wtorek, 30 czerwca 2020

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 9


Listopad 2025 r.
- Nie znoszę obrony - narzekałam, po raz enty drepcząc obok skupiska wielkich kwiatów o delikatnym zapachu. - Wszyscy mamy doskonale znać swoje terytorium... To robota dla patrolu, nie uczniów!
- Lepiej żebyś wiedziała gdzie jesteś już teraz. - odparła niewzruszenie Leah, krocząc powoli na swoich ludzkich nogach kawałek z tyłu.
Nie byłam pewna, czy jestem zła na panią Navri za pracę domową, czy podekscytowana tym, że dzięki niej mogę pospacerować po dżungli. Mniejsza o to, że skupiałam się głównie na zapachach, nie szukaniem możliwych kryjówek. Promienie zachodzącego słońca, przenikające miejscowo gęste listowie, przyjemnie ogrzewały moje boki, a tropikalny las szeleścił usypiająco. Jak skupić się na pracy w tak miłym miejscu?
- Wiem gdzie jestem, a wiedziałabym jeszcze lepiej gdybyście puszczali nas dalej do dżungli. - odparowałam.
- Dżungla nie jest bezpieczna...
- Ale to nasz teren, więc powinnam go znać! Bo inaczej zawalę obronę!
- Nie zawalisz - Leah westchnęła. - No chyba, że nie skupisz się jak należy na pracy, którą zadała ci nauczycielka.
- Ty nic nie rozumiesz - fuknęłam.
- Oczywiście, że nie. - odfuknęła mi, nagle poirytowana.
Zaskoczyła mnie. Bardzo rzadko się denerwowała, a tym razem nic na to nie wskazywało. Uznałam, że to dobry moment by zamknąć pyszczek. Burknęłam coś tylko pod nosem i kopnęłam jakiś korzeń żeby przypadkiem nie pomyślała, że się z nią zgadzam.
Szmer wiatru w wyższych partiach lasu zagłuszył odgłos czegoś ciężkiego, przedzierającego się przez roślinność. Na chwilę zamarłam i nadstawiłam uszu. Po chwili moja opiekunka również zareagowała, w skoku zmieniając postać i przystając dopiero gdy znalazłam się między jej przednimi łapami. Nie protestowałam. Dopiero w takich momentach mogłam wyczuć jej przytłaczającą siłę, drzemiącą w silnych mięśniach gdzieś pod grubym, miękkim futrem. Nie ważyłam się jej sprzeciwić.
Nasłuchiwałam źródła hałasu i z przerażeniem stwierdziłam, że się rozdzieliło. Jedno stworzenie z miękkim łopotem skrzydeł i sporadycznym chrobotem pazurów na korze jakiegoś drzewa pędziło ku górze i wkrótce musiało odlecieć, bo dźwięki zamarły. Jednak drugie wydało z siebie tylko przenikliwy, wściekły wrzask i dalej podążało w naszą stronę! W gardle Leah zaczął narastać warkot...
Kiedy stwór wypadł zza drzew, sycząc jak rozgniewana kobra i tańcząc w miejscu ze świstem rozrywanego powietrza, łapy pode mną zmiękły. Leah skoczyła na napastnika. Byłam pewna usłyszeć szarpaninę, ale...
- Ty imbecylu! - wykrzyknęła, obskakując obcego, ale za każdym razem upadając na ziemię z ciężkim uderzeniem wszystkich czterech łap. Stworzenie zamilkło i zaczęło się niezgrabnie wycofywać. - Co ty sobie wyobrażałeś?!
I w tym momencie do mojego nosa dotarł jego zapach, charakterystyczny, świeży zapach, od podszewki przesiąknięty wyziewami ognia. To przecież Arkan! Nigdy tylko nie słyszałam jak tak głośno syczy!
- Co...? - Leah znowu do niego doskoczyła i tym razem by jej uniknąć musiał zaryzykować utratę równowagi. Postawił parę niepewnych kroków i załopotał krótko skrzydłami. - Stój, ej! Co ja znowu zrobiłem? - parsknął z wyrzutem.
- Myślałyśmy, że biegnie tu jakiś wściekły stwór - Leah odetchnęła, ale w jej głosie dalej pobrzmiewała irytacja.
- Bo biegł, poniekąd - mruknął.
- Co?
- Ten hipogryf, towarzysz Magnusa. Dorwał się do mojej zdobyczy!
Nie zważając na oburzone prychnięcie Leah, wyminął ją i schylił nieco swój wielki łeb. Poczułam jak owiewa mnie jego ciepły oddech i zdałam sobie sprawę, że leżę skulona na boku, z uszami przyciśniętymi ciasno do głowy. Zagrożenia nigdy nie było, ale serce dalej waliło mi w piersi zdecydowanie za szybko.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem - powiedział łagodnie, na co tylko kiwnęłam głową, nie potrafiąc wyrzucić z siebie ani słowa.
- Mnie też wystraszyłeś - warknęła moja opiekunka. Tyle że już wcale nie pachniała strachem, w przeciwieństwie do mnie.
- Ty jesteś już dużym szczeniakiem. - odparł jej Arkan gładko i trącił mnie nosem. - No, wstawaj. Wszystko w porządku.

