środa, 1 lipca 2020

Od Gavriela "Jestem w tej kwestii wyjątkowy" cz. 1 (cd. chętny)

Wrzesień 2026 r.
Kiedy nareszcie zsiadł ze smoka, a miękkie poduszki jego łap zetknęły się z rozgrzanym piachem, nagle odczuł odosobnienie. Grupka wilków patrzyła na niego nieufnie, a co młodsze wskazywały na niego łapami. Wymieniali spojrzenia, szemrali między sobą. Gavriel zmrużył ślepia, unosząc butnie podbródek. Nie da zrobić z siebie pośmiewiska.
Zaraz po nim z grzbietu smoka zeskoczył Hitam. Gavriel poczuł na ramieniu ciężar jego łapy.
– Witajcie! To nowy członek naszego stada – Gavriel. Mam nadzieję, że ciepło go przyjmiecie.
– Białusy będą nas ścigać za porwanie! – krzyknął ktoś z głębi tłumu.
"Białusy?", powtórzył w myślach Gavriel. "To tak nas nazywają wszędzie indziej?".
– Białe Królestwo zmieniło nieco swoją politykę. A Gavriel to specjalny przypadek – ostatnie spojrzenie wypowiedział już nieco ciszej. Gavriel wówczas popatrzył na niego bez większego zainteresowania.
Na tym powitania basiora się zakończyły. Hitam wymieniał uściski z jakimiś nieznanymi mu wilkami. Zresztą nie tylko on, bo większość pozostałych odwiedzających Białe Królestwo mogło liczyć na to samo. Gavriel mógł się temu przyglądać tylko z boku. Sam nie wiedział na co liczył.
Kiedy nagle usłyszał zza pleców swoje imię, podskoczył nieco.
Z uśmiechem wpatrywał się w niego basior o orzechowym futrze i szaroniebieskich ślepiach. Jedno z nich niemal zupełnie zasłoniła ciemniejsza grzywka. Z pewnego dystansu patrzyła na niego również śnieżnobiała wadera o dość nietypowej urodzie. Ona w przeciwieństwie do basiora jednak nie uśmiechała się. Wyglądała jakby chciała go zamrozić spojrzeniem, wobec czego intuicyjnie ją polubił.
– To Navri – wtrącił orzechowy basior, widząc gdzie powędrował wzrok Gavriela.
– A ty? – nastolatek przeniósł spojrzenie na nieznajomego.
– Asgrim. Możesz mówić As. Jestem twoim nauczycielem eliksirów.
– Umiesz grać w karty?
Asgrim wydał się zbity z tropu.
– Proszę?
– Czy umiesz grać w karty?
– Trochę.
– Tylko trochę? – w głosie Gavriela rozbrzmiało rozczarownie z nutką ironiczności – Czyli ksywka "As" nie ma żadnego głębszego znaczenia? Szkoda.
– To tylko zdrobnienie...
– Wszyscy się tak zdrabniacie? Navri to Na, a Hitam to Hi?
As zamrugał szybko oczami. Nagle odebrało mu mowę.
– Nie. Jestem w tej kwestii wyjątkowy – oświadczył w końcu.
– Założymy się, że znajdzie się choć jeszcze jeden wilk, który używa do zdrabniania własnego imienia dwóch pierwszych liter?
– Nie – odpowiedział twardo As.
– Wobec tego nie jesteś wyjątkowy – zmrużył oczy z udawaną podejrzliwością.
– Ależ jestem. Moja wyjątkowość nie opiera się wyłącznie na zdrobnieniu imienia – prychnął.
– Jestem pewien, że użyłeś słów "w tej kwestii", zatem chodziło o imię.
– Wydawało ci się.
– Na pewno nie.
As zacisnął usta w wąską kreskę. Na pysk Gavriela wkradł się uśmieszek.
– Jestem Gavriel, a moje imię jest nieskracalne. Miło mi poznać.
Biała wadera w końcu postanowiła się zbliżyć. Przerastała Gavriela o około głowę, a jej wzrok zza ciemnych szkiełek był jeszcze bardziej dumny, niż jego własny.
– Witaj. Żywię nadzieję, iż zadomowisz się prędko w naszych skromnych progach.
– Witam, witam – Pokiwał głową pośpiesznie – Navri, tak?
– Owszem.
– Więc, Navri, mam pytanie. Mogę?
Navri skinęła głową.
– Czemu jako jedyna nosisz okulary przeciwsłoneczne? Wszystkich chyba razi po równo.
Wadera uniosła nieznacznie brwi. As chcąc nie chcąc parsknął śmiechem.
– Mam wadliwy wzrok. Zakupiłam zeszłego lata właśnie te szkiełka z czarnego kryształu, ponieważ sprawiają, iż widzę najlepiej tą porą.
– Jesteś agentką?
– Proszę?
– Na filmach tajni agenci i tym podobni często mają takie okrągłe okulary. Leon Zawodowiec, Morfeusz z Matrixa... W ogóle często mają przyciemnane okulary. W Facetach w Czerni też na pewno mieli.
Navri zerknęła na nadal roześmianego Asgrima.
– Chyba nie rozumiem aluzji.
– Cóż, trudno – Gavriel wzruszył ramionami.
– Od kiedy w Białym Królestwie macie kablówkę? – wtrącił As.
– Od nigdy.
– Nigdy?
– Nigdy, jak własną matkę kocham.
– Kochasz swoją matkę? – zdziwił się As.
– Nie.
As znowu wyglądał na skonfundowanego.
– Haha, żartowałem – Zaśmiał się Gavriel, ale zaraz potem spoważniał – Ale nie wiesz kiedy.
Navri patrzyła w milczeniu raz na jednego z basiorów, raz na drugiego, już zupełnie zagubiona w tej dyskusji.

