niedziela, 30 czerwca 2019

Od Mortimera "Ciocia Lind i ciocia Leah, a Tinga nie lubię" cz. 1

Luty 2024 r.
Znalazłem sobie kolegów, którzy jednocześnie nie byli moimi braćmi. Nareszcie. Mieszkali w kamienicy naprzeciwko naszej karczmy, więc nie mieliśmy do siebie wcale aż tak daleko. Ostatnio pomogli mi przeskoczyć przez płot, aby dostać się na ich podwórko i razem pograć w piłkę. Co prawda to oni kopali, a ja tylko za nimi biegałem, krzycząc "podaj, podaj", co niezmiernie ich bawiło, ale i tak uważam, że było fajnie. Wróciłem przez dziurę pod płotem z drugiej strony, którą mi wtedy pokazali. Trochę się zgubiłem na ulicy i płakałem, ale mama mnie na szczęście znalazła i znowu było dobrze. Nawet jeśli była na mnie zła, że nic jej nie powiedziałem o tym, gdzie się wybieram. Przeprosiłem i postanowiłem, że już zawsze będę ją ostrzegać.
Tylko że to było... kilka dni temu. Umówiliśmy się, że następnym razem spotkamy się rano na rynku, ale nie przyszli. Zeszło mi trochę na czekanie, nim zrezygnowałem i zawróciłem. Wtedy trafiłem na nich po drodze, więc umówiliśmy się po raz kolejny, bo wówczas już nie mieli czasu na zabawę.  Było za późno.
Tego dnia również przyszedłem bardzo wcześnie rano, ale... teraz słońce było już bardzo wysoko na niebie, a ja nieźle zmarzłem. Wciąż ich nie było. Nadal miałem cichą nadzieję, że zaraz się pojawią i się pobawimy, bo przecież tak robią koledzy, prawda? A oni byli moimi nowymi przyjaciółmi. Nawet jeśli byli o około rok starsi i znacznie wyżsi.
Niespodziewanie ktoś się do mnie odezwał, kto z całą pewnością nie był żadnym z nich:
- O, dzień dobry Morti. Co robisz sam w mieście?
Już podniosłem się, aby uciekać, ale zdążyłem zerknąć, kto to taki. Za chwilę rozpoznałem pysk białej wadery. Byliśmy razem w watasze i mój tata ją lubił. Czasem jedli razem obiady i rozmawiali. Mama wtedy z reguły się nie odzywała. Chyba lubiła rozmawiać tylko z tatą... Z Lind też zawsze był też Ting, który aktualnie siedział na jej grzbiecie i wpatrywał się we mnie bez większego zainteresowania.
- Cześć Lind! Cześć Ting! - powiedziałem głośno i wyraźnie do każdego z nich - Czekam na kolegów. Mieliśmy się pobawić.
- Twoi rodzice wiedzą? - zapytała, przekrzywiając nieco głowę. Ting w tym czasie zaczął się wiercić, aby się bardziej do mnie nachylić, jednocześnie nie schodząc z jej pleców. Uważałem, że był trochę dziwny, ale wolałem tego nie mówić, bo jeszcze by był na mnie zły. Poza tym to niegrzeczne.
- Wiedzą, wiedzą! - powiedziałem wesoło, pokiwałem głową, ale zaraz potem przypomniałem sobie, jak bardzo mi zimno. Przeszły mnie dreszcze, a uszy od razu oklapły - Tylko... czekam już baaardzo długo. Nie wiem gdzie oni są... Zimno mi.
- Z kim miałeś się spotkać? Może widziałam ich po drodze - powiedziała wadera, nachylając się do mnie. Nie lubiłem, jak dorośli tak robili, ale zwracanie im na to uwagi też było niegrzeczne.
- No... z...! - zacząłem, ale zająknąłem się. Dopiero wtedy to sobie uświadomiłem. Zrobiło mi się głupio. - Zapomniałem ich imion.
- Hmm... - zamyśliła się Lind - A jak wyglądają?
- Jeden był cały czarny z fioletowymi wzorkami. A drugi szary z białymi! Jeden i drugi miał zielone oczka. Takie same! Ale trochę inne - opisałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem.
- Um... Ja nie kojarzę. A ty, Ting? - zapytała, obracając się w stronę swojego przyjaciela. Ten przerwał polerowanie czaszki, jaką natknął sobie na patyk, który wszędzie ze sobą nosił, i odpowiedział:
- Nie wiem. Patrzyłem tylko, czy właściciel cukierni mnie nie zobaczy.
- No to... trudno! - uśmiechnąłem się trochę nerwowo. Nie chciałem im robić problemów. Jak to mama mówiła - lepiej nie zawracać dorosłym głowy, bo mają własne sprawy do załatwienia i nie warto dokładać im problemów.
- Hej, tylko żebyś się nie zaziębił na tym mrozie - mówiła Lind najwyraźniej szczerze zmartwiona - Jeśli jest ci bardzo zimno, lepiej wrócić do zajazdu.
Zawahałem się. Faktycznie, było mi bardzo zimno, ale... koledzy. Nadal miałem cichą nadzieję, że jednak przyjdą. Nie chciałbym ich zawieść... Z tym, że nagle coś do mnie dotarło.
- Cześć - powiedział nagle ktoś jeszcze - O czym tak gawędzicie?
- Koledzy mnie wystawili - powiedziałem, nie podnosząc głowy.
- Och - westchnęła. Dopiero wtedy na nią spojrzałem. Ją również dobrze znałem. To była Leah... z którą się jeszcze nie przywitałem. A to przecież niegrzeczne.
- I... cześć Leah - rzekłem, starając się zabrzmieć wesoło, ale nieszczególnie to wyszło.
- W takim razie nie widzę powodów, żebyś dalej tutaj marznął. Chodź, odprowadzimy cię do zajazdu - zadecydowała Lind takim głosem, jak mama, kiedy tłumaczy mi, że nie ma zamiaru kupować mi czegoś, czym znudzę się po kilku godzinach.
- Zgadzam się z Lind - dodała Leah mądrym tonem.
Z drobnym ociąganiem wstałem, otrząsnąłem futerko ze śniegu i podszedł do Lind. Dorośli są jednak mądrzejsi ode mnie. Muszę się ich słuchać.
- Znowu będą się ze mnie śmiać, ale i tak ich lubię. To moi najlepsi przyjaciele - pochwaliłem się z nagłym przypływem dumy. Uznałem, że źle postrzegają całą sytuację...
- Z czego mają się śmiać? To oni zachowują się nie fair wobec ciebie! - mruknęła ku mojemu zaskoczeniu Lind. Musiałem ich dalej bronić.
- Że znowu dałem się... się... - znowu zacząłem się jąkać - Zrobić! Tak mówią.
- Wrobić? - dopytała Leah.
- Tak! - krzyknąłem.
- Nabrać... - westchnęła Lind.
- Jak powietrza do pyszczka? Mama mówi że nie mam tak robić, bo dostanę kołki, a jak nabiorę za dużo to brzuszek mi pęknie... - mówiłem, ale przerwała mi Lind:
- Nie, tu chodzi o inną sytuację.
- Twoja mama ma rację - westchnęła Leah - A z tego co mówisz, wynika, że koledzy z ciebie żartują. To bardzo niegrzecznie z ich strony.
- Żartują? - powtórzyłem.
- Tak, dokładnie - pokiwała głową Lind. Zerknąłem z nadzieją na Leah, że powie inaczej, ale milczała.
- W negatywnym znaczeniu tego słowa - dodała jeszcze Lind.
- Mówią, że wszyscy chłopcy z siebie żartują i to jest fajne. Wy jesteście dziewczynami i nie rozumiecie - oświadczyłem pospiesznie.
- Mamy... bardziej obiektywne spojrzenie. Każdy nabiera czegoś takiego z wiekiem, tak myślę - powiedziała w końcu Leah.
- Obiektywne? Jak w aparacie? - Zmarszczyłem nosek.
- Obiektywnie, czyli ogólnie. Obiektywnie niebo jest niebieskie, ale jeśli ktoś nie widzi kolorów, dla niego będzie szare. Więc, subiektywnie jest szare, a obiektywnie niebieskie - wytłumaczyła Lind. Nic z tego nie zrozumiałem, ale nie chciałem wyjść na głupiego.
- Nie widzi kolorów?! - powiedziałem z oburzeniem. To była jedyna rzecz, która do mnie dotarła i na pewno ją zrozumiałem.
- Niektórzy nie widzą - odparła wadera - Spytaj o to taty, jeśli mi nie wierzysz.
- Tata nie widzi kolorów?! - wykrzyknąłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Tata mówił nam dużo rzeczy, ale tego akurat nie, a wydaje mi się, że powinien.
- E... tego akurat nie wiem. Ale on potwierdzi to, co ja ci mówiłam - rzekła szybko Lind. Dalej myślałem o tacie. Co jeśli naprawdę nie widzi kolorów?! To musi być bardzo dziwne...
- Pierzasta myli się w wielu rzeczach, ale akurat tu ma rację - dorzucił Ting, ale i tak go nie lubiłem, więc udałem, że nie słyszałem.

