niedziela, 30 czerwca 2019

Od Lind "Zaginione szczenię" cz. 1

Grudzień 2023
Otworzyłam niechętnie oczy. Wspomnienia z dzisiejszego snu zaczęły powoli rozpływać się w nicość. Dostrzegłam, że pokoju wpadało kilka bladych słońca. Dotarło do mnie, iż musiałam naprawdę długo spać; w końcu dni stawały się coraz krótsze. Podniosłam głowę, by sprawdzić, co porabiają moi współlokatorzy. Najpierw wypatrzyłam igły siedzącego tyłem do mnie Baldora, a następnie jaskrawy pióropusz Tinga, który przycupnął naprzeciwko swojego koleżki. Każdy z nich trzymał kilka kart. Pierwszy Odmieniec miał nieco utrudnione to zadanie przez jedną łapę przywiązaną do młota. Nie mniej jednak nie upuścił niczego ze swojej części talii. 
- Czwórki - oznajmił Ting, wykładając nową kartę. 
- Nie możesz prosić o czwórki więcej niż raz - zaznaczył niskim głosem Baldor.
- Przecież ustaliliśmy inaczej - odpowiedział Strażnik Wichury, rozkładając ręce. Jednocześnie uważał, by drugi gracz nie dostrzegł, jakie konkretne karty trzymał.
- Oszukujesz, kuzynie! - warknął agresywnie "jeżozwierz".
- Wcale nie - mruknął bez wyrazu Ting. - Jeśli nie masz tej karty, dobierasz jeszcze trzy. 
Baldor zamruczał coś, a następnie wziął swoją część talii w pysk, żeby zwolnić łapę. Sięgnął do odłożonego obok stosu kart i zrobił tak, jak kazał Ting. 
- Piątki - usłyszałam głos "jeżozwierza".
- Już wszystkie wyłożone.
- Nieprawda. Były dopiero trzy - odparł Baldor. 
- Cztery - poprawił go Ting. - Odbierasz kartę karną. 
- Myślisz, że jestem kretynem?!
Zbulwersowany Odmieniec aż wstał, wspierając się na swoim młocie. Ting nie zareagował na to w żaden sposób. Natomiast jego "kuzyn" już-już podnosił swoją broń, żeby zaatakować. Nie spodziewałabym się, że taka błahostka tak go zdenerwuje! Postanowiłam natychmiast interweniować. Zerwałam się z wygodnego posłania i schwyciłam młot Odmieńca wiatrem, dopóki ten był jeszcze w powietrzu. 
- Stop! - rzuciłam. - Nie mam zamiaru potem płacić za zniszczenia w pokoju. Dopóki tu jesteśmy, nie zgadzam się na żadne niewerbalne argumenty! 
Kolczasty Odmieniec spróbował ruszyć młot. Przy drugiej próbie użył tyle siły, że wyrwał mi swoją broń. Na moje szczęście nie wykorzystał tej okazji, żeby uderzyć Tinga, jak planował na początku. Zamiast tego, oparł młot na drugiej łapie i odwrócił się, by spojrzeć na mnie. Z samych oczu wyczytałam, że delikatnie mówiąc, nie był zadowolony z tego, co zrobiłam. Zmarszczyłam czoło i odsłoniłam odrobinę kły. 
- Masz coś do dodania, o Strażniku Lasu? - rzuciłam. 
Przez chwilę odpowiedziała mi tylko cisza.
- Nie - odparł wreszcie Baldor i opuścił broń. 
W duchu odetchnęłam z ulgą. Nie miałam pojęcia, czy dałabym radę go utrzymać w jednym miejscu, gdyby wpadł w furię i chciał zaatakować także mnie. Nadal niezbyt wiedziałam, czego po nim oczekiwać; w porównaniu z Tingiem, znałam Baldora bardzo, bardzo krótko. Co więcej, nie widziałam go podczas walki. Fakt, że dał radę wyrwać młot z "uścisku" wiatru, do którego przyłożyłam sporo siły, dał mi do myślenia. Z całą pewnością nie jest tak szybki, jak Ting, ale nadrabiał to tężyzną fizyczną. Strażnicy poszczególnych artefaktów znacznie różnią się od siebie. Naprawdę ciekawie obmyślane.
Baldor usiadł z powrotem. Wtedy mój drugi towarzysz spytał go:
- Chcesz jeszcze grać, kuzynie? Nie podglądałem twoich kart - zaznaczył. 
"Jeżozwierz" w odpowiedzi tylko mruknął pogardliwie. Przy akompaniamencie całkiem głośnego łupnięcia, usiadł z powrotem w swoim ulubionym kącie. Ting westchnął zawiedziony. 
- Może ty ze mną zagrasz w takim razie, Pierzasta? To bardzo proste - zapewnił. - Nawet ty byłabyś w stanie zrozumieć.
- Innym razem - mruknęłam, zerkając na Baldora. - Teraz muszę się odrobinę przewietrzyć. 
- Dziś nie jest tak zimno, idę z tobą - zdecydował Strażnik Wichury. - Inaczej możesz się zgubić. 
- Dzięki za troskę - Pokręciłam pyszczkiem i podniosłam torbę. - Trzymam za słowo, że będziesz "szedł". 
*** 
- Ty też miałeś przywiązane łapy do swoich ptasich czaszek? - spytałam Tinga, kiedy już zbliżaliśmy się do okolic rynku
Odmieniec odruchowo spojrzał na swoje szpony. 
- Nie... - mruknął. - Prawdopodobnym jest, że ktoś miał powód, by przywiązać Baldorowi młot do łapy. 
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. 
- Nadal nie możesz sobie nic więcej o nim przypomnieć?
- Ygh - Ting poprawił ułożenie czaszki. - Ile razy mam ci powtarzać, Pierzasta?! Jeśli coś mi się przypomni, powiem ci! Dotarło to wreszcie do ciebie? - Przystanął i odwrócił się w moją stronę. Jego ogon aż się zjeżył.
- Dotarło, już dotarło - burknęłam, odrobinę urażona. - Upewniam się tylko. 
Wtem mój wzrok przyciągnęło coś za Tingiem. Na ścianie budynku wywieszono jakieś nowe ogłoszenie. Zdziwiłam się, że umieszczono je tutaj, a nie przypięto do jednej z tablic. Wyminęłam Odmieńca i podeszłam bliżej. Stąd dostrzegłam wyraźniej podobiznę jakiegoś młodego wilka. Z bloku tekstu, umieszczonego pod jego pyszczkiem, dowiedziałam się, że ten właśnie szczeniak zaginął na początku grudnia i od tygodnia słuch po nim zaginął. Rodzina zwraca się więc o pomoc do mieszkańców. 
Rozejrzałam się dookoła. Kawałek dalej wisiała następna kartka o tej samej treści. Wtedy zrozumiałam, że te ogłoszenia są zapewne rozklejone po całej okolicy. Wróciłam wzrokiem na te wiszące przede mną i znalazłam adres rodziny szczenięcia. Po dosyć krótkim namyśle postanowiłam, że chcę pomóc rodzinie i odnaleźć malucha. Tylko najpierw muszę zdobyć więcej informacji.
- Zostałaś swego rodzaju łowcą nagród czy co?- mruknął Ting, już domyślając się moich zamiarów.
- Być może - odparłam i ruszyłam w odpowiednim kierunku. 
Z tekstu wynikało, że rodzina szczenięcia mieszka stosunkowo blisko, jak na Białe Miasto. Tym bardziej pomocny był fakt, że już wiele razy mijałam okolice wskazanej w ogłoszeniu kamienicy. Po raz pierwszy od przybycia do tej metropolii dokładnie wiedziałam, którędy iść! 
Dotarcie na miejsce zajęło około pół godziny. Nie mogłam sobie pozwolić na więcej, niż trucht, ze względu na gęstniejący tłum mieszkańców i przyjezdnych. Taka pora dnia.
Wizyta w domu zaginionego szczenięcia nie trwała długo. Nie otrzymałam od jego zmartwionych rodziców wielu wskazówek. Wiedzieli niewiele więcej niż ja. Powiedzieli, że malec zawsze wracał o wskazanej godzinie, nie zwykł chodzić na podejrzane spotkania, nigdy nie kłamał odnośnie tego, co robił. Tak samo żaden z jego kolegów nie udzielił rodzinie przydatnych informacji. Nikt nic nie wiedział. Zupełnie jakby szczeniak nagle rozpłynął się w powietrzu. 
Wyszłam z budynku zawiedziona. Chociaż w sumie... Czemu się dziwiłam? Gdyby wiedzieli coś więcej, pewnie już dawno by znaleźli swojego synka i nie musieli prosić o pomoc. Zaczęłam się zastanawiać. Co mogę zrobić ja, czego nie mogą oni? Ruszyłam z powrotem w stronę rynku. Dalej zadawałam sobie to samo pytanie. Powtarzałam je i powtarzałam, nawet nie wiem jak długo. Aż wreszcie, po długim wyczekiwaniu, w mojej głowie zawitał pomysł.
Zrzuciłam torbę i zaczęłam przeszukiwać jej zawartość. Ting podszedł do mnie i spytał:
- Czego szukasz? 
- Już znalazłam! - odparłam pośpiesznie. 
Wyciągnęłam z torby Błękitne Oko i w triumfalnym geście pokazałam je Odmieńcowi. Bez dodatkowych wyjaśnień zamknęłam torbę i założyłam ten wisiorek na szyję. Skupiłam się, by z jego pomocą przejąć punkt widzenia zaginionego szczenięcia. O ile jest gdzieś blisko, powinno się udać. Zamknęłam oczy. 
Równomierny odgłos kapiącej wody. Zimno. Dookoła ciemność. Nade moją głową czarne, zniszczone belki, które niegdyś podtrzymywały tę spaloną konstrukcję. 
- Tak. To jest to! - wykrzyknęłam. 
- Już wiesz gdzie jest? - usłyszałam Tinga.
- Tak! Za mną - pobiegłam przed siebie. Dobrze pamiętałam, w którym miejscu widziałam pustą skorupę spalonej kamienicy. 

<c.d.n.>

Uwagi: brak

Od Joela "Ujarzmić maluchy" cz. 2

Luty 2024 r.
Skończyło się na tym, że znaleźliśmy tuż obok zakładu krawieckiego piekarnię, w której sprzedawano również drożdżówki. Maluchy jeszcze nigdy nie miały okazję ich spróbować, więc czuły się dość mocno zachęcone. Niestety kiedy ostatecznie otrzymali produkt, wszyscy oprócz Mortiego wyglądali na zawiedzionych.
- Jedzcie. Jest dobre - zapewniałem ich, gryząc swoją porcję. Siedzieliśmy na dość obszernych schodach prowadzących do piekarni. Było tam cieplej niż na ulicy, nie wiało i przede wszystkim było czyściej. Może i zajmowaliśmy trochę przestrzeni, ale kto by się tym przejmował? I tak nie mieli aż tak wiele klientów...
- Ma lukier! - dorzucił Morti.
- Dokładnie - odparłem. Exan westchnął i ostatecznie zabrał się za jedzenie. Theo prawdopodobnie nie chcąc być gorszym, zrobił to samo. Strasznie lubił wszystkich naśladować, zauważyłem to już dawno.
- Co to jest ten puszorek? - zapytał nagle Morti.
- Coś jak obroża, ale obwiązane na piersi. Mocniej się trzyma.
Morti wydał z siebie ciche "och". Widząc jego zafascynowaną minę (zapewne zastanawiał się, jak to wygląda) roześmiałem się i poczochrałem go po głowie.
- A ja? - oburzył się Theo.
- No dobrze, ty też - powiedziałem rozbawiony i za pomocą drugiej łapy poczochrałem również i jego. Zerknąłem zachęcająco na Exana, ale nie wyglądał na zainteresowanego. Zbyt skupił się na konsumowaniu drożdżówki.
- Dziwnie smakuje - podsumował.
- Jakie znowu dziwnie? - powiedziałem, udając oburzonego - To bardzo smaczne i przede wszystkim...
- Tanie? - dopowiedział, podnosząc brew.
- Dokładnie. Nawet nie macie pojęcia ile na was wydaję...
Exan wywrócił oczami. Morti już zjadł swoją porcję i patrzył na mnie z pociesznym uśmiechem. Zauważyłem, że jest brudny od lukru, więc za pomocą łapy postanowiłem to zetrzeć... Jednak kiedy był jeszcze brudniejszy miałem ochotę przekląć. Nie mogłem tego zrobić przy dzieciach, więc skończyło się na westchnięciu.
- Cały czas zapominam, że w wilczej formie opuszki łap wiecznie są brudne... - mruknąłem pod nosem.
- Kiedy nauczymy się zmiany, jak ty i mama? - zapytał nagle Theo. Wyglądał na podekscytowanego.
- Nie mam pojęcia - zawahałem się - Ja się nauczyłem jako nastolatek, mama już jako dorosła... Choć nie jestem pewien, jak to jest w wypadku takich mieszanek, jakimi jesteście wy.
- Mieszanek? - zapytał zdezorientowany Exan.
- Mama jest magicznym wilkiem, a ja wilkołakiem. Wy jesteście czymś pomiędzy... Coś wspominała, że wygląda na to, że starzejecie się również wolniej od waszych rówieśników. Trzeba by było zapytać Kai'ego. Zdaje się, że on wie najwięcej w tym temacie.
Zgodnie pokiwali główkami. W międzyczasie ja zerknąłem na łapę, udając, że sprawdzam godzinę na nieistniejącym zegarku.
- No, chyba powinniśmy się zbierać.
Theo tak nagle poderwał się z miejsca, że aż się wystraszyłem. Miałem wrażenie, że się wywróci na oblodzonych schodach. Tak mnie to zaaferowało, że nie zauważyłem, kiedy Exan zrobił z drugiej strony dokładnie to samo i... to on się przewrócił. Westchnąłem przestraszony i podbiegłem do niego.
- Wszystko w porządku?
Zaskomlał żałośnie, ale zaraz potem się podniósł.
- Chcesz wracać do domu?
- Nie - powiedział tylko i ze swoją typową dumą, podążył (odrobinę kulejąc) w kierunku Theo. Morti tylko spojrzał na mnie wystraszony. Stał na drugim stopniu schodów.
- W takim razie... po prostu chodźmy - stwierdziłem trochę zmieszany. Wtedy mój wzrok przykuła niedojedzona drożdżówka Exana, wciąż leżąca smutno na schodach. Westchnąłem cicho i wziąłem ten kawałek do pyska. Jak prawdziwy rodzic musiałem dojadać resztki po dzieciach... i grubnąć.

Tak jak sądziłem jaszczur nie dość, że skończył obsługiwać poprzedniego klienta, to miał jeszcze chwilę wolnego. Siedział przy swoim biurku i spokojnie popijał kawę. Czułem to jeszcze wpuszczając dzieciaki do środka.
- Jednak przyszli panowie - skomentował, odstawiając szklankę. Podszedł do nas i za pomocą zamaszystego gestu wyciągnął miarę. Morti na początku się skulił wystraszony, co Theo od razu powtórzył, a Exan tylko obrzucił tę dwójkę zdezorientowanym spojrzeniem.
- Mogę być pierwszy... - stwierdziłem, podchodząc bliżej lustra. Chciałem, żeby maluchy zobaczyły na czym to polega i też stały grzecznie, zupełnie jak ja.
Jaszczur zaczął nie mierzyć i zapisywać odczytane wartości, co szczeniaki bardzo uważnie obserwowały. Pod koniec już merdały ogonami podekscytowane.
- Zrobię regulowany rozmiar dla nich, żeby był nadal dobry jak podrosną - powiedział, zapraszając do mierzenia maluchy. Theo przepchnął się na sam przód, aby być pierwszym. Skinąłem tylko głową.

<C.D.N.>

Od Edel "Niebezpiecznie urocza kuleczka"

Styczeń 2024
Niech przeklęty będzie dzień, kiedy Suzanna stwierdziła, że postój w Białym Królestwie będzie dobrym pomysłem. Owszem, na początku byłam całkowicie zauroczona, jednak po kilku miesiącach miałam dość tego miejsca. Może miało to związek z tym, że Białe Miasto wraz z nadejściem zimy stało się niemożliwie szare i ponure, a może po prostu tęskniłam za otwartymi przestrzeniami. I prawdziwą zimą.
Bo choć byłam istotą raczej ciepłolubną (zwłaszcza kiedy moja sierść była rzadka i nieprzygotowana na mrozy), to lubiłam śnieg. Kochałam łapać go do pyska, czuć piekące zimno, gdy próbowałam ulepić bałwana z pomocą ludzkich dłoni czy w końcu chować się w stosunkowo ciepłej jaskini i obserwować spadające płatki.
No dobra, może w tym momencie trochę idealizowałam poprzednie zimy, patrząc przez pryzmat tego, że wcześniej moja kondycja wyglądała całkiem inaczej. Może.
W każdym razie w Białym Królestwie było raczej szaro. Mróz obejmował świat każdej nocy, by z nadejściem południa odejść dla lodowatego deszczu i błotnistej brei zastępującej puchaty śnieg. Poza tym był jeszcze wiatr. Lodowaty i silny, smagał ciała przechodniów niczym okrutny bicz.
Najchętniej siedziałabym we własnym pokoju, z dala od tego wszystkiego, jednak tamtego dnia musiałam wyjść. Potrzebowałam czegoś do jedzenia, a tak się zdarzyło, że znalazłam całkiem dobrą knajpkę, gdzie podawano rzeczy w miarę jadalne za bardzo niskie ceny. Szkoda tylko, że miejsce to znajdowało się na drugim końcu Białego Miasta.
Tak się stało, że i Redian był bardzo głodny. Od kilku dni nie mógł znaleźć na ulicach lub pobliskich domach żadnej myszy, a te w ostatnim czasie były jego głównym pożywieniem. W końcu mógł je spokojnie łapać, dodatkowo licząc na zadowolenie większości gospodarzy. Gorzej, gdy sam gospodarz był kotołakiem czy zmiennokształtnym zdolnym zmienić się w kota. W każdym razie ze względu na poważny niedobór myszy, młody kociak postanowił mi towarzyszyć. A towarzystwo Rediana oznaczało konieczność posiadania oczu dookoła głowy, by chociażby wiedzieć, co też on znowu wyprawia. Jeśli chodzi o próby uspokojenia go, to porzuciłam je już dawno temu. Kocurek był narwany i widocznie nic nie miało tego zmienić.
Tamtego dnia popołudnie było wyjątkowo zimne (choć niestety z nieba nie sypał się śnieg), co zaowocowało warstwą śliskiego lodu na ulicach. Kociak korzystał z tego, jak tylko mógł. Co rusz wbiegał na lód i zatrzymywał się, wbijając ostre pazurki tuż przed przechodniami. Kiedy ci mieli pretensje, zaczynałam udawać, że wcale go nie znam. Taki był nasz mały układ.
W którymś momencie usłyszałam głośne miauknięcie, niewątpliwie należące do mojego towarzysza. Zerknęłam w tamtą stronę i zobaczyłam, jak ten stroszy futerko w stronę niewiele większego od niego stworzonka. Tamto nie wydawało się specjalnie przejęte i nachylało się w jego stronę, próbując go obwąchać. Kociak odskoczył całkowicie przestraszony. 
- Hej, zostaw mnie! 
Westchnęłam i w kilku szybkich krokach do nich podeszłam. Puchate stworzonko niemal od razu podniosło na mnie zaciekawione spojrzenie. Z zainteresowaniem przyjrzałam się jego wielkim oczom, w których przewijały się wszystkie kolory tęczy. Co takiego było w wielokolorowych oczach że zawsze wyglądały tak ślicznie?
Moje myśli powoli zaczynały uciekać w całkowicie inną stronę, niż bym chciała. Pokręciłam mocno pyszczkiem, próbując się ich jakoś pozbyć. To nie był odpowiedni czas na myślenie o durnotach. A zwłaszcza takich, które nękały mnie i tak każdego dnia.
- Edel też zostaw w spokoju! - zawołał nagle Redian.
Kolorowe oczy przeniosły się znowu na kociaka, który wyciągnął pazurki gotowy w razie mnie bronić przed puchatą kuleczką na krótkich łapkach. Mój bohater.
- Nic jej nie zrobię - mruknęło stworzonko. Na jego pyszczek wstąpił rozbawiony uśmiech. - Chciałem tylko prosić o pomoc...
- Coś się stało? - spytałam niemal od razu.
Tęczowe ślepia znowu przeniosły się na mnie, a uśmiech zamarł.
- Zgubiłem się.
Z mojego pyszczka wyrwało się krótkie "och". Wymieniłam spojrzenia z Redianem, próbując przekazać mu, że powinniśmy mu pomóc. Kociak musiał mnie zrozumieć, bo spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Przykro mi, ale... - zaczął, jednak weszłam mu w słowo.
- Spróbujemy ci pomóc. Kogo powinniśmy szukać?
Zwierzątko zawahało się.
- Chyba Julie. To moja właścicielka. Jest wilkiem, tak jak ty - odpowiedział po chwili. Pokiwałam głową ze zrozumieniem. - Pewnie bardzo się martwi...
- Żeby jeszcze było o co... - mruknął Redian. Na szczęście nasz rozmówca go nie usłyszał. A może jedynie udawał...?
- Jak wygląda?
- Jest już prawie dorosła. Dostała mnie na swoje pierwsze urodziny. Ma błękitne futerko i zielone oczy.
Ponownie skinęłam pyskiem i chwilę się zastanowiłam. Informacji nie było zbyt wiele, więc musielibyśmy mieć duże szczęście, żeby odnaleźć właścicielkę niezwykłego stworzonka. Niemniej warto było spróbować. Waderka pewnie była do niego mocno przywiązana, a i zwierzątko za nią tęskniło.
Westchnęłam i rozkazałam Redianowi szukać uważnie wilczycy, która pasowałaby do podanego opisu. Kocurek na początku trochę marudził, ale posłusznie zabrał się do pracy. Ślizgał się po placu, uważnie jej wypatrując. Tymczasem ja wraz z nowym towarzyszem próbowałam wypytać przechodniów, czy może widzieli podobnego szczeniaka.
Minęło wiele długich chwil, zanim ktoś powiedział mi o młodej samicy, która chodziła ulicami wołając głośno "Puszek". Na te słowa mój (tymczasowy) towarzysz ożywił się i zaczął wypytywać, gdzie dokładnie to było. Zaczepiony lis wzruszył ramionami i wskazał kierunek, ostrzegając, że mogła już sobie pójść.
Puszek nie zareagował na jego słowa, tylko od razu pobiegł w tamtą stronę. Natomiast Redian (kotek już wcześniej do nas dołączył, mówiąc, że nikt jej nie widział) dołączył do niego po szybkiej wymianie spojrzeń. Jego łapy były trochę dłuższe, więc z łatwością go przegonił, by po chwili znowu wyłonić się zza zakrętu. Tym razem z młodą samicą o niebieskiej sierści. Julie.
- Puszek! Tak tęskniłam! - zawołała, podbiegając do zwierzątka i mocno je tuląc. Towarzysz odwdzięczył się cichutkim pomrukiwaniem, które odrobinę przypominało kocie.
Chciałam cichutko odejść, gdy wilczyca nagle podniosła na mnie wzrok.
- To pani go znalazła? - spytała.
Już otwierałam pysk, by odpowiedzieć, gdy ubiegł mnie Redian.
- Tak. Szukaliśmy cię, młoda.
Spojrzenie Julie przeniosło się na burego kota, a na pysk wstąpił promienny uśmiech.
- Uroczy jesteś - stwierdziła głośno, na co mój towarzysz miauknął z oburzeniem. Wilczyca nie przejęła się tym zbytnio i zaczęła szperać w niewielkiej torbie, którą przy sobie nosiła. Po chwili wyciągnęła kilka monet i wyciągnęła je w moją stronę - Niestety nie mam zbyt wiele. Wydałam ostatnio niemal całe kieszonkowe... Proszę, weź to.
Pokręciłam głową. Nie chciałam żadnej nagrody.
- Bardzo dziękujemy.
Usłyszałam nagle głos Rediana, który szybko zabrał podarowane przez Julie Bellos. 
- To ja dziękuję. Miłego dnia! - odpowiedziała wilczyca i nim zdążyłam cokolwiek zrobić, zniknęła. Dosłownie. Musiała mieć moc teleportacji.
Redian, widząc moją minę, odłożył monety na ziemie tuż pod moimi łapami i otarł się o mnie.
- Nie marudź. Chociaż zjemy w końcu coś porządnego.
Westchnęłam głośno i potargałam go łapą po głowie. Kocur miauknął urażony i odsunął się. Pomimo tego na jego pyszczku widniał łobuzerski uśmiech.

Od Joela "Ujarzmić maluchy" cz. 1

Luty 2024 r.
Yuki chciała zrobić sobie trochę wolnego od szczeniąt, więc postanowiła mi je podrzucić i nakazać zajęcie się nimi aż do wieczora. Zatrzasnęła za nami drzwi od wynajmowanego przez nas pokoju. Zostaliśmy sami, wpatrując się w siebie na korytarzu pogrążonym w półmroku. Ja, duży tatuś, i chłopcy - malutkie szczenięta. Nadal było mi trochę głupio się nimi zajmować... Będąc w formie ludzkiej wyglądałem jak właściciel ze swoimi pupilami na spacerze, niż z synami. Straszne uczucie. Miałem nadzieję, że szybko nauczą się zmieniać...
- To co... dzisiaj mamy dad's day? - zapytałem z krzywym uśmiechem. Maluchy już wiedziały co to znaczy. Zaczęły podskakiwać ze szczęścia.
- Cieszy mnie, ze jesteście w dobrych nastrojach - stwierdziłem i zacząłem schodzić po schodach. Co chwilę odwracałem się do nich, sprawdzając, czy sobie radzą. Zdarzyło się, że po prostu się z nich ześlizgiwali. Mieli za krótkie łapki...
Teraz przepychali się i popiskiwali. Zwykle w ostatniej chwili łapali równowagę. Exan wysuwał się na prowadzenie, co Theo skwitował niezadowolonym skomleniem. Morti niemal na początku odpuścił wyścigi, po prostu próbując celować łapkami w stopnie.
Musiałem dać znak innym zamieszkującym tymczasowo karczmę, aby przez chwilę nie wchodzili na górę, bo musiałem sprowadzić dzieciaki. Wszystkie samice oczywiście były oczarowane, ale samce w większości byli ciut zniecierpliwieni. Nie przejąłem się tym. Kiedy tylko Morti skończył swoją podróż i stanął dumnie na samym dole, powoli skierowałem się do drzwi. Znaczy to dla mnie było powoli, ale szczeniaki i tak musiały biegać...
- Wiecie - zacząłem, kiedy staliśmy już na dworze - Chciałbym mieć do każdego z was puszorek i smycz.
Popatrzyli na mnie z przerażeniem, więc uśmiechnąłem się pocieszająco.
- Spokojnie, to nic złego. Po prostu ciągle rozbiegacie się we wszystkie strony, a ja nie chcę was zgubić. Jakby ktoś próbował was porwać, to by mu się nie udało, bo bym od razu to poczuł. Całkiem niezły pomysł, nie uważacie?
Wymienili się spojrzeniami. To Exan, który zgrywał zawsze tego najmądrzejszego, pokiwał jako pierwszy główką. Reszta po prostu powtórzyła.
- Więc cieszy mnie, że się ze mną zgadzacie... W sumie może pójdziemy do krawca? Podobno jest tutaj jakiś.
Exan bez namysłu znowu pokiwał głową, więc reszta również. Zaśmiałem się krótko.
- No to idziemy... Będziecie bezpieczni, a ja przestanę się o was bać.
Znowu pokiwali główkami. Ruszyłem sprężystym krokiem w prawo, czyli w kierunku centrum Białego Miasta. To właśnie tam znajdowałem zawsze podobne zakłady, jak wcześniej wspomniany krawiec... Właściwie to całkiem podobało mi się w Białym Królestwie. Co prawda na dłuższą metę robiło się męczące i wręcz odrzucające, ale przypominało mi moje miejskie życie, nim wyrwałem się do dziczy. Brakowało mi tego.
- A zjemy coś? - zapytał nagle Theo.
- Właśnie! - dorzucił Morti. Zaśmiałem się.
- Przecież jest dopiero rano... co się wam tak spieszy?
Nie wyglądali na usatysfakcjonowanych taką odpowiedzią.
- Może po południu - dorzuciłem - Na jakieś ciasteczko, czy coś.
Wtedy zaczęli zgodnie merdać ogonkami i szli nieco żwawiej, prześcigając się od czasu do czasu. Nawet Exan.

Trochę czasu minęło, zanim dotarliśmy na miejsce. Trochę, to znaczy wystarczająco dużo, aby Morti, Theo i Exan zaczęli marudzić, że to za daleko na ich krótkie łapki. Kiedy tylko weszliśmy do środka, sapnęli z ulgą i usadowili się gdzieś pod ścianą. To Yuki ich nauczyła, że muszą się zachowywać w takich miejscach grzecznie i spokojnie... a najlepiej w ogóle nie mówić nic prócz "dzień dobry" oraz "do widzenia".
- Dzień dobry - zacząłem. Jaszczuropodobny obrócił się w moją stronę, akurat trzymając w szczupłych palcach miarę. Jakiś klient cierpliwie pozował mu przed lustrem. Wyglądał jak jakiś przerośnięty borsuk...
- W czym mogę pomóc?
- Chciałbym kupić puszorek dla mnie i moich synów. Ze smyczą, aby dało się ją odpiąć. Najlepiej kilka długości... Powiedzmy, że pięć metrów i trzy. Dałoby się zrobić?
Zastanowił się, pobieżnie zerknął na mnie i maluchy siedzące kilka metrów za mną. Po cichutkich chichotach wywnioskowałem, że już zaczęli się przepychać.
- Tak. Sądzę, że tak - podsumował.
- Ile to by kosztowało...?
Zamyślił się, zerknął w jakieś notatki leżące na stoliku obok, po czym zawyrokował:
- Dziesięć Bellos. Mogą panowie przyjść na mierzenie za około piętnaście minut.
Uśmiechnąłem się zadowolony. Mimo że był to dość duży wydatek, to niezaprzeczalnie przydatny. Obróciłem się do szczeniaków. Wtedy uspokoiły się i udawały, że jeszcze chwilę temu się nie przepychały.
- Idziemy gdzieś, czy chcecie tutaj poczekać, aż pan skończy?
- Na ciasteczka! - rzucił Theo.
- Tak, ciasteczka, ciasteczka! - dorzucił Morti. Exan tylko zaczął merdać ogonem. Westchnąłem.
- No dobrze, już dobrze... Rozejrzymy się, co jest w pobliżu.
Wyglądali na uradowanych. Zdecydowanie bycie rodzicem składało się z niemal samych wydatków...

<C.D.N.>

Od Asgrima "Polowanie na kocura" cz. 4 (cd. Torance)

Listopad 2023
Ojcowskie uczucia były dla mnie czymś zupełnie obcym. Nie mogłem mieć szczeniaków i nawet niespecjalnie widziałem siebie w roli kochającego taty. Nie wiedziałbym jak powinienem się zachowywać i choć czasem czułem żal, że nigdy nie będę mieć obok siebie takiej małej kuleczki sierści, to w gruncie rzeczy nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Zawsze byłem tylko ja i Torance, bo Elena - choć traktowaliśmy ją jak członka rodziny - nie była psowatym.
Teraz, pod wpływem wspomnień Farella, które nadal były żywe w moim umyśle, miałem ochotę płakać. Wcześniej czułem szczęście, gdy patrzyłem na radosny pysk "mojej" córki, ale gdy zobaczyłem jej martwe ciało... Ból eksplodował w moim wnętrzu, wypalając gdzieś w głębi wielkie dziury. Nigdy jej nie poznałem i teoretycznie nie powinna mnie obchodzić, jednak dzielenie wspomnień uderzyło prosto w punkt, o którym istnieniu nie wiedziałem. Czułem rozpacz, która władała umysłem czarnego basiora, jednocześnie widząc swój własny żal, że poza dzisiejszym epizodem, to nigdy więcej nie poczuję jak to jest być ojcem. Nawet w obliczu takiej tragedii jak śmierć jedynej córki.
Wybudziłem się całkowicie z wizji i spojrzałem prosto na samca. Wcześniej nie widziałem bólu, który krył się pod beznamiętnym wyrazem pyska, jednak teraz mogłem go przejrzeć. Nie okazywał go, lecz to nie znaczyło, że nie czuł nic. Był równie zrozpaczony, co jego żona.
Wyciągnąłem w jego stronę łapę i lekko pogładziłem jego bark.
- Tak mi przykro...
Basior nie zareagował ani na dotyk, ani na moje słowa. Jedynie spoglądał na mnie tymi swoimi wielkimi oczyma. Gdzieś w nich błysnęło jednak uczucie, niby złota iskierka, która szybko zniknęła pod maską obojętności. Starał się, tak bardzo się starał nie pokazywać innym swoich emocji.
Prawdopodobnie wrócił do swojego dawnego legowiska. Niestety nie wiem, gdzie dokładnie to było... - usłyszałem jeszcze w głowie jego słowa.
- Jasne. Dziękujemy... - powiedziałem cicho i posyłając mu ostatnie współczujące spojrzenie, odwróciłem się do Torance. Wilczyca przyglądała nam się, marszcząc brwi. Nagle zdałem sobie sprawę, że dla niej ostatnie chwile polegały jedynie na tym - patrzeniu na nas i próbach zrozumienia, co się właśnie działo.
- Miło było pana poznać - odezwała się trochę niepewnie, a następnie dodała już w myślach - Idziemy?
Skinąłem głową i bez słowa wyszedłem z pomieszczenia. Korytarz był pusty. Żona Farella pewnie miała ważniejsze sprawy na głowie od pilnowania nas. Oczywiście, byliśmy dla niej obcymi, lecz musiała nam zaufać. W końcu tu chodziło o pomszczenie jej szczeniaka...
Krzycząc szybkie "do widzenia", wyszliśmy na dwór. Silny wiatr smagnął moje ciało i rozwiał grzywkę, która wpadła mi do oczu. Lodowate krople deszczu, który musiał zacząć lać, gdy byliśmy u naszych zleceniodawców, od razu zaczęły przedzierać się przez futro. Moja sierść nadal była na etapie zmiany na zimowe, co właśnie dotkliwie odczuwałem.
- Rozmawiałeś z nim z pomocą żywiołu - powiedziała Torance. Pewnie miało to być pytanie, lecz zabrzmiało zdecydowanie jak stwierdzenie. I to trafne.
- Aha.
Tori uniosła na mnie zniecierpliwione spojrzenie.
- I?
- Opowiem ci w jakiejś karczmie. Nie mam zamiaru stać w deszczu - powiedziałem i od razu zacząłem rozglądać się za jakimś odpowiednim miejscem.
Mojej partnerce chyba nie spodobała się taka odpowiedź. Wiedziałem, że ta chciała już zacząć działać, więc tym razem to ja musiałem być głosem rozsądku.
- Ale... Nie szukamy kota?
Wymownie uniosłem wzrok ku górze, zwracając jej uwagę na trwającą ulewę. Jedna ze spadających kropel uderzyła mnie prosto w oko, na co fuknąłem niezadowolony. Cholerny deszcz.
- Nie sądzę, by chodził ulicami w taką pogodę. Lepiej znajdźmy jakieś przytulne miejsce, co?
Wadera westchnęła głośno, jednak zrezygnowała z dalszych sporów i posłusznie ruszyła w stronę, z której przyszliśmy. Nie minęło wiele czasu, a faktycznie znaleźliśmy jakąś niewielką karczmę. Jednak nie była ona jakoś specjalnie przytulna. Powiedziałbym nawet, że ciemne i śmierdzące alkoholem miejsce ani trochę nie wydawało się przyjazne dla tak porządnych obywateli jak my. Niemniej udało nam się znaleźć całkiem stabilną ławkę oraz zamówić coś, co przynajmniej w teorii nadawało się do spożycia bez ryzyka natychmiastowej śmierci. Nawet jeśli pachniało i smakowało ohydnie.
Torance nie poruszała się z taką łatwością w czyichś wspomnieniach czy też umysłach ogólnie, więc dobrze się złożyło, że byłem tam, u Farella, wraz z nią. Żałowałem jednak, że nie mogłem przekazać jej dalej wspomnienia, które już powoli zaczynało się zacierać. Z czasem miało zostać w mojej głowie jako zwykła opowieść pozbawiona emocji, które wtedy odczuwałem wraz z Farellem. Z tego powodu musiałem się spieszyć z historią. Oczywiście, mógłbym przekazać Tori jedynie najważniejsze informacje, które ściśle dotyczyły demonicznego kocura, jednak... Po tym wszystkim potrzebowałem rozmowy i wsparcia kogoś bliskiego, a moja ukochana była najlepszym możliwym wyborem.
Kiedy skończyłem, za brudnym oknem nadal dochodził nas dźwięk ulewy, a do speluny zaczęli wchodzić goście. Każdy kolejny wyglądał coraz mniej przyjaźnie, a gdy po jakimś czasie rozpoczęli swoją wieczorną popijawę, atmosfera zaczynała robić się gorąca. Tori zostawiła na blacie kilka Bellos i czym prędzej się ewakuowała. A ja wraz z nią.
Mieliśmy zamiar wrócić do naszej karczmy, a poszukiwania rozpocząć następnego dnia. Liczyliśmy, że szybko trafimy w odpowiednie miejsce, jednak w ciemnościach uliczki były do siebie łudząco podobne. W którymś momencie natrafiliśmy na Crane'a, który wychynął nagle z wyjątkowo ciemnego przejścia między dwoma domami.
- Hej, Crane! - zawołałem go, nie bacząc na niezadowolone pomruki mojej partnerki. Wilczyca wręcz nie znosiła tego samca. Według niej jego zachowanie nie pokrywało się z jego emocjami, co było niewyobrażalnie podejrzane. Moim zdaniem była zwyczajnie przewrażliwiona, jednak z jednym miała rację: Crane był stanowczo za blisko Edel.
Na dźwięk mojego głosu basior odwrócił się w naszą stronę. Na jego pysku niemal od razu wykwitł standardowy, przyjazny uśmieszek.
- Cześć, co tu robicie o tej porze? - podszedł nieco bliżej, jednocześnie chowając się pod cienkim daszkiem nad wejściem do jakiejś kamienicy. Spryciarz.
- Szukamy naszej karczmy - odparłem - Wiesz, w którą stronę powinniśmy iść?
- To będzie w tamtą stronę - Wskazał kierunek całkiem odwrotny w stosunku do tego, w którym chcieliśmy zmierzać. - Ale jeśli chcecie mógłbym was odprowadzić.
- Odprowadzić? Nie wracasz do pokoju? - Głos Tori był wyjątkowo chłodny. Zerknąłem na nią, by się przekonać, że i spojrzenie nie należało do najcieplejszych. W takich chwilach naprawdę przypominała swoją matkę. Nie było to specjalnie dobre podobieństwo.
- Znaczy... - Basior zawahał się. - Mieszkam w tym samym zajeździe, co wy.
- Wiem. 
Szturchnąłem ją delikatnie, próbując tym samym znać, żeby odpuściła. Jednak Torance dopiero zaczynała...
- Gdzie byłeś?
- Tu i tam... - Samiec rozejrzał się na boki, nie wskazując spojrzeniem niczego konkretnego. - To moja sprawa. Mam chyba prawo do prywatności.
Zmrużył oczy, patrząc prosto na Tor. Jego ton, choć nadal swobodny, zabrzmiał odrobinę mniej przyjaźnie. Była to na tyle delikatna zmiana, że niemal od razu stwierdziłem, że pewnie udzieliło mi się przewrażliwienie mojej partnerki.
- Oczywiście, że masz - prychnęła. Już otwierała pysk, by coś jeszcze dodać, ale postanowiłem się wtrącić, zanim Tori całkowicie wyprowadzi basiora z równowagi. 
- Jeśli nie masz jeszcze zamiaru wracać, to nie ma problemu. Raczej poradzimy sobie bez ciebie.
Starałem się, żeby mój głos brzmiał możliwie jak najbardziej uprzejmie. Nie chciałem, by między nami wybuchła kłótnia, nawet jeśli ja też nie mógłbym nazwać Crane'a przyjacielem.
- Jak wolisz - skinął głową basior.
- W takim razie wielkie dzięki. Do następnego! - powiedziałem i popchnąłem delikatnie pyskiem Tori, by ta się ruszyła. Ta burknęła coś, co miało być pożegnaniem i odeszła, unosząc dumnie łeb. Co miałem zrobić, jeśli nie podążyć za nią?

<Torance?>