<C.D.N./chętny>

Zdobyto: 22 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 20 niebieskich⎹ 26 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


>> Następna część >>

wtorek, 30 czerwca 2020

Od Lind „Turyści z mapą w kamieniu” cz. 3 (cd.Torance/Kai)


Początek stycznia 2025
Wylądowałam przy pozostałych członkach swojej podgrupy zwiadowczej. Obejrzałam się jeszcze raz ku kamiennej ścianie. Zmrużyłam oczy, śledząc powoli malejącą sylwetkę Kai'ego.
– I co ci powiedział? – spytała Tori.
– Twierdzi, że "da sobie radę" – odparłam. – Tyle, że on nie potrafi nawet latać! To jest po prostu... – na pysk cisnęły mi się różne niepochlebne określenia, ale nie mogłam niczego spośród nich wybrać.
– Kai zawsze lubił wyzwania... – westchnęła moja przyjaciółka, zadzierając pyszczek ku górze. – Ale mnie też to trochę martwi...
Klif oglądany z tej perspektywy wyglądał na naprawdę wysoki. Wspomniany wilk nie był nawet w połowie drogi na szczyt.
– A wy na co czekacie? – rzucił nagle Ting.
Jak na komendę, obie spojrzałyśmy w stronę odmieńca.
– Podobno jesteście zwiadowcami. Może zamiast zajmować się Czerwonowłosym, skupicie się na tym, po co tu przyszliśmy? Pierzasta, miałaś sprawdzić jak okolica wygląda z góry.
To się zgadzało; przed chwilą byłam w powietrzu. Jednak przez zamieszanie z Kai'em, nie obejrzałam wszystkiego dokładnie. Mruknęłam coś pod nosem i odgarnęłam grzywkę.
– Dajcie mi jeszcze chwilę – Przywołałam znów skrzydła, by powtórzyć rekonesans.
– Może jak wypatrzysz lepszą ścieżkę, Kai odpuści – mruknęła Tori.
– Mniejsza o niego, Ruda. Niech Pierzasta znajdzie normalną trasę dla nas – burknął Ting.
Wzięłam krótki rozbieg i wzbiłam się w powietrze. Zewsząd dobiegało donośne zawodzenie wiatru; ciekawie brzmiało zestawione z szumem fal. Wzleciałam nad szczyt skalnego wzniesienia w rekordowym czasie. Wykonałam pełen obrót i zawisłam w jednym miejscu. Omiotłam wzrokiem okolicę. Wypatrzyłam po naszej stronie klifu całkiem łagodne zejście. Na pewno ten szlak był lepszą opcją, niż wspinaczka po pionowej ścianie czy okrążanie skał drogą morską.
Wróciłam do Tori i Tinga, by poinformować ich o swoim odkryciu. Moja przyjaciółka spróbowała jeszcze namówić Kai'ego do zmiany strategii, ale to nic nie dało. Wadera wkrótce zrezygnowała z dalszego nalegania i ruszyła we wskazanym przeze mnie kierunku. Ani ja, ani Ting nie byliśmy daleko za nią.
– Jak to wygląda z góry? – zagadnęła mnie po chwili Torance.
– Powiem... dziwnie – mruknęłam. – O ile na naszym dawnym terytorium nie było wyraźnej granicy między plażą, a górami, to tutaj... jakby samotna góra wyrosła nagle spod piasku.
– Jakby olbrzym zostawił swoją zabawkę? – zaśmiała się Tori.
– Na przykład – Pokiwałam głową.
– Długa ta droga na szczyt? – wtrącił Ting.
– No... trochę. 
Strażnik Wichury wydał gardłowy pomruk niezadowolenia. Przypominało mi to trochę naszą pierwszą wspólną wędrówkę przez góry; tym razem jednak odmieńcowi wyraźnie przeszkadzał brak cienia. Ting przepadał za ciepłem, ale kiedy mógł, unikał promieni słonecznych. Zaczęłam się obawiać, że takie warunki sprowadzą na nas tylko więcej narzekania z jego strony. Wtem w mojej głowie zawitał nowy pomysł.
– Hej, przecież mogłabym użyć swojej mocy żeby od razu przenieść nas wszystkich na górę – oznajmiłam nieco ożywiona.
– Nie, tym razem to nie jest rozwiązanie – mruknęła Tori. – Chodzi tutaj głównie o znalezienie trasy, która będzie przystępna dla wszystkich. Chciałabyś stać tutaj cały dzień i przenosić na górę każdego członka watahy? – Ta wizja przywołała na jej pyszczek uśmiech rozbawienia.
– Um... Nie, raczej nie.