***

Następnego dnia na zajęciach ze sztuk kreatywnych zajmowaliśmy się malowaniem. Z oczywistych powodów nie uważałam tego za specjalnie ciekawe, ale fakt, że moje prace nie były oceniane tak surowo jak inne pozwalał mi myśleć o lekcji jak o obowiązkowej przerwie. Pan Dernet szczególnie zwracał uwagę na to bym pamiętała nazwy i znaczenia kolorów. Kiedy spytałam go, dlaczego ma mieć to dla mnie znaczenie, skoro i tak nigdy nie zrozumiem, o co z nimi chodzi, powiedział, że są zbyt piękne by po prostu ich nie znać. Z jakiegoś powodu polubiłam go wtedy jeszcze bardziej.
Tym razem to całe malowanie wypadło w dobrym momencie, bo mogłam zastanowić się nad tym, co zrobię na obronie. Byłam pewna swoich umiejętności, jeśli chodzi o odszukanie szczeniaka udającego wrogo nastawionego wilka i schowanie się, ale bronić się...? To nigdy mi nie wychodziło. Może z atakiem pójdzie mi trochę lepiej...
Na mojej deseczce zaczynało coś powstawać. Zainspirowałam się sytuacją z poprzedniego dnia, kiedy Arkan najpierw mnie wystraszył, a później uspokoił. Podzieliłam wybrane farbki na dwie grupy - pierwszy zestaw kolorów odpowiadał niepokojowi przed nieznaną bestią (kilka szarych, czarny i niebieski), a drugi uldze gdy okazało się, że jest niegroźna (zielony, biały, pomarańczowy i znowu niebieski). Część strachu była po lewej, ulgi po prawej.
W złym fragmencie obrazka odcisnęłam porowate kamyczki, które znalazłam wcześniej na plaży. Z pomocą Kaiju i pana Derneta udało mi się rozpołowić i trochę potrzaskać wewnętrzną skorupę kokosa, tak żeby wyszły ostre kawałki. Je również odcisnęłam (kilka chyba nawet się przykleiło i już za żadne skarby nie chciało odpaść). Na sam koniec, po chwili zastanowienia, przejechałam jeszcze po farbie pazurami.
Dobrą część obrazka przyozdobiłam kamykami o łagodniejszych krawędziach i nakreśliłam trochę zawijasów chorągiewkami moich piórek, po której specjalnie w tym celu pobiegłam do Leah. We wzorze znalazło się też parę odcisków spiralnych muszelek.
Kiedy uznałam pracę za skończoną, zabrałam się za sprzątanie farbek i umaczanych w niej przedmiotów. Wpierw upewniłam się jednak, że moje kolorowe piórka leżą bezpiecznie dociśnięte kamieniem. W skupieniu ledwie ucho mi drgnęło, gdy usłyszałam za sobą ciężkie kroki pana Derneta.
- Skończyłaś? - zapytał.
- Tak - odparłam, zgarniając na stosik skorupki kokosa. - Ale jeszcze nie mogę go obejrzeć, farba nie wyschła.
- Co przedstawia?
Opowiedziałam mu o sytuacji z dnia poprzedniego i o tym co reprezentują części obrazka. Z jakiegoś powodu trochę się obawiałam reakcji nauczyciela, jednocześnie rozpierana dumą ze swojej pracy. Tylko to była taka dziwna duma. Zarezerwowana tylko dla mnie.
- Świetna metafora - pochwalił pracę pan Dernet. - To świetnie, że tak do tego podeszłaś. Sztuka ma za zadanie uzewnętrzniać uczucia.
Trochę zapiekł mnie pyszczek, ale w głębi ducha bardzo się ucieszyłam.
- Szczególnie podoba mi się to przejście na środku, od ciemnego do jasnego błękitu. Wykorzystałaś wszechstronną symbolikę tego koloru, jeśli dobrze rozumiem
- Chyba nie rozumiem - zakłopotałam się. - O co chodzi z tym jasnym i ciemnym?
Nauczyciel zamilkł na chwilę. Często mu się to zdarzało, gdy powiedział coś czego nie rozumiałam. Myślę, że to dlatego, że czasami zapominał o moich zepsutych oczach. Ale to oznaczało, że dobrze wychodziło mi nie sprawianie tym kłopotów!
- Może na przykładzie niebieskiego właśnie. Wiesz co oznaczają granatowy i błękitny? - odezwał się w końcu.
- Tak. - mruknęłam, niezbyt pewna do czego zmierza.
- To dwa odcienie niebieskiego. Granatowy jest ciemniejszym niebieskim, a błękitny jaśniejszym. Powiedzmy... Że tak jakby leżą w jednym zbiorze. O, wszystkie są takimi skorupkami kokosa, różniącymi tylko się kształtami. Tak jest z jasnymi i ciemnymi kolorami. Jasne są zazwyczaj weselsze, a ciemne smutniejsze, ale to też nie jest reguła. Każdy odcień może mieć własne znaczenie.
Przez chwilę układałam to sobie w głowie, ale chyba zaczynałam rozumieć. To o wiele bardziej skomplikowanie niż myślałam!
- I mi wyszło takie połączenie granatowego i błękitnego? O tu, na środku? - trąciłam deseczkę.
- Dokładnie tak. Ładnie razem wyglądają, bo należą do tej samej grupy, niebieskiego. Ich połączenie wygląda naturalnie, tak jak kolory połączyłyby się na futrze wilka.
Tknęła mnie nagła myśl.
- A jakiego ja jestem koloru? - zapytałam z ekscytacją.
- Głównie szarego. Jasnoszarego. Z elementami bieli.
- Szary? Ten nudny kolor? - poczułam jak uszy mi oklapły w wyrazie gorzkiego zawodu.
- Od razu nudny - parsknął. - Ja bym raczej powiedział, że spokojny.
- A pan jakiego jest koloru?
Na chwilę umilkł, pewnie by się sobie przyjrzeć.
- Karmelowego - odpowiedział w końcu.
- Jakiego? - zdziwiłam się.
- Takiego złotobrązowego.
- Królewski kolor! - ożywiłam się.
- Czy ja wiem... Ta domieszka brązu jest mało królewska. I chyba nie kojarzy się najlepiej.
Parsknęłam śmiechem.
- Twoja praca chyba już wyschła - zmienił temat pan Dernet. - Obejrzyj ją i dokończ sprzątać. Niedługo skończymy lekcję. I tak z góry, powodzenia na tej obronie - dodał weselej. - Navri mogłaby troszeczkę wyluzować.
- Dziękuję - odparłam uprzejmie, dalej się śmiejąc.
- Tylko jej tego nie powtarzaj! - dorzucił, oddalając się. - Bo obedrze mnie ze skóry!

