poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Od Asgrima "Huczne wesele" cz. 2 (cd. chętny)

Sierpień 2023
Nic nie mogło zniszczyć mojej radości na myśl o weselu, które szykowało się w watasze. A to, że zostałem głównym organizatorem... No, to było coś. W końcu ktoś dostrzegł mój potencjał.
Joel wymieniał rzeczy, którymi powinienem się jeszcze zająć. Nie oszukujmy się - było tego całkiem sporo. Jednak wystarczyła jedna myśl o cudownej zabawie wśród muzyki, ogólnej radości i miłości w powietrzu oraz wybornego jedzenia, by powrócił mój entuzjazm.
- Jeśli masz jeszcze jakieś pomysły, to możesz się nimi ze mną podzielić - powiedział na koniec swojego wywodu odnośnie tego, co powinno być na jego ślubie.
- Nie, raczej nie. Za to gdy ja będę biegał po wszystkich członkach watahy, ty możesz zastanowić się nad tym, czego jeszcze potrzebujesz. A co do tego... - Przeniosłem ciężar ciała z lewych łap na prawe - Mogę już biec? Mam dużo do roboty.
Joel skinął powoli głową, więc posławszy mu jedynie szybki uśmiech, pobiegłem w stronę, gdzie widziałem wcześniej kilka innych wilków.
W głowie powtarzałem swoją osobistą listę do zrobienia: nazbierać owoców i warzyw, znaleźć kogoś kto umie gotować w formie ludzkiej oraz zrobić wianek, zwerbować muzyków, poprosić jakąś waderę o ładną sukienkę, znaleźć jakiegoś satyryka czy kogoś w tym stylu i w końcu spytać Alfy...
Sporo tego było. Miałem szczerą nadzieję, że o niczym nie zapomnę, bo to zwiastowałoby jakąś katastrofę. Bądź co bądź, ale ślub brała Yuki, która całkowitym przypadkiem była kimś ważnym dla Tori. Jeśli coś zepsuję, wilczyca będzie próbowała mnie zrzucić ze smoka i nawet moje piękne pieśni mnie nie uratują. 
Tak jak zapamiętałem niedaleko znajdowała się grupa wilków z byłej Watahy Czarnego Kruka. Rozmawiali o czymś wesoło, a gdy mnie zauważyli, z uśmiechem spytali jak idą przygotowania. Postanowiłem być szczery.
- Wszystkim podoba się pomysł hucznego weselicha i obiecali się pojawić, ale będę potrzebował pomocy w wielu sprawach. Któraś z pięknych pań potrafi może zmieniać się w człowieka i ma do pożyczenia jakąś ładną suknię? Albo potrafi gotować?
Jedna z wader pokręciła głową jak tylko wspomniałem o zmienianiu postaci, więc całą nadzieję pokładałem w tej drugiej.
- Same spodnie - odparła samica. 
To będzie znacznie trudniejsze niż myślałem - stwierdziłem.
Widząc jednak moją zawiedzioną minę, wilczyca postanowiła się nade mną zlitować.
- Ale wydaje mi się, że Misty powinna mieć coś ładnego. Jest piosenkarką, więc dba o to, by dobrze wyglądać na scenie. Zapytam ją - obiecała.
- Dzięku... Czekaj, piosenkarką?! - zawołałem, zanim zdołałem się powstrzymać.
- No tak... - mruknął jeden z basiorów. Miał długie brązowe futro - Niech zgadnę, potrzebujecie muzyków? 
Szybko pokiwałem łbem.
Rudy wilk, dotychczas milczący, szturchnął wtedy swojego brązowego kolegę.
- A może tak, całkiem przypadkiem, potrzebny wam ktoś z poczuciem humoru? Bo tak się składa, że ten tutaj - Wskazał na basiora - jest satyrykiem. Dość marnym, ale lepsze to niż nic, nie?
Przyjrzałem się uważnie samcowi. Nie wyglądał na kogoś wyluzowanego, ale z drugiej strony Ting nigdy bym nie przypuszczał, że może być utalentowany muzycznie, a to co wyczyniał na tym swoim banjo... No, robiło wrażenie.
- Mógłbyś...?
- Chyba nie mam wyboru po tym jak Kurt mnie wrobił - Basior szturchnął kolegę - Z czymś jeszcze potrzebujesz pomocy, młody?
Ponownie postawiłem na szczerość. Wilki obiecały wypytać o kogoś z tajemną umiejętnością gotowania oraz zwerbować resztę zespołu muzycznego i innych stanowisk rozrywkowych. Chociaż tyle z głowy...
Wobec tego, serdecznie podziękowawszy napotkanym członkom watahy, ruszyłem nieść dalej wieść o ślubie. Zatrzymywałem każdego wilka, który się napatoczył i pytałem, czy mógłby w czymś pomóc. Nie wszyscy byli ma tyle kochani, bywało, że kręcili nosem, mówiąc "że mają lepsze rzeczy do roboty", jednak zdecydowana większość była naprawdę wspaniała.
W którymś momencie, napotkawszy piękny krzaczek malin, zmieniłem postać. Od tego momentu zbierałem także wszystkie napotkane owoce do zwiniętej w odpowiedni sposób bluzy. 
Miałem zamiar znaleźć Alfy. Okazało się to znacznie trudniejsze, niż mogłem przypuszczać. Suzanna i Hitam zawsze kręcili się gdzie w pobliżu. Dosłownie zawsze, oprócz tego dnia. Wydawać się mogło, że para Alfa zapadła się pod ziemię. Gdybym ich nie znał, pomyślałbym, że są gdzieś sam na sam i stanowczo nie chcą, by im przeszkadzano. Zdążyłem jednak poznać naszą samicę Alfa i wiedziałem, że cokolwiek nie robili, wataha nie miała doczekać się za kilka miesięcy kolejnego szczeniaka. A przynajmniej nie ich.
Chociaż tyle dobrego, że w trakcie tych całych poszukiwań, natknąłem się na jedną z magicznych odmian róż. Po krótkiej chwili zastanowienia, zdecydowałem się kilka zabrać. Mogłem dać kilka Joelowi, żeby miał co wręczyć ukochanej. A jeśli ich nie zechce... Cóż, nigdy za mało magicznych kwiatków. Zwłaszcza takich, z których dało się stworzyć lecznicze i pobudzające miksturki.
Odłożyłem na moment zebrane wcześniej rośliny i uważnie zerwałem wszystkie rozkwitnięte róże. Nie udało mi się jednak uchronić przed ostrymi kolcami. Mogłem za to powiedzieć, że (prawie) nie krzyknąłem, kiedy kilka wbiło mi się w palce.


<Ktoś? Wybaczcie mi wszyscy za to tragiczne op. :(>

Od Leah "W poszukiwaniu kolorowych jajek" cz. 1

Lipiec 2023 r.
Następnego dnia starałam się zerwać jak najwcześniej, byle jak najszybciej wrócić do poszukiwań i jakimś cudem mi się to udało. Może i nie byłam jedyna i uleciało mi te parę minut, gdy przysnęłam chwilę po obudzeniu, ale zaraz potem wyruszyłam na łowy. Wlepiłam jeszcze trochę zaspany wzrok w trawę i zaczęłam węszyć z nosem przy ziemi, powoli posuwając się naprzód.
Wtem przypomniałam sobie o jajkach zebranych poprzedniego dnia. Zapomniałam zanieść je do nory Aratrisa. No, to szybki w tył zwrot do obozu. Dobiegłam do dalej smacznie drzemiącego Passera, wdrapałam się na jego bok i zajrzałam do współdzielonej z Lind skrzyni. Przez sekundę omal nie zeszłam na zawał, gdy nie dostrzegłam torby ze swoimi znaleziskami na pakunku na którym pozostawiłam je poprzedniego dnia, ale z ulgą stwierdziłam, że po prostu zsunęła się, pewnie przy jakimś gwałtowniejszym ruchu smoka. Zajrzałam do niej. Na szczęście żadnemu małemu jajkowi nic się nie stało. Ruszyłam w kierunku miejsca opisanego przez królika. Przy wielkim, szarym głazie skręcić w lewo, minąć poziomkową polanę, a po prawej znajdzie się strumień, który...
Coś przysłoniło emanującą błękitną poświatę roślinę, chyba jedyną w najbliższej okolicy, bo wokół zapanował głęboki półmrok. Odwróciłam się.
Moim oczom ukazała się paskudna, fioletowo-zielona istota, wyglądająca jak hybryda jaszczura z człowiekiem. Istota przewyższała mnie kilkakrotnie, stojąc na czterech chudych łapach. Wydawała się być zupełnie pozbawiona szyi, a nad krótkim, zaokrąglonym pyskiem nie dostrzegłam oczu. Potwór nie wyglądał na przyjaznego, a przynajmniej nie wzbudzał zaufania. Jeszcze mnie nie wyczuł. Wycofałam się najciszej jak potrafiłam i starając się nie myśleć o tym za wiele, pozostawiłam to dziwactwo samo nad strumieniem.
Spróbowałam dostać się pod norę królika okrężną drogą, co wymagało ode mnie opuszczenia jednego z punktów orientacyjnych (świecącej rośliny o rozmiarach małego drzewa) i w rezultacie zgubiłam się. Lekko już podenerwowana krążyłam po okolicy, szukając czegoś co będzie wyglądać choć trochę znajomo. Zapomniałam o patrzeniu pod nogi. Wspomagając się wiatrem, przeskoczyłam jedno z ogromnych drzew, pewnie powalone przez zabójczo silną wichurę i omal nie zdeptałam kolorowych jajeczek, leżących po drugiej stronie. Z wrażenia zarzuciłam głową tak, że wypadła mi torba, a jak dotąd nazbierane pisanki rozsypały się na ziemi. Fuknęłam z frustracją. Zmieniłam postać, by w razie czego wyczuć opuszkami palców pęknięcia na skorupkach i rzuciłam się do zbierania. Każdą ze zgub (jakże maleńkich w ludzkich dłoniach) dokładnie sprawdziłam. Podniosłam jasnozielone, jaskółcze jajko we wzory smukłych, białych kwiatów i natychmiast wyczułam szramę. Ciągnęła się wzdłuż jednej z długich łodyżek i rozwidlała na dwie mniejsze na samym czubku. Pewnie stuknęło o inne, nieco większe ze znalezisk albo spadło na jakiś kamień. Niewielki, inaczej pewnie zostałoby z niego tylko pisklę, dalej za słabe, by przeżyć samo i kilka kolorowych skorupek. Westchnęłam cicho i schowałam pęknięte maleństwo do kieszeni bluzy.
Swoją drogą przydałoby się już ją wyprać.
Przykucnęłam obok leżących pod zwalonym pniem pisanek. Aż trzy małe zguby leżały praktycznie obok siebie. Dwie z nich, większe niż te, które jak dotąd znajdywałam, pomalowano na różne odcienie fioletu. Ciemniejszą zdobił prosty wzór z żółtych kropek i otaczających je zawijasów, a jaśniejsza na pierwszy rzut oka wydawała się jednolite. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegłam lawendowe, wybrzuszone linie, a malunek okazał się jednym, dużym kwiatem róży, naniesionym na jajko. Trzecia zguba, porównywalna wielkością do pękniętego, jaskółczego jaja, była cała pomarańczowa, jedynie u podstawy przyozdobiona liniami w różnych odcieniach zieleni, przywodzących na myśl trawę.
Schowałam nowe znaleziska do torby, sprawdziłam czy jaskółcze jajko leży w miarę bezpiecznie w kieszeni i ruszyłam dalej. Trochę się pobłąkałam, w międzyczasie znalazłam jeszcze dwie pisanki, ale ostatecznie dotarłam do niebieskiego niby-drzewa. Stamtąd już łatwo trafiłam pod norę Aratrisa. Nie zastałam go, więc tylko ułożyłam zguby w w miarę schludny stosik z pękniętym jajeczkiem na szczycie i zawróciłam. Przy najbliższej okazji poinformuję go, że to ja je przyniosłam, powołam się na uszkodzone maleństwo. Oby tylko jaskółka przetrwała do wyklucia...
Gdy dotarłam do głazu, przy którym analogicznie do wskazówek królika powinnam skręcić w prawo, dostrzegłam dziwaczny, fioletowy krzak. Pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby nie owoce wyglądające na dojrzały agrest, tyle że w barwie jagód. Przypomniała mi się sałatka, którą pewnego razu zamówiłam na festynie i z miejsca zamarzyło mi się, żeby ją odtworzyć w wolnej chwili. Nie chciałam próbować nieznanych owoców, więc postanowiłam zapytać o nie kogoś lepiej obeznanego w temacie. 
Zbierałam owoce aż do momentu, gdy mała kieszeń z boku torby całkiem się zapełniła. 


<C.D.N.>

Wygrane: 8 jaj

Uwagi: brak

sobota, 20 kwietnia 2019

Od Kai'ego "Poszukiwania" cz. 2 (cd. Luna)

Lipiec 2023 r.
Drugiego dnia postanowiłem wybrać się na jajeczne łowy jeszcze przed świtem. Gdy podniosłem głowę, łąka na której spaliśmy była pokryta gęstą mgłą. Cicho jak makiem zasiał. Mimo półmroku widziałem, że jeszcze nikt nie wpadł na taki pomysł jak ja. Prawdopodobnie byli wykończeni po poprzednim dniu... Ja o dziwo miałem mnóstwo energii. Czy to moja kolejna nietypowa cecha? Być może. Podobno im jesteś starszy, tym więcej leżysz, ale ja chyba wciąż pozostawałem młody duchem. Mimo że miałem jeszcze kilka lat temu gorszy okres...
Nie chcąc dalej tego roztrząsać zebrałem się z trawy i cichutko oddaliłem od stada. Zapamiętałem, w którym kierunku nie szło zbyt wielu z nas. No może zajrzałem dodatkowo do głów kilku innych losowych uczestników naszego małego konkursu, aby się w tym upewnić... Tak czy owak był to północny wschód. Im dalej się szło, tym teren się bardziej obniżał. Zastrzygłem uszami, słysząc niedaleki potok. Prawdopodobnie rzeka, przy której odnalazłem poprzedniego dnia Jo musiała otaczać miejsce, na którym się zatrzymaliśmy. No, może prawie. Gdy szliśmy z łysego wzniesienia do lasu z całą pewnością nie musieliśmy przekraczać żadnej rzeki. Domyśliłem się, że rzeka miała w takim razie kształt półkola.
Zatrzymałem się dopiero widząc nie za wysoki wodospad. Wciągnąłem powietrze nosem, a następnie wypuściłem ustami. O tej porze było takie rześkie... Może niezbyt ciepłe, ale przyjemne. Inaczej niż w okolicach południa, kiedy słońce prażyło grzbiet. Co prawda nie tutaj, za co byłem wdzięczny drzewom, ale wciąż miałem w głowie to, jak czułem się lecąc na smoku. Naszym jedynym ratunkiem były powiewy na wysokości, ale miałem dość gęste futro, co nie kończyło się raczej szczególnie dobrze... Gdybym miał naturę marudy, pewnie wyraziłbym swoje niezadowolenie całemu światu. Skoro jednak tak nie jest, wolałem trzymać język za zębami i przeklinać swój los tylko w myślach.
Nagle mój wzrok przykuło jakieś świecidełko tuż za wodospadem. Wyciągnąłem szyję, aby być bliżej, ale na niewiele mi się to zdało. Ewidentnie coś tam było, w dodatku zapewne cennego. Czułem w mostku nosa bliską wibrującą energię. Magiczne jajo? Zwykle różne cuda były właśnie za wodospadami. To jest właśnie to, czego nauczyło mnie doświadczenie życiowe.
Niechętnie zerknąłem na wzburzoną wodę, ale na szczęście nie wyglądała na zbyt głęboką. W razie czego powinienem zdołać bez większego problemu dopłynąć. Miałem nadzieję, że nie była trująca... Choć nic na to nie wskazywało, patrząc na pływające nieco dalej rybki, kaczki oraz kompletnie nienaruszoną trzcinę. Powoli zacząłem wchodzić do wody. Była lodowata. Zacisnąłem zęby, ale szedłem dalej. Znowu wróciło do mnie wspomnienie tego jednego razu, kiedy omal się nie utopiłem. Razem z Nari. Po raz kolejny do moich oczu napłynęły łzy, ale obiecywałem sobie być silnym. Wtedy woda była zimniejsza, mówiłem sobie w myślach. Jest środek lata, nic złego ci się nie stanie.
Pociągnąłem nosem i będąc już na odpowiedniej głębokości, by utracić grunt pod łapami, zacząłem nimi szybko przebierać. Na szczęście prąd nie spychał mnie tak bardzo, więc dopłynąłem stosunkowo szybko. Wstrzymałem oddech, zanurkowałem, a następnie wynurzyłem się po drugiej stronie wodospadu. Na jednej z niżej usytuowanych skał znajdował się lśniący kamień, którego energię czułem teraz jeszcze wyraźniej. Uśmiechnąłem się do siebie z zadowoleniem. To był kamień Siwobrodego. Dość rzadki, wykorzystywany do wielu magicznych medalionów.
Za pomocą kolejnego rozerwania przestrzeni zgarnąłem znalezisko, a następnie wypłynąłem na brzeg. Kiedy otrzepałem futro, przystanąłem i zapatrzyłem się na promień jasnożółtego światła prześwitującego przez liście. Musiało świtać. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem i potruchtałem w tamto miejsce. Usiadłem idealnie w miejscu, gdzie padało słońce, aby wysuszyć sobie futro. Delektowałem się niezbyt nachalnym ciepłem, jednocześnie badawczo skanując wzrokiem okolicę. Poprzez samo siedzenie tak w bezruchu namierzyłem co najmniej pięć jaj w pobliżu. Zanosiło się na owocne łowy.
Siedziałem tak dość długo. Dopiero gdy poczułem, że ciepło się nasiliło i zaczęło mnie nieprzyjemnie prażyć, postanowiłem się zebrać i skierować powoli do pierwszego mojego znaleziska. Było malutkie, zupełnie jak gadzie. Aratris umalował je tym razem w maleńkie podobizny zajęczych wojowników. Nadal nie mogłem się nadziwić jego zdolnościom manualnym. Musiał mieć naprawdę maleńki pędzelek, aby zaznaczyć tyle szczegółów. Oraz lupę.
To jajko również posłałem tam, gdzie miałem całą resztę. Nim jednak podniosłem głowę, coś uderzyło w mój bok. Znowu. Tym razem jednak było znacznie mniejsze i nie poczułem, abym miał mieć z tego powodu jakiegokolwiek siniaka. Ba, w dodatku się odbiło od mojego boku i upadło w trawę. Nieco zaskoczony spojrzałem w tamtym kierunku. Dopiero gdy zorientowałem się, że to szczeniak, zrobiło mi się głupio. W dodatku różowy. Wpadł we mnie i upadł, a na mnie to nawet nie zrobiło wrażenia... Nim jednak zapytałem, czy wszystko w porządku, maluch podniósł główkę i spojrzał na mnie wielkimi niebieskimi oczyma i krzyknął:
- Dziadek?!
Uniosłem brwi w jeszcze większym zdumieniu. Co prawda dla większości watahy byłem takim jakby dziadkiem, ale bez przesady. Zacząłem mieć obawy, że ten szczeniak jednak uważał to za dość dosłowne, a nie przenośnię, tak jak pozostali.
- Kim jesteś? - zapytałem ostrożnie. Byłem pewien, że nie uczyłem tego malucha. Rzuciłby mi się w oczy.
- Luna. Co tu robisz?
Luna. Ciekawe połączenie. To słowo oznaczało księżyc, a ta waderka była różowa, a nie niebieska, czy srebrna. Może ironia rodziców lub wybór wedle samego brzmienia? Bądź w jej stronach oznaczało coś kompletnie innego?
- Szukam pisanek - oświadczyłem, wzruszając ramionami.
- Aha. Ja też - odparła dumnie Luna. Uśmiechnąłem się lekko. Była taka pocieszna...
- Chcesz poszukać ze mną? - zapytałem nagle.
- Tak!!! - wrzasnęła, zerwała się z ziemi i wtuliła się swoim maleńkim łebkiem w moją pierś. Nieco zaskoczony objąłem ją łapą. Choć właściwie... Ostatecznie nie ona jedyna tak na mnie reagowała. Całkiem nieźle dogadywałem się ze swoimi uczniami.
- Widziałam jajko. O, tam - Wskazała kierunek łapką. Było to co prawda kolejne, które zauważyłem już wcześniej, ale tylko cierpliwie pokiwałem głową. Wolałem, aby to ona się cieszyła.
- Zatem chodźmy - oświadczyłem, robiąc krok w tamtym kierunku. Dopiero wtedy Luna się ode mnie odsunęła i razem podeszliśmy bliżej. Jako okazało się być biało-szare w czerwone paski. Miało również maleńkie fioletowe groszki...
- Wygląda jak ty! - wykrzyknęła nagle Luna. Aż podskoczyłem wystraszony, co nie uszło uwadze waderki.
- Dziadku?
- Nie jestem twoim dziadkiem - odpowiedziałem niechętnie. Tak jak się spodziewałem, Luna natychmiast zaczęła wyglądać na absolutnie przerażoną. Jednak faktycznie uważała mnie za kogoś, kim nie byłem...
- Ale... Wyglądasz jak on!
Wtedy zaczęła płakać. Aż serce krajało mi się na ten widok. Westchnąłem ciężko, nie wiedząc co zrobić, aby nie niszczyć jej samopoczucia jeszcze bardziej.
- Wiesz... Kiedyś do watahy dołączyła taka maleńka waderka. Ktoś ją podrzucił na nasze tereny. Ledwo umiała chodzić - zacząłem ostrożnie - Niewiele rozumiała z tego, co się dzieje. Była jeszcze mniejsza niż ty. Później okazało się, że jednak nie byliśmy kompletnie losowym stadem, do którego ktoś postanowił ją podrzucić... To była moja wnuczka. Kiedyś odeszła ode mnie partnerka wraz z dziećmi, dlatego nawet nie wiedziałem o tym, że zostałem dziadkiem... Teraz ta wadera podrosła. Pewnie niebawem założy własną rodzinę. Może się nawet widziałyście... Ma na imię Aokigahara. Też nie za wysoka, ale śliczna.
- N-nie... Chyba nie widziałam - powiedziała, starając się przestać płakać. Zacząłem ją głaskać po grzbiecie.
- To nic. Pewnie prędzej czy później się spotkacie - dopowiedziałem cicho - Uważam, że nic nie dzieje się przypadkiem. Choć przez ciebie zacząłem mieć pewne obawy, że mam jakiegoś brata bliźniaka, o istnieniu którego nie wiem - Zaśmiałem się cicho - Mam nadzieję, że jednak nie jest aż tak podobny do mnie, jak opowiadasz. Wolałbym pozostać jedyny w swoim rodzaju... Choć w zasadzie nie znam swojego pochodzenia. Dobrze jest wiedzieć o swoich korzeniach. Zazdroszczę ci tego.
Wtedy znowu ją przyciągnąłem do siebie i przytuliłem.

<Luna?>

Wygrana: 11 jaj

Od Luny "Poszukiwania" cz. 1 (cd. Kai)

lipiec 2023
Drugi dzień postoju. Brakowało mi latania na smokach, ale dzięki postojowi mogłam nazbierać więcej jajeczek. Cieszyło mnie to. Chciałam pomóc najbardziej jak umiałam, bo taka już jestem. pomocna. Tak zawsze mówiła moja mamusia. Tęskniłam za nią....
Westchnęłam i wstałam. Czas wyruszyć na kolejne poszukiwania!
Przycisnęłam nos do ziemi i węszyłam jak pies, szukając kolejnych pisanek. Byłam ciekawa, jakie znajdę tym razem. Liczyłam na jakieś różowe w serduszka, żeby pasowały do mojego wyglądu. Znalezienie takiego byłoby super!!
Uśmiechnęłam się, gdy wyczułam jakieś niedaleko. Pobiegłam w tam tą stronę i wpadłam na jakiegoś wilka! Był duży i szary i stary. Przypominał mi o moim dziadku, który umarł kiedy byłam malutka. A może... Może to był mój dziadek!?
- Dziadek?! - zawołam zdziwiona
Wilk spojrzał w dół prosto na mnie. Wyglądał na zdziwionego.
- Kim jesteś? - spytał
Dziwne, że mnie nie pamiętał, ale może to dlatego, że ostatni raz mnie widział gdy byłam malutka. Pewnie tak.
- Luna - przedstawiłam się - Co tu robisz?
- Szukam pisanek - wzruszył ramionami dziadek.
- Aha - powiedziałam - Ja też
Dziadek uśmiechnął się.
- Chcesz poszukać ze mną? - spytał.
- Tak!!! - zawołałam i przytuliłam go mocno. Dziadek też mnie przytulił.
Zaprowadziłam go do jajka, do którego szłam. Było ono szare z czerwonym elementem
- Wygląda jak ty! - zawołałam. - Dziadku?
- Nie jestem twoim dziadkiem - powiedział nagle wilk.
Zszokowało mnie. Jak to nie?!
- Ale... Wyglądasz jak on! - zawołałam czując jak po moim policzku spływa łza. Czyli jednak nie miałam tu rodziny...
Dzia...wilk westchnął i powiedział...

co powiedział? Kai?

Uwagi: "Więcej" piszemy przez "ę". Cały czas pomijasz polskie znaki, np. "ę". Możesz stawiać maksymalnie jeden znak zapytania w jednym zdaniu. "Nie pamiętał" piszemy oddzielnie (bo to czasownik, czyli czynność). "Aha" piszemy przez "h".

Wygrana: 5 jaj

Od Cess „Poszukiwania w trawie” cz.4 (cd. Kai)

Lipiec 2023 r.
- Pisanki? - powtórzyłam po basiorze i uważnie przyjrzałam się temu, co wyplułam.
- Kolorowe jajka to pisanki. Forma sztuki - mówił wolno, tak abym zrozumiała. Ja jednak z wykrzywionym na twarzy grymasie, stwierdziłam w duchu, że nie ma to sensu. Skoro pisanki, to dlaczego jaja pomalowane są na różne kolory. W końcu słowo to bardzo przypomina „pisać”, co chyba nie miało żadnego związku z tymi kolorowymi plamami.
- Brzmisz jak nauczyciel. - parsknęłam rozbawiona.
- Bo nim jestem. - wzruszył ramionami i spuścił wzrok na jajka. Zaczęłam przyglądać mu się uważniej. Faktycznie, wyglądał na kogoś wykształconego o nieograniczonej wiedzy. Wiedział o wiele więcej ode mnie, więc moje wcześniejsze stwierdzenie było słuszne, choć wcale nie zakładałam, że żart mi się uda.
- Och, to przepraszam. - stałam się poważniejsza i spuściłam swój wzrok. Dokładnie przyjrzałam się resztą skorupki i zawartości jajka na łapie. Smak tego też nie był czymś zachwycającym. Wzdrygnęłam się, a po moim ciele przeszły ciarki. - A co będziesz robić z tymi... pisankami? Zakopywać?
- Wysiadywać. - odrzekł, a ja zawiesiłam się. Wilk, który wysiadywał swoje jajka, a konkretnie pisanki. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Byłam pewna, że Kai wiele razy miał brudne futro. Czasem mógł przecież zbyt mocno na nie usiąść… Uniosłam łeb, by lepiej się mu przyjrzeć.
Na niebie zaczęły pojawiać się iskry. Taniec małych, białych błyskawic był zarazem i piękny, i przerażający. Trwał on krótką chwilę. Nie byłam w stanie zrozumieć co właśnie się wydarzyło.
- Już. Po sprawie. Nie ma. - powiedział spokojnie basior, zostawiając mnie w szoku i idąc dalej. Ja nie zamierzałam się ruszyć, byłam oszołomiona.
- Co to było?! - wrzasnęłam piskliwie, nie orientując się co właśnie zrobił Kai i czy w ogóle był to on.
- Wysłałem je do dziury w przestrzeni.
- Co...? - już kompletnie zbita z tropu, miałam ochotę się poddać. Nie ważne, że nawet nie była to żadna walka.
- Jak jakieś znajdziesz, to mi powiedz. Też je tam wyślę. Musisz tylko liczyć, ile ich uzbierałaś, a na końcu je między siebie podzielimy. - dopiero po jego słowach zrozumiałam, że chodzi o jajka. Było to tak nielogiczne, że sama się dziwiłam. Po co wysyłać jajka w przestrzeń? Była to forma przechowania, czy może podstęp? Przed oczyma nadal widziałam ten pokaz światełek, co rozpraszało mnie. Pokręciłam kilka razy łbem dla optrzytomnienia.
- Nie umiem liczyć... - wymamrotałam, podążając za nim powoli.
- To ja będę liczyć. - odparł swobodnym tonem. Jakoś było mi wstyd, że nie umiałam tak wielu rzeczy.
Szliśmy przez gęstą trawę, która z czasem stawała się coraz niższa. Teraz mogłam przyjrzeć się całej sylwetce Kai’ego. Choć ma już swoje lata, to trzyma się bardzo dobrze. Uśmiechnęłam się pod nosem, a zarazem patrzyłam pod nogi, aby niczego nie zdeptać. Dotarliśmy do małego źródełka, biegnącego przez naszą drogę. Ucieszyłam się w duchu, że w końcu znalazłam wodę. Miałam już zamiar do niej podejść i napić się niej.
- Stój. - powiedział basior, nie był przekonany co do tej wody. Spojrzałam na niego błagalnie. Mała rzeczka płynęła spokojnie, a niebieskiego nalotu nigdzie widać nie było. Wszystko wyglądało tak, jak powinno być normalnie. - Nie powinnaś tego pić.
- Może tak, może nie. - odparłam, przewracając oczami. Podeszłam jednak do niej i za pomocą mocy, zrobiłam małe tornado. Chciałam dokładniej przyjrzeć się wodzie. Rzeczywiście pozyskiwała na niebiesko w niektórych miejscach. Wir spokojnie poruszał się po tafli, a ja zrezygnowana patrzyłam na niego smętnie. - No nic, szukajmy dalej jaj.
Ruszyliśmy wzdłuż źródła z nadzieją, na szybkie znalezienie pisanek. Zadanie to nie było trudne. Kolorowe jajka nie mogły ukryć się zbytnio w tej okolicy. Z uwagą przypatrywałam się każdej małej i kolorowej rzeczy, która mogła być potencjalnym jajkiem. Kwestią czasu było znalezienie przeze mnie kolejnej pisanki. Mała zdobycz różniła się od tych, które wcześniej znalazłam. Miała więcej wzorków i kolorów. Podejrzewałam, że nie znalazłabym dwóch takich samych. Graniczyło to z cudem.
- Mam kolejną! - zawołałam do wilka, szukając go w zasięgu wzroku. Basior podszedł do mnie, a ja szczęśliwa wskazałam łapą na znalezisko.
- Nic tu nie widzę… - basior zmrużył oczy, a ja przeniosłam szybko wzrok na miejsce, w którym chwilę wcześniej znalazłam jajo. Zdziwiłam się, widząc, że go tam nie ma. Rozejrzałam się dokładnie. W oddali widziałam tylko poruszającą się trawę oraz wyskakującą co jakiś czas głowę szczeniaka. Rozbawiony złodziej patrzył się na nas, uważając to za zabawę. Warknęłam cicho, wiedząc, że przeze mnie tracimy kolejną pisankę.
- Bez jaj… - burknęłam, nie widząc już małego wilka. Poczułam zrezygnowanie i ciężko westchnęłam. Kai pokręcił łbem.
- Ja znalazłem kolejne dwa. - spojrzał na mnie ostentacyjnie, a ja spaliłam się ze wstydu. Porażka.

<Kai?>

Wygrana: 9 jaj