<Torance/Kai>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 14 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 27 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 14 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 9


Listopad 2025 r.
- Nie znoszę obrony - narzekałam, po raz enty drepcząc obok skupiska wielkich kwiatów o delikatnym zapachu. - Wszyscy mamy doskonale znać swoje terytorium... To robota dla patrolu, nie uczniów!
- Lepiej żebyś wiedziała gdzie jesteś już teraz. - odparła niewzruszenie Leah, krocząc powoli na swoich ludzkich nogach kawałek z tyłu.
Nie byłam pewna, czy jestem zła na panią Navri za pracę domową, czy podekscytowana tym, że dzięki niej mogę pospacerować po dżungli. Mniejsza o to, że skupiałam się głównie na zapachach, nie szukaniem możliwych kryjówek. Promienie zachodzącego słońca, przenikające miejscowo gęste listowie, przyjemnie ogrzewały moje boki, a tropikalny las szeleścił usypiająco. Jak skupić się na pracy w tak miłym miejscu?
- Wiem gdzie jestem, a wiedziałabym jeszcze lepiej gdybyście puszczali nas dalej do dżungli. - odparowałam.
- Dżungla nie jest bezpieczna...
- Ale to nasz teren, więc powinnam go znać! Bo inaczej zawalę obronę!
- Nie zawalisz - Leah westchnęła. - No chyba, że nie skupisz się jak należy na pracy, którą zadała ci nauczycielka.
- Ty nic nie rozumiesz - fuknęłam.
- Oczywiście, że nie. - odfuknęła mi, nagle poirytowana.
Zaskoczyła mnie. Bardzo rzadko się denerwowała, a tym razem nic na to nie wskazywało. Uznałam, że to dobry moment by zamknąć pyszczek. Burknęłam coś tylko pod nosem i kopnęłam jakiś korzeń żeby przypadkiem nie pomyślała, że się z nią zgadzam.
Szmer wiatru w wyższych partiach lasu zagłuszył odgłos czegoś ciężkiego, przedzierającego się przez roślinność. Na chwilę zamarłam i nadstawiłam uszu. Po chwili moja opiekunka również zareagowała, w skoku zmieniając postać i przystając dopiero gdy znalazłam się między jej przednimi łapami. Nie protestowałam. Dopiero w takich momentach mogłam wyczuć jej przytłaczającą siłę, drzemiącą w silnych mięśniach gdzieś pod grubym, miękkim futrem. Nie ważyłam się jej sprzeciwić.
Nasłuchiwałam źródła hałasu i z przerażeniem stwierdziłam, że się rozdzieliło. Jedno stworzenie z miękkim łopotem skrzydeł i sporadycznym chrobotem pazurów na korze jakiegoś drzewa pędziło ku górze i wkrótce musiało odlecieć, bo dźwięki zamarły. Jednak drugie wydało z siebie tylko przenikliwy, wściekły wrzask i dalej podążało w naszą stronę! W gardle Leah zaczął narastać warkot...
Kiedy stwór wypadł zza drzew, sycząc jak rozgniewana kobra i tańcząc w miejscu ze świstem rozrywanego powietrza, łapy pode mną zmiękły. Leah skoczyła na napastnika. Byłam pewna usłyszeć szarpaninę, ale...
- Ty imbecylu! - wykrzyknęła, obskakując obcego, ale za każdym razem upadając na ziemię z ciężkim uderzeniem wszystkich czterech łap. Stworzenie zamilkło i zaczęło się niezgrabnie wycofywać. - Co ty sobie wyobrażałeś?!
I w tym momencie do mojego nosa dotarł jego zapach, charakterystyczny, świeży zapach, od podszewki przesiąknięty wyziewami ognia. To przecież Arkan! Nigdy tylko nie słyszałam jak tak głośno syczy!
- Co...? - Leah znowu do niego doskoczyła i tym razem by jej uniknąć musiał zaryzykować utratę równowagi. Postawił parę niepewnych kroków i załopotał krótko skrzydłami. - Stój, ej! Co ja znowu zrobiłem? - parsknął z wyrzutem.
- Myślałyśmy, że biegnie tu jakiś wściekły stwór - Leah odetchnęła, ale w jej głosie dalej pobrzmiewała irytacja.
- Bo biegł, poniekąd - mruknął.
- Co?
- Ten hipogryf, towarzysz Magnusa. Dorwał się do mojej zdobyczy!
Nie zważając na oburzone prychnięcie Leah, wyminął ją i schylił nieco swój wielki łeb. Poczułam jak owiewa mnie jego ciepły oddech i zdałam sobie sprawę, że leżę skulona na boku, z uszami przyciśniętymi ciasno do głowy. Zagrożenia nigdy nie było, ale serce dalej waliło mi w piersi zdecydowanie za szybko.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem - powiedział łagodnie, na co tylko kiwnęłam głową, nie potrafiąc wyrzucić z siebie ani słowa.
- Mnie też wystraszyłeś - warknęła moja opiekunka. Tyle że już wcale nie pachniała strachem, w przeciwieństwie do mnie.
- Ty jesteś już dużym szczeniakiem. - odparł jej Arkan gładko i trącił mnie nosem. - No, wstawaj. Wszystko w porządku.

