niedziela, 30 czerwca 2019

Od Magnusa "Zakres indywidualny" cz. 2

Listopad 2023 r.
Wreszcie dotarłem pod piekarnię. Front budynku stanowiły schody prowadzące do wejścia. Po ich obu stronach widniały podłużne okna, pod którymi zaś mieściły się stoliki. Jeden z nich był pusty, a przy drugim siedziała grupka nastolatków. Była ich szóstka; dwie dziewczyny i czterech chłopców. Nastolatki rozmawiały o czymś ściszonymi głosami.
– Hej, dzieciaki – nagle zdałem sobie sprawę jak bardzo jestem nieprzygotowany. – Kolegujecie się z Yuną, prawda?
Zdecydowanie źle zacząłem. Grupka młodzieży zerknęła na mnie i natychmiast odwróciła wzrok. Jeden z chłopców, o długich, kręconych włosach, mruknął coś do drugiego, na co tamten odwarknął niezbyt grzecznie, żeby sam to (co?) załatwił, posłał mi szybkie spojrzenie i odwrócił się.
– A co cię to? – długowłosy spojrzał na mnie spode łba. Kręcone pukle opadły mu na twarz.
Wiedziałem, że nie powinienem się denerwować, bo tylko negatywnie ich do siebie nastawię, ale i tak drgnąłem zirytowany. Zero szacunku. Smarkacz uważa, że jest już dorosły.
– Podjąłem się poszukiwań waszej, jak mniemam, znajomej – starałem się mówić spokojnie i chyba nawet mi się udało.
– I co w związku z tym? – tym razem odezwała się niebieskowłosa dziewczyna z wyjątkowo znudzonym wyrazem twarzy.
– Jeśli cokolwiek wiecie...
– A niby co mamy wiedzieć?
– Jeśli cokolwiek wiecie – podjąłem znowu. – możecie przyczynić się do uratowania Yuny. Nikt nie ma pojęcia co się z nią teraz dzieje, a wy, nastolatki, nieraz macie dziwne pomysły.
– Aha.
– Wiecie gdzie może teraz być?
– Nie – dziewczyna ziewnęła.
– Zaczęła spotykać się z kimś, kto wyglądał niepokojąco?
– To jej sprawa.
– Miała jakieś powody, by uciec?
– Nie wiem.
Trzymajcie mnie.
– Nic nie wiemy, więc możesz sobie stąd iść. – chłopak, który odezwał się na początku, teraz uśmiechnął się szeroko.
– Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na „ty", młody – już z trudem hamowałem zdenerwowanie.
– Super, zjeżdżaj już.
Oddaliłem się szybkim krokiem. Niesmak po tak paskudnym zachowaniu miał mi pozostać na resztę dnia. Pięknie. Czego ja się spodziewałem? Pomocnej, zatroskanej grupki, starającej się za wszelką cenę odnaleźć koleżankę? Marzenie ściętej głowy. Ta dzisiejsza młodzież... Uch.
Podejrzane. To zachowanie było podejrzane. Przez myśl mi przeszło śledzić dzieciaki w swojej wilczej formie, nawet wróciłem w okolice piekarni, ale już zdążyli się ulotnić. Byłem w kropce. Jedyne co przychodziło mi wtedy do głowy, to wrócić w miejsce, gdzie widziałem zaginioną. 
Co równoznaczne było z zamęczaniem obcych pytaniami o drogę. Na samą myśl westchnąłem ciężko.
Do krawca był spory kawałek drogi. Zeszło mi niemal do wieczora. Okolica znowu się zatłoczyła, jaskrawe postacie migające w świetle zachodzącego słońca przyprawiały o ból głowy. W końcu dotarłem na miejsce; wkroczyłem do zacienionej uliczki. Przy ścianach budynków stały kontenery na śmieci, po prawej widniały smętnie uchylone drzwi do niewielkiej klatki schodowej, zalatującej wilgotnym, stojącym powietrzem. Wyżej rozpościerały się sznury na pranie. 
I tyle.
Podszedłem do jednego ze śmietników. Jeśli mnie pamięć nie myliła, gdzieś za nim zniknęła brązowa kotka. Praktycznie wystrzeliła przed siebie, nie miałaby żadnej szansy, by wyhamować tuż przed ścianą. I rzeczywiście, nie musiała się zatrzymywać. W miejscu styku kontenera ze ścianą stała oparta paleta. Kiedy ją odsunąłem, moim oczom ukazało się przejście, w sam raz dla kota. Prowadziło do niewielkiej kryjówki, w której bez problemu zmieściłaby się szczupła dziewczyna.
Dziwny wybór. Nora nie ukryłaby się długo przed oczami mieszkańców klatki obok, znajdowała się praktycznie na wprost drzwi, więc pewnie doskonale o niej wiedzieli. Może Yuna była tu jednorazowo?
Podniosłem się z zamiarem udania się do rodziców kotołaczki i podzielenia się z nimi tą informacją (w duchu cieszyłem się, że mam jakiś konkret i w końcu nawiążę do tego, że już widziałem Yunę).
Gdy tylko odwróciłem wzrok, moim oczom ukazała się potężnie zbudowana, wysoka dziewczyna. Ciemne, krótkie włosy opadały jej w nieładzie na pulchną twarz, oczy niemal wychodziły z orbit. Chyba nieświadomie zacisnęła dłonie w pięści. Cała jej postawa zdawała się sugerować, że zaraz ucieknie, wrzeszcząc jak opętana.
– T-to nie ja – wykrztusiła, wskazując coś za sobą. – ja tam pobiegłam!
Zdumiony, zaskoczony, zdziwiony. Nie wiem, który to był poziom, ale nie spodziewałem się jej tu. To była druga nastolatka z grupy, z którą usiłowałem rozmawiać pod piekarnią, ta, która nie odezwała się ani słowem. Nie zwróciłem na nią szczególnej uwagi, ale gdzieś z tyłu głowy pozostał mi jej obrazek.
Już chyba była gotowa uciec, postąpiła krok do tyłu. Wolałem nie przepuścić takiej szansy.
– Spokojnie – mruknąłem i zamiast spróbować podejść, cofnąłem się ze spuszczoną głową. Może tak się uda? – I tak nie próbowałbym cię gonić.
Chyba zadziałało. Dalej patrzyła na mnie niepewnie, wręcz z przestrachem, ale pozostała na swoim miejscu. Przez chwilę staliśmy w ciszy.
– Czyli jednak coś wiecie – spróbowałem.
– Tak. To znaczy… Znaczy… Uch…
Podniosłem wzrok, na co niemal podskoczyła.
– Tak, wiemy co z Yuną – poddała się.
– To jakiś sekret?
– Tak. To znaczy nie. T-to znaczy nie wiem. Uch…
Jak ciężko jest żyć będąc aż tak nieśmiałym?
– Jesteś w stanie powiedzieć mi, w jakim celu tu przyszłaś, nie narażając się kolegom? – spróbowałem inaczej.
– Nie – odparła po namyśle.
Westchnąłem cicho.
– Czy waszej koleżance grozi jakieś niebezpieczeństwo?
– Po prostu niech pan będzie cicho – wypaliła nagle.
Tak, wtedy to niemal na pewno było zaskoczenie. Posłuchałem dziewczyny, nie chciałem jej jeszcze bardziej denerwować. Podeszła do kontenera na śmieci i przesunęła paletę zastawiającą wnękę. Odsunąłem się, w milczeniu obserwując jej poczynania. Zajrzała do kryjówki i zastukała kilka razy w wewnętrzną stronę ściany. Odgłos poniósł się echem dalej. Musiałem coś przeoczyć, bo z mojej perspektywy kryjówka miała wymiary co najwyżej metr na metr.
Nastolatka nasłuchiwała przez chwilę, ale gdy nie doczekała się niczego, fuknęła z frustracją i wykonała jakiś gest ręką. Obraz w miarę przytulnej kryjówki zastąpił wyłom w ścianie, za którym znajdowała się klatka schodowa. Od strony wnętrza budynku lukę zasłaniała siatka o bardzo drobnych oczkach. Od prawego, górnego rogu, ukośnie ku dołowi, biegło podłużne rozcięcie.
Nic z tego nie rozumiałem.
– Ku… Kurczę. Niedobrze. Ja… Chyba musi pójść pan ze mną.
– W takim razie możesz mi wyjaśnić co zaszło?
– Chyba nie mam innego wyjścia.
Dziewczyna wstała i niemal wybiegła na główną ulicę, stapiając się z tłumem wracających do domów mieszkańców. Przez kilka sekund stałem w bezruchu, bezwiednie szurając nogami, jakby sparaliżowany myślą, że po prostu uciekła, tak jak zamierzała na samym początku. Ale szybko ponownie ją dostrzegłem, pulchną, czarnowłosą nastolatkę w samym środku gromady zabieganych obywateli Białego Królestwa. Jej przyjaciółka, kotołaczka Yuna, mogła właśnie potrzebować pomocy, ale ona stała tam dalej, czekając na mnie, kogoś, kogo pomimo wszystko postanowiła obdarzyć cząstką naiwnego zaufania.
Nieważne z jakiego powodu postanowiła to zrobić. Ta myśl i tak była więcej niż pokrzepiająca.
– Przepraszam, że tak nagle. – zaczęła cicho, kiedy do niej przytruchtałem. – ale jakiej jest pan rasy?
– Wilkołak – odparłem automatycznie.
– Musimy pobiec.
Przytaknąłem tylko i zmieniłem formę. Miałem jeszcze dużo czasu, by zobaczyć niesamowitą przemianę przyjaciółki Yuny. W charakterystyczny sposób opadła na cztery kończyny, ale zamiast skupić się na rozroście futra i ukształtowaniu pyska (albo zmniejszeniu rozmiarów, czy co tam robią mniejsze z kotołaków), wystrzeliła w górę. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiałem, że mam przed sobą łanię o czarnej sierści, przyozdobionej spiralnymi, białymi wzorami. Aczkolwiek nadal z widoczną nadwagą.
Nagle poczułem się dziwnie w jej towarzystwie. Już wcześniej byłem od niej niższy, ale teraz nie sięgałem jej nawet do łokcia.
– Jak się nazywasz? – usłyszałem pytanie, które mogłem zadać.
Spojrzała na mnie czarnymi, zwierzęcymi oczami. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Niepokojące.
– Harendra Harinder. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Od Joela "Ujarzmić maluchy" cz. 3

Luty 2024 r.
Po zdjęciu miary znowu wylądowaliśmy na zewnątrz. Mieliśmy odebrać gotowy zestaw po południu... Wciąż pozostawało mnóstwo czasu. Popatrzyłem na moich synów.
- I co teraz?
Wzruszyli ramionami. Czekali, aż ja coś wymyślę, lecz nadal nie miałem ani jednego pomysłu. Popatrzyłem w niebo, jakby w nadziei, że pomysł nagle z niego spadnie. Tak się niestety nie stało.
- Dajcie mi pomyśleć - powiedziałem dość cicho. Chłopcy grzecznie czekali. To znaczy... do pewnego momentu. Exan wciąż był grzeczny, ale za to Theo położył łapki na grzbiecie Mortiego, przez co ten spróbował go ugryźć. Oczywiście dla zabawy. Zaraz potem zaczęli się rzucać po ziemi, starając się nawzajem atakować. Na ten widok westchnąłem.
- Naprawdę nie możecie choć przez chwilę czekać spokojnie?
Chyba nawet mnie nie usłyszeli. Przeniosłem wzrok na Exana, który wciąż się we mnie wpatrywał.
- A ty? Masz jakiś pomysł? - zapytałem.
- Zostawmy ich tutaj.
Wywróciłem oczami.
- Nie o taki pomysł mi chodziło.
- To nie wiem - Wzruszył ramionami.
- W takim razie moim jedynym pomysłem jest krążenie w kółko, póki nie wpadniemy na jakiś pomysł.
Exan jęknął niezadowolony. Dopiero to zwróciło uwagę Mortiego i Theo.
- Co jest? - zapytał drugi z nich. Był cały umorusany od mieszanki błota, śniegu oraz bliżej nieokreślonego pyłu. Morti nie wyglądał ani trochę lepiej.
- Idziemy, brudasy - powiedziałem, powoli kierując się przed siebie.
- Gdzie? - dopytał Morti, podrywając się z ziemi.
- Jeszcze nie wiem. Porobić coś fajnego - oznajmiłem, bacznie rozglądając się na boki. Nadal miałem na oku swoją małą-dużą gromadkę. Nie chciałbym ich zgubić w tłumie.
- Mam nadzieję, że będzie fajnie, a nie tak jak zwykle... - mruknął Exan.
- Słyszałem!
Westchnął zrezygnowany, drepcząc tuż za mną. Wtedy coś przykuło moją uwagę. Zwolniłem, żeby móc przeczytać to na spokojnie, aż w końcu całkiem przystanąłem. Morti i Theo na początku się zagapili i poszli trochę dalej, niż ja, ale zaraz potem zawrócili. Patrzyli w tym samym kierunku co ja, ale nie umieli czytać, więc nie mieli bladego pojęcia o co chodzi.
- Teatr - wyjaśniłem krótko - Chcielibyście iść na swoje pierwsze w życiu przedstawienie? 
- Tak! - krzyknęli praktycznie jednocześnie.
- Cieszy mnie ta zgodność... - uśmiechnąłem się lekko - Wygląda na to, że zaraz grają przedstawienie dla dzieci o nazwie "Księżniczka i smok". Strasznie dużo tu maluchów, nie uważacie? Takich jak wy.
Nie odpowiedzieli. Po ich pyszczkach zauważyłem, że byli chyba trochę obrażeni z powodu tego, jak ich nazwałem, ale i tak zwyciężało zainteresowanie potencjalną wizytą na spektaklu.
- Zatem chodźmy kupić bilety...
Poszli przodem, jednak nie biegli. Podążyłem za nimi, zajmując miejsce w kolejce. Była dość długa...
- Trochę to nam zajmie, ale sądzę, że będzie warto - oświadczyłem.
- Wypasiony ten teatr! - krzyknął Morti, patrząc na zdobienia na suficie.
- Właśnie! - dorzucił Theo, również kierując pyszczek w górę. Exan zrobił to powoli, bez większego zainteresowania. Uśmiechnąłem się, widząc ich radość. Wszyscy jednak merdali ogonami.
- Uwaga, kolejka się przesunęła - poinformowałem ich, robiąc krok naprzód. Szybko mnie dogonili. Dalej dyskutowali na temat tego, jakie może to być przedstawienie, a Exan tylko się temu przysłuchiwał, dość nieobecnym wzrokiem obserwując inne dzieci.

Kiedy dopchnęliśmy się w końcu do kasy biletowej, wykupiliśmy chyba jedno z ostatnich miejsc. Zadowolony z siebie spojrzałem na synów. Nie mogli się doczekać. Prosili, abym kupił coś do jedzenia, a wyjaśnienie im, że na przedstawieniach nie można, było dość dużym wyzwaniem. Nim poszliśmy na salę, skierowałem ich do łazienki, aby mogli się choć trochę opłukać. Nie mogli narobić nam wstydu i ubrudzić czegoś... Na szczęście byliśmy jeszcze dość sporo przed czasem. Musiałem wcześniej pomylić się w kalkulacjach.
Gdy weszliśmy do środka okazało się, że przypadło nam miejsce dalej sceny, niż bliżej, a żeby mógł coś zobaczyć musiałem usadzić Theo - najmniejszego z tej trójki - na głowie, a Exana na grzbiecie. Morti był dość duży, aby oglądać przedstawienie stojąc na ławeczce i widzieć dobrze co się dzieje. Sala była (tak jak przewidywałem) dość spora i zdobiona nie tylko na suficie, ale i również na balkonach, kolumnach... Nawet kurtyna była wyszywana złotymi nićmi w jakieś kwiatki. Przeanalizowanie każdego z elementów wymyślnych dekoracji oraz instrumentów, które zostaną wykorzystane jako podkład muzyczny zajęło mi dość sporo czasu. Na szczęście chłopcy siedzieli dość spokojnie i dalej dyskutowali między sobą szeptem. Kłócili się o to, czy w przedstawieniu pojawi się rycerz i wszystkich zabije, czy nie...
Niedługo potem spektakl się rozpoczął.

Od Cess "Zapisane przeznaczenie" cz. 1

Styczeń 2023 r. 
Było południe. Zawędrowałam tego dnia do biblioteki zupełnie przez przypadek. Nie wiedziałam w jakim celu tam się znalazłam. Zauważając znajomą sylwetkę, postanowiłam podejść. Karczmarz w skupieniu przeglądał książki... Tym razem w ludzkiej formie. Na szczęście już ją zapamiętałam, więc od razu go rozpoznałam. Wiele razy widziałam go w tej postaci.
- Cze-eść - zdobyłam się na niepewne przywitanie, lecz wydałam z siebie dziwny, piskliwy dźwięk. Nie zabrzmiało to ani trochę normalnie. Mężczyzna spojrzał na mnie i po chwili uśmiechnął się.
- Cześć.
Chrząknęłam cicho, by następnym razem powiedzieć już normalnie. Przeniosłam wzrok na trzymające przez niego książki i by uratować sytuację, zadałam głupie pytanie:
- Umiesz czytać?
- Tak w sumie to... - zaśmiał się lekko, patrząc na mnie z góry. - To jestem uczonym.
- No tak, idiotyczne pytanie... - mruknęłam, nadal patrząc na książki. Zmrużyłam oczy i starałam się dopatrzeć symbole znajdujące się na jednej z nich. Kompletnie niezrozumiałe dla mnie. - O czym są te książki? - chcąc podtrzymać rozmowę, zadałam kolejne pytanie. Samiec westchnął ciężko, wziął je do rąk i pobieżnie przejrzał.
- Dwie są o nabywaniu nowych mocy, jedna o elfach, dwie pozostałe to fikcja na temat pradawnych smoków… 
- Wow - otworzyłam szerzej oczy, spoglądając już na niego samego. Dosłownie chwilkę mu się uważnie przyglądałam, co zdążył zauważyć. Pokręciłam lekko głową. - Dasz radę je wszystkie przeczytać?
- Nie sądzę, aby to był większy problem - powiedział, po czym włożył książki do skórzanego plecaka. Następnie założył go znowu na plecy, po czym zmienił się w wilka. Przemiana przyszła mu płynnie. Nadal zadzierałam łeb ku górze, ze względu na to, że był on po prostu wyższy ode mnie. 
- Zależy dla kogo - powiedziałam już bardziej do siebie, niż do wilka. Wahałam się przed zadaniem jednego z wielu pytań, które chciałam skierować w jego stronę. - Gdzie idziesz? - nie było jednak to jedno z nich, chciałam zobaczyć, czy nie zajmę mu potrzebnego czasu. 
- Do czytelni... Może jeszcze po drodze zahaczę o jakiś dział, który mnie zainteresuje. 
- A no tak, w czytelni czyta się książki... - rozejrzałam się niepewnie. - Skoro ja tu jakoś jestem, a jesteś też tutaj ty - zaczęłam kompletnie bez sensu. Wymamrotałam to szybko i popatrzyłam na niego. - To czy chciałbyś mi pomóc z czytaniem... Znaczy, bo ja nie umiem czytać i się zastanawiałam, skoro ty umiesz... - zdobyłam się na lekki uśmiech, mając nadzieję że karczmarz mnie zrozumiał.
- Czemu nie - uśmiechnął się nieco nieśmiało. Zaskoczona, że się zgodził wyszczerzyłam się trochę szerzej. 
- Dziękuję... - chciałam dokończyć, lecz zorientowałam się, że nie do końca pamiętam jego imię. Speszyłam się i dodałam szybkie, pojedyncze „dziękuję”. Nie wiedziałam, jak mogłam przeoczyć tak ważną kwestie jak jego imię. Postanowiłam zapytać się o nie przy najbliższej okazji. 
- Zatem chodźmy - stwierdził, ruszając wzdłuż półki. Musiał dobrze znać to miejsce, choć wydawało się być istnym labiryntem. Poszłam za nim, czując się jak jego cień. Ciekawiło mnie, jak tak szybko znalazł dobrą drogę. Łatwo można było się tam zgubić.
Po chwili dotarliśmy do dość cichego zakątka z kilkoma fotelami i świecami, które powodowały, że było tam tak jasno, jak w dzień.
- Nie wolno stąd wynosić książek - powiedział kompletnie bez kontekstu. Ponownie zmienił się w człowieka i usiadł na jednym z foteli. Westchnął z ulgą. Wyglądał na zmęczonego, jakby miał zamiar zasnąć. 
- Rozumiem... - przysiadłam obok niego na podłodze i przekręciłam głowę w prawą stronę. - Jesteś zmęczony? Nie musisz mi pomagać, jeśli nie chcesz… - uniosłam jedną brew. Nie chciałam go zmuszać do tego. 
- Nie, w porządku - stwierdził, odrywając się powoli od oparcia fotelu i nachylając się nad stolikiem. Obok leżały jakieś kartki papieru i wieczne pióra. Wziął sobie po jednym.
- Byłaś tu już kiedyś? 
- Tak się składa, że nie - odparłam, przyglądając się jego ruchom. - Znaczy w bibliotece raz, ale wyszłam po jakimś czasie.
- Te kartki i pióra są dla studentów, aby mogli robić notatki w trakcie czytania... - wyjaśnił cicho, zaczynając coś kreślić na papierze. Bez słowa, w skupieniu oglądałam co robił. Starałam się pochłonąć jak najwięcej informacji. Choć nie poświęciłam temu całej swojej uwagi. Jakaś część była skierowana w stronę mężczyzny, z niewiadomych i niezrozumiałych dla mnie powodów. Przysunął do niej papier i wskazał na literkę. Miał bardzo ładne pismo. Było delikatne i przejrzyste. Przyjemne dla oka. 
- To jest litera "a". Jakie słowa zaczynają się na literę "a"? - wpatrywałam się w narysowaną przez niego literę. Musiałam się chwilę zastanowić, nim wpadłam na dobre słowa. 
- Arbuz, Asgrim, Alfa - odparłam, wykrzywiając się lekko. Szybko zanotował każde z tych słów i podkreślił symbole, które znajdowały się na początku każdego z nich.
- Jaka jest druga literka w słowie "arbuz"? - wskazał stalówką literkę "r". Zamrugałam kilka razy, widząc ją. Powtórzyłam kilka razy pod nosem słowo „Arbuz”, starając się wyłapać brzmienie literki.
- „rb”... „rp”... „r”? - zapytałam lekko zmieszana.
- "R". Pojedynczo czytane jako "er"... Ale literowanie jest trochę trudniejsze. W wyrazach czytasz to jako po prostu "r" - mówił. Ilekroć wymawiał pojedynczą literkę, śmiesznie ją przedłużał. Zaśmiałam się cicho. Powtórzyłam po nim, chcąc tak samo przedłużyć literki jak on. 
- Rrrrrr.... Rrrrrr - skrzywiłam się ponownie. - Język tak śmiesznie lata, jak się to mówi.
- Dokładnie. Szybciej zapamiętasz... - zerknął znowu na kartkę, zanotował małą i wielką literę "r" - czy umiesz mi pokazać, w którym z poprzednio już napisanych słów pojawia się też litera "r"?
- Asgrim - odrzekłam, znajdując w imieniu znajomego literkę r. Uśmiechnęłam się triumfalnie do basiora.
- W którym miejscu? - dopytał, czekając aż mu ją pokażę. Wzięłam delikatnie pióro w zęby, nie mając czym innym mu ją pokazać. Wskazałam nim znalezioną w słowie literkę. 
- Tutaj - powiedziałam, odkładając pióro na stolik.
- Dobrze - uśmiechnął się, na co mimowolnie odpowiedziałam tym samym. - Jakie znasz słowa na literę "r"?
- Rano... Rekin, ryba… - powiedziałam nieprzekonana. Również je zanotował, wzrokiem znów wrócił do wcześniejszych wyrazów.
- Wiesz dlaczego napisałem Asgrim za pomocą dużej literki A?
- Nie za bardzo… 
- To jest imię. Mamy duże i małe literki... Dużymi rozpoczynamy wszystkie imiona, nazwiska, ważne tytuły, nazwy miejsc… - cały czas wskazywał na imię Asa. Duża litera była zaszczytem...
- A jak zapisać moje imię? - spojrzałam na niego, starając sobie wyobrazić, jak mogłoby ono wyglądać. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Byłam Cess i tyle. Nikt mnie nie zapisywał, nie pytał jak się je pisze. Zresztą sama nie miałam pojęcia. 
- Głupio pytać, ale... na początku chyba mi się nie przedstawiłaś - uśmiechnął się dość kwaśno... ale nie wydawał zły. 
- Emmm... tak no... wybacz - uśmiechnęłam się nieśmiało, mrużąc lekko oczy - Nazywam się Cess. - o mało co nie powiedziałabym „Kas Ceres II”. To wszystko przez tą burzę rudych włosów... - Mi samej jeszcze głupiej zapytać, bo ja twojego imienia też nie znam... - dodałam po chwili cicho. To była moja okazja, by pójść mały krok dalej. 
- Elvin. - powiedział, a serce zabiło mi mocniej. Powtórzyłam je w myślach wiele razy. - Sądziłem, że mamy niewyrównane szanse, bo większość jednak wie jak się nazywam... a jednak - uśmiechnął się pod nosem.
W międzyczasie coś pisał. Sama się uśmiechnęłam. Dobrze było znać jego imię. Choć było mi trochę wstyd, że pewnie jako jedyna go nie znałam. 
- Ładne imię - przyznałam, patrząc na kreślone przez niego znaczki. 


<c.d.n.>

Uwagi: Cess nie umie w ogóle liczyć, a jednak jest w stanie podać przybliżoną ilość minut - tylko dla mnie jest to trochę mało logiczne? Raz piszesz cudzysłów, innym razem je pomijasz. Literówki.

Od Crane'a "Czuję tylko zagubienie" cz. 3 (cd. Edel)

Listopad 2023
Pozwoliłem Edel na użycie mojego Naszyjnika Pożywienia. Co więcej; sam zaproponowałem takie rozwiązanie. Zrobiłem to z własnej, nieprzymuszonej woli. W momencie w którym, zrozumiałem jak bardzo jest głodna, stwierdziłem, że chcę coś dla niej zrobić. Tak po prostu. Nie dlatego, że chciałem wyglądać na miłego. Oglądanie E zaspokajającej palące łaknienie sprawiło, że poczułem się...
Jak? Dobrze? Nie... Usatysfakcjonowany? To jest TO słowo? Czy może znów za nic w świecie nie będę wiedział, jak określić własne odczucia związane z zaistniałą sytuacją...?
Obserwowałem Edel przy jedzeniu. Szarpała kolejne kęsy zająca, jakby nie widziała mięsa cały rok. Zacząłem podejrzewać, że nie jadła nic od czasu przybycia obu watah do Białego Miasta.
Tak jak prosiła wadera, jadłem razem z nią. Niemniej jednak dochodziłem do wniosku, że i beze mnie dałaby radę zjeść tego zająca w całości; nawet z pazurami. Specjalnie zwolniłem z tempem odgryzania fragmentów mięsa, żeby więcej zostało dla niej. Zresztą i tak nie byłem głodny; rano wyczarowałem sobie z tego samego Naszyjnika kawał sarniny. 
Mimo wszystko nadal dręczyło mnie pytanie, czy wadera wie o moim Medalionie Nieśmiertelności. Wpatrywałem się więc uparcie w znajomą, oczekując jakiś sygnałów. Choćby podróżowania spojrzeniem po moim pokoju, albo zerkaniem na szafkę. Jednakże, samica była skupiona tylko i wyłącznie na jedzeniu. Przynajmniej do czasu. 
W pewnym momencie E znów podniosła wzrok na moją osobę. Szybko go jednak odwróciła, jakby zawstydzona. Zachowała się, jakby nagle miała coś do ukrycia. 
No tak. Ona nie wie, że wtedy usłyszałem, co krzyczała sama do siebie. A teraz udawała, że chce traktować mnie zwyczajnie; jak TYLKO znajomego. Gdyby wiedziała, że już nie jest w stanie mnie oszukać...
Postanowiłem jak gdyby nigdy nic odgryźć od szkieletu kolejny kawałek mięsa. Tymczasem wadera zupełnie przestała jeść. Zaczęła rozglądać się po pokoju, ale tym razem ewidentnie miało to na celu wyłącznie uniknięcie mojego wzroku. Oblizałem ubrudzony pysk.
- Jeszcze jest. Ja i tak nie jestem głodny - zachęciłem ją do kontynuowania. 
W końcu nie po to zaoferowałem jej możliwość skorzystania z mojego Naszyjnika, by teraz kończyła nienajedzona. E pokiwała głową i opuściła pysk, żeby jeść dalej. Wkrótce z zająca został tylko obdrapany przez nasze kły szkielet. Po wszystkim Edel potarła pysk łapą i krótko podziękowała.
- Proszę bardzo - odparłem machinalnie. 
Wtedy zauważyłem, że na szyi wadery nadal był Naszyjnik Pożywienia. Chrząknąłem i niedyskretnie spojrzałem na ten wisiorek. W ten sposób zasugerowałem E, że powinna oddać moją własność, skoro już jej nie używa. Samica podążyła za moim wzrokiem. Kiedy zwróciła uwagę na magiczny przedmiot, natychmiast zrozumiała aluzję. 
- Och! Zapomniałam o nim - wytłumaczyła się i zaczęła czym prędzej zdejmować Naszyjnik. 
Znów przybrałem poważniejszy wyraz pyska, żeby nie miała wątpliwości, iż nie pozwolę jej go zachować. 
- Hej, przecież bym ci go nie ukradła - zapewniła Edel, odkładając wisiorek na podłogę. - Nie ufasz mi? 
- Czy ja coś powiedziałem? - rzuciłem, opuszczając brwi. 
- Nie, ale wyglądasz i brzmisz, jakbyś miał ochotę coś mi zrobić - odparła. 
Zrozumiałem, że trochę przesadziłem. Rozluźniłem mięśnie pyska i pozwoliłem swojemu wizerunkowi odrobinę złagodnieć. 
- Nie jestem złodziejka, spokojnie - zapewniła E. 
- Ta, wiem - mruknąłem, spoglądając gdzieś w bok. 
Dotarło do mnie, że poczułem autentyczny wstyd. Zastanawiałem się, co powinienem w tej sytuacji zrobić. Wiedziałem czym to uczucie było, ale jednocześnie wydało mi się takie... obce. Zanim zdążyłem dojść do jakiejkolwiek konkluzji, wadera zaczęła nowy wątek:
- Crane... - Jej głos wskazywał, że chodzi o jakąś delikatniejszą sprawę. Być może... o to zauroczenie, o którym ona myśli, że ja nie wiem. 
Wzdrygnąłem się i odwróciłem pysk w jej stronę. Nawet nie zauważyłem, że podeszła nieco bliżej. Z miejsca z którego teraz stała, musiała jeszcze bardziej zadrzeć głowę, by utrzymać ze mną kontakt wzrokowy.
Dokończ - pomyślałem.
- Ufasz mi? - spytała. - Odpowiedz szczerze. 
Nie wahałem się, przed udzieleniem konkretniej odpowiedzi:
- Tak - Ot, kolejne, kłamstwo, które powtarzam na okrągło.
Słyszałem już podobne pytanie setki razy. Odpowiadałem na nie zawsze w ten sam sposób, ale tym razem wykonałem przy tym pewien nowy gest. Mianowicie; moja jedna tylna łapa wykonała drobny krok do tyłu. Zupełnie, jakbym nagle stracił przekonanie w wypowiadaniu tego kłamstwa. 
Co się ze mną dzieje?!
Edel uniosła brew, niezbyt przekonana. Na jej pysku zamigotał smutny uśmiech.
- Bo czasem mam wrażenie, że jednak nie... - westchnęła. 
- To tylko wrażenie - dodałem szybko. 
- Jasne.
E zamruczała coś pod nosem i powoli wycofała się, zwracając mi moją przestrzeń osobistą. Jej podbródek zadrżał, a w błękitnych oczach wadery zaczęły połyskiwać łzy.
- Coś nie tak? - spytałem. Z początku myślałem, że to był mój wyuczony odruch, lecz tym razem naprawdę zmartwiłem się, widząc smutek na pyszczku Edel.
- Skądże - odparła. Fałsz dało się wyczuć na kilometr.
Nie wiedziałem, co powinienem teraz powiedzieć. Znów miałem mętlik w głowie. Jak można to naprawić? Co zrobiłem źle? Gdzie popełniłem błąd? A może według E to ona zrobiła coś nie tak...? 
Wadera westchnęła głośno. Tak samo, jak ja, nie miała już bladego pojęcia, co mówić. Zerknąłem ukradkiem na uchylone drzwi. Przypomniałem sobie, że miałem wychodzić na kolejną walkę... A zamiast tego sterczę tutaj z tym cieniem wilka, którego chciałem wesprzeć? Wesprzeć? Pocieszyć? Które słowo lepiej to określało?
Spojrzałem znów na osobę Edel. Wadera przełknęła głośno ślinę. Po krótkiej chwili, znów usłyszałem jej słaby głos:
- Nie rozumiem cię, Crane. Czasem mam wrażenie, że traktujesz mnie jak obcą, a innym razem... - urwała.
Nie spróbowała nawet dokończyć myśli. Zamiast tego, bez uprzedzenia wyszła z mojego pokoju i zniknęła za drzwiami swojego. Moich uszu dobiegł agresywny szczęk zamka. 
To tyle. Skończyła rozmowę. Próbując ogarnąć umysłem, co tak właściwie się stało, pomyślałem na głos:
- Ja też już nie rozumiem samego siebie... 

<Edel?>

Uwagi: Słowo "niemniej" w wyrażeniu "niemniej jednak" piszemy łącznie. Jeśli nie masz na myśli reszty czegoś, to "zresztą" piszemy łącznie.

Od Mortimera "Ciocia Lind i ciocia Leah, a Tinga nie lubię" cz. 1

Luty 2024 r.
Znalazłem sobie kolegów, którzy jednocześnie nie byli moimi braćmi. Nareszcie. Mieszkali w kamienicy naprzeciwko naszej karczmy, więc nie mieliśmy do siebie wcale aż tak daleko. Ostatnio pomogli mi przeskoczyć przez płot, aby dostać się na ich podwórko i razem pograć w piłkę. Co prawda to oni kopali, a ja tylko za nimi biegałem, krzycząc "podaj, podaj", co niezmiernie ich bawiło, ale i tak uważam, że było fajnie. Wróciłem przez dziurę pod płotem z drugiej strony, którą mi wtedy pokazali. Trochę się zgubiłem na ulicy i płakałem, ale mama mnie na szczęście znalazła i znowu było dobrze. Nawet jeśli była na mnie zła, że nic jej nie powiedziałem o tym, gdzie się wybieram. Przeprosiłem i postanowiłem, że już zawsze będę ją ostrzegać.
Tylko że to było... kilka dni temu. Umówiliśmy się, że następnym razem spotkamy się rano na rynku, ale nie przyszli. Zeszło mi trochę na czekanie, nim zrezygnowałem i zawróciłem. Wtedy trafiłem na nich po drodze, więc umówiliśmy się po raz kolejny, bo wówczas już nie mieli czasu na zabawę.  Było za późno.
Tego dnia również przyszedłem bardzo wcześnie rano, ale... teraz słońce było już bardzo wysoko na niebie, a ja nieźle zmarzłem. Wciąż ich nie było. Nadal miałem cichą nadzieję, że zaraz się pojawią i się pobawimy, bo przecież tak robią koledzy, prawda? A oni byli moimi nowymi przyjaciółmi. Nawet jeśli byli o około rok starsi i znacznie wyżsi.
Niespodziewanie ktoś się do mnie odezwał, kto z całą pewnością nie był żadnym z nich:
- O, dzień dobry Morti. Co robisz sam w mieście?
Już podniosłem się, aby uciekać, ale zdążyłem zerknąć, kto to taki. Za chwilę rozpoznałem pysk białej wadery. Byliśmy razem w watasze i mój tata ją lubił. Czasem jedli razem obiady i rozmawiali. Mama wtedy z reguły się nie odzywała. Chyba lubiła rozmawiać tylko z tatą... Z Lind też zawsze był też Ting, który aktualnie siedział na jej grzbiecie i wpatrywał się we mnie bez większego zainteresowania.
- Cześć Lind! Cześć Ting! - powiedziałem głośno i wyraźnie do każdego z nich - Czekam na kolegów. Mieliśmy się pobawić.
- Twoi rodzice wiedzą? - zapytała, przekrzywiając nieco głowę. Ting w tym czasie zaczął się wiercić, aby się bardziej do mnie nachylić, jednocześnie nie schodząc z jej pleców. Uważałem, że był trochę dziwny, ale wolałem tego nie mówić, bo jeszcze by był na mnie zły. Poza tym to niegrzeczne.
- Wiedzą, wiedzą! - powiedziałem wesoło, pokiwałem głową, ale zaraz potem przypomniałem sobie, jak bardzo mi zimno. Przeszły mnie dreszcze, a uszy od razu oklapły - Tylko... czekam już baaardzo długo. Nie wiem gdzie oni są... Zimno mi.
- Z kim miałeś się spotkać? Może widziałam ich po drodze - powiedziała wadera, nachylając się do mnie. Nie lubiłem, jak dorośli tak robili, ale zwracanie im na to uwagi też było niegrzeczne.
- No... z...! - zacząłem, ale zająknąłem się. Dopiero wtedy to sobie uświadomiłem. Zrobiło mi się głupio. - Zapomniałem ich imion.
- Hmm... - zamyśliła się Lind - A jak wyglądają?
- Jeden był cały czarny z fioletowymi wzorkami. A drugi szary z białymi! Jeden i drugi miał zielone oczka. Takie same! Ale trochę inne - opisałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem.
- Um... Ja nie kojarzę. A ty, Ting? - zapytała, obracając się w stronę swojego przyjaciela. Ten przerwał polerowanie czaszki, jaką natknął sobie na patyk, który wszędzie ze sobą nosił, i odpowiedział:
- Nie wiem. Patrzyłem tylko, czy właściciel cukierni mnie nie zobaczy.
- No to... trudno! - uśmiechnąłem się trochę nerwowo. Nie chciałem im robić problemów. Jak to mama mówiła - lepiej nie zawracać dorosłym głowy, bo mają własne sprawy do załatwienia i nie warto dokładać im problemów.
- Hej, tylko żebyś się nie zaziębił na tym mrozie - mówiła Lind najwyraźniej szczerze zmartwiona - Jeśli jest ci bardzo zimno, lepiej wrócić do zajazdu.
Zawahałem się. Faktycznie, było mi bardzo zimno, ale... koledzy. Nadal miałem cichą nadzieję, że jednak przyjdą. Nie chciałbym ich zawieść... Z tym, że nagle coś do mnie dotarło.
- Cześć - powiedział nagle ktoś jeszcze - O czym tak gawędzicie?
- Koledzy mnie wystawili - powiedziałem, nie podnosząc głowy.
- Och - westchnęła. Dopiero wtedy na nią spojrzałem. Ją również dobrze znałem. To była Leah... z którą się jeszcze nie przywitałem. A to przecież niegrzeczne.
- I... cześć Leah - rzekłem, starając się zabrzmieć wesoło, ale nieszczególnie to wyszło.
- W takim razie nie widzę powodów, żebyś dalej tutaj marznął. Chodź, odprowadzimy cię do zajazdu - zadecydowała Lind takim głosem, jak mama, kiedy tłumaczy mi, że nie ma zamiaru kupować mi czegoś, czym znudzę się po kilku godzinach.
- Zgadzam się z Lind - dodała Leah mądrym tonem.
Z drobnym ociąganiem wstałem, otrząsnąłem futerko ze śniegu i podszedł do Lind. Dorośli są jednak mądrzejsi ode mnie. Muszę się ich słuchać.
- Znowu będą się ze mnie śmiać, ale i tak ich lubię. To moi najlepsi przyjaciele - pochwaliłem się z nagłym przypływem dumy. Uznałem, że źle postrzegają całą sytuację...
- Z czego mają się śmiać? To oni zachowują się nie fair wobec ciebie! - mruknęła ku mojemu zaskoczeniu Lind. Musiałem ich dalej bronić.
- Że znowu dałem się... się... - znowu zacząłem się jąkać - Zrobić! Tak mówią.
- Wrobić? - dopytała Leah.
- Tak! - krzyknąłem.
- Nabrać... - westchnęła Lind.
- Jak powietrza do pyszczka? Mama mówi że nie mam tak robić, bo dostanę kołki, a jak nabiorę za dużo to brzuszek mi pęknie... - mówiłem, ale przerwała mi Lind:
- Nie, tu chodzi o inną sytuację.
- Twoja mama ma rację - westchnęła Leah - A z tego co mówisz, wynika, że koledzy z ciebie żartują. To bardzo niegrzecznie z ich strony.
- Żartują? - powtórzyłem.
- Tak, dokładnie - pokiwała głową Lind. Zerknąłem z nadzieją na Leah, że powie inaczej, ale milczała.
- W negatywnym znaczeniu tego słowa - dodała jeszcze Lind.
- Mówią, że wszyscy chłopcy z siebie żartują i to jest fajne. Wy jesteście dziewczynami i nie rozumiecie - oświadczyłem pospiesznie.
- Mamy... bardziej obiektywne spojrzenie. Każdy nabiera czegoś takiego z wiekiem, tak myślę - powiedziała w końcu Leah.
- Obiektywne? Jak w aparacie? - Zmarszczyłem nosek.
- Obiektywnie, czyli ogólnie. Obiektywnie niebo jest niebieskie, ale jeśli ktoś nie widzi kolorów, dla niego będzie szare. Więc, subiektywnie jest szare, a obiektywnie niebieskie - wytłumaczyła Lind. Nic z tego nie zrozumiałem, ale nie chciałem wyjść na głupiego.
- Nie widzi kolorów?! - powiedziałem z oburzeniem. To była jedyna rzecz, która do mnie dotarła i na pewno ją zrozumiałem.
- Niektórzy nie widzą - odparła wadera - Spytaj o to taty, jeśli mi nie wierzysz.
- Tata nie widzi kolorów?! - wykrzyknąłem jeszcze bardziej zdezorientowany. Tata mówił nam dużo rzeczy, ale tego akurat nie, a wydaje mi się, że powinien.
- E... tego akurat nie wiem. Ale on potwierdzi to, co ja ci mówiłam - rzekła szybko Lind. Dalej myślałem o tacie. Co jeśli naprawdę nie widzi kolorów?! To musi być bardzo dziwne...
- Pierzasta myli się w wielu rzeczach, ale akurat tu ma rację - dorzucił Ting, ale i tak go nie lubiłem, więc udałem, że nie słyszałem.

<C.D.N.>