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 43 czerwonych⎹ 112 pomarańczowych⎹ 105 zielonych⎹ 42 niebieskich⎹ 62 granatowych⎹ 105 fioletowych⎹ 27 różowych odłamków


poniedziałek, 29 czerwca 2020

Od Naidy „Siła kontra umysł” cz. 3


Czerwiec 2026 r.
Dannan spojrzał na waderę w zamyśleniu. Naida zapytała nauczyciela, z kim mogłaby się bić w drugiej rundzie. Ten jednak zwlekał z odpowiedzią.
– Skoro wygrałaś w pierwszej walce, powinnaś walczyć teraz z kimś, kto także wygrał – odpowiedział w końcu.
– Ja wygrałam! – Sino podbiegła do nich z uśmiechem. – Mogę się bić z Naidą.
Dannan westchnął cicho. Naida zastanawiała się, czy waderka podsłuchiwała ich rozmowę od początku.
– Niech wam będzie. Naida, będziesz w parze z Sinope.
Wadery wydały triumfalny okrzyk. Sino odwróciła się i w podskokach ruszyła w wolne miejsce, a Naida dumnie ruszyła za nią. Wiedziała, że Exan jest słaby i nie lubi się bić, więc wygrana z nim była bardziej niż pewna, jednakże nie potrafiła przestać się uśmiechać na wspomnienie tej cudownej chwili.
– Założę się, że z tobą wygram! – zawołała do przyjaciółki.
– Po moim trupie!
Usiadły obok siebie i spojrzały z niecierpliwością na ostatnią parę, która nadal nie skończyła się bić. Naida obserwowała każdy ich ruch, w myślach zapisując sobie wszystkie przydatne sztuczki i ruchy. Kiedy walka dobiegła końca, Dannan utworzył ostatnie pary i ponownie stanął pośrodku grupy.
– Zaczynamy drugą rundę. Mam nadzieję, że tym razem nieco się poprawicie – Z powagą rozejrzał się po szczeniakach. – Zaczynajcie!
Naida odwróciła się w stronę Sino. Wadera spojrzała na nią z uśmiechem i nie czekając, rzuciła się na nią. Naida odskoczyła w bok, jednak przeciwniczka zdążyła uderzyć ją w plecy, przewracając na ziemię. Wadera nie chcąc tak szybko przegrać, kopnęła Sino tylnymi łapami, odpychając ją od siebie. Naida wstała i odskoczyła od waderki.
– Naida!
Wadera odwróciła się i zobaczyła biegnącego do niej Theo. Sino widząc rozkojarzenie przeciwniczki, rzuciła się na nią. Naida nie zdążyła zrobić uniku i padła z powrotem na ziemię.
– Hej, nie słyszysz, że mnie wołają? – warknęła.
– To tylko Theo. Martwi się pewnie, że nie pozbierasz się po tej walce!
Naida chciała zrzucić waderę z pleców, jednak ta nie zamierzała puszczać. Sino uderzyła ją w pyszczek, nie zwracając uwagi na basiorka, który dobiegł już do nich i biegał wokół, krzycząc, aby przestały.
– Złaź ze mnie, Sino!
– Jak powiesz, że wygrałam.
– Nie wygrałaś! Gdyby nie Theo, już byłoby po tobie!
– A co? Boisz się, że jak się rozkręcisz, to przypadkowo zranisz swojego chłopaka?
Naida znowu zaczęła się wiercić i warczeć na waderę. W końcu Theo nie wytrzymał i pomógł w pozbyciu się Sino z jej grzbietu. Wadera potoczyła się po plaży z piskiem.
– To nie fair!
– To ty nie chciałaś ze mnie zejść!
– Bo wygrałam!
Wadera warknęła na nią ze złością i spojrzała na Theo. Basiorek wyglądał na zestresowanego.
– Oby to było coś ważnego.