***

Następnego dnia na zajęciach ze sztuk kreatywnych zajmowaliśmy się malowaniem. Z oczywistych powodów nie uważałam tego za specjalnie ciekawe, ale fakt, że moje prace nie były oceniane tak surowo jak inne pozwalał mi myśleć o lekcji jak o obowiązkowej przerwie. Pan Dernet szczególnie zwracał uwagę na to bym pamiętała nazwy i znaczenia kolorów. Kiedy spytałam go, dlaczego ma mieć to dla mnie znaczenie, skoro i tak nigdy nie zrozumiem, o co z nimi chodzi, powiedział, że są zbyt piękne by po prostu ich nie znać. Z jakiegoś powodu polubiłam go wtedy jeszcze bardziej.
Tym razem to całe malowanie wypadło w dobrym momencie, bo mogłam zastanowić się nad tym, co zrobię na obronie. Byłam pewna swoich umiejętności, jeśli chodzi o odszukanie szczeniaka udającego wrogo nastawionego wilka i schowanie się, ale bronić się...? To nigdy mi nie wychodziło. Może z atakiem pójdzie mi trochę lepiej...
Na mojej deseczce zaczynało coś powstawać. Zainspirowałam się sytuacją z poprzedniego dnia, kiedy Arkan najpierw mnie wystraszył, a później uspokoił. Podzieliłam wybrane farbki na dwie grupy - pierwszy zestaw kolorów odpowiadał niepokojowi przed nieznaną bestią (kilka szarych, czarny i niebieski), a drugi uldze gdy okazało się, że jest niegroźna (zielony, biały, pomarańczowy i znowu niebieski). Część strachu była po lewej, ulgi po prawej.
W złym fragmencie obrazka odcisnęłam porowate kamyczki, które znalazłam wcześniej na plaży. Z pomocą Kaiju i pana Derneta udało mi się rozpołowić i trochę potrzaskać wewnętrzną skorupę kokosa, tak żeby wyszły ostre kawałki. Je również odcisnęłam (kilka chyba nawet się przykleiło i już za żadne skarby nie chciało odpaść). Na sam koniec, po chwili zastanowienia, przejechałam jeszcze po farbie pazurami.
Dobrą część obrazka przyozdobiłam kamykami o łagodniejszych krawędziach i nakreśliłam trochę zawijasów chorągiewkami moich piórek, po której specjalnie w tym celu pobiegłam do Leah. We wzorze znalazło się też parę odcisków spiralnych muszelek.
Kiedy uznałam pracę za skończoną, zabrałam się za sprzątanie farbek i umaczanych w niej przedmiotów. Wpierw upewniłam się jednak, że moje kolorowe piórka leżą bezpiecznie dociśnięte kamieniem. W skupieniu ledwie ucho mi drgnęło, gdy usłyszałam za sobą ciężkie kroki pana Derneta.
- Skończyłaś? - zapytał.
- Tak - odparłam, zgarniając na stosik skorupki kokosa. - Ale jeszcze nie mogę go obejrzeć, farba nie wyschła.
- Co przedstawia?
Opowiedziałam mu o sytuacji z dnia poprzedniego i o tym co reprezentują części obrazka. Z jakiegoś powodu trochę się obawiałam reakcji nauczyciela, jednocześnie rozpierana dumą ze swojej pracy. Tylko to była taka dziwna duma. Zarezerwowana tylko dla mnie.
- Świetna metafora - pochwalił pracę pan Dernet. - To świetnie, że tak do tego podeszłaś. Sztuka ma za zadanie uzewnętrzniać uczucia.
Trochę zapiekł mnie pyszczek, ale w głębi ducha bardzo się ucieszyłam.
- Szczególnie podoba mi się to przejście na środku, od ciemnego do jasnego błękitu. Wykorzystałaś wszechstronną symbolikę tego koloru, jeśli dobrze rozumiem
- Chyba nie rozumiem - zakłopotałam się. - O co chodzi z tym jasnym i ciemnym?
Nauczyciel zamilkł na chwilę. Często mu się to zdarzało, gdy powiedział coś czego nie rozumiałam. Myślę, że to dlatego, że czasami zapominał o moich zepsutych oczach. Ale to oznaczało, że dobrze wychodziło mi nie sprawianie tym kłopotów!
- Może na przykładzie niebieskiego właśnie. Wiesz co oznaczają granatowy i błękitny? - odezwał się w końcu.
- Tak. - mruknęłam, niezbyt pewna do czego zmierza.
- To dwa odcienie niebieskiego. Granatowy jest ciemniejszym niebieskim, a błękitny jaśniejszym. Powiedzmy... Że tak jakby leżą w jednym zbiorze. O, wszystkie są takimi skorupkami kokosa, różniącymi tylko się kształtami. Tak jest z jasnymi i ciemnymi kolorami. Jasne są zazwyczaj weselsze, a ciemne smutniejsze, ale to też nie jest reguła. Każdy odcień może mieć własne znaczenie.
Przez chwilę układałam to sobie w głowie, ale chyba zaczynałam rozumieć. To o wiele bardziej skomplikowanie niż myślałam!
- I mi wyszło takie połączenie granatowego i błękitnego? O tu, na środku? - trąciłam deseczkę.
- Dokładnie tak. Ładnie razem wyglądają, bo należą do tej samej grupy, niebieskiego. Ich połączenie wygląda naturalnie, tak jak kolory połączyłyby się na futrze wilka.
Tknęła mnie nagła myśl.
- A jakiego ja jestem koloru? - zapytałam z ekscytacją.
- Głównie szarego. Jasnoszarego. Z elementami bieli.
- Szary? Ten nudny kolor? - poczułam jak uszy mi oklapły w wyrazie gorzkiego zawodu.
- Od razu nudny - parsknął. - Ja bym raczej powiedział, że spokojny.
- A pan jakiego jest koloru?
Na chwilę umilkł, pewnie by się sobie przyjrzeć.
- Karmelowego - odpowiedział w końcu.
- Jakiego? - zdziwiłam się.
- Takiego złotobrązowego.
- Królewski kolor! - ożywiłam się.
- Czy ja wiem... Ta domieszka brązu jest mało królewska. I chyba nie kojarzy się najlepiej.
Parsknęłam śmiechem.
- Twoja praca chyba już wyschła - zmienił temat pan Dernet. - Obejrzyj ją i dokończ sprzątać. Niedługo skończymy lekcję. I tak z góry, powodzenia na tej obronie - dodał weselej. - Navri mogłaby troszeczkę wyluzować.
- Dziękuję - odparłam uprzejmie, dalej się śmiejąc.
- Tylko jej tego nie powtarzaj! - dorzucił, oddalając się. - Bo obedrze mnie ze skóry!

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 43 czerwonych⎹ 112 pomarańczowych⎹ 105 zielonych⎹ 42 niebieskich⎹ 62 granatowych⎹ 105 fioletowych⎹ 27 różowych odłamków


poniedziałek, 29 czerwca 2020

Od Naidy „Siła kontra umysł” cz. 3


Czerwiec 2026 r.
Dannan spojrzał na waderę w zamyśleniu. Naida zapytała nauczyciela, z kim mogłaby się bić w drugiej rundzie. Ten jednak zwlekał z odpowiedzią.
– Skoro wygrałaś w pierwszej walce, powinnaś walczyć teraz z kimś, kto także wygrał – odpowiedział w końcu.
– Ja wygrałam! – Sino podbiegła do nich z uśmiechem. – Mogę się bić z Naidą.
Dannan westchnął cicho. Naida zastanawiała się, czy waderka podsłuchiwała ich rozmowę od początku.
– Niech wam będzie. Naida, będziesz w parze z Sinope.
Wadery wydały triumfalny okrzyk. Sino odwróciła się i w podskokach ruszyła w wolne miejsce, a Naida dumnie ruszyła za nią. Wiedziała, że Exan jest słaby i nie lubi się bić, więc wygrana z nim była bardziej niż pewna, jednakże nie potrafiła przestać się uśmiechać na wspomnienie tej cudownej chwili.
– Założę się, że z tobą wygram! – zawołała do przyjaciółki.
– Po moim trupie!
Usiadły obok siebie i spojrzały z niecierpliwością na ostatnią parę, która nadal nie skończyła się bić. Naida obserwowała każdy ich ruch, w myślach zapisując sobie wszystkie przydatne sztuczki i ruchy. Kiedy walka dobiegła końca, Dannan utworzył ostatnie pary i ponownie stanął pośrodku grupy.
– Zaczynamy drugą rundę. Mam nadzieję, że tym razem nieco się poprawicie – Z powagą rozejrzał się po szczeniakach. – Zaczynajcie!
Naida odwróciła się w stronę Sino. Wadera spojrzała na nią z uśmiechem i nie czekając, rzuciła się na nią. Naida odskoczyła w bok, jednak przeciwniczka zdążyła uderzyć ją w plecy, przewracając na ziemię. Wadera nie chcąc tak szybko przegrać, kopnęła Sino tylnymi łapami, odpychając ją od siebie. Naida wstała i odskoczyła od waderki.
– Naida!
Wadera odwróciła się i zobaczyła biegnącego do niej Theo. Sino widząc rozkojarzenie przeciwniczki, rzuciła się na nią. Naida nie zdążyła zrobić uniku i padła z powrotem na ziemię.
– Hej, nie słyszysz, że mnie wołają? – warknęła.
– To tylko Theo. Martwi się pewnie, że nie pozbierasz się po tej walce!
Naida chciała zrzucić waderę z pleców, jednak ta nie zamierzała puszczać. Sino uderzyła ją w pyszczek, nie zwracając uwagi na basiorka, który dobiegł już do nich i biegał wokół, krzycząc, aby przestały.
– Złaź ze mnie, Sino!
– Jak powiesz, że wygrałam.
– Nie wygrałaś! Gdyby nie Theo, już byłoby po tobie!
– A co? Boisz się, że jak się rozkręcisz, to przypadkowo zranisz swojego chłopaka?
Naida znowu zaczęła się wiercić i warczeć na waderę. W końcu Theo nie wytrzymał i pomógł w pozbyciu się Sino z jej grzbietu. Wadera potoczyła się po plaży z piskiem.
– To nie fair!
– To ty nie chciałaś ze mnie zejść!
– Bo wygrałam!
Wadera warknęła na nią ze złością i spojrzała na Theo. Basiorek wyglądał na zestresowanego.
– Oby to było coś ważnego.
– P-pan Dannan cię wołał... Walczyłem z Exanem i nagle zaczęła lecieć mu krew z nosa. Mówił, że to twoja wina, bo go uderzyłaś.
– Niech nie zmyśla! Tylko go lekko kopnęłam... Zresztą, przecież mieliśmy się bić, prawda?
– Może i tak, ale pan Dannan każe ci iść z nim do lekarza.
Waderka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Pewnie chciał cię ukarać, każąc przerwać walkę ze mną – zaśmiała się Sino.
Naida nie odpowiedziała. Otrzepała się z piasku i nie zwracając uwagi na podążającą za nią dwójkę, ruszyła do nauczyciela. Exan siedział obok Dannana z przyciśniętą do nosa łapką, ale kiedy zauważył zbliżające się szczeniaki, wstał, odkrywając zakrwawiony nos.
– Ło, ile krwi! – Sino podbiegła do niego i z ciekawością przyjrzała się Exanowi. – Wykrwawiasz się?
– Nikt się nie wykrwawia – Dannan spojrzał na Naidę niezadowolony. – Idź z nim do pielęgniarki. I żebyście mi się nie pobili po drodze, bo zostaniecie ukarani!
Naida spojrzała z oburzeniem na nauczyciela i niechętnie przytaknęła.
– Chodź – rzuciła do basiorka.
Ruszyli razem w milczeniu. Theo z początku chciał iść z nimi, ale gdy Dannan kazał mu wracać do ćwiczeń, niechętnie został z resztą. Exan jęczał cicho, gdy Naida przyspieszyła nieco, jednak nie protestował. Wadera zastanawiała się, kiedy ostatnio byli tak cicho. W końcu spojrzała na niego zaniepokojona tym ciągłym milczeniem.
– Wszystko w porządku...?
– Krew mi leci, bo ktoś uderzył mnie w nos. Oczywiście, że nie jest w porządku!
Naida zamilkła. Basiorek chyba naprawdę nie udawał. Wydawało się jej, że zauważyła nawet łzy w oczach basiorka, które pojawiły się na zaledwie ułamek sekundy, by następnie zniknąć. Wadera czuła się gorzej z każdym krokiem. Gdy z pyszczka Exana spłynęła kropelka krwi, która lądując na piasku, zabarwiła go na szkarłatny odcień, Naida nie wytrzymała. Zatrzymała się nagle, wbijając wzrok w swoje łapy.
– Przepraszam – szepnęła.
Exan zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Po chwili uśmiechnął się szeroko i szturchnął waderę w ramię.
– Spokojnie! Nic się nie stało – zaśmiał się. – Dannan mówi, że to po prostu od zbyt wielkiego wysiłku. Twój cios był tylko jednym z czynników...
– Wybacz mi – przerwała mu.
Exan przyglądał się jej nieufnie, jakby nie wierząc w to, co słyszy. W końcu wzruszył ramionami i ruszył w dalszą drogę.
– Wybaczę ci, ale najpierw zaprowadź mnie do pielęgniarki, żebym się nie wykrwawił! – zawołał do wadery.
Naida zaśmiała się cicho i pobiegła za Exanem.
– Bylibyśmy dobrymi partnerami – stwierdziła. – Takimi do walki albo do innych rzeczy... Ja jestem silna, a ty umiesz obmyślać plany!
– Partnerzy w zbrodni?
– Tak! Zgadzasz się ze mną?
– Nie. Przestań bujać w obłokach. Ja tu umieram!
– Racja... Najpierw nos!
Naida przyspieszyła kroku, ze skupieniem obserwując Exana. Zastanawiała się, czy ten basiorek mógłby być dla niej chociaż trochę milszy. Po namyśle stwierdziła, że są na to raczej nikłe szanse. Exan to Exan. Nie wytrzymałby dnia bez wrednego komentarza

Uwagi: brak. 

Zdobyto: 25 czerwonych⎹ 32 pomarańczowych⎹ 29 zielonych⎹ 33 niebieskich⎹ 39 granatowych⎹ 10 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 12


Luty 2025
Słońce zniknęło za horyzontem. Haslaye weszła na chwilę do pokoju, by zapalić lampy naftowe. Nie było tutaj magicznych przycisków, które pozwalały przywołać energię elektryczną. Teraz byłam już pewna, że tego domu nie zbudowali ludzie.
Usłyszałam zawodzący na zewnątrz wiatr. O zamknięte okno zaczęły obijać się płatki śniegu. Jak byłam młodsza, bardzo lubiłam siedzieć do późna i oglądać ich taniec. To smutne, że szczenięta wychowane na nowych terenach watahy nie będą nawet wiedziały, czym jest śnieg. Jeśli kiedykolwiek będę miała własne, zabiorę je w podróż do miejsca takiego jak to. Zasługują by chociaż raz zobaczyć biały puch.
Spojrzałam na swoje odbicie w szybie. Odkąd opuściłam ten dom, rzadko miewam możliwość dokładnego przyjrzenia się własnemu wizerunkowi. W końcu żadna tafla wody nie mogła zastąpić gładkiej, szklanej powierzchni. Zwróciłam uwagę na swoje pióra i kolorowe kosmyki włosów. Podobno kiedyś byłam całkiem biała.
Usłyszałam, że Babcia znów zakasłała.
– Lind... mogłabyś podać mi wodę?
Użyłam wiatru, by spełnić prośbę mojej opiekunki. Uniosłam ostrożnie miskę, którą zostawiła tu wcześniej Haslaye i ustawiłam na szafce nocnej. Starsza wadera wzięła kilka łyków.
– Widzę, że dużo trenowałaś ze swoją mocą – oznajmiła po chwili.
– W końcu samo zaczęło wychodzić – odparłam. – Czemu ty nigdy nie używałaś swoich mocy?
– Na co dzień nie było takiej potrzeby... – mruknęła Babcia, układając się z powrotem na łóżku. – Ale to nie jedyny powód.
Spojrzałam na moją opiekunkę. Widać chciała opowiedzieć mi o czymś jeszcze.
– Ostatni raz użyłam magii, kiedy trwały walki. Przyszedł do mnie pewien wilk... przyrodni brat zabitego samca Alfa. To on wcześniej zadał ostateczny cios mojemu partnerowi, ale to mu nie wystarczyło. – Babcia westchnęła ciężko. – Kiedy zaatakował, moja moc okazała się silniejsza, niż jego. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy... zrobiłam to wyłącznie w obronie własnej... czy z zemsty – Babcia spojrzała na mnie. – Lind... Jak znów spotkasz Freeze'a, proszę, daj mu szansę. Jeśli możesz, nie kończ starcia tak samo jak ja.
Przypomniałam sobie, że jednak mowa o ostatnim członku tej rodziny. Jedynym żyjącym krewniaku mojej opiekunki.
Ale przecież... kiedy dojdzie do naszego spotkania, on będzie chciał...
Przypomniałam sobie, jak Freeze zaciskał lodową łapę na mojej szyi.
– Babciu, ja...
– Jeśli możesz – podkreśliła wilczyca. – Spróbuj. Proszę, obiecaj mi, że spróbujesz.
Spuściłam odrobinę głowę.
– Obiecuję. 
Babcia przymknęła oczy.
– Chciałabym mieć pewność, że dasz sobie radę... To pewnie ostatni dzień, który spędzimy razem.
Słowa Babci wybrzmiały głośno w moich uszach. Z początku chciałam wierzyć, że się przesłyszałam. Po chwili jednak ogarnęła mnie prawdziwa panika.
– Mam Medalion Nieśmiertelności! – Chwyciłam swój naszyjnik. – Mogę ci go oddać, naprawdę.
– Nie, Lind – odparła z naciskiem starsza wilczyca. – Nie chcę go.
– Dlaczego? Ja... ja mam drugi, weź go – Zdjęłam omawiany wisiorek.
– Nie. Nie chcę sztucznie przedłużać sobie życia. Nie chcę odwlekać końca, który i tak będzie musiał nadejść.
Zacisnęłam obie łapy na Medalionie. Próbowałam powstrzymać łzy.
– Nic nie jest wieczne; zwłaszcza nasze życie. Z Naszyjnikiem, czy bez – mruknęła starsza wadera. – Nie warto z tym walczyć, Lind. Taki jest ten świat... nic nie jest wieczne – powtórzyła ciszej.
– A sama kiedyś mówiłaś, że... dzieła literackie są wieczne... – zdobyłam się na coś podobnego do żartu. – I ich bohaterowie... że „pamięć o tych historiach czyni ich prawdziwie nieśmiertelnymi…” – przytoczyłam słowa Babci, przyozdabiając pysk gorzkim uśmiechem.
– To nie do końca tak – mruknęła moja opiekunka. – Nawet postacie fikcyjne nie przetrwają. Można powiedzieć, że ich istnienie kończy się wraz z książką czy opowiadaniem. Szybciej, niż się spodziewasz.
– Ale… – pociągnęłam nosem. – My jesteśmy czymś więcej, niż tylko tworami fikcji, prawda?
Babcia zaśmiała się i położyła swoją łapę na mojej. Chociaż utrzymywałam na pysku uśmiech, czułam, jak po policzkach płyną mi łzy.
– Och Lind… Moja kochana Lind.
Wypuściłam Medalion z łap.

<C.D.N.>

Uwagi: Przecinki.

Zdobyto: 17 czerwonych⎹ 18 pomarańczowych⎹ 25 zielonych⎹ 22 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 30 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków