poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Od Lind "Szczęśliwa rodzina" cz. 2



Grudzień 2026
Poczułam skurcz brzucha. Najpierw jeden, potem drugi. Serce podchodziło mi do gardła. Z całych sił pilnowałam, by nieświadomie nie sięgnąć po energię magiczną; zdarzało mi się to robić pod wpływem emocji. Teraz jednak skończyłoby się to katastrofą; z wichrem przywołałabym ogień. Wichura sprawiła, że nawet coś tak prostego, jak skrzydła, również formowało się z udziałem płomieni. Bałam się, że gdybym teraz użyła magii, mogłabym poważnie skrzywdzić wszystkich wokoło; Crane'a, Ellamarię, także siebie i szczenię. To ostatnie przerażało mnie najbardziej.
– Nadal nie umiem kontrolować tej nowej mocy... – wymamrotałam, spoglądając na swojego partnera. – Ja naprawdę próbowałam... Ja... Ja nie chcę zrobić ci krzywdy
– Tak, wiem. Spokojnie – wyszeptał. Położył łapę na mojej. – Oddychaj. Masz Medalion, wszystko będzie dobrze.
– Crane, boję się.
– Będzie dobrze. Morgan zaraz przyprowadzi Torance.
– A... a co jeśli... – Złapałam go mocniej za łapę. – Jeśli...
– Przede wszystkim oddychaj. Wdech... i wydech... – powtarzał Crane. Co jakiś czas zerkał na Ellamarię, by nie przegapić sygnału, gdyby faktycznie coś było nie tak. Lekarka na szczęście wyglądała na spokojną.
Wkrótce ujrzałam nadbiegającego Morgana, a tuż za nim Tori. Moja przyjaciółka natychmiast przysiadła obok mnie. Bez zbędnych słów użyła swojego wspaniałego talentu; zapewne Morgan już wszystko wyjaśnił jej po drodze. Torance tak skupiła się na swojej misji, że nie posłała Crane'owi nawet jednego krzywego spojrzenia.
Moje serce się uspokoiło. Oddech zwolnił. Poczułam absolutny spokój. Szkoda, że sama nie umiałam wprowadzać siebie w taki stan; życie byłoby wtedy o wiele łatwiejsze.
***
Wreszcie nadszedł moment, w którym usłyszeliśmy pisk maleństwa. Ellamaria bardzo ostrożnie położyła go przy moim brzuchu. Miał różowy pyszczek i łapki, a resztę ciałka rudą. Dostrzegłam przy jego główce coś podobnego do niebieskawego puchu. Szczenię całkiem szybko znalazło pokarm. Nagle poczułam, że Crane otarł z mojego pyska łzę. Zbyt skupiłam się na tym przepięknym widoku, by zauważyć, że płaczę. Po raz pierwszy w życiu nie wstydziłam się takiej reakcji. Wszystko się dobrze skończyło. Wszystko było dobrze.
– To samiczka – mruknęła Ellamaria.
– Jak chcecie ją nazwać? – spytała Tori.
Spojrzeliśmy na siebie z Crane'm. Chociaż mój partner był z początku przeciwny wczesnemu wybieraniu imion, ostatecznie omówiliśmy kilka opcji zanim mała przyszła na świat. Teraz już bez słów byliśmy w stanie zgodzić się, jak nazwiemy naszą córeczkę.
– Firia – wyszeptałam.
– Na imię jej Firia – powtórzył głośniej Crane.
Morgan pociągnął nosem, spoglądając na popiskujące szczenię. Widać w nim też zbierało się zbyt wiele emocji. Mój partner poklepał go po ramieniu.
– Opiekuj się dobrze swoją siostrą.
– Będę – odparł Morgan. Chyba nigdy nie słyszałam, by mówił o czymkolwiek z tak wielkim przekonaniem.
Kiedyś myślałam, że poznałam szczęście w dniu, w którym wyruszyłam po Wichurę. Później myślałam, że najszczęśliwszym był moment, w którym odnalazł mnie Ting. A potem zostałam mamą dla Morgana, wyszłam za Crane'a, usłyszałam, że jestem w ciąży... A potem okazało się, że Babcia nie miała racji co do Strażników.
Dziś jednak było jeszcze wspanialsze. 
Żałowałam tylko, że nie było z nami Tinga. Ciekawe co by powiedział. Znów by pogratulował? A może nie powiedziałby nic.

Uwagi: Niepoprawna data.

Zdobyto: 5 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 26 zielonych⎹ 6 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Yvara "Zazdrość" cz. 15


Luty 2026
Yvar porzucił stanie za krzakami na rzecz leżenia. Jego łapy zaczynały drżeć od nerwowego napinania mięśni. Kusiło go, żeby wyskoczyć i zaatakować wilczycę. Jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Nie przy tych wszystkich szczeniakach, nie przy tacie, który prowadził lekcję. Musiał być cierpliwy, niezależnie od tego jak bardzo wściekłość buzowała w jego żyłach.
Miał wrażenie, że w którymś momencie wpadł w jakiś dziwny stan przypominający do złudzenia coś na wzór półsnu. Patrzył na starsze od niego szczeniaki, na Asgrima i Elanor, lecz na ten obraz nakładał się kolejny, całkiem odmienny. Nie potrafił sprecyzować co przedstawiał. Kiedy tylko na niego patrzył, kreski, kolory i kształty znikały, zostawiając go z dziwnym poczuciem... braku czegoś istotnego. Przez moment odniósł wrażenie, że traci rozum, ale szybko porzucił tą myśl. Coś takiego nie mogło być symptomem szaleństwa. Musiał być po prostu zmęczony.
Po niemożliwie długim czasie lekcja dobiegła końca. Szczeniaki zaczęły się rozchodzić, każde we własną stronę. Yvar wstał i podszedł prosto do Elanor. Zaciskał zęby i cudem opanowywał warkot, rosnący w jego gardle.
Z satysfakcją zauważył, że wilczyca nie uciekała. Stała, patrząc na niego z góry. A przynajmniej na tyle, ile mogła. W przeciwieństwie do Yvara nie była zbyt wysoka. Dzięki temu, pomimo znacznej różnicy wieku, basior nie był od niej o wiele niższy.
– Skrzywdziłaś ją – powiedział, zatrzymawszy się kawałek przed nią.
– I co z tego? – Samica nie wyglądała na przejętą.
– Nie wolno ci.
Elanor parsknęła w wyjątkowo paskudny sposób. Yvar pomyślał, że to okropne parsknięcie bardzo dobrze oddawało całą jej postać. Nikt, kto skrzywdził Yngvi, nie mógł być dobry.
– Zasłużyła na to.
– Niby czym? Bo rozmawiała z Mortimerem?
Yvar uniósł wymownie brwi. Liczył, że uda mu się trafić w słaby punkt. Bardzo dobrze wiedział, że Elanor była przewrażliwiona na punkcie Mortiego. Wszyscy wiedzieli.
– Bo łamie obietnice – odparła.
– Ach tak? Niby jakie?
– By nie rozmawiać z nim nigdy więcej.
Yvar zamarł. Nie słyszał nic o żadnej obietnicy tego typu. Jeśli faktycznie do takiej doszło, Yvar nie miałby temu zbyt wiele przeciwko. Gdyby Yngvi przestała rozmawiać z Mortim... Świat nagle stałby się o wiele prostszy. Przez moment chciał odpuścić i przyznać rację wilczycy, może nawet namówić ją na wspólne spiskowanie przeciwko przyjaźni tamtej pary. Szybko jednak w jego głowie stanął obraz poranionej siostry, a w jego serce uderzyły wyrzuty sumienia. Nie mógłby zrobić jej czegoś takiego.
– To nie jest powód – stwierdził w końcu. – Możesz być wściekła, ale nie możesz jej krzywdzić.
– Zasłużyła sobie – wycedziła przez zaciśnięte zęby Elanor.
– Nie. To Morti zasłużył – stwierdził Yvar. Czuł, że jego mięśnie drgają w każdej chwili gotowe do ataku. W jego gardle cały czas narastał warkot.
– Na co?
– A jak myślisz? Raczej nie na całusa.
– To ona złamała obietnice, a nie on.
Elanor podeszła bliżej. Yvar zadarł nieznacznie głowę, żeby móc jej patrzeć w oczy i zmniejszyć dzielącą ich różnicę wzrostu.
– To on jej nigdy nie odtrącił – stwierdził samiec, mrużąc zaciekle oczy.
– Bo ona go do tego zmusza.
– Jakoś nie zauważyłem.
– Jest toksyczna. Dlatego nie zauważyłeś.
– W którym momencie zaczęłaś mówić o sobie? – zapytał Yvar i skrzywił się. To nie była najlepsza riposta na jaką wpadł.
– W żadnym – Elanor jeszcze bardziej zmniejszyła między nimi dystans. Teraz ten już prawie nie istniał. Gdyby pochyliła pyszczek odrobinę bardziej ich nosy zetknęłyby się. Na tą myśl na pysk Yvara wstąpił grymas obrzydzenia. – Owinęła sobie ciebie wokół palca. Widzę, jak na nią patrzysz. Każdy widzi.
– Zauważyłaś kiedyś jak ty patrzysz na Mortiego? – odparował. – Ja chociaż nikogo nie krzywdzę, nie zabraniam jej rozmów z innymi. Jesteś gorsza. O wiele gorsza.
Wilczyca prychnęła śmiechem. Najpaskudniejszym jaki Yvar kiedykolwiek słyszał.
– Gorsza? Czy ty widzisz samego siebie? Słyszysz, co wygadujesz? – zapytała, pomiędzy wybuchami śmiechu.
– Owszem i bardzo żałuję, że ty nie słyszysz siebie. Wytykasz mi rzeczy, które idealnie pasują do ciebie.
Śmiech nabrał na intensywności. Yvar zapragnął skoczyć do niej i zacisnąć zęby na jej szyi, żeby ten durny uśmiech zamarł na jej głupim pysku. Nie wykonał jednak żadnego ruchu. Zdał sobie sprawę, że była starsza i zapewne bardziej obeznana w walce. Musiał być ostrożny.
– Zwariowałeś.
– Możliwe. I nie obchodzi mnie to – przyznał. Nie było sensu się spierać. Sam dobrze wiedział, że całkiem zwariował na punkcie Vi. Że to, co czuł, to było coś więcej niż tylko braterska miłość. – Jedyne czego chcę, to żebyś jej nie tknęła nigdy więcej – Wyciągnął bardziej szyję i przystanął na tylnych łapkach, żeby ich oczy były na tej samej wysokości. – Czy to jasne?
Elanor nadal się śmiała. Warkot osiągnął apogeum. Jego mięśnie drżały. Krew buzowała.
– Zapamiętaj to sobie, suko – powiedział i odszedł jak gdyby nigdy nic. Za sobą cały czas słyszał śmiech wilczycy. Jeszcze nigdy nie był tak wściekły.
Po jego łbie huczała jedna myśl. Musi stać się silniejszy. Musi chronić Vi.

<c.d.n.>


Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 42 pomarańczowych⎹ 39 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 16 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków

niedziela, 2 sierpnia 2020

Od Yvara "Żywa lekcja historii" cz. 6


Początek czerwca 2026
Adora mierzyła wzrokiem wyjątkowo rozgadanych uczniów. Jej spojrzenie było równie niezadowolone jak każdego innego dnia, więc przyzwyczajone do tego szczeniaki, nawet nie zwróciły na nie uwagi. Niektóre z nich nadal rozmawiały o widmowym spektaklu, który miał miejsce na lekcji historii, inne skupiły swoją uwagę już na czymś zupełnie innym.
Yvar siedział oszołomiony. Kiedyś marzył o tym, żeby być lubianym, jednak teraz miał ochotę wejść w cień i rozpłynąć się w nim. Żałował, że to właśnie takiej mocy nie poznał. Według niego w tej sytuacji byłaby o wiele bardziej użyteczna. Szczeniaki, które za nim nie przepadały lub takie, z którymi prawie w ogóle nie rozmawiał, podchodziły do niego, próbując nawiązać rozmowę. Uważał to za dziwne. Nienaturalne.
Chciał zniknąć. Zrobić wszystko, żeby młode wilki dały mu spokój, ale te nie zrażały się. Wyjątkowo namolne były Naida, Sino i Yngvi. I jak zainteresowanie tej trzeciej wywoływało u niego uczucia graniczące z cichą euforią, tak starsze samiczki jedynie go irytowały.
– Dobierzcie się w pary!
Wykrzyczane polecenie Adory, przeleciało nad głowami szczeniaków. W jej głosie pobrzmiewała irytacja. Widocznie miała już dość rozemocjonowanej grupy, której w ogóle nie obchodziły zadawane przez nią tematy. Yvar miał wrażenie, że te słowa były pierwszymi, na które ktokolwiek zwrócił uwagę. Sam wolałby, żeby zniknęły pomiędzy rozmowami szczeniaków.
– Chcę być z tobą – stwierdziła od razu Naida, przypadając do boku Yvara. Basiorek od razu się od niej odsunął, jednak samica nie wyglądała na przejętą. – Jeśli z tobą będę, wyczarujesz mi coś?
– Nie, wyczaruje coś dla mnie! Dla mnie! – Sino tupnęła łapką, wzbijając w powietrze złotawą chmurę piachu. Yvar poczuł, że zaczyna go kręcić w nosie, ale dzielnie stłumił kichnięcie.
– Mnie lubi bardziej, więc dla mnie.
– Niby czemu ciebie?
– Bo...
– Yv – przerwała jej od razu Vi. Samczyk zabrał łapę, którą przecierał swędzący nos i spojrzał na nią uważnie. Na jej pyszczku widniał jak zwykle piękny uśmiech. – Idę zapytać Mortiego, czy będzie ze mną w parze. Powodzenia z twoim fanklubem.
Zmarszczył brwi, jednak nim zdążył ją powstrzymać lub chociaż zapytać czym był ten cały "fanklub", wilczyca pobiegła w stronę samca. Szczeniak początkowo nie wyglądał na przekonanego, lecz Vi była nieugięta. Kilka chwil później usiadła obok niego z wesołym uśmiechem na pysku, który Mortimer odwzajemnił niepewnie.
– Świetnie! W takim razie ja pójdę zapytać... Morgana! – Do głowy Yvara, dotarł pełen irytacji głos Sinope. Spojrzał na wilczycę w chwili, gdy ona obróciła pysk w stronę wspomnianego szczeniaka i zawołała: – Morgan, będziesz ze mną w parze!
Zdezorientowany szczeniak spojrzał na starszą samicę i niepewnie przytaknął. Yvar westchnął z ulgą i uśmiechnął z satysfakcją. Cieszyło go, że to właśnie Morgan będzie musiał męczyć się wraz z Sino. Wilczyca była prawdziwą definicją bycia irytującym. Nie wiedział, czemu zmieniła zdanie co do bycia w parze z nim i niespecjalnie go to obchodziło. Był zadowolony, że chociaż jeden z jego problemów rozwiązał się sam.
Spojrzał na Naidę, jednak ta nie stała obok. W którymś momencie, kiedy to swoją uwagę poświęcał siostrze, wilczyca odeszła wraz z Theo. To również sprawiło, że szczeniak odczuł ulgę. W końcu był sam. Chociaż przez moment, który dzielił go od odkrycia przez Adorę, że nie wszystkie szczeniaki zdążyły już znaleźć swoją parę.

<c.d.n.>

Zdobyto: 11 czerwonych⎹ 4 pomarańczowych⎹ 2 zielonych⎹ 25 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 6 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

>> Następna część >>

sobota, 1 sierpnia 2020

Od Lind "Nasza przeszłość, nasze sekrety i lęki" cz. 3


Listopad 2025
Nie minęło dużo czasu, nim miałam za sobą połowę drogi na drugi brzeg. Poczułam się przez to aż zbyt pewnie; postanowiłam przyspieszyć kroku i przestałam patrzeć pod nogi.
Nagle straciłam grunt pod jedną z łap. Wpadłam w przerębel aż po łokieć. Poderwałam się, przywołałam skrzydła i skoczyłam w stronę oczekującego mnie brzegu. Usłyszałam za sobą jeszcze parę trzasków cienkiego lodu. Było o krok od katastrofy...
Zatopiłam łapy w miękkim śniegu. Zdawało mi się, że wcale nie jest zimny. Otrzepałam się i niepewnie ruszyłam w głąb Śnieżnego Lasu, podziwiając tę piękną, białą scenerię. Zauważyłam, że z wielu gałęzi zwisały cienkie, połyskujące w słońcu sople. Użyłam wiatru, by kilka strącić. Wtedy usłyszałam znajomy głos młodego wilka:
– Lind! Lind!
Spośród śniegu wyłonił się Freeze. Miał szare, puszyste futerko i lekko pochyloną głowę; wszystko dokładnie takie same, jak w dniu, w którym się poznaliśmy. Ciężko dyszał, ale siły dodawała mu radość ze spotkania ze mną.
– Tu jesteś... Chodź, wujek i Babcia wszędzie cię szukają.
– Och, nie wiedziałam... Już idę! 
Natychmiast ruszyłam we wskazanym przez Freeze'a kierunku. Młodziutki wilk wyprowadził mnie na polanę przed moim domem. Ujrzałam przepiękną, znajomą scenerię. Wszystko obsypane skrzącym się, białym puchem; ogródek, dach budynku, a także rosnące nieopodal trzy sosny.
– Patrz w górę – powiedział mój kolega.
Wykonałam jego polecenie. Nad nami rozciągało się przepiękne, rozgwieżdżone niebo. Zupełnie jak w dniu, w którym poszliśmy na wieżę.
– Łał... – westchnęłam. – Ting byłby zachwycony.
– Ja nie pozwalam Strażniczce patrzeć na gwiazdy – oznajmił Freeze.
– Dlaczego?
– Bo to tylko Strażniczka. Ich zadaniem jest pilnowanie artefaktów, nie oglądanie gwiazd.
Zrobiło mi się przykro. Nie wyobrażałam sobie zabronić Tingowi oglądać nocne niebo. To by było jak... Nie wiedziałam nawet do czego przyrównać tak okrutny czyn.
– Chcesz pobawić się w śniegu? – spytał towarzyszący mi wilk.
– Tak... – odparłam, ale coś mi nie pasowało w tej propozycji. – Freeze, ty nie lubisz bawić się w śniegu.
– Szkoda... – westchnął.
Nagle dostrzegłam, że jedna z łap wilka była utworzona z lodu. 
– Freeze, ty zamarzasz! – jęknęłam przestraszona.
– Ty też zamarzniesz.
Wilk podniósł głowę; sprawiał wrażenie, jakby nagle stał się wyższy ode mnie. Wyglądał też o wiele doroślej, niż chwilę temu. Podkuliłam ogon i postawiłam kilka kroków w tył. Tymczasem Freeze kontynuował:
– Zamarzniesz. Tak samo, jak Strażnik Lasu.
Nagle moje łapy zesztywniały. Nie mogłam oderwać ich od ziemi; jakby już teraz przymarzły do podłoża.
– Wichura należała do mnie! – warknął wilk. – Ja jestem dziedzicem!
– Freeze, ja nie chciałam!
– Ale zrobiłaś to! Ukradłaś Wichurę! – wykrzyknął.
Stanął na tylnych łapach, a lód zaczął wspinać się po jego łapie na tors. Już po chwili porywał idealnie połowę ciała Freeze'a.
– Gdzie jest Wichura? – wycedził przez zęby.
Otworzyłam pysk, chciałam wykrzyczeć odpowiedź, ale głos niknął w moim gardle. Nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Freeze warknął głośno i popchnął mnie. Zaczęłam spadać, ale nie mogłam się obrócić, by zobaczyć dokąd zmierzam. Cały świat zawirował; rozgwieżdżone niebo wyglądało, jakby teraz znajdowało się pode mną.
Po chwili uderzyłam grzbietem w lodowatą taflę wody. Szumiące fale pochłonęły mnie całą. Sylwetka Freeze'a zaczynała znikać. W uszach dudnił mi szum rzeki. Traciłam oddech, próbowałam krzyczeć, poruszyć się, zrobić cokolwiek. Wciąż bezskutecznie.
Opadałam coraz głębiej; być może znalazłam się już blisko dna. Nagle pośród ciemności dostrzegłam czerwony połysk. Nieopodal mnie leżał rubin, którym kiedyś Ting otworzył skrytkę zawierającą Wichurę. Drogi kamień przecinała głęboka szrama. Wówczas odzyskałam na chwilę władzę w łapach. Wykorzystałam tę okazję, by dosięgnąć rubinu. Jednak kiedy tylko moje pazury musnęły kamień, ten rozpadł się na drobne kawałki. Wszystkie lśniące, czerwone odłamki zabrał prąd rzeki.
Przepadło.
Znów zesztywniałam. Nadal nie mogłam wziąć wdechu, robiło mi się ciemno przed oczami. Dryfowałam pod wodą, powoli traciłam orientację, gdzie jest góra a gdzie dół. Czekałam co będzie dalej. A "dalej" nie nadchodziło.
***
Wreszcie otworzyłam oczy. Mogłam oddychać, mogłam się poruszać. A co ważniejsze, byłam na lądzie. Zamrugałam i podniosłam głowę. Kawałek dalej siedział Ting, jeszcze dalej Baldor. Obaj odwróceni do mnie plecami i zajęci własnymi sprawami.
Rozejrzałam się. Dostrzegłam, że moja torba była otwarta. Kilka magicznych przedmiotów leżało na piasku; w tym również Medalion Wizji. Ten wisiorek znajdował się najbliżej mnie.
Ciekawe, czy mógł jakoś wpłynąć na to, co mi się przyśniło. Ciekawe, czy przez sen nie założyłam go na szyję. Babcia mówiła mi, że kiedy byłam młodsza, kilka razy widziała, jak lunatykuję. A jeśli ten zwyczaj po latach powrócił?
Zgarnęłam swój dobytek z powrotem do torby. Nadal była noc, ale nie chciałam wracać od razu do spania; czułam, że po takim koszmarze muszę najpierw dojść do siebie. Chociaż wiedziałam, że żadna z tych rzeczy nie wydarzyła się naprawdę, niepokój pozostał.
Spróbowałam prześledzić całą "fabułę snu", ale nie było to takie proste. Już po paru minutach nie miałam pewności co do kolejności zdarzeń. Jednak nadal wyraźnie pamiętałam, że widziałam Freeze'a, a potem tonęłam. Dotknęłam swojej blizny na karku. Zyskałam ją w dniu, w którym faktycznie o mało nie zginęłam w ten sposób. 
O ironio... tamtego dnia uratował mnie właśnie Freeze.
– Dlaczego nie śpisz, Pierzasta? – usłyszałam głos jednego z odmieńców. Tym razem pytanie zadał Baldor. Było to dość dziwne; zwykle mało interesowało go, co się ze mną dzieje.
Podniosłam wzrok na moich towarzyszy. Obaj spoglądali w moim kierunku.
– Miałam zły sen, to wszystko...
– Co to znaczy? – zdziwił się kolczasty gigant. 
Dopiero po chwili skojarzyłam, że Strażnicy nie śnią. Z Tingiem już nie raz omawiałam ten temat, ale to było jeszcze zanim znaleźliśmy Baldora.
– To... koszmar – mruknęłam. Nie umiałam zebrać myśli, by znaleźć lepszą definicję. Spojrzałam na Strażnika Wichury, licząc, że pomoże mi w wyjaśnieniach.
– Nocne wizje nie zawsze są przyjemne... – oznajmił Ting. – Zwłaszcza, jeśli ten śpiący ma jakieś poważne zmartwienie – Złote oczy skierowały się moją osobę. Westchnęłam ciężko.
– Dobrze, że tym razem nie odwiedził nas Tantibus... – skwitowałam, wymuszając lekki uśmiech. Nie odwróciło to uwagi mojego towarzysza od poruszonego problemu.
– Do wschodu jeszcze daleko... – zaznaczył.
– Dlatego pójdę dalej spać – odparłam i położyłam się z powrotem na piasku. Liczyłam, że taka odpowiedź pozwoli mi wymigać się od jakichkolwiek wyjaśnień.
Bolało mnie, że nie mogłam wyjaśnić Tingowi, co mnie gryzie. Chętnie powiedziałabym mu o tym, że wciąż nurtuje mnie, ile czasu minęło od tamtego grudnia w Białym Królestwie. Byłoby mi o wiele lżej, gdybym powiedziała Tingowi, jak bardzo boję się myśli, że Freeze już wie, gdzie jestem.
Podniosłam oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Przepiękna, granatowa kopuła posypana miliardem ciał niebieskich... W pewnym momencie sklepienie przeciął ogon spadającej gwiazdy. Przypomniałam sobie, że kiedyś zaobserwowałam z Freeze'm to samo zjawisko. Wtedy zażyczyłam sobie, by wkrótce znów go zobaczyć.
Kolejny chichot losu. Gdyby gwiazdy naprawdę spełniały życzenia, dziś poprosiłabym o coś zupełnie odwrotnego.

<C. D. N.> 

Uwagi: brak.

Zdobyto: 54 czerwonych⎹ 64 pomarańczowych⎹ 20 zielonych⎹ 42 niebieskich⎹ 32 granatowych⎹ 21 fioletowych⎹ 24 różowych odłamków


Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 1

Czerwiec 2026
Otworzyłem pyszczek w niemym zachwycie. Białe Królestwo już od samego wjazdu zachwycało swoim ogromem. W niczym nie przypominało prostych szałasów, które starsze szczeniaki budowały kiedyś na lekcji logiki, gdy ja sam byłem jeszcze maluchem. Budynki zrobione były z drewna, szarych kamieni i czerwonych prostokątów, które Kai nazywał cegłami. Budowle otaczały mnie ze wszystkich stron, przypominając jak mali i nieznaczący byliśmy. To specyficzne uczucie bezwartościowości oraz dziwnego niepokoju przypominało mi chwilę, gdy po raz pierwszy zapuściłem się nieco głębiej w dżunglę na jednej z lekcji. Wtedy wokół mnie widniały grube i zzieleniałe pnie drzew oraz monstrualne krzewy, które wabiły ciekawskie szczeniaki swoją wręcz przytłaczającą gamą kolorów. Teraz ich miejsce zajęły różne odcienie szarości i brązu oraz kolor cegieł. Uśmiechnąłem się smutno. Białe Miasto, chociaż piękne, było niemal pozbawione cudownej roślinności, którą znałem z domu. Jedyne co znalazłem to cienkie drzewka o malutkich liściach, niczym nie przypominających wielkich palmowych koron. W tych kwestiach legendarne miasto nigdy nie miało szans na dorównanie mojej małej ojczyźnie. Myśl ta niosła jakieś dziwne ukojenie i ciepło wprost do mojego serca.
Miałem ochotę obejrzeć każdy kąt, zwiedzić wszystkie ważne miejsca. Musiałem powstrzymywać się przed radosnym podskakiwaniem; nie chciałem zrobić złego wrażenia na tych wszystkich nieznajomych. W końcu wśród nich mogli być moi przyszli przyjaciele na czas tych krótkich "wakacji", jak to określił Magnus – szarawy wilkołak, z którym kolegowała się mama. Według niego wakacje były czasem, kiedy ludzkie dzieci miały wolne od szkoły. Trwały prawie całe lato, co dość dobrze oddawało długość naszej podróży do Białego Królestwa.
– Tato, a kiedy pójdziemy zwiedzać? Słyszałem, że tutaj mają całą wielką bibliotekę! Tam musi być mnóstwo książek. Proszę, pójdźmy tam! – powiedziałem, szturchając łapką tatę. Ostatnio sporo urosłem i teraz nasze barki dzieliła jedynie odległość dużego kraba.
– Najpierw musimy coś zjeść – odparł tata, uśmiechając się lekko.
– Dobrze prawisz, Jednooki. Jak myślicie, gdzie znajdę kilka dobrych robaków? – wtrącił Ting, po czym zmierzył mnie niezadowolonym spojrzeniem. Skuliłem się pod jego naporem. – Nie wybaczę ci, Mały, że nie zabrałeś naszego wabiku. Miałeś tylko jedno zadanie. Jedno!
– Przepraszam. Nie zrobiłem przecież tego specjalnie! – powtórzyłem już niemal stałą formułkę. Odmieniec wypominał mi to nieustannie od momentu, kiedy tylko zauważył brak swojej śmierdzącej zupy.
– Daj mu spokój, Ting – W mojej obronie stanęła mama. – Morgan nie jest twoim chłopcem na wysyłki.
– Dobra, w takim razie znajdźcie mi coś innego do jedzenia. Czekam.
Byłem pewien, że gdyby nie ciągły marsz, odmieniec skrzyżowałby ręce na podkreślenie swoich słów. Podkuliłem ogon i opuściłem uszy. Kątem oka zauważyłem, że tata również położył je po sobie.
– Nałapię ci ciem, kiedy zaczną się gromadzić przy lampach – zaproponował.
– Hm... W końcu ktoś ma tu dobry plan.
– Pójdziemy do karczmy Elvina?
Spojrzałem zaintrygowany na mamę.
– Kto to Elvina? I co to karczma?
– Elvin – poprawiła mnie z uśmiechem wilczyca. – Karczma to miejsce, gdzie można kupić i zjeść bardzo dobre rzeczy oraz spędzić noc. Elvin to... Nasz znajomy, partner Cess – Wskazała na samicę z wielkim i dziwnym ogonem, która coraz bardziej wychodziła na przód. Pomyślałem, że pewnie nie mogła doczekać się spotkania z tym całym Elvinem. – Nocowaliśmy u niego, kiedy byliśmy tutaj pierwszy raz.
– Teraz też będziemy – zauważył tata.
Mama spojrzała na niego zaskoczona. Marszczyła brwi.
– Skąd wiesz?
Basior wzruszył ramionami.
– Hitam mówił. Nie słyszałaś?
Pokręciła głową. Patrzyłem na przemian na rodziców. Reszta drogi minęła nam na raczej mało zobowiązujących rozmowach. Nie mogłem się doczekać momentu, w którym zobaczę z bliska tę całą karczmę Elvina oraz samego Elvina oczywiście. Niestety z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej dokuczało mi wszechobecne zimno oraz zmęczenie przydługą podróżą. Nigdy wcześniej nie leciałem na smokach. Było to niezwykle stresujące przeżycie, które miało zostać w mej pamięci na zawsze. Prawdopodobnie piszczałbym ze strachu przez cały lot, gdyby nie uspokajająca obecność moich rodziców. Uśmiechnąłem się lekko, zerkając na nich. Mama rozmawiała o czymś z Tingiem, a tata raz na jakiś czas dorzucał własną uwagę.
– Morgan, nie zostawaj w tyle – powiedziała nagle mama, obracając łeb w moim kierunku.
Zdałem sobie sprawę, że w którejś chwili znacznie zwolniłem i teraz dzieliła nas spora odległość. Spróbowałem nadgonić, ignorując bolące mięśnie.
– Jesteś zmęczony? – zapytał tata. W jego głosie wybrzmiewało jak zwykle zmartwienie. – Myślę, że powinniśmy przełożyć zwiedzanie na jutro. Dzisiaj odpoczniemy.
– Nie, tato! Mam bardzo dużo siły! – zawołałem, szybko zrównując się z nimi.
– Wyglądasz na wyczerpanego.
– Ale nie jestem.
Spojrzałem błagalnie na mamę i Tinga, licząc, że mnie poprą. Na Baldora nie miałem co liczyć – kolczasty olbrzym prawie w ogóle się nie odzywał, niezależnie od sytuacji. Jeśli miałbym być szczery, nierzadko w ogóle zapominałem o jego obecności.
– Tata ma rację. Jutro zwiedzimy o wiele więcej i dokładniej. Chciałbyś przerywać w połowie?
– No... Nie – przyznałem niechętnie. – Ale obiecujecie, że pójdziemy jutro?
– Od razu po zajęciach – odpowiedział poważnie tata, a mama skinęła głową.
Zamerdałem ogonkiem i przytaknąłem. Nie miałem zamiaru się kłócić. Mimo wszystko byłem jednak troszeczkę zmęczony. Jedzenie i sen z pewnością by mi nie zaszkodziły...
***
Kolejnego dnia siedziałem znudzony na lekcjach, wyczekując ich końca. Nawet wilcza historia nigdy nie dłużyła mi się bardziej. Zwykle interesujące fakty tego dnia nie docierały do mojej głowy, a każda chwila trwała nieskończoność. Pan Kai opowiadał nam o jakimś starym myślicielu zrodzonym właśnie w Białym Królestwie. Co ciekawe nie był on wilkiem, a lisem – szczupłym i drobnym stworzeniem o rudym futerku. Próbowałem sobie przypomnieć, czy widziałem już takiego w czasie naszej podróży do karczmy, ale widocznie byłem zbyt zmęczony, by zwrócić na to uwagę. W związku z tym, kiedy o nim opowiadał, przed oczami widziałem mamę Yvara i Yngvi. Ona była ruda i mała – mniejsza nawet ode mnie!
– Odili nierzadko krytykował władzę w swoich pismach. Nie spodobało się to królowi, który zdecydował o egzekucji filozofa – opowiadał pan Kai. Podniosłem głowę, którą dotychczas opierałem na łapkach, z nagłym zainteresowaniem.
– Egzekucji? – powtórzyłem. To słowo przywodziło mi na myśl coś okropnego, ale nie byłem pewien co.
– Morderstwa – odpowiedział jakiś szczeniak. Nie zwróciłem zbytniej uwagi, kto to był zbyt przerażony tym słowem.
– Tak... Niegdyś egzekucje były czymś powszechnym w Białym Mieście – wyjaśnił Kai.
Zadrżałem.
– Ale... Już nie są, prawda?
Nauczyciel pokręcił powoli głową.
– Nie sądzę. Jak wiecie nastąpiła zmiana władzy. Białe Królestwo jest teraz nieco bardziej... – przerwał na moment. – Przyjazne.
Próbowałem opanować drżenie łap. Tak bardzo żałowałem, że Eunice i Kaiju nie polecieli ze mną. Sama ich obecność była niczym balsam. Przynosili ukojenie podobne do tego, które roztaczali rodzice...

<c.d.n.>

Zdobyto: 45 czerwonych⎹ 80 pomarańczowych⎹ 33 zielonych⎹ 67 niebieskich⎹ 54 granatowych⎹ 44 fioletowych⎹ 14 różowych odłamków