki. Wilczyca wręcz nie znosiła tego samca. Według niej jego zachowanie nie pokrywało się z jego emocjami, co było niewyobrażalnie podejrzane. Moim zdaniem była zwyczajnie przewrażliwiona, jednak z jednym miała rację: Crane był stanowczo za blisko Edel.
Na dźwięk mojego głosu basior odwrócił się w naszą stronę. Na jego pysku niemal od razu wykwitł standardowy, przyjazny uśmieszek.
- Cześć, co tu robicie o tej porze? - podszedł nieco bliżej, jednocześnie chowając się pod cienkim daszkiem nad wejściem do jakiejś kamienicy. Spryciarz.
- Szukamy naszej karczmy - odparłem - Wiesz, w którą stronę powinniśmy iść?
- To będzie w tamtą stronę - Wskazał kierunek całkiem odwrotny w stosunku do tego, w którym chcieliśmy zmierzać. - Ale jeśli chcecie mógłbym was odprowadzić.
- Odprowadzić? Nie wracasz do pokoju? - Głos Tori był wyjątkowo chłodny. Zerknąłem na nią, by się przekonać, że i spojrzenie nie należało do najcieplejszych. W takich chwilach naprawdę przypominała swoją matkę. Nie było to specjalnie dobre podobieństwo.
- Znaczy... - Basior zawahał się. - Mieszkam w tym samym zajeździe, co wy.
- Wiem. 
Szturchnąłem ją delikatnie, próbując tym samym znać, żeby odpuściła. Jednak Torance dopiero zaczynała...
- Gdzie byłeś?
- Tu i tam... - Samiec rozejrzał się na boki, nie wskazując spojrzeniem niczego konkretnego. - To moja sprawa. Mam chyba prawo do prywatności.
Zmrużył oczy, patrząc prosto na Tor. Jego ton, choć nadal swobodny, zabrzmiał odrobinę mniej przyjaźnie. Była to na tyle delikatna zmiana, że niemal od razu stwierdziłem, że pewnie udzieliło mi się przewrażliwienie mojej partnerki.
- Oczywiście, że masz - prychnęła. Już otwierała pysk, by coś jeszcze dodać, ale postanowiłem się wtrącić, zanim Tori całkowicie wyprowadzi basiora z równowagi. 
- Jeśli nie masz jeszcze zamiaru wracać, to nie ma problemu. Raczej poradzimy sobie bez ciebie.
Starałem się, żeby mój głos brzmiał możliwie jak najbardziej uprzejmie. Nie chciałem, by między nami wybuchła kłótnia, nawet jeśli ja też nie mógłbym nazwać Crane'a przyjacielem.
- Jak wolisz - skinął głową basior.
- W takim razie wielkie dzięki. Do następnego! - powiedziałem i popchnąłem delikatnie pyskiem Tori, by ta się ruszyła. Ta burknęła coś, co miało być pożegnaniem i odeszła, unosząc dumnie łeb. Co miałem zrobić, jeśli nie podążyć za nią?

<Torance?>

sobota, 29 czerwca 2019

Od Lind "Kolejny kurs przez Białe Miasto"

Grudzień 2023
Tak właściwie nie żałuję, że wpadliśmy z Tingiem na Tristana. Po raz kolejny nie miałam pomysłu, co powinnam ze sobą zrobić, a on nagle proponuje zapłatę za znalezienie jego pasa. Z dalszej rozmowy dowiedzieliśmy się, w których miejscach potencjalnie mógł go zostawić. Skoro nie jesteśmy stąd, "zleceniodawca" narysował nam na świstku, który znalazł w kieszeni, swego rodzaju mapkę. Oznaczał konkretny punkt orientacyjny oraz w którą stronę od niego będzie jedna z trzech knajp, gdzie ostatnio bywał.
Te poszukiwania zapowiadały się jednak odrobinę prościej, niż poprzednie; tym razem znaleźliśmy PLAN TEJ CZĘŚCI MIASTA. Zaznaczono na nim, gdzie teraz się znajdujemy i nawet uwzględniono punkty, które wskażą nam drogę do poszukiwanych lokali.
- Jak tam udał się wasz plan na zwabienie mrówek? - zagadałam podążającego za mną Tinga, który odgrywał rolę nawigatora. On trzymał w łapie świstek od naszego zleceniodawcy. Tak samo on informował, kiedy powinniśmy skręcić i w którą stronę. 
- Dziś w nocy zwiadowca przyprowadził dużą część kolonii do jednego z kawałków mięsa - odparł Odmieniec, mlaskając. - Teraz w lewo - Wskazał odpowiedni kierunek. 
Posłusznie weszłam w uliczkę skręcającą za sklep galanteryjny. 
- Starczyło ich dla was dwóch? - kontynuowałam temat. 
- Niezupełnie - westchnął Ting. - Przez Baldora trochę mrówek uciekło. 
- Co zrobił? 
- W prawo - Znów zmieniliśmy kierunek marszu. - Zamiast sięgnąć po te z boku, łapał mrówki ze środka zbiegowiska, bo tam było ich najwięcej. Tak więc, pozostałe zaczęły się rozbiegać z powrotem do szczelin między drewnem. Wtedy nie dało się już złapać wszystkich. 
- Aha, rozumiem - pokiwałam głową. - Spójrz, jest fontanna - Wskazałam łapą nieduży kształt zwieńczony posągiem lisa. 
Zatrzymaliśmy się. Odmieniec spojrzał na kartkę z rysunkiem Tristana. Chwilę myślał, a potem wybrał następny odcinek trasy, którą podążymy. 
- Knajpa będzie tam - ruszył przed siebie. 
Poszłam za nim. Wkrótce trafiliśmy do ulicy otoczonej z dwóch stron budynkami znacznie niższymi, niż w innych częściach miasta. W okolicy stały raptem dwie latarnie, więc skoro zbliżał się wieczór, jedynym źródłem światła były okna sklepów, których jeszcze nie zabito deskami. Moich uszu szybko dotarł odgłos rozbijania szkła, przelewanej cieczy, a także jakieś krzyki i śpiewy. 
Nie spodobało mi się tutaj. Biel ścian i bruku była przygaszona; prawdopodobnie przez brud. W powietrzu unosiła się mieszanka nieprzyjemnych zapachów z podkreśleniem marnej jakości alkoholu, którego nie można kupić u Elvina. Do tego po drodze minęliśmy jakiegoś człowieka z głową wilka, leżącego pośród pustych skrzyni. Oczy miał zamknięte, a jego klatka piersiowa powoli podnosiła się i opadała; spał. Warto też wspomnieć, że paskudnie cuchnął.
Wkrótce znaleźliśmy wejście do najbardziej zadbanego budynku na tej ulicy (to jednak nie znaczyło, że wyglądał ładnie). Tuż nad drzwiami wisiał szyld, którego nawet nie dało się odczytać. Wszystkie dźwięki, o których wspominałam wcześniej, pochodziły stąd. Bez przekonania weszłam do środka. 
Moim oczom ukazała się dziwaczna mozaika złożona z powywracanych stołów i krzeseł oraz skaczących, siedzących, ewentualnie leżących istot wszelkiego rodzaju. Nieprzyjemna woń i hałas uderzyły mnie jeszcze mocniej. 
- Możesz zacząć szukać Ting - krzyknęłam do towarzysza. Chciałam mieć pewność, że mnie usłyszy. 
Odmieńcowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Przemykając między stołami i krzesłami, zniknął z widoku. Zanim zdążyłam odsunąć się od wyjścia i rozpocząć własne poszukiwania, jakiś basior runął jak długi tuż przede mną. 
- Piękny dzionek, prawda? - spytał nagle, podnosząc pysk. - Chcesz zatańczyć, piękna? 
Nie odpowiedziałam mu. Zamiast tego przeskoczyłam nad nim i poszłam dalej, rozglądając się za pasem Tristana. Nie rozumiałam, dlaczego zwykł przebywać w takich miejscach. Ja nie zniosłabym tutaj nawet godziny! Użyłam żywiołu, by wytworzyć dokoła siebie cienką barierę, mającą na celu ochronę przed uduszeniem, a także ogłuchnięciem. Po chwili poczułam, że ktoś złapał mnie za ogon.
- Ej, pożycz na jeszcze jedną kolejkę - jęknął ledwo utrzymujący się na krześle człowiek. 
Patrzył na mnie błagalnym wzrokiem, a w drugiej ręce ściskał pusty kubek tak, jakby od niego zależało jego życie. Odsłoniłam kły w obronnym geście i odepchnęłam wiatrem tę brudną grabę, po czym poszłam dalej. Pasa dalej nie było nigdzie widać, a ja już miałam wielką ochotę stąd wyjść. 
- Pierzasta! Znalazłem! - Nagle spośród hałasu wybił się głos Tinga. 
Podniosłam wzrok i wypatrzyłam swojego towarzysza przeskakującego po głowach wilków, ludzi i innych istot. Wygląda na to, że uznał tę ścieżkę za najszybszą. Dostrzegłam w jego łapie skórzany pas; idealnie pasujący do opisu od Tristana. Odetchnęłam z ulgą i odwróciłam się do wyjścia, żeby czym prędzej opuścić to miejsce. Przeskoczyłam nad nadal leżącym tancerzem i wybiegłam na zewnątrz. Odmieniec był tuż za mną. 
- Poszło wyjątkowo szybko - podsumowałam, rozganiając barierę z wiatru. 
- Trudno się nie zgodzić - odparł Ting. - Mówiłem, żeby zacząć od tej knajpy. 
- Tak, tak to wszystko twoja zasługa... - westchnęłam od niechcenia. - Teraz wracajmy do Tristana.


Uwagi: brak.

Od Leah "Koniec koszmarów" cz. 2 (CD. Lind)

Listopad 2023 r.
Tak naprawdę nigdy nie miałam do czynienia z Tantibusami. Raz czy dwa jakiegoś widziałam, ale nigdy, albo przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, żaden z nich nie przesiadywał w mojej jaskini. Chyba nie byłam dla nich zbyt interesująca, bardzo rzadko miewałam realistyczne (jeśli w ogóle) koszmary.
To może być intrygujące doświadczenie.
- Może ktoś coś widział? – zasugerowałam towarzyszom. – Zapytajmy.
- Dobra myśl – podchwyciła Lind.
Podeszłam do losowego przechodnia, starszej, błękitnej hybrydy lisicy z jakimś uskrzydlonym gadem. Nim zdążyłam się odezwać, zbyła mnie machnięciem łapy i oddaliła się, mamrocząc coś o nieznośnej młodzieży. Nieco zmieszana, odprowadziłam ją wzrokiem, aż do momentu, gdy zniknęła za rogiem białego budynku sklepu wielobranżowego. Spróbowałam znowu. Tym razem udało mi się zatrzymać czarnego basiora z zielonymi wstawkami w okolicach grzbietu i łap.
- Przepraszam pana, możemy zająć chwilę?
Spojrzał na mnie wzrokiem przeznaczonym dla roznosicieli ulotek i pyskujących szczeniąt.
- Czy ktoś widział, dokąd uciekają Tantibusy, kiedy wstaje słońce? – dołączyła się Lind.
Basior przeanalizował jej wypowiedź i chyba doszedł do wniosku, że jednak nie roznosimy żadnych broszur. Zastanowił się chwilę.
- To te wiecznie wyszczerzone, cieniste potwory, nie dające spać mi i moim sąsiadom od dobrego tygodnia?
- Dokładnie te. – przytaknęła moja przyjaciółka.
W oczach wilka błysnęło zrozumienie.
- Nareszcie ktoś się tym zajął – westchnął z ulgą. – Nigdy nie widziałem gdzie to paskudztwo ucieka, ale Aivir twierdzi, że widziała jak dwa znikają w pustym sklepie naprzeciwko jej straganu. To dwa skrzyżowania stąd, o tam – wskazał łapą kierunek.
- Dziękujemy, na pewno to sprawdzimy – uśmiechnęłam się.
Basior oddalił się, a my ruszyliśmy w stronę wskazanego miejsca.
- Ciekawe ile ich tam siedzi... - zastanawiała się na głos Lind. – Ciekawe czy wszystkie.
- Oby jak najwięcej – Arkan odwrócił głowę i fuknął na wyszczerzonego w złośliwym uśmiechu nastolatka, pewnie wilkołaka albo kotołaka w ludzkiej formie.
- Nie wiem czy poradzilibyśmy sobie ze wszystkimi naraz – mruknęłam. – A ile ich tak właściwie miało być? Podali jakąś przybliżoną liczbę na tym ogłoszeniu?
Ting wyciągnął afisz z torby Lind i przejrzał go szybko.
- Piszą coś o skargach od ponad dwustu obywateli – powiedział Odmieniec.
- To dużo, tak? – spytałam dla pewności.
- Dwa razy więcej niż cała wasza wataha.
- Hm, ale raczej jeden Tantibus nie spędza całej nocy w jednym domu – zauważyła Lind.
- No, raczej nie – przytaknął Ting.
Dotarliśmy na miejsce. Ulica była wąska, wykładana jasną kostką brukową. Wzdłuż niej tłoczyły się małe kramy, gdzieniegdzie widać było też niewielkie sklepy spożywcze, ale większa część budynków była upstrzona domowymi oknami, podobnymi do tych, które przeważały w Mieście. Wszystko zachowane we wszechobecnych bielach. Nie denerwuje ich to?
- Sporo tu tych straganów – obrzuciłam wzrokiem stoiska. – Widzicie gdzieś ten sklep?
Ting zeskoczył z grzbietu Lind i podszedł do ściany jednego z budynków. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym specjalnym, dopiero po dokładniejszych oględzinach widoczne stawały się liczne szczeliny w ścianie i łuszcząca się farba, na co Odmieniec zwrócił naszą uwagę. Obrzuciłam budynek szybkim spojrzeniem i profilaktycznie zaczęłam rozglądać się za jakimś wejściem do środka.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie czuję tu tych paskud – parsknął mój towarzysz.
- Może ślad się już zatarł po całym dniu? – zasugerowałam, na co Arkan odburknął coś niezrozumiale.
- Prawdziwe pytanie brzmi, czy wszyscy z nas się tędy przecisną – powiedział Ting.
- Nie – mruknął wyvern.
- Na pewno tam są – Lind zajrzała przez dziurę w murze.
Podeszłam trochę bliżej. Szczelina była zdecydowanie za mała dla mnie czy Lind, o Arkanie nie wspominając, i chyba nawet Ting mógłby nie dać rady tędy przejść. Rozejrzałam się; budynek przylegał do sąsiadujących murowańców, a z tej strony nie było żadnego innego wyłomu w ścianie. Dla pewności sprawdziłam jeszcze drzwi frontowe. Uniosłam się na tylnych łapach i pchnęłam je przednimi. Zgrzytnęło w odrzwiach, przejście uchyliło się kawałek, a potem coś je zatrzymało. Pchnęłam mocniej, ale nic to nie dało. Drzwi były otwarte, ale coś blokowało je od drugiej strony.
- A może w dachu znajdzie się jakaś większa dziura? – podsunęła Lind.
- Sprawdźmy – odparłam.
Wadera jako pierwsza przywołała skrzydła wiatru i razem z Tingiem wylądowała na dachu kamienicy. Również skumulowałam wokół siebie moc powietrza i oderwałam się od ziemi. Największy problem miał mój towarzysz. Wzniesienie się do lotu z płaskiego terenu, dodatkowo w otoczeniu ulicznego tłumku, który, jakby nie patrzeć, łatwo uszkodzić bądź wystraszyć przy takich a nie innych rozmiarach, na pewno nie mogło być łatwe. Ale ostatecznie jakoś sobie poradził. Dach lekko uginał się pod naszym ciężarem, kilkoro przechodniów podniosło wzrok i przypatrywało nam się z różnymi emocjami wymalowanymi na twarzach i pyskach. Zdecydowanie niecodzienny widok – dwa wilki, Odmieniec z czaszko podobnym hełmem na głowie i mały, biały smok na dachu jakiegoś starego sklepu.
Rozejrzałam się po okolicy. Z tej perspektywy miasto wyglądało jakoś ciekawiej. Kątem oka dostrzegłam ruch. Spojrzałam w tamtą stronę, a moim oczom ukazała się wyłaniająca się z ubytku w dachówkach, ciemna postać, wyglądająca jak jakaś karykaturalna hybryda wilka z małpą. Lekko przymrużone, czerwone ślepia mierzyły spojrzeniem naszą czwórkę. Odruchowo przybrałam pozycję obronną i to chyba był mój błąd, bo stworzenie szybko zwróciło na mnie uwagę. Lind dostrzegła Tantibusa dosłownie chwilę później i natychmiast rzuciła się w jego stronę, ale ten zdołał umknąć w mrok trzewi budynku. 
- Duża ta dziura? – spytałam, przesuwając się w kierunku szczeliny.
Arkan odwrócił głowę w naszym kierunku z niezmiennie neutralnym wyrazem pyska.
- Zwiało – stwierdził błyskotliwie.
Chodziło mu o tego jednego osobnika czy może całą zgraję? Miałam nadzieję, że o to pierwsze, bo jakoś nie widziało mi się szukać koszmarożernych po całym mieście.
- Tantibusy jakoś komunikują się między sobą? – spytała Lind.
- Pierzasta, ktoś z obecnych wygląda ci na znawcę? – prychnął Ting. – Zamiast pytać lepiej złaź tam do budynku na rekonesans.
Z niezbyt szczęśliwym pomrukiem wadera zaczęła przeciskać się przez szczelinę. Jeszcze raz przebiegłam wzrokiem po dachu, w poszukiwaniu większych luk, ale wyglądało na to, że ta była jedyna (pomijając pojedyncze, ułamane dachówki). Arkan węszył przez chwilę, ale bardziej od niechcenia, niż by odszukać cieniste stwory. Przez chmarę miastowych woni nie przebijało się wiele konkretnych zapachów.
Ting dołączył do Lind, od której jak na razie nie było żadnych wieści, po chwili również zeskoczyłam. Arkan mógł co najwyżej zajrzeć do środka i to właśnie zrobił. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność, którą rozpraszało tylko światło padające ze świetlika z przypadku i delikatna aura emanująca z mojego futra. Pomieszczenie wyglądało jak składzik na poddaszu. Podchodząc bliżej ścian byłam w stanie dostrzec zakryte brezentem meble i kilka pudeł.
Starałam się stąpać jak najciszej, prawie na ślepo szukając zejścia na dół. W pewnym momencie trafiłam na drabinę. Machnęłam łapą na Tinga i węszącą w skupieniu Lind, a po chwili namysłu zmieniłam formę na ludzką. I tak powoli czułam się nieswojo, chodząc na czterech łapach.

<Lind?>

Uwagi: brak.