– P-pan Dannan cię wołał... Walczyłem z Exanem i nagle zaczęła lecieć mu krew z nosa. Mówił, że to twoja wina, bo go uderzyłaś.
– Niech nie zmyśla! Tylko go lekko kopnęłam... Zresztą, przecież mieliśmy się bić, prawda?
– Może i tak, ale pan Dannan każe ci iść z nim do lekarza.
Waderka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Pewnie chciał cię ukarać, każąc przerwać walkę ze mną – zaśmiała się Sino.
Naida nie odpowiedziała. Otrzepała się z piasku i nie zwracając uwagi na podążającą za nią dwójkę, ruszyła do nauczyciela. Exan siedział obok Dannana z przyciśniętą do nosa łapką, ale kiedy zauważył zbliżające się szczeniaki, wstał, odkrywając zakrwawiony nos.
– Ło, ile krwi! – Sino podbiegła do niego i z ciekawością przyjrzała się Exanowi. – Wykrwawiasz się?
– Nikt się nie wykrwawia – Dannan spojrzał na Naidę niezadowolony. – Idź z nim do pielęgniarki. I żebyście mi się nie pobili po drodze, bo zostaniecie ukarani!
Naida spojrzała z oburzeniem na nauczyciela i niechętnie przytaknęła.
– Chodź – rzuciła do basiorka.
Ruszyli razem w milczeniu. Theo z początku chciał iść z nimi, ale gdy Dannan kazał mu wracać do ćwiczeń, niechętnie został z resztą. Exan jęczał cicho, gdy Naida przyspieszyła nieco, jednak nie protestował. Wadera zastanawiała się, kiedy ostatnio byli tak cicho. W końcu spojrzała na niego zaniepokojona tym ciągłym milczeniem.
– Wszystko w porządku...?
– Krew mi leci, bo ktoś uderzył mnie w nos. Oczywiście, że nie jest w porządku!
Naida zamilkła. Basiorek chyba naprawdę nie udawał. Wydawało się jej, że zauważyła nawet łzy w oczach basiorka, które pojawiły się na zaledwie ułamek sekundy, by następnie zniknąć. Wadera czuła się gorzej z każdym krokiem. Gdy z pyszczka Exana spłynęła kropelka krwi, która lądując na piasku, zabarwiła go na szkarłatny odcień, Naida nie wytrzymała. Zatrzymała się nagle, wbijając wzrok w swoje łapy.
– Przepraszam – szepnęła.
Exan zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Po chwili uśmiechnął się szeroko i szturchnął waderę w ramię.
– Spokojnie! Nic się nie stało – zaśmiał się. – Dannan mówi, że to po prostu od zbyt wielkiego wysiłku. Twój cios był tylko jednym z czynników...
– Wybacz mi – przerwała mu.
Exan przyglądał się jej nieufnie, jakby nie wierząc w to, co słyszy. W końcu wzruszył ramionami i ruszył w dalszą drogę.
– Wybaczę ci, ale najpierw zaprowadź mnie do pielęgniarki, żebym się nie wykrwawił! – zawołał do wadery.
Naida zaśmiała się cicho i pobiegła za Exanem.
– Bylibyśmy dobrymi partnerami – stwierdziła. – Takimi do walki albo do innych rzeczy... Ja jestem silna, a ty umiesz obmyślać plany!
– Partnerzy w zbrodni?
– Tak! Zgadzasz się ze mną?
– Nie. Przestań bujać w obłokach. Ja tu umieram!
– Racja... Najpierw nos!
Naida przyspieszyła kroku, ze skupieniem obserwując Exana. Zastanawiała się, czy ten basiorek mógłby być dla niej chociaż trochę milszy. Po namyśle stwierdziła, że są na to raczej nikłe szanse. Exan to Exan. Nie wytrzymałby dnia bez wrednego komentarza

