niedziela, 6 września 2020

Od Crane'a "Książka sama opowie historię" cz. 2


Czerwiec 2026
– "Po... te... m... Potem..." – Zmrużyłem oczy, przyglądając się kolejnemu słowu. – "ta... n... tań... c... z..."
– "Cz" – poprawiła mnie Lind. – To dwuznak.
Przerwałem czytanie. Nadal nie potrafiłem od razu ich rozpoznawać.
– Jeszcze raz – zachęciła wadera.
– "Tań... cz... y... ła..."
– "Potem tańczyła do samego rana." – dopełnił Morgan.
Spojrzałem na szczeniaka, potem na Lind. Jak oni robili to tak szybko? Zacząłem znów wodzić wzrokiem po tekście. Wypatrzyłem, gdzie była kończąca to zdanie kropka. Jak Morgan odszyfrował aż tyle tekstu w mniej niż sekundę?
– Chyba robię coś nie tak... – Wyprostowałem się znad książki.
– Hm... Myślę, że za bardzo skupiasz się na każdej z liter z osobna – mruknęła Lind. – Pamiętaj, że tworzą całość. Obejmij wzrokiem cały wyraz. Albo przynajmniej całą sylabę.
Przyjrzałem się znów początkowi zdania. "Po... te... m." Przecież znam to słowo.
Morgan podniósł kartkę, na której stanęliśmy. Chwilę kontemplował nad treścią kolejnej strony.
– To smutne... Oni naprawdę się kochali... – westchnął. – Czytałem to wcześniej.
– Jak byłam młodsza lubiłam sobie wyobrażać, że coś jeszcze się stało po zakończeniu książki – oznajmiła Lind. – Zwłaszcza jeśli zakończenie było przygnębiające.
– Aż tak lubisz szczęśliwe zakończenia? – spytałem.
– Wiesz, historia często opiera się na konflikcie. Więc po tym wszystkim bohaterowie chyba zasługują na coś więcej, niż... no wiecie...
– Kaiju kiedyś mówił, że nic nigdy w życiu się nie ułoży idealnie... "Bo takie jest życie"– powiedział Morgan.
– Nie mówię o idealnym zakończeniu, mój drogi – zaznaczyła Lind. – Ale chociaż trochę optymistycznym.
– Czy w takim razie uczenie odbiorcy, że zawsze wszystko się ułoży, nie jest złe? Jeśli życie jest całkiem inne?
– Morgan, życie nie musi być inne – powiedziała z naciskiem Lind. – Kaiju gada głupoty. A nadzieja, że będzie lepiej, niż jest, zawsze jest potrzebna.
– Ale samemu też trzeba na to pracować – podkreśliłem. – Samo nie przyjdzie.
Lind pokiwała głową.
– Dlatego tu jesteśmy – mruknęła po chwili.
Poczułem lekko nasilający się w niej strach. Znów myślała o Władcy Burzy. Przysunąłem się do wadery i położyłem swoją łapę na jej. Wiedziałem, że walczyła, by nadal nie dać nic po sobie poznać. Na upust emocji pozwalała sobie tylko, kiedy byliśmy sami. Wprawiało mnie to w podziw.
– Czytamy dalej? – spytał Morgan.
– Szukać czegoś z większymi literami? – zaproponowała Lind.
– Nie, to wystarczy – Nachyliłem się nad książką. Nie mogłem jednak znaleźć zdania, które wcześniej rozszyfrowywałem. Z pomocą przyszedł mi Morgan:
– Byliśmy tutaj – Wskazał pazurem odpowiednią linijkę. – "...do samego rana."
– "Rana..." – Wszędzie jest to "a". Nigdy nie zwracałem na to uwagi podczas mówienia. – "Po... sta... no... wi... ła... – czytałem dalej. – Za... ta... ń... c... cz... y... ć...
– "Zatańczyć jesz... " – Morgan znów wyrywał się do kończenia za mnie, ale powstrzymała go przed tym Lind. Zauważyła, że niezbyt mi to pomaga.
– "Postanowiła... zatańczyć... jes...sz.. cz... e... jeszcze... raz... Postanowiła zatańczyć jeszcze raz" – Uśmiechnąłem się szeroko, widząc, że wreszcie dotarłem do końca akapitu.
– Dobrze ci idzie – Wadera pokiwała głową.
***
Każde słowo pisane wyglądało dla mnie niegdyś tak samo. Odnosiłem wrażenie, że jeden wyraz nie ma nic wspólnego z innym. Jednak one wszystkie składają się z liter. A te odpowiednio zestawione tworzą dźwięki; tym samym naśladują mowę. Mogą coś przekazać, bez wydawania żadnego odgłosu. To naprawdę niezwykłe.
Wreszcie nadszedł wieczór, w którym pewnie sięgnąłem po książkę, którą zaczął mi czytać Morgan. Zacząłem od początku, by przypomnieć sobie wszystkie ważne detale. Wkrótce odkryłem, że to nie było już jak słuchanie odległej opowiastki; całkiem odrębnej od mojego życia. Tym razem ja sam odkrywałem tę opowieść, stawałem się częścią fikcyjnego świata. Niemal słyszałem każde słowo bohatera.
Straciłem poczucie czasu. Zapomniałem o wszystkim.
Z drukowanej rzeczywistości wyrwało mnie chrząknięcie Lind. Zmaterializowała się w drzwiach mojego pokoju.
– Powiedziałeś, że mam na ciebie czekać.
– Uch, przepraszam – Czym prędzej zamknąłem książkę i zeskoczyłem z łóżka. – Po prostu...
– Czytałeś? – spytała Lind, spoglądając w głąb pokoju. Na jej pyszczku pojawił się uśmiech.
– Tak...
– Jeśli nie chcesz... możesz dziś odpuścić – Lind wycofała się z progu. – Pewnie już dam sobie radę z tymi koszmarami... Może nie wrócą.
– Nie, na to nie pozwalam – Podszedłem do niej bliżej. – Widziałam dziś czającego się za oknem Tantibusa. One zawsze wracają. Za dużo czasu spędziłem obserwując je.

Uwagi: brak.

Od Morgana "Upadek autorytetu"

Lipiec 2026
– Spójrzcie – Pani Adora wyciągnęła łapę i wskazała na blednący z każdą chwilą księżyc. Był dopiero ranek i ten wisiał na wyjątkowo błękitnym tego dnia niebie. Zawsze uważałem, że o tej porze wyglądał jeszcze ładniej niż w środku nocy, gdy raził białym światłem. – Czy ktoś może mi powiedzieć, dlaczego Księżyc święci?
Ktoś za moimi plecami westchnął przeciągle, z wyraźnym zrezygnowaniem. Nauczycielka przez kilka ostatnich dni nawet nie wspominała o kosmosie. Kilka szczeniaków miało płonne nadzieje, że porzuciła ten temat na zawsze lub przynajmniej do końca naszego pobytu w Białym Królestwie. Wszystko przez latarnie, których tak nie znosiła wilczyca, a które doprowadziły do tego, że zacząłem zgłębiać na własną rękę tematy dotyczące gwiazd czy planet. A z kolei dzięki temu znałem odpowiedź na to pytanie.
Uniosłem łapkę i bez zastanowienia powiedziałem:
– Odbija światło Słońca.
Samica zmroziła mnie spojrzeniem. Jej pozbawione źrenic oczy wyglądały naprawdę przerażająco w takich chwilach. Położyłem po sobie uszy, zdając sobie sprawę z mojego błędu; całkiem zapomniałem o tym, że nauczycielka zarządziła, że nikt nie może się odezwać bez udzielenia przez nią głosu. Nikt z nas nie spodziewał się, że wilczyca będzie w tej kwestii tak surowa oraz tak długo –bo już kilka dni – trzymać się swojego postanowienia.
Pani Adora udała, że mnie nie zauważyła. Rozglądała się po grupie uczniów. Widząc, że nikt inny nie ma ochoty odpowiedzieć, spojrzała na mnie i dała znak, bym powtórzył swoje słowa. Bezzwłocznie to zrobiłem.
Wilczyca zaśmiała się sucho.
– A cóż to za durnowaty pomysł? W życiu nie słyszałam czegoś głupszego.
Zamarłem, mrużąc oczy. Moje serce zabolało przez tak okropną reakcję.
– Przeczytałem o tym w książkach... Ostatnio trochę sam zgłębiałem tajemnice kosmosu – przyznałem niepewnie.
– Widocznie nie wystarczająco dobrze – cmoknęła lekceważąco. – Oczywistym jest, że Księżyc świeci własnym światłem. Odpowiedzią na moją pytanie jest: żeby było jasno w nocy.
– Ale...
Wilczyca uciszyła mnie ruchem łapy.
– Co to były za książki?
Przestąpiłem z prawych łap na lewe i z powrotem, zagryzając polik. Nie byłem pewien, czy powinien w ogóle powinien się odzywać. Pani Adora szybko pozbawiła mnie wątpliwości, ponawiając swoje pytanie.
– Różne... Teraz nie pamiętam tytułów. Bibliotekarz powiedział, że są wiarygodne...
– Widocznie nie były – ucięła wilczyca. – W życiu nie słyszałem większej głupoty.
Na jej słowa spuściłem głowę. Czułem na sobie spojrzenia pozostałych szczeniaków. Nikt nic nie powiedział. Adora przez chwilę milczała, by potem zacząć prowadzić normalną lekcję. Nie uniosłem łapki już ani razu. Zbyt bardzo bałem się kolejnego upokorzenia.
Raz po raz wzdychałem cichutko. Cały czas bolała mnie jej reakcja, tym bardziej, że dobrze wiedziałem jedną rzecz; to ona gadała głupoty. Świadczyło o tym zbyt wiele różnych źródeł, które zgłębiałem od tygodni. I nie chodziło jedynie o sprawę święcącego Księżyca, a wiele innych, które dotychczas ignorowałem ze wszystkich sił.
Tamtego dnia zacząłem zwracać na nie uwagę, co doprowadziło do mojego dołączenia do grona szczeniaków, które przestały wierzyć w zdolności Adory. I z jakiegoś powodu nie żałowałem ani przez moment.

sobota, 5 września 2020

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 8


Lipiec 2026
– Przepraszam za tę chwilę zwłoki – powiedział pan Gerrant, kiedy do nas wrócił. – Jak już wcześniej mówiłem, dzisiaj także chciałbym zapoznać was z teorią. Pomimo tego, tak aby tradycji stało się zadość, zapytam: czy ktoś odkrył jakąś moc w ciągu ostatniej doby?
Od razu podniosłem rękę. 
– Tak, Morganie?
– Zdarłem sobie skórę na dłoniach i ta w ciągu kilku minut odrosła. Nie ma po tym nawet śladu – powiedziałem i na dowód tego pokazałem wszystkim miejsce, które wczoraj obdarłem. – Jak pan sądzi, co to może być za żywioł?
Pan Gerrant podszedł i dokładnie przyjrzał się wewnętrznej części moich dłoni. Nawet dotknął jej swoją łapą. Miał twarde i szorstkie poduszeczki.
– Podejrzewam jakiś żywioł związany z życiem... Bądź samo w sobie życie. Czasem powoduje ono wyższą odporność oraz szybsze gojenie ran – odparł po zastanowieniu. – Nie możemy jednak wykluczyć również czasu. Możliwe, że jedynie przyspieszyłeś czas dla swojego ciała.
– W takim razie jestem teraz starszy? – zapytałem, nerwowo zerkając na dłonie i skąpe włosy na rękach. Szukałem oznak siwizny; słyszałem, że dotyka ona starszych i jest szczególnie widoczna u ludzi. Sierść była jaśniutka, ale bynajmniej nie biała. – Nie czuję się starszy.
Nauczyciel uśmiechnął się.
– Skądże. Jeżeli użyłeś żywiołu czasu, to prawdopodobnie dotknęło to jedynie twoich dłoni. Skoro tonie było celowe, przypadkowo możesz to cofnąć.
– Czy będzie mieć wtedy ranę? – zapytał Priam. – Będzie się lać krew?
Spojrzałem przerażony na malca. Skąd on brał tak okropne pomysły?!
– Nie.
Odetchnąłem z ulgą i spojrzałem z wdzięcznością na nauczyciela. Nie wyglądał na przekonanego. Moje serce zabiło szybciej ze strachu. Pan Gerrant to zauważył i uśmiechnął się delikatnie, próbując mnie uspokoić. Nie wyszło mu to najlepiej.
Nauczyciel westchnął i zdecydował się na prowadzenie zaplanowanej lekcji. Opowiadał o mocach mieszanych, które podlegały nierzadko pod różne żywioły. Słuchałem tego, nieustannie spoglądając na swoją ludzką dłoń. Miałem nadzieję, że moim żywiołem będzie życie. Nie chciałem przypadkowo odtwarzać wszystkich swoich nieumyślnie wyleczonych ranek. 
– Jaka moc mogłaby być mieszana? – zapytał Gerrant.
Przekrzywiłem głowę w zamyśleniu. Nie miałem żadnego pomysłu z wyjątkiem tego gojenia ran. Denerwowało mnie to rozkojarzenie, które prześladowało mnie odkąd przylecieliśmy do Białego Królestwa. Miałem nadzieję, że to zniknie. Nie lubiłem nie wiedzieć, ani nie mieć pomysłów!
– No dalej, to nie jest takie trudne.
– Chyba dla pana – mruknął ktoś za moimi plecami na tyle cicho, by nikt nie usłyszał. Szczeniakowi odpowiedział czyiś tłumiony chichot.
Basior westchnął.
– Jesteście dzisiaj wyjątkowo cicho – stwierdził na głos, rozglądając się po kolei po uczniach. Odniosłem wrażenie, że przy mnie zatrzymał wzrok na dłużej. Próbowałem położyć po sobie uszy, ale okazało się, że w ludzkiej formie jest to niemożliwe. W ogóle nie mogłem nimi ruszać. To było tak... nienormalne i ograniczające! – Przykładem mocy mieszanej jest chociażby wywoływanie deszczu. Potrafią to zarówno wilki z żywiołem wody, jak i te obdarzone mocami związanymi z pogodą. Tak samo kosmos lub księżyc może wpływać na przypływy i odpływy wody.
– O nie, tylko nie kosmos – jęknął Arion. Dobrze wiedziałem, że był synem pani Adory. Wyszczerzyłem zęby, domyślając się, skąd taka reakcja.
– Nie mówcie mamie – Pan Gerrant puścił oczko swoim szczeniakom, którzy pokiwali głowami.
– Spróbowaliby – stwierdził Priam.
Nauczyciel parsknął rozbawiony. Nie rozumiałem, co było w tym takiego zabawnego; ja szczerze obawiałem się tego szczeniaka, chociaż byłem od niego o wiele starszy i zapewne silniejszy. Nie odezwałem się jednak i pozwoliłem toczyć rozmowie dalej. Moją głowę zaprzątało coś całkiem innego i wprost nie mogłem doczekać się końca lekcji, by zapytać oto nauczyciela.
Miałem tylko nadzieję, że mrowienie wzywającego do przemiany ciała mi na to pozwoli.

<c.d.n.>

piątek, 4 września 2020

Od Scotta "I zmuszacie bestię, by obnażyła ona swoje kły" cz. 1 (cd. chętny)

Kwiecień 2027
Kulił się za każdym razem, gdy tylko ciszę ciął huk wystrzału. Słyszał ujadanie tropiących psów - musiały już złapać jego ślad. Nie był bezpieczny w tych krzakach. Powoli z nich wyszedł, by nie narobić zbyt wiele hałasu. Rozglądał się wokoło - nie widział w pobliżu nikogo, ale słyszał doskonale, że zbliżali się. 
Łowcy. Oni już go skazali za to morderstwo, na które nigdy by się nie odważył. Gdyby wtedy się przemienił, nie leżałby w łóżku. No bo kto by go do niego położył, jeżeliby wszystkich pozabijał? Vena? Jej nigdzie nie było. 
Scott skarcił się za tę myśl, ale... Czy to ona mogła to zrobić? Po chwili ją odrzucił. Ona zawsze panowała nad swoją wilczą stroną, czego o sobie nie mógł powiedzieć on. To nie jego musieli zamykać za każdym razem, gdy zmieniał się... W co? Nie mógł nazywać się wilkiem - one potrafią zapanować nad swoimi instynktami. On natomiast szalał, dosłownie. 
- Tu jest! - usłyszał. 
- Szlag - szepnął, zrywając się do biegu. 
Nigdy nie miał najlepszej kondycji, jednak adrenalina zawsze wyciskała z człowieka każdą cząstkę jego siły, by tylko przetrwać. "Jednak, pamiętaj Scott - ty nigdy nie byłeś człowiekiem. Jesteś... bestią". 
Nie przebiegł najdłuższego dystansu - chwilę później w zasadzie widział, jak doganiają go psy, następnie mógł dostrzec coraz to wyraźniejsze sylwetki ludzi. "Nie, Scott. Oni nie są ludźmi, to Łowcy". 
To musiało się zdarzyć - nie zauważył wystającego z ziemi korzenia, zamaskowanego przez mech. Zahaczył o niego stopą, wtedy jako pierwsze dopadły go psy. 
Wilczury - przynajmniej trzy - zaczęły go szarpać z każdej strony. Chłopak zaczął wrzeszczeć, szamotać, próbował uwolnić się, zrzucić z siebie przygwożdżające go do ziemi cielska. 
- Scott Reckless. Wilkołak - przemówił ktoś.
Łowca. Przyszedł po niego. W lewej ręce miał sztylet, w prawej zaś kuszę. Celował idealnie między oczy młodego Recklessa.
- Zostałeś skazany na śmierć przez Łowców. Wyrok zostaje wykonany tu i teraz. - powiedział. Psy z niego zeszły, Scott jednak wciąż leżał, jakby pętało go samo spojrzenie kata. Co powinien zrobić? Czy miał prawo do ostatniego słowa? 
- Nie zabiłem... - szepnął. 
- Zabiłeś. - odparł spokojnie Łowca. - Ty i twoja siostra w ten sposób odpłaciliście się za schronienie, jakiego udzielili wam Ville Reckless i Marion Larossa! 
Użył panieńskiego nazwiska matki. To było... dziwne. Odkąd pamiętał, każdy zwracał się do niej per pani Reckless. Marion. Mari... Mamo. 
- Twoja siostra była mądrzejsza - kontynuował spokojnie, niewzruszony łzami, które zaczęły płynąć po policzkach Scotta. - Na co czekałeś? Czemu zwlekałeś? Ruszyło cię sumienie? Wiedzieliśmy, że... 
Nie dokończył. Oczy Scotta błysnęły, w świat poszła fala uderzeniowa - odrzuciła psy i człowieka. Nim zdążyli się otrząsnąć, ten biegł już dalej. Kumulował kolejne pociski z energii i strzelał nimi na oślep, próbując jakkolwiek spowolnić swój ogon. Powietrze ciął świst strzał, mieszając się z hukiem broni palnej. Musiał coś zrobić, coś wykombinować, przecież był niewinny... Ale musiał uciekać. Nikt mu nie wierzył. Musiał... 
Musiał znaleźć Venę. Może wiedziała. Może ona byłaby w stanie oczyścić jego imię! 
Następna kula energii poszybowała do przodu, zderzyła się z drzewem - temu jednak nic się nie stało, natomiast otworzył się błękitnofioletowy portal. Miał do niego trzydzieści... dwadzieścia metrów. Ach, czemu musiało to trafić tak daleko!? 
Kolejny strzał - i ból w lewej nodze. Scott upadł metr przed portalem, zamroczony promieniującym w lewej nodze bólem. Na co zdała się ta jego fala uderzeniowa, skoro i tak miał zginąć? Teraz przedstawiało się to jeszcze gorzej, gdy był tak blisko... 
Pies zaczął go szarpać za nogawkę postrzelonej nogi. Scott wrzeszczał, próbował kopać na oślep zdrową kończyną, ale nie mógł. Brakowało mu sił, by stworzyć kolejną kulę z energii, dlaczego nie stworzył wtedy pola siłowego, zamiast bawić się w odrzucanie. Mógł ich załatwić! 
Ale i jednocześnie nie potrafił. Nie był bestią. 
Bestia... 
Łowca już niemal nad nim stał, pochylał się ze sztyletem, portal natomiast powoli się zamykał. Wystarczyło, by go dotknął, ten go wessie! Dusił krzyk, próbując zbliżyć się do ucieczki. Już był tak blisko! I kiedy dotknął portalu, poczuł kolejną, jeszcze ostrzejszą dawkę bólu. Łowca zadał mu cios, ostrze przesunęło się po jego bliźnie, gdy wciągało go przejście. 
Lądowanie nie było przyjemne. Po wylocie z portalu, przekoziołkował się kilka metrów. Za nim zaraz wyskoczył łowca, gdzieś zgubił swoją kuszę. To nie on oddał ten strzał. Przejście się zamknęło. Krew moczyła nogawkę spodni i przesiąkał już przez bluzę. 
- To tu się chowa druga bestia? - zaczął pytać Łowca - Tu się chowacie? 
Scott pokręcił głową - z ledwością. Czuł, jak oczy zaczynają się powoli zamykać. Zasypiał? Umierał? Nie wiedział. 
- Nie zabiłem rodziców... - zdążył szepnąć. Wzrok zaczął się rozmazywać. Widział niewyraźną postać, coś nagle skoczyło na jego kata. Poczuł coś mokrego przy swojej twarzy... A później nie było już nic.

<ktoś chętny wybawić księżniczkę z opresji? ^^>

Uwagi: Brak daty. Wolałabym, żebyś wysyłała mi tekst bezpośrednio skopiowany do wiadomości. Z załącznika psują się akapity i jestem zmuszona domyśleć się, gdzie powinny być (bo w podglądzie pliku też nie zawsze to widać dobrze). Powtórzenia. 

>> Następna część >>

Od Morgana "Szczeniak w wielkim mieście" cz. 7


Lipiec 2026
Od tego czasu zaczęliśmy przeliczać w taki sposób; mama podawała mi dziwne i skomplikowane liczby, a ja próbowałem odnaleźć ich s u m ę. Z czasem do tego doszła jeszcze r ó ż n i c a, co oznaczało odejmowanie. 
– To trochę jak to całe dodawanie... Ale na odwrót – zauważyłem, kiedy mama mi je wytłumaczyła.
– Masz rację, Morgan. A teraz spróbuj mi odjąć czternaście od dwudziestu jeden – odpowiedziała.
I odejmowałem, dodawałem, aż mój mózg zaczął pulsować, domagając się przerwy. Miałem wrażenie, że wystarczy jeszcze chwila, żeby ten zmienił swą postać na płynną. Nie poddawałem się jednak i dzielnie próbowałem dalej, popełniając coraz więcej błędów. Było to niezmiernie irytujące.
Kiedy po raz... Chyba czwarty pomyliłem liczby zakończone na "-naście" z tymi z "-dzieścia", mama zaproponowała zakończenie nauki. Początkowo nie chciałem się zgodzić, ale kłótnia była bezcelowa; byłem zbyt zmęczony. 
Odłożyłem liczydło na miejsce, przesuwając po raz ostatni kolorowe koraliki. Miałem nadzieję, że jego właściciel nie będzie mieć za złe tego, że go korzystaliśmy. Koniec końców, pomimo upadków, jego stan nie uległ pogorszeniu. 
Z okien biblioteki wychodził mrok. Zgodnie stwierdziliśmy, że chyba powinniśmy odwiedzić Tinga we "właściwej części biblioteki" i nakłonić go do powrotu do pokoju. 
Kiedy tam dotarliśmy, z łatwością dostrzegliśmy odmieńca, który siedział wokół kilkunastu książek. Jeździł pazurami tuż nad kartką, wyraźnie wskazując samemu sobie literki. Myślałem, że nas nie zauważył, ale widocznie jedynie czekał, aż podejdziemy.
– Nie spieszyliście się – powiedział, nim którekolwiek zdążyło się odezwać. Wyglądał i brzmiał na o wiele spokojniejszego niż wcześniej. Na szczęście.
– Mama uczyła mnie li... – zacząłem, ale Ting przerwał mi machnięciem łapy. Zamilkłem, spoglądając na mamę. Dziwnie czułem się z tym, że górowałem nad nimi wszystkimi. Nawet nie mogłem spojrzeć jej w oczy, dopóki nie uniosła pyska!
– To bez znaczenia. Zdążyłem przejrzeć kilka z nich – Wskazał na kilka cieniutkich książek po swojej lewej. – Same bajki, nic ciekawego. Pomóżcie mi lepiej z tymi – powiedział, pokazując na stos opasłych tomisk po prawej. 
– Nie mogłeś od razu zacząć od tych najgrubszych? – burknęła mama.
– Ważne informacje nie muszą być jedynie w wielkich książkach. Zapamiętaj to sobie, Pierzasta.
Mama spojrzała na mnie i przewróciła oczami.
– Jest już wieczór. Może lepiej przełóżmy to na jutro? Padam z łap – oznajmiła, niepewnie unosząc okładkę jednej z ksiąg. Wyglądała na naprawdę zmęczoną, chociaż wątpiłem, czy chodziło jedynie o czytanie i uczenie mnie... Po mojej głowie ciągle krążyły słowa mamy. Teraz wszystkie jej drobne reakcje na życie w Białym Mieście nabrały dla mnie sensu.
Ting obejrzał się w naszą stronę. 
– Już i tak straciliśmy tydzień. Nie zależy ci na jak najszybszym zgromadzeniu informacji?
Wilczyca westchnęła i usiadła obok niego. Od razu zrobiłem to samo.
– Co polecasz?

Czytaliśmy i przeglądaliśmy książki naprawdę długo. Czas ciągnął się w nieskończoność. Moje czoło pulsowało z bólu, głowa była ciężka. Musiałem czytać niektóre akapity po kilkanaście razy, żeby zrozumieć ich treść. Miałem dość. Marzyłem jedynie o czymś do jedzenie oraz śnie. Niczym innym.
Te małe tortury zakończył bibliotekarz, który kazał nam wyjść z powodu zamknięcia biblioteki. Prawie o nas zapomniał.
Bez słowa odłożyliśmy książki na miejsce i wróciliśmy do karczmy. Mama i Ting rozmawiali o czymś, ale nie przyswajałem słów. Nawet głód odszedł w niepamięć; wszystko ograniczało się do bólu głowy i ogólnego zmęczenia.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zdjąłem buty i rzuciłem się na łóżko. Momentalnie zasnąłem.

Moje zmęczenie przełożyło się na o wiele zbyt długi sen; tata opowiedział mi potem, że próbował mną potrząsnąć, ale nic to nie dawało. Bardzo się zmartwił i uspokoiła go dopiero mama, która wytłumaczyła mu powód mojego zmęczenia. Wspólnie stwierdzili, że dadzą mi się wyspać.
Co przeklinałem, zbiegając na dwóch patykowatych nogach, żeby jak najszybciej dobiec na lekcję. Według Tinga i Baldora ta trwała już od przynajmniej kilkunastu minut.
Na samym końcu upadłem. Głośny łomot sprawił, że wilki spojrzały w moją stronę. Nim zdołałem się podnieść, Gerrant już był u mojego boku. Szybko wstałem.
– Twoi rodzice mówili, że dzisiaj cię nie będzie. Wszystko w porządku?
– Tak, tak... Tylko zaspałem – powiedziałem, wzdychając ciężko. – Czy mogę jeszcze wziąć udział w lekcji?
– Oczywiście. Nie tylko ty dzisiaj się spóźniłeś – odparł nauczyciel i zerknął w stronę Ismanise. Kiedy tylko na nią spojrzałem, poczułem jak moje poliki zapiekły. Gerrant zaśmiał się. Zdałem sobie sprawę, że w formie ludzkiej było to wyraźnie widocznie. Czym prędzej odwróciłem wzrok i usiadłem jak najdalej od niej. Miałem nadzieję, że tego nie zauważyła. Wolałbym, żeby nie pomyślała sobie, że ja... 
Sam nie wiedziałem, co takiego mogłaby sobie pomyśleć. I chyba nie chciałem się nad tym zastanawiać.
Czułem, jak moje dłonie się pocą ze stresu. Otarłem je o spodnie. Błagałem w myślach, żeby nauczyciel zaczął prowadzić lekcję, ale on odszedł na chwilę zawołany przez Hitama. Obserwowałem jego sylwetkę i próbowałem nasłuchiwać. Nie wychodziło mi to najlepiej. W końcu poddałem się i zacząłem zabawę palcami. Nadal fascynowało mnie jak bardzo są ruchliwe.