<C.D.N.>

Od Lind "Zaginione szczenię" cz. 2

Grudzień 2023
Zatrzymałam się przed tym, co zostało z wejścia do spalonego budynku. Zawalone fragmenty konstrukcji w większości je zablokowały. Niemniej jednak dostrzegłam pod jedną z belek odrobinę przestrzeni. Podeszłam bliżej i spróbowałam dostać się tą drogą do środka. Głowa przeszła bez problemu, lecz najwięcej problemu sprawiła klatka piersiowa. Kiedy miałam wrażenie, że zaraz utknę, postanowiłam użyć mocy, by odrobinę podnieść największą belkę za pomocą wiatru. Ta jednak ani myślała drgnąć. Była zbyt ciężka. W tej sytuacji zdecydowałam, że muszę się stąd wycofać. Oparłam na ziemi wszystkie cztery łapy i jakoś wydostałam z ciasnego przejścia. 
- Tędy nie dam rady przejść - oznajmiłam. 
- Tia, mam oczy, więc widziałem - mruknął Ting. 
- Szukaj innej drogi do środka - Zaczęłam omiatać wzrokiem budynek. 
Odmieniec odszedł kawałek dalej. Po chwili znów usłyszałam jego głos:
- Tam, Pierzasta!
Odwróciłam głowę, by na niego spojrzeć. Pokazywał na wybite okno na pierwszym piętrze. Skinęłam głową na znak, że już widzę, co ma na myśli. Przywołałam skrzydła z wiatru. Chciałam złapać Odmieńca za kołnierz, żeby unieść go ze sobą, ale on zdążył już rozpocząć wspinaczkę po ścianie budynku. Wzleciałam na wysokość okna i zajrzałam do środka, lecz i tak niewiele zobaczyłam. Wtedy Ting przycupnął na parapecie.
- Na co czekamy? 
- Na nic - westchnęłam. 
Wybiłam z pomocą swojego żywiołu resztki szkła z okna i wleciałam do środka. Wylądowałam na czarnej podłodze, po czym złożyłam skrzydła. Rozglądając się i węsząc, postawiłam parę kroków naprzód. Wtem rozległ się nagły trzask i momentalnie straciłam grunt pod łapami. Nim zdążyłam znów rozłożyć skrzydła z wiatru, już znalazłam się piętro niżej. Po raz kolejny szczęśliwa, że Medalion Nieśmiertelności znieczula mnie na ból. 
- Halo? Ktoś tu jest? - usłyszałam słaby głosik. 
Poderwałam się na równe łapy i postawiłam uszy na sztorc. Nie miałam wątpliwości, że to był zaginiony maluch. 
- Gdzie jesteś?! - zawołałam. 
- Na dole! 
Brzmiał tak, jakby ledwo mógł wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Zaczęłam przeciskać się pomiędzy wielkimi blokami zwęglonego marmuru i belkami, które kiedyś podtrzymywały tę konstrukcję. Zaczęłam znów węszyć, by w końcu poczuć niewyraźny zapach szczenięcia. Zaprowadził mnie on do kolejnej wyrwy; tym razem w podłodze parteru. 
Spojrzałam w dół. Wygląda na to, że fundamenty przebiły się aż do piwnicy. Było tam bardzo ciemno, lecz wkrótce dostrzegłam zarys drobnej sylwetki. Szczenię siedziało skulone i spoglądało z wytęsknieniem w górę. Na mój widok, aż całe zadrżało z emocji. 
- Nie bój się, zaraz cię stamtąd wyciągnę! - zawołałam. 
Użyłam mocy wiatru, by delikatnie podnieść młodego wilka. Szczeniak rozglądał się z niepokojem, kiedy nagle zaczął lecieć ku górze. Po chwili był na tej samej wysokości, co ja. Cały się trząsł, a do tego miał posklejane i utytłane sadzą futro. Nie mniej jednak, nadal byłam w stanie rozpoznać cechy szczególne, widoczne na ogłoszeniu. Zwłaszcza tę plamkę na czole. Ostrożnie posadziłam go na podłodze obok siebie. Szczeniak patrzył na mnie wielkimi oczami. Z przerażenia i szoku nie był wstanie ruszyć się z miejsca. 
- Już dobrze, mały. Zabiorę cię do domu. 
Młody wilk pokiwał głową. Podniosłam go jeszcze raz wiatrem i posadziłam na swoim grzbiecie.
- Trzymaj się mocno, musimy dostać się na górę. 
Rozłożyłam skrzydła i wleciałam z powrotem na piętro. Nawet nie myślałam o szukaniu Tinga; byłam teraz skupiona na szczeniaku. Strażnik Wichury na pewno sobie poradzi i zaraz do nas dołączy. 
Pilnując, by maluch nie spadł, wydostałam się na zewnątrz tą samą drogą - przez okno. Bez pośpiechu wylądowałam na białym bruku ulicy. 
- Już możesz się rozluźnić. Nie będziemy już latać - poinformowałam szczeniaka. 
Wtedy po ścianie spalonego budynku zsunął się Ting. Powitałam go ciepłym uśmiechem i ruszyłam w stronę rodzinnego domu odnalezionego malucha. Byłam bardzo z siebie zadowolona. Szczególnie ze swojego bezbłędnego pomysłu na użycie Błękitnego Oka. 
***
Rodzice szczenięcia popłakali się ze szczęścia na widok swojej pociechy. Kiedy patrzyłam, jak cała trójka się przytula, w moim oku aż stanęło kilka łez. Ich radości nie było końca. Dorośli powtarzali, jak to obawiali się już najgorszego i jak umierali ze strachu, i wtedy ja spadłam im z nieba. Kiedy to usłyszałam, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. 
Z nieba. Albo ze szczytu góry - pomyślałam.
Spojrzałam na Tinga. Byłam zainteresowana, jak on zareaguje na tę przeuroczą scenę z wilczą rodziną. Odmieniec nic nie mówił, nawet nie drgnął. Po prostu patrzył. 
Tymczasem ja pomyślałam o swoim rodzinnym domu. Też byłam tam jedynym szczenięciem; oczkiem w głowie, wokół którego kręcił się tamten mały świat. Ale nie miałam żadnej osoby podobnej do ojca. Miałam tylko matkę, a właściwie babkę. To była moja cała rodzina. Czy powinnam liczyć wuja, albo... ugh... Freeze'a? Raczej nie. Widywałam ich zdecydowanie zbyt rzadko. A reszta naszych sąsiadów...? Chyba już nawet nie pamiętam ich imion. Przecież opuściłam rodzinne strony tak dawno temu...

Uwagi: "Niemniej" w wyrażeniu "niemniej jednak" piszemy łącznie.

Od Theodore’a "Jak rzep na ogonie" cz. 1

Październik 2023 r.
- Zostań tu - powiedział duży wilk, do którego miałem zwracać się „tato”. Mrugnąłem szybko kilka razy i podszedłem do niego bliżej, uśmiechając się szeroko. Tato odszedł kilka kroków dalej, a ja podążyłem za nim, wielce ucieszony. Zostałem zmierzony jego przenikliwym spojrzeniem, które następnie zostało przeniesione na moim braci, siedzących grzecznie koło drzewa. - Usiądź, proszę - zabrzmiał błagalny ton tatusia, który następnie znów oddalił się ode mnie. Stwierdziłem, że chce się ze mną pobawić, więc w podskokach ruszyłem za nim. Było to dla mnie zabawne. Chichotałem, starając się wskoczyć na grzbiet taty. Nie udało mi się to jednak, ani razu. Byłem za mały. - Theo, proszę… - słysząc swoje imię, zatrzymałem się i podniosłem swoje uszy ku górze. Przekręciłem łeb w jedną stronę i uważnie przysłuchiwałem się tacie, który nie był tak wesoły jak ja. - Zostań tutaj, ja zaraz wrócę. Będzie z tobą Morti i Exan. 
Łzy mimowolnie napłynęły mi do oczu, gdy usłyszałem smutny ton, skierowany w moją stronę. Zrobiłem coś złego? Podkuliłem ogon pod siebie i cofnąłem się kilka kroczków. 
- Nie, nie, nie… tylko nie płacz! - zmartwiony duży wilk podszedł do mnie, nie wiedząc chyba co zrobić. Pierwsze łzy poleciały mi po moich puchatych polikach. Sam nie wiedziałem co się dzieje. Zacząłem panikować, a z czasem nie mogłem oddychać przez łzy. Nie chciałem, aby tata sobie poszedł, bo co jak nie wróci? - Obiecuję, że wrócę! To tylko kilka minutek… - szumiało mi w uszach i nie czułem się zbyt dobrze. Machałem głową we wszystkie możliwe strony, sądząc, że to choć trochę mi pomoże. Tato przytulił mnie do siebie i zaczął uspokajać. Z każdą chwilą oddychałem coraz spokojniej. Już nie płakałem. Łapczywie łapałem powietrze, które było nieprzyjemnie zimne. Łapki trzęsły mi się jeszcze przez kilka chwil. Potem było już dobrze. 
- Tatuś wróci - powtórzył się, powoli odsuwając mnie od siebie. Patrzyłem na niego, jeszcze mokrymi oczami bez jakiegokolwiek wyrazu na pyszczku. Tato uśmiechnął się do mnie i odszedł w głąb lasu pozostawiając mnie, wraz z dwoma innymi wilkami przy dużej jaszczurce. 
Chodziłem w tą i w tamtą od dłuższego czasu. Tuptałem zniecierpliwiony. Nie było mi fajnie. Chciałem, aby tato wrócił. Bracia podążali za mną wzrokiem. Byłem tak bardzo zestresowany. Coś poruszyło się w trawie w oddali, a ja już chwilkę później znalazłem się za Mortim. Skuliłem się i drżałem przestraszony. 
- To tylko jakieś zwierzątko - powiedział Exan, który patrzył na mnie z pewnej odległości. Nie chciałem go słuchać, ani tym bardziej wstać. Zawsze mogło chcieć mnie zaatakować. Pokręciłem główką, twierdząc że za Mortim jestem bezpieczny. Nagle oczka zaczęły mi się kleić i zamknąłem je na moment. Poczułem się taki zmęczony...
***
Ziewnąłem głośno i wyprostowałem malutkie łapki. Usłyszałem kogoś cichy śmiech. Otworzyłem oczy i zobaczyłem mamę oraz tatę leżących koło siebie. Było już ciemno. Obok mnie spali moi braciszkowie. Na początku nie zwróciłem na nich uwagi i gdy podniosłem się, aby podbiec do rodziców, potknąłem się o ogon Exana. Nie stanowiło to jednak dla mnie problemu i już po chwili znów szczęśliwy, w podskokach znalazłem się koło mamy. Patrzyli na mnie trochę tak, jakby się bali. Uspokoili się, gdy na mojej mordce zagościł uśmiech. Byłem najszczęśliwszym szczeniakiem na ziemi. Przytuliłem się do nich, cicho piszcząc. Wrócili do mnie! 
- Powinieneś spać - powiedział szeptem tato, trącając mnie lekko noskiem. Zamrugałem kilka razy. Ani trochę nie byłem zmęczony. Chciałem się bawić! Zacząłem biegiem okrążać rodziców i śmiejąc się przy tym. 
- Bo obudzisz rodzeństwo - zganiła mnie cicho mama. Ja natomiast już się nie śmiałem, bo nie chciałam aby była zła. Postanowiłem potarzać się w trawie. - Theo to nie pora na zabawę. 


<c.d.n.>


Uwagi: brak.

Od Lind "Zaginione szczenię" cz. 1

Grudzień 2023
Otworzyłam niechętnie oczy. Wspomnienia z dzisiejszego snu zaczęły powoli rozpływać się w nicość. Dostrzegłam, że pokoju wpadało kilka bladych słońca. Dotarło do mnie, iż musiałam naprawdę długo spać; w końcu dni stawały się coraz krótsze. Podniosłam głowę, by sprawdzić, co porabiają moi współlokatorzy. Najpierw wypatrzyłam igły siedzącego tyłem do mnie Baldora, a następnie jaskrawy pióropusz Tinga, który przycupnął naprzeciwko swojego koleżki. Każdy z nich trzymał kilka kart. Pierwszy Odmieniec miał nieco utrudnione to zadanie przez jedną łapę przywiązaną do młota. Nie mniej jednak nie upuścił niczego ze swojej części talii. 
- Czwórki - oznajmił Ting, wykładając nową kartę. 
- Nie możesz prosić o czwórki więcej niż raz - zaznaczył niskim głosem Baldor.
- Przecież ustaliliśmy inaczej - odpowiedział Strażnik Wichury, rozkładając ręce. Jednocześnie uważał, by drugi gracz nie dostrzegł, jakie konkretne karty trzymał.
- Oszukujesz, kuzynie! - warknął agresywnie "jeżozwierz".
- Wcale nie - mruknął bez wyrazu Ting. - Jeśli nie masz tej karty, dobierasz jeszcze trzy. 
Baldor zamruczał coś, a następnie wziął swoją część talii w pysk, żeby zwolnić łapę. Sięgnął do odłożonego obok stosu kart i zrobił tak, jak kazał Ting. 
- Piątki - usłyszałam głos "jeżozwierza".
- Już wszystkie wyłożone.
- Nieprawda. Były dopiero trzy - odparł Baldor. 
- Cztery - poprawił go Ting. - Odbierasz kartę karną. 
- Myślisz, że jestem kretynem?!
Zbulwersowany Odmieniec aż wstał, wspierając się na swoim młocie. Ting nie zareagował na to w żaden sposób. Natomiast jego "kuzyn" już-już podnosił swoją broń, żeby zaatakować. Nie spodziewałabym się, że taka błahostka tak go zdenerwuje! Postanowiłam natychmiast interweniować. Zerwałam się z wygodnego posłania i schwyciłam młot Odmieńca wiatrem, dopóki ten był jeszcze w powietrzu. 
- Stop! - rzuciłam. - Nie mam zamiaru potem płacić za zniszczenia w pokoju. Dopóki tu jesteśmy, nie zgadzam się na żadne niewerbalne argumenty! 
Kolczasty Odmieniec spróbował ruszyć młot. Przy drugiej próbie użył tyle siły, że wyrwał mi swoją broń. Na moje szczęście nie wykorzystał tej okazji, żeby uderzyć Tinga, jak planował na początku. Zamiast tego, oparł młot na drugiej łapie i odwrócił się, by spojrzeć na mnie. Z samych oczu wyczytałam, że delikatnie mówiąc, nie był zadowolony z tego, co zrobiłam. Zmarszczyłam czoło i odsłoniłam odrobinę kły. 
- Masz coś do dodania, o Strażniku Lasu? - rzuciłam. 
Przez chwilę odpowiedziała mi tylko cisza.
- Nie - odparł wreszcie Baldor i opuścił broń. 
W duchu odetchnęłam z ulgą. Nie miałam pojęcia, czy dałabym radę go utrzymać w jednym miejscu, gdyby wpadł w furię i chciał zaatakować także mnie. Nadal niezbyt wiedziałam, czego po nim oczekiwać; w porównaniu z Tingiem, znałam Baldora bardzo, bardzo krótko. Co więcej, nie widziałam go podczas walki. Fakt, że dał radę wyrwać młot z "uścisku" wiatru, do którego przyłożyłam sporo siły, dał mi do myślenia. Z całą pewnością nie jest tak szybki, jak Ting, ale nadrabiał to tężyzną fizyczną. Strażnicy poszczególnych artefaktów znacznie różnią się od siebie. Naprawdę ciekawie obmyślane.
Baldor usiadł z powrotem. Wtedy mój drugi towarzysz spytał go:
- Chcesz jeszcze grać, kuzynie? Nie podglądałem twoich kart - zaznaczył. 
"Jeżozwierz" w odpowiedzi tylko mruknął pogardliwie. Przy akompaniamencie całkiem głośnego łupnięcia, usiadł z powrotem w swoim ulubionym kącie. Ting westchnął zawiedziony. 
- Może ty ze mną zagrasz w takim razie, Pierzasta? To bardzo proste - zapewnił. - Nawet ty byłabyś w stanie zrozumieć.
- Innym razem - mruknęłam, zerkając na Baldora. - Teraz muszę się odrobinę przewietrzyć. 
- Dziś nie jest tak zimno, idę z tobą - zdecydował Strażnik Wichury. - Inaczej możesz się zgubić. 
- Dzięki za troskę - Pokręciłam pyszczkiem i podniosłam torbę. - Trzymam za słowo, że będziesz "szedł". 
*** 
- Ty też miałeś przywiązane łapy do swoich ptasich czaszek? - spytałam Tinga, kiedy już zbliżaliśmy się do okolic rynku
Odmieniec odruchowo spojrzał na swoje szpony. 
- Nie... - mruknął. - Prawdopodobnym jest, że ktoś miał powód, by przywiązać Baldorowi młot do łapy. 
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. 
- Nadal nie możesz sobie nic więcej o nim przypomnieć?
- Ygh - Ting poprawił ułożenie czaszki. - Ile razy mam ci powtarzać, Pierzasta?! Jeśli coś mi się przypomni, powiem ci! Dotarło to wreszcie do ciebie? - Przystanął i odwrócił się w moją stronę. Jego ogon aż się zjeżył.
- Dotarło, już dotarło - burknęłam, odrobinę urażona. - Upewniam się tylko. 
Wtem mój wzrok przyciągnęło coś za Tingiem. Na ścianie budynku wywieszono jakieś nowe ogłoszenie. Zdziwiłam się, że umieszczono je tutaj, a nie przypięto do jednej z tablic. Wyminęłam Odmieńca i podeszłam bliżej. Stąd dostrzegłam wyraźniej podobiznę jakiegoś młodego wilka. Z bloku tekstu, umieszczonego pod jego pyszczkiem, dowiedziałam się, że ten właśnie szczeniak zaginął na początku grudnia i od tygodnia słuch po nim zaginął. Rodzina zwraca się więc o pomoc do mieszkańców. 
Rozejrzałam się dookoła. Kawałek dalej wisiała następna kartka o tej samej treści. Wtedy zrozumiałam, że te ogłoszenia są zapewne rozklejone po całej okolicy. Wróciłam wzrokiem na te wiszące przede mną i znalazłam adres rodziny szczenięcia. Po dosyć krótkim namyśle postanowiłam, że chcę pomóc rodzinie i odnaleźć malucha. Tylko najpierw muszę zdobyć więcej informacji.
- Zostałaś swego rodzaju łowcą nagród czy co?- mruknął Ting, już domyślając się moich zamiarów.
- Być może - odparłam i ruszyłam w odpowiednim kierunku. 
Z tekstu wynikało, że rodzina szczenięcia mieszka stosunkowo blisko, jak na Białe Miasto. Tym bardziej pomocny był fakt, że już wiele razy mijałam okolice wskazanej w ogłoszeniu kamienicy. Po raz pierwszy od przybycia do tej metropolii dokładnie wiedziałam, którędy iść! 
Dotarcie na miejsce zajęło około pół godziny. Nie mogłam sobie pozwolić na więcej, niż trucht, ze względu na gęstniejący tłum mieszkańców i przyjezdnych. Taka pora dnia.
Wizyta w domu zaginionego szczenięcia nie trwała długo. Nie otrzymałam od jego zmartwionych rodziców wielu wskazówek. Wiedzieli niewiele więcej niż ja. Powiedzieli, że malec zawsze wracał o wskazanej godzinie, nie zwykł chodzić na podejrzane spotkania, nigdy nie kłamał odnośnie tego, co robił. Tak samo żaden z jego kolegów nie udzielił rodzinie przydatnych informacji. Nikt nic nie wiedział. Zupełnie jakby szczeniak nagle rozpłynął się w powietrzu. 
Wyszłam z budynku zawiedziona. Chociaż w sumie... Czemu się dziwiłam? Gdyby wiedzieli coś więcej, pewnie już dawno by znaleźli swojego synka i nie musieli prosić o pomoc. Zaczęłam się zastanawiać. Co mogę zrobić ja, czego nie mogą oni? Ruszyłam z powrotem w stronę rynku. Dalej zadawałam sobie to samo pytanie. Powtarzałam je i powtarzałam, nawet nie wiem jak długo. Aż wreszcie, po długim wyczekiwaniu, w mojej głowie zawitał pomysł.
Zrzuciłam torbę i zaczęłam przeszukiwać jej zawartość. Ting podszedł do mnie i spytał:
- Czego szukasz? 
- Już znalazłam! - odparłam pośpiesznie. 
Wyciągnęłam z torby Błękitne Oko i w triumfalnym geście pokazałam je Odmieńcowi. Bez dodatkowych wyjaśnień zamknęłam torbę i założyłam ten wisiorek na szyję. Skupiłam się, by z jego pomocą przejąć punkt widzenia zaginionego szczenięcia. O ile jest gdzieś blisko, powinno się udać. Zamknęłam oczy. 
Równomierny odgłos kapiącej wody. Zimno. Dookoła ciemność. Nade moją głową czarne, zniszczone belki, które niegdyś podtrzymywały tę spaloną konstrukcję. 
- Tak. To jest to! - wykrzyknęłam. 
- Już wiesz gdzie jest? - usłyszałam Tinga.
- Tak! Za mną - pobiegłam przed siebie. Dobrze pamiętałam, w którym miejscu widziałam pustą skorupę spalonej kamienicy. 

<c.d.n.>

Uwagi: brak

Od Joela "Ujarzmić maluchy" cz. 2

Luty 2024 r.
Skończyło się na tym, że znaleźliśmy tuż obok zakładu krawieckiego piekarnię, w której sprzedawano również drożdżówki. Maluchy jeszcze nigdy nie miały okazję ich spróbować, więc czuły się dość mocno zachęcone. Niestety kiedy ostatecznie otrzymali produkt, wszyscy oprócz Mortiego wyglądali na zawiedzionych.
- Jedzcie. Jest dobre - zapewniałem ich, gryząc swoją porcję. Siedzieliśmy na dość obszernych schodach prowadzących do piekarni. Było tam cieplej niż na ulicy, nie wiało i przede wszystkim było czyściej. Może i zajmowaliśmy trochę przestrzeni, ale kto by się tym przejmował? I tak nie mieli aż tak wiele klientów...
- Ma lukier! - dorzucił Morti.
- Dokładnie - odparłem. Exan westchnął i ostatecznie zabrał się za jedzenie. Theo prawdopodobnie nie chcąc być gorszym, zrobił to samo. Strasznie lubił wszystkich naśladować, zauważyłem to już dawno.
- Co to jest ten puszorek? - zapytał nagle Morti.
- Coś jak obroża, ale obwiązane na piersi. Mocniej się trzyma.
Morti wydał z siebie ciche "och". Widząc jego zafascynowaną minę (zapewne zastanawiał się, jak to wygląda) roześmiałem się i poczochrałem go po głowie.
- A ja? - oburzył się Theo.
- No dobrze, ty też - powiedziałem rozbawiony i za pomocą drugiej łapy poczochrałem również i jego. Zerknąłem zachęcająco na Exana, ale nie wyglądał na zainteresowanego. Zbyt skupił się na konsumowaniu drożdżówki.
- Dziwnie smakuje - podsumował.
- Jakie znowu dziwnie? - powiedziałem, udając oburzonego - To bardzo smaczne i przede wszystkim...
- Tanie? - dopowiedział, podnosząc brew.
- Dokładnie. Nawet nie macie pojęcia ile na was wydaję...
Exan wywrócił oczami. Morti już zjadł swoją porcję i patrzył na mnie z pociesznym uśmiechem. Zauważyłem, że jest brudny od lukru, więc za pomocą łapy postanowiłem to zetrzeć... Jednak kiedy był jeszcze brudniejszy miałem ochotę przekląć. Nie mogłem tego zrobić przy dzieciach, więc skończyło się na westchnięciu.
- Cały czas zapominam, że w wilczej formie opuszki łap wiecznie są brudne... - mruknąłem pod nosem.
- Kiedy nauczymy się zmiany, jak ty i mama? - zapytał nagle Theo. Wyglądał na podekscytowanego.
- Nie mam pojęcia - zawahałem się - Ja się nauczyłem jako nastolatek, mama już jako dorosła... Choć nie jestem pewien, jak to jest w wypadku takich mieszanek, jakimi jesteście wy.
- Mieszanek? - zapytał zdezorientowany Exan.
- Mama jest magicznym wilkiem, a ja wilkołakiem. Wy jesteście czymś pomiędzy... Coś wspominała, że wygląda na to, że starzejecie się również wolniej od waszych rówieśników. Trzeba by było zapytać Kai'ego. Zdaje się, że on wie najwięcej w tym temacie.
Zgodnie pokiwali główkami. W międzyczasie ja zerknąłem na łapę, udając, że sprawdzam godzinę na nieistniejącym zegarku.
- No, chyba powinniśmy się zbierać.
Theo tak nagle poderwał się z miejsca, że aż się wystraszyłem. Miałem wrażenie, że się wywróci na oblodzonych schodach. Tak mnie to zaaferowało, że nie zauważyłem, kiedy Exan zrobił z drugiej strony dokładnie to samo i... to on się przewrócił. Westchnąłem przestraszony i podbiegłem do niego.
- Wszystko w porządku?
Zaskomlał żałośnie, ale zaraz potem się podniósł.
- Chcesz wracać do domu?
- Nie - powiedział tylko i ze swoją typową dumą, podążył (odrobinę kulejąc) w kierunku Theo. Morti tylko spojrzał na mnie wystraszony. Stał na drugim stopniu schodów.
- W takim razie... po prostu chodźmy - stwierdziłem trochę zmieszany. Wtedy mój wzrok przykuła niedojedzona drożdżówka Exana, wciąż leżąca smutno na schodach. Westchnąłem cicho i wziąłem ten kawałek do pyska. Jak prawdziwy rodzic musiałem dojadać resztki po dzieciach... i grubnąć.

Tak jak sądziłem jaszczur nie dość, że skończył obsługiwać poprzedniego klienta, to miał jeszcze chwilę wolnego. Siedział przy swoim biurku i spokojnie popijał kawę. Czułem to jeszcze wpuszczając dzieciaki do środka.
- Jednak przyszli panowie - skomentował, odstawiając szklankę. Podszedł do nas i za pomocą zamaszystego gestu wyciągnął miarę. Morti na początku się skulił wystraszony, co Theo od razu powtórzył, a Exan tylko obrzucił tę dwójkę zdezorientowanym spojrzeniem.
- Mogę być pierwszy... - stwierdziłem, podchodząc bliżej lustra. Chciałem, żeby maluchy zobaczyły na czym to polega i też stały grzecznie, zupełnie jak ja.
Jaszczur zaczął nie mierzyć i zapisywać odczytane wartości, co szczeniaki bardzo uważnie obserwowały. Pod koniec już merdały ogonami podekscytowane.
- Zrobię regulowany rozmiar dla nich, żeby był nadal dobry jak podrosną - powiedział, zapraszając do mierzenia maluchy. Theo przepchnął się na sam przód, aby być pierwszym. Skinąłem tylko głową.

<C.D.N.>