Uwagi: brak. 

Zdobyto: 25 czerwonych⎹ 32 pomarańczowych⎹ 29 zielonych⎹ 33 niebieskich⎹ 39 granatowych⎹ 10 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 12


Luty 2025
Słońce zniknęło za horyzontem. Haslaye weszła na chwilę do pokoju, by zapalić lampy naftowe. Nie było tutaj magicznych przycisków, które pozwalały przywołać energię elektryczną. Teraz byłam już pewna, że tego domu nie zbudowali ludzie.
Usłyszałam zawodzący na zewnątrz wiatr. O zamknięte okno zaczęły obijać się płatki śniegu. Jak byłam młodsza, bardzo lubiłam siedzieć do późna i oglądać ich taniec. To smutne, że szczenięta wychowane na nowych terenach watahy nie będą nawet wiedziały, czym jest śnieg. Jeśli kiedykolwiek będę miała własne, zabiorę je w podróż do miejsca takiego jak to. Zasługują by chociaż raz zobaczyć biały puch.
Spojrzałam na swoje odbicie w szybie. Odkąd opuściłam ten dom, rzadko miewam możliwość dokładnego przyjrzenia się własnemu wizerunkowi. W końcu żadna tafla wody nie mogła zastąpić gładkiej, szklanej powierzchni. Zwróciłam uwagę na swoje pióra i kolorowe kosmyki włosów. Podobno kiedyś byłam całkiem biała.
Usłyszałam, że Babcia znów zakasłała.
– Lind... mogłabyś podać mi wodę?
Użyłam wiatru, by spełnić prośbę mojej opiekunki. Uniosłam ostrożnie miskę, którą zostawiła tu wcześniej Haslaye i ustawiłam na szafce nocnej. Starsza wadera wzięła kilka łyków.
– Widzę, że dużo trenowałaś ze swoją mocą – oznajmiła po chwili.
– W końcu samo zaczęło wychodzić – odparłam. – Czemu ty nigdy nie używałaś swoich mocy?
– Na co dzień nie było takiej potrzeby... – mruknęła Babcia, układając się z powrotem na łóżku. – Ale to nie jedyny powód.
Spojrzałam na moją opiekunkę. Widać chciała opowiedzieć mi o czymś jeszcze.
– Ostatni raz użyłam magii, kiedy trwały walki. Przyszedł do mnie pewien wilk... przyrodni brat zabitego samca Alfa. To on wcześniej zadał ostateczny cios mojemu partnerowi, ale to mu nie wystarczyło. – Babcia westchnęła ciężko. – Kiedy zaatakował, moja moc okazała się silniejsza, niż jego. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy... zrobiłam to wyłącznie w obronie własnej... czy z zemsty – Babcia spojrzała na mnie. – Lind... Jak znów spotkasz Freeze'a, proszę, daj mu szansę. Jeśli możesz, nie kończ starcia tak samo jak ja.
Przypomniałam sobie, że jednak mowa o ostatnim członku tej rodziny. Jedynym żyjącym krewniaku mojej opiekunki.
Ale przecież... kiedy dojdzie do naszego spotkania, on będzie chciał...
Przypomniałam sobie, jak Freeze zaciskał lodową łapę na mojej szyi.
– Babciu, ja...
– Jeśli możesz – podkreśliła wilczyca. – Spróbuj. Proszę, obiecaj mi, że spróbujesz.
Spuściłam odrobinę głowę.
– Obiecuję. 
Babcia przymknęła oczy.
– Chciałabym mieć pewność, że dasz sobie radę... To pewnie ostatni dzień, który spędzimy razem.
Słowa Babci wybrzmiały głośno w moich uszach. Z początku chciałam wierzyć, że się przesłyszałam. Po chwili jednak ogarnęła mnie prawdziwa panika.
– Mam Medalion Nieśmiertelności! – Chwyciłam swój naszyjnik. – Mogę ci go oddać, naprawdę.
– Nie, Lind – odparła z naciskiem starsza wilczyca. – Nie chcę go.
– Dlaczego? Ja... ja mam drugi, weź go – Zdjęłam omawiany wisiorek.
– Nie. Nie chcę sztucznie przedłużać sobie życia. Nie chcę odwlekać końca, który i tak będzie musiał nadejść.
Zacisnęłam obie łapy na Medalionie. Próbowałam powstrzymać łzy.
– Nic nie jest wieczne; zwłaszcza nasze życie. Z Naszyjnikiem, czy bez – mruknęła starsza wadera. – Nie warto z tym walczyć, Lind. Taki jest ten świat... nic nie jest wieczne – powtórzyła ciszej.
– A sama kiedyś mówiłaś, że... dzieła literackie są wieczne... – zdobyłam się na coś podobnego do żartu. – I ich bohaterowie... że „pamięć o tych historiach czyni ich prawdziwie nieśmiertelnymi…” – przytoczyłam słowa Babci, przyozdabiając pysk gorzkim uśmiechem.
– To nie do końca tak – mruknęła moja opiekunka. – Nawet postacie fikcyjne nie przetrwają. Można powiedzieć, że ich istnienie kończy się wraz z książką czy opowiadaniem. Szybciej, niż się spodziewasz.
– Ale… – pociągnęłam nosem. – My jesteśmy czymś więcej, niż tylko tworami fikcji, prawda?
Babcia zaśmiała się i położyła swoją łapę na mojej. Chociaż utrzymywałam na pysku uśmiech, czułam, jak po policzkach płyną mi łzy.
– Och Lind… Moja kochana Lind.
Wypuściłam Medalion z łap.

<C.D.N.>

Uwagi: Przecinki.

Zdobyto: 17 czerwonych⎹ 18 pomarańczowych⎹ 25 zielonych⎹ 22 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 30 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

niedziela, 28 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 11


Luty 2025
Opowiedziałam Babci o moim spotkaniu z Freezem. Wspomniałam o jego dziwnym zachowaniu, a także o zmienionym wyglądzie. Babcia wiedziała już, że jej krewniak zapanował nad mocą Mroźnej Burzy, ale zaskoczył ją fakt, iż Freeze zdobył również Kamienny Las.
– Zażądał i Wichury – kontynuowałam. – Mówił coś o honorze rodziny, o spadku... Groził mi, zaczęliśmy walczyć. Tak na poważnie; z użyciem naszych żywiołów.
– Och... to straszne – westchnęła Babcia. – Jak to się skończyło?
– Tamtejsza władza zamknęła nas... w... więzieniu – Zaczęłam szybciej oddychać.
– Lind?
– Z resztą, to nie jest ważne... – Czym prędzej uciekłam od tego tematu. Nie było tam nic wartego wspominania. – Ważny jest Freeze. Obiecał, że mnie odnajdzie.
Babcia położyła łapę na moim ramieniu. Spróbowałam uspokoić oddech.
– Freeze się bardzo zmienił... – mruknęła starsza wadera. – Kiedy cię nie było, pojawił się w okolicy.
Zamarłam.
– Co? Czego chciał?
– Wypytywał o pozostałe artefakty – Wilczyca znów podniosła się nieco z łóżka.
– Czy już wtedy wyglądał... w ten sposób?
– Z lodu miał tylko jedną łapę... – odparła Babcia – Mnie też mówił, że chce odzyskać wszystkie artefakty.
– J...jak zareagował na to, że oddałaś mi Klucz?
Starsza wadera przymknęła na chwilę oczy.
– Cóż... Był wściekły – mruknęła. – Miałam szczęście, że byli ze mną Rey i Jen. Gdyby nie oni... pewnie by zaatakował.
– Czegoś się od ciebie dowiedział? – wypytywałam dalej.
– Nie powiedziałam mu nic. Widać było, że dostał prawdziwej obsesji na punkcie artefaktów – Babcia zrobiła krótką pauzę. – Jeśli obiecał ci, że wróci po Wichurę... pytanie nie brzmi "czy?", ale "kiedy?" – skwitowała gorzko.
Ścisk w gardle wrócił; znów brakowało mi powietrza. Przysiadłam na podłodze.
– Nie, ja nie chcę tego... – wydusiłam.
– Ciii... Będzie dobrze, Lind... – Babcia przytuliła mnie do siebie.
– Babciu... to źle, że nie oddałam mu wtedy Wichury? To źle, że nie chcę oddać mu czegoś, co zdobyłam?
– On tego nie widzi tak samo jak ty... – westchnęła Babcia. – Zrobiłaś, co uważałaś za słuszne. Pomyśl, że ja nie dałam ci Klucza po to, żebyś oddała artefakt przy pierwszej okazji. – Pogładziła mnie po głowie. – Podjęłaś decyzję, a z każdą decyzją wiążą się jakieś konsekwencje. Uważaj na siebie, Lind. Pamiętaj, że Freeze wcale nie musi walczyć uczciwie.
Przytuliłam się mocniej do swojej opiekunki.
– Dasz sobie radę, kochana – wyszeptała starsza wilczyca. – Jesteś o wiele silniejsza i mądrzejsza, niż myślisz.
Po chwili rozluźniłam uścisk. Pomyślałam, że zachowuję się, jak tchórzliwe szczenię.
– Babciu... Czy jest coś, co powinnam wiedzieć o artefaktach?
– Nic, co wiem, nie będzie już dla ciebie przydatne – odparła wadera. – Freeze sam odnalazł tamte dwa artefakty, ty masz trzeci. To koniec poszukiwań.
Spuściłam wzrok. Babcia znów pogładziła mnie po głowie.
– Ta stara wieża... nadal stoi? – Kiedyś obserwowałam stamtąd gwiazdy. Towarzyszył mi wówczas wilk, o którym rozmawialiśmy. 
– Oczywiście. Stała tu od setek lat i wszystko wskazuje, że wytrzyma kolejne sto.
Sto... sto... Gdyby nie Freeze, nie wiedziałabym co ta liczba oznaczała.

<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 10 czerwonych⎹ 0 pomarańczowych⎹ 6 zielonych⎹ 9 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 27 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Naidy „Siła kontra umysł” cz. 2


Czerwiec 2026 r.
Dernet spojrzał z uśmiechem na siedzących przed nim uczniów. Naida starała się ignorować obecność innego nauczyciela, jednak fakt, że siedział tuż obok Dannana, trochę jej to utrudniał. Wadera zastanawiała się, czy młodsza grupa nie powinna mieć teraz sztuk kreatywnych. Nie znała jednak ich planu, więc równie dobrze mogła zastanawiać czy żółw, którego widziała wczoraj na plaży, był dziewczynką czy chłopcem.
– Dzisiaj czekają was zajęcia praktyczne... – Głos Dannana wyrwał waderę z rozmyślań.
– Będziemy się bić?
Naida odwróciła się z uśmiechem w stronę wyrywającego się do walki szczeniaka. Sino zerknęła na przyjaciółkę i wróciła do swojego pytania.
– A w grupach czy jeden na jeden?
Dannan uciszył waderkę spojrzeniem i westchnął.
– Tak jak mówiłem... Dzisiaj zajmiemy się walką.
– Wiedziałam! – Sino pisnęła radośnie, lecz zamilkła widząc mordercze spojrzenie nauczyciela.
– Będą to walki jeden na jeden, jednakże co jakiś czas będziecie się zmieniać tak, aby każdy spróbował walki z co najmniej dwoma różnymi przeciwnikami.
Szczeniaki spojrzały po sobie podekscytowane. Możliwość zmierzenia się w takiej walce zarówno ze swoimi przyjaciółmi, jak i mniej lubianymi wilkami sprawiła, że wszyscy zapomnieli nagle o zmęczeniu, które towarzyszyło im na poprzednich lekcjach.
– Ja i Dernet... – basior przerwał w pół zdania, gdy nauczyciel sztuk kreatywnych nachylił się do niego, by szepnąć parę słów.
Naida ciekawa była, co jest tak ważne, aby przerywać nauczycielowi w pół zdania. Dernet spojrzał z zakłopotaniem na szczeniaki, po czym pobiegł w kierunku znajdujących się znacznie dalej młodszych uczniów czekających na swoją lekcję. Wadera z trudem powstrzymała śmiech.
– Tak więc będę chodził pomiędzy wami i nadzorował, aby nikomu nie stało się nic poważnego. Postaram się także wskazać wam wszelkie niedociągnięcia i błędy, które popełnicie podczas tej lekcji. A teraz dobiorę was w pary.
– Pan? Ale ja już wybrałam sobie, z kim chcę walczyć! – Sino spojrzała z oburzeniem na nauczyciela.
– Tak, ja. Wy wybierzecie zapewne swoich przyjaciół, mam rację?
Waderka nie odpowiedziała. Naida spojrzała na nią ze współczuciem i uśmiechnęła się pocieszająco. Sino jednak zignorowała ją i zaczęła rozglądać się po reszcie uczniów, chcąc zorientować się, kto może się jej trafić. Dannan w tym czasie chodził od wilka do wilka i ustawiając szczeniaki w odpowiednich odstępach, dzielił je na pary. Naida zauważyła, że nauczyciel nie wysilał się zbytnio i brał do pary uczniów, którzy znajdowali się niedaleko siebie. Naida spojrzała na basiory siedzące obok niej. Wiedziała, że może trafić do pary z jednym z nich. Wolałaby walkę z Sino, jednak postanowiła nie wybrzydzać. W końcu przyszła pora na Naidę. Dannan spojrzał dookoła, po czym utkwił wzrok w waderce.
– Naida i Exan, będziecie razem.
Basiorek spojrzał z przerażeniem na Naidę. Wadera jeszcze nigdy nie walczyła z Exanem w sposób fizyczny. Zazwyczaj były to kłótnie czy konkurowanie między sobą.
– Będziecie stali tam – poinformował Dannan, wskazując pustą przestrzeń na plaży.
Szczeniaki udały się na wskazane miejsce i usiadły, czekając na dalsze polecenia. Naida zastanawiała się, jak mogłaby szybko i spektakularnie pokonać Exana. Basiorek wydawał się kimś inteligentnym, jednak nie przepadał za walkami.
– Wszyscy są gotowi? – Dannan spojrzał na uczniów. – Możecie zaczynać!
Naida ustawiła się w pozycji, która wydawała się jej w miarę odpowiednia do rozpoczęcia walki. Exan z kolei wyglądał bardziej na kogoś, kto obmyśla już plan ucieczki. Wadera, widząc, że przeciwnik się waha, wykorzystała okazję i skoczyła w jego stronę. Exan rzucił się w bok, w ostatniej chwili unikając ciosu. Naida jednak przewidziała taką możliwość, więc nie tracąc czasu, zamachnęła się łapą w stronę Exana. Trafiła go w łapę, jednak to nie wystarczyło, aby basiorek stracił równowagę. Wadera odskoczyła do tyłu, gdy łapa przeciwnika ruszyła w jej kierunku.
– Pamiętajcie, że to tylko trening, więc proszę mi się tu nie pozabijać!
Głos Dannana odwrócił uwagę Naidy tylko na chwilę, jednak to wystarczyło, aby Exan zaatakował. Skoczył na waderę, przewracając ją na plecy. Zdezorientowana zaczęła kopać na oślep, jednak trafiła tylko raz. Usłyszała głośny pisk, gdy Exan został odrzucony kawałek dalej. Basiorek trzymał się za pyszczek, ze złością wpatrując się w waderę. Naida nie tracąc czasu, skoczyła na równe nogi i zamachnęła się na basiorka. Uderzenie nie było mocne, jednak wystarczyło, aby powalić go na ziemię. Exan zamierzał jeszcze wstać, lecz Naida była szybsza. Odbiła się od tylnych łap i wylądowała na basiorku, przygniatając go do ziemi. W odpowiedzi usłyszała tylko ciche warknięcia i jęki.
– Trafiłaś mnie w nos – narzekał Exan.
– Wygrałam! – zawołała do nauczyciela, kompletnie ignorując uwięzionego pod nią basiorka.
– Moje ucho... Nie drzyj się tak!
– A ty nie jęcz!
Dannan podbiegł do nich i spojrzał na Exana z lekkim współczuciem.
– Exanie, twoje umiejętności walki są niestety dość słabe... Osobiście twierdzę, że powinieneś jeszcze potrenować nad szybkością i siłą ciosów. Naido, twój poziom jest zadowalający, jednakże nie musisz rzucać się na kogoś, gdy ten już jest na przegranej pozycji! Wystarczyło przytrzymać go łapami... Możecie teraz odpocząć – oznajmił i ruszył do innej pary, która właśnie skończyła walkę.
Naida spojrzała na basiorka i parsknęła śmiechem. Exanowi jednak nie było do śmiechu. Wyglądał na porządnie zdenerwowanego, jednak już nie warczał i nie jęczał jak małe dziecko.
– Złaź ze mnie! – zażądał.
– Odpoczywam przecież.
Basiorek zaczął się wiercić i z trudem zrzucił z siebie waderę. Spojrzał na nią z irytacją i odszedł, narzekając na obolały pyszczek. Naida zauważyła, że basiorek co jakiś czas łapał się za nos, jakby chcąc sprawdzić, czy jest na swoim miejscu. Wadera stwierdziła, że basior pewnie wyolbrzymia i chcąc, aby dręczyły ją wyrzuty sumienia, tylko udaje, że go coś boli. Wzruszyła ramionami i podreptała do Dannana gotowa na kolejną bitwę.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 25 czerwonych⎹ 23 pomarańczowych⎹ 31 zielonych⎹ 23 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków