poniedziałek, 15 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 2 (C.D. chętny)


Lipiec 2026
Roztrzęsiony krążyłem po plaży wte i wewte, nie wiedząc, co zrobić. Do zadrapań przypadkowo dostał się piasek, co spowodowało ich bolesne pieczenie. Musiałem się gdzieś schronić, to pewne. Dżungla z pewnością odpada — Dziki na pewno już tam na mnie czyha. Wiedziałem, że koty się nie poddają, a o swą godność dbają nad wszystko. To połączenie w wykonaniu silnego, dzikiego kota mogłoby się dla mnie skończyć tragicznie.
Rozejrzałem się wkoło. Zauważyłem, że nadchodzi wieczór. Słońce powoli, bo powoli, ale jednak zbliżało się do horyzontu. Zawiał niewielki wiaterek. Skwar wkrótce zaczął słabnąć. Dzień ustąpił nocy, słońce ustąpiło księżycowi, a niebo zaczęło się wypełniać gwiazdami. Od strony lądu zaczęły dobiegać niesamowite odgłosy. Ptaki darły się jak oszalałe, chcąc wykorzystać każdą sekundę na śpiew, taniec i co tam jeszcze, aby zaimponować potencjalnej partnerce. Podchodząc nieco bliżej, wyczułem drgania ziemi i usłyszałem tupot łapek gryzonia. Już, już chciałem się na niego zaczaić, gdy przypomniałem sobie o niebezpieczeństwie. Ten gryzoń zaspokoi głód innego zwierzaka.
Ja zacząłem biec, napawając się wiatrem. On bawił się ze mną — raz targał moje futro pod włos, a raz wygładzał je. Raz przybierał na mocy, a raz cichł. Czułem się szybki, wolny. Nie przejmowałem się piaskiem utrudniającym mi bieg, nie przejmowałem się hałasem. Wszystko inne stało się rozmazanym tłem. Byłem tylko ja i mój bieg. Czułem się niesamowicie. Czułem silny związek z naturą, ze wszystkim, co żywe. W tamtej chwili poczułem nawet związek z Dzikim.
Ale nie na długo. Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że ktoś mnie obserwuje, ktoś mnie śledzi. Gałęzie w dżungli poruszały się w dokładnie tym tempie, w jakim biegłem. Zatrzymałem się, a one były jak cień. A raczej ktoś, kto na nich biegł. Przywarłem do ziemi i zacząłem się skradać. O wilku mowa... On. Patrzył się na mnie. Złość tliła się w jego oczach. Złość i upokorzenie.
- Czego chcesz? - zapytałem. Nie chciałem pokazać, że się boję, choć gdyby nie jego obecność, trząsłbym się jak galareta.
- Nie udawaj głupka.
- Śledzisz mnie, bo przegrałeś ze mną walkę? Serio? - starałem się zachować spokój.
- Wiesz, czym dla kota jest godność?
- Wiem. Ale nie rozumiem, dlaczego się po prostu ode mnie nie odczepisz.
- Masz w ogóle pojęcie, co ty mówisz? Powiedziałeś, że rozumiesz, czym jest dla mnie i dla ciebie godność. Obaj jesteśmy kotami. A ty moją godność naruszyłeś. Kocie prawo pozwala mi się zemścić, prawda?
- Nie jestem kotem. Nie znam żadnego kociego prawa. Ja nie jestem kotem! - krzyknąłem.
- Jesteś, to widać.
- Ja jestem wilkiem!
W tym momencie Dziki zrobił kilka kroków w tył.
- Jesteś potomkiem tych gałganów? No, no, czyli wiadomo, skąd twój charakter.
W tym momencie on uderzył w moją godność. Nie byłem na to przygotowany, nie wiedziałem co zrobić. Nie odpowiedziałem.
- Skąd ty w ogóle jesteś, pchlarzo-sierściuchu?
- Skądś. Muszę już iść.
- Aha, typowa zagrywka tchórza. Ale nie znikniesz na długo. Jutro o tej samej godzinie, w tym samym miejscu, odbędzie się walka. Na plaży, abyś nie próbował żadnych drzewnych zagrywek. Inaczej będę cię śledzić, aż cię dopadnę. Twoje futro posłuży mi za posłanie, a ogon podrzucę tym gałganom, których ty nazywasz wilkami. Niech znają potęgę ocelota - To mówiąc, Dziki swoim zwyczajem odwrócił się i zniknął w dżungli. To, co powiedział, dało mi do myślenia.

***

Wracając, dużo myślałem. O tym, aby powiedzieć komuś z watahy o Dzikim. O tym, aby nie przyjść. O tym, aby uciec i nie wracać, dopóki Dziki nie umrze... Ale nic oprócz tego pierwszego nie wchodziło w grę. Albo przyjdę sam i przegram, albo przyjdę z kimś i wygram. Nie mam wyboru. Z ciężkim sercem udałem się do częściej uczęszczanej części plaży.

<Ktoś? Pomóżcie no biednemu Wilatowi>

Uwagi: Powtórzenia, przede wszystkim słowa "się". Tak, to też jest powtórzenie.

Zdobyto: 9 czerwonych⎹ 17 pomarańczowych⎹ 15 zielonych⎹ 18 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 29 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

niedziela, 14 czerwca 2020

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 13


Sierpień 2025
Proszę, powiedz, że tak. Proszę, proszę, proszę – błagałem w myślach, wpatrując się w Li. Miałem wielką nadzieję, że przytaknie i okaże się być moją mamą.  Fajnie byłoby mieć mamę, a nie tylko tatę. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale faktycznie – większość moich znajomych miało dwójkę rodziców, a nie tylko tatę tak jak ja. 
– Um... Tak, oczywiście – odpowiedziała w końcu wilczyca.
– Czyli jesteś moją mamą! – pisnąłem i od razu do niej dopadłem, wtulając się w białe futerko. Było takie przyjemne w dotyku...
– Ciociu Lind, czyli musisz kochać tatę Morgana, prawda? – zapytała Vi, a ja przekrzywiłem główkę. 
Li nie może być mamą taty, skoro jest już mają. To oznaczałoby, że tata jest moim bratem tak, jak Yvar jest bratem Vi. To nie miałoby najmniejszego sensu!
Minęła chwila, nim zdałem sobie sprawę, że Vi musiało chodzić o całkiem inną miłość. Taką, jaka mogła być tylko między mamą a tatą. Ciekawiło mnie, czy moi rodzice – to słowo było takie cudowne! – się kochali. Miałem nadzieję, że tak!
– Jesteśmy watahą... A wataha to jedna wielka rodzina w końcu.
Uśmiechnęła się, a ja poczułem jak po moim serduszku rozchodzi się takie przyjemne ciepełko. 
– Ale są też takie specjalne rodziny, które kochają się bardziej – zauważyła Vi. – Jak ja, Yv, mama i tata!
Odsunąłem się od futerka Li i zadarłem główkę, próbując spojrzeć w jej oczy. Były zielone i bardzo ładne.
– Też jesteśmy specjalni? 
Wilczyca spojrzała na mnie, po czym szybko odwróciła wzrok. Zamiast tego wyraziła o wiele większe zainteresowanie plażą, na której się znajdowaliśmy.
– Nie wiem, czy o takich rodzinach mówi się "specjalni"... To chyba jest jakoś inaczej... 
– Ale... Ale jesteś moją mamą? 
Skoro nie byliśmy specjalną rodziną, to mogłem się mylić. Może tak naprawdę nie była moją mamą... Kiedy o tym pomyślałem, całe szczęście na wieść, że Li mnie kocha, zniknęło. Opuściłem uszka i spojrzałem na własne łapki.
– Skoro cię kocha, to musi nią być! – zawołała Vi, ale to nie jej odpowiedzi oczekiwałem. Niepewnie uniosłem wzrok, czekając na odpowiedź Li. Moje serduszko biło jak szalone i dziwnie bolało. Nigdy nie czułem czegoś takiego... 
Wadera przymknęła na moment oczy, zwlekając z odpowiedzią. Kiedy je otworzyła, z jej pyszczka wyrwały się najcudowniejsze słowa, jakie tylko mogłem usłyszeć:
– Tak... Mogę nią być...
– Mam mamę! – pisnąłem i nim zdałem sobie z tego sprawę, doskoczyłem do niej i ponownie wtuliłem w jej futerko. 
Wdychałem zapach mamy tak bardzo szczęśliwy z tej chwili. Pachniała tak ładnie, a jej sierść była tak mięciutka. Mógłbym zostać tak na zawsze. Albo nie! Jeszcze lepiej byłoby tulić na zmianę mamę i tatę! Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Nagle ładny zapach mamy został wyparty przez straszny smród. Odsunąłem się od niej i zobaczyłem Tinga, który niósł jakąś miskę. 
– Pierzasta, pamiętasz, co my zrobiliśmy z tymi rybimi ogonami? 
– Co? – Mama spojrzała na Tinga, mrugając kilkukrotnie. – Co mnie interesują twoje rybie ogony?
– O, a co to? – odezwała się Vi. Spojrzałem w jej stronę i zobaczyłem, że zakradła się do miski Tinga i zaczęła ją obwąchiwać. Jednak szybko cofnęła pyszczek, na którym widniał brzydki grymas. – Fu, ale śmierdzi!
– To się nazywa wabik na muchy, Nakrapiana – wyjaśnił Ting. Miałem wrażenie, czy w jego głosie rozbrzmiała duma? – Im bardziej śmierdzi, tym lepiej.
– Po co ci muchy? – zapytałem, przekrzywiając główkę.
– Do jedzenia – odparł odmieniec. Zrobiło mi się wstyd, że o tym zapomniałem. Przecież kilkukrotnie widziałem jak Ting je różne ohydne owady. Nigdy jednak nie zastanawiałem się, skąd je bierze.
– Myślałam, że jesz szczeniaki – wtrąciła Vi.
– Mówiłem wam, że nie! Ting nigdy nie zjadłby szczeniaka! – Zacisnąłem ząbki. Denerwowały mnie to, że szczeniaki ciągle mówiły o tym, że Ting i Baldor jedzą szczeniaki. Mówiłem im o tym tysiąc albo nawet sto razy, a one dalej uważały swoje! A przecież odmieńce – chociaż baaardzo dziwne – nie były takie straszne. Gdyby pożerały małe wilki, już dawno zostałbym zjedzony! – Tak... Tak mi się wydaje.
– Pewnie jadłbym je, gdyby były choć trochę smaczne – Ting wzruszył ramionami.
– Próbowałeś kiedyś? – zapytał Yvar. Całkiem zapomniałem, że on też tutaj był!
Yngvi, słysząc pytanie swojego brata, zrobiła kilka kroków w tył. Zwiększyła w ten sposób dystans między sobą a Tingiem. Chociaż byłem zły na basiorka, że tylko dodatkowo wspierał te głupie informacje na temat tego, co je Ting, to nie mogłem opanować niepokoju. Zadał bardzo dobre pytanie.
– Hm... Czy próbowałem... – mruknął odmieniec i potrząsnął głową. – Schodzimy z tematu. Gdzie są rybie ogony, Pierzasta?
– Nie wiem! – zawołała mama. – Nie mam pojęcia!
Kiedy Ting nie zaprzeczył, zacząłem się naprawdę bać. Co z tego, że szczeniaki były niesmaczne, skoro odmieniec już je kiedyś jadł? Może kiedyś będzie chciał spróbować ich ponownie! A ja byłem najbliższym szczeniakiem w okolicy!
Znowu przyparłem do mamy, wtulając się mocno w futerko. Schowany za jej łapką, usłyszałem kolejne słowa Yvara, które ani trochę nie pomagały!
– Nie odpowiedziałeś.
Odmieniec wtedy spojrzał na basiorka, a ja wystraszyłem się, że zaraz go pożre! Nie lubiłem za bardzo Yvara, ale nie chciałem, żeby Ting go zjadł! Nie miałem jednak odwagi, żeby wychylić się za mocno zza łapki mamy.
– Aż takie to ważne?
– Spokojnie, jestem pewna, że jego gatunek NIE je szczeniąt.
– Po drugiej stronie plaży Baldor próbuje podtrzymać ogień w palenisku i nie wiadomo, ile jeszcze mamy czasu, zanim podpali całą dżunglę – powiedział odmieniec.
Zdałem sobie sprawę, że lekko drżę. Ting wcale nie pomagał w tym całym niebaniu się! Miałem nadzieję, że palenisko było na te głupie muchy, a nie na Yvara lub mnie! 
– Wiesz, może jak tylko odstawię Morgana, pomogę wam z tym paleniskiem – zaproponowała mama. Teraz to dopiero miałem mętlik w głowie! Musiałem jednak założyć, że palenisko było na owady. Inaczej mama by mu nie pomagała, prawda? Przecież mnie kochała! Nie mogłaby chcieć, żeby Ting mnie zjadł! – A Ting i Baldor jedzą tylko owady – dodała.
– Ale kiedyś mógł zjeść szczeniaka – zauważył Yvar. – Jak inaczej miałby się dowiedzieć, że są niesmaczne? 
– Ting nigdy nic mi nie zrobił! – pisnąłem, ze wstydem zdając sobie sprawę, że mój głos drżał.
– Ale może. 
– Yv, to nie jest zabawne! – zawołała nagle Vi. Spojrzałem na nią. Musiała cały czas się cofać, bo stała teraz dobry kawałek ode mnie, mamy i Tinga. Pocieszyło mnie odrobinę, że ona też drżała leciutko. – Przestań! Po prostu przestań!
– Przepraszam, Vi... – Yvar opuścił wzrok i zrobił kilka kroków w tył.
– A niech mnie, ale te maluchy łatwo nastraszyć! – zaśmiał się odmieniec.
– Ting od zawsze jadł owady. Koniec tematu! – zarządziła mama, jednak od razu w słowo wpadł jej sam Ting:
– Nieprawda. Niedługo po naszym przybyciu upiekliśmy z Baldorem tego kraba, którego ty nie chciałaś. 
Vi rozglądała się nerwowo, cały czas drżąc. Miałem ochotę podejść i ją przytulić, ale za bardzo nie chciałem opuszczać futerka mamy. Dawało mi zbyt duże poczucie bezpieczeństwa. Nagle podskoczyła i wskazała w kierunku, z którego nadchodziła jakaś ruda wilczyca.
– Patrz, Yv! Mama idzie. Może do niej pójdziemy, co? – zaproponowała i nie czekając na jego odpowiedź, odwróciła się i pobiegła w stronę wadery, krzycząc jeszcze – Pa, Morgan! Pa, ciociu!
Yvar jeszcze przez moment wpatrywał się w odmieńca, mrużąc dziwnie oczy. Dopiero po chwili wstał i pobiegł za swoją siostrą.
– Li... – zacząłem, jednak szybko przerwałem zdając sobie sprawę, że teraz nie powinienem się do niej zwracać po imieniu. Spróbowałem ponownie, powoli wypowiadając i smakując nowe słowo. – Mamo...?
– Chodźmy do twojego taty. Znów było jakieś zamieszanie z patrolem, więc skończy dzisiaj wcześniej – powiedziała, nachylając się nade mną.
Niepewnie przytaknąłem.

<c.d.n.>

Zdobyto: 73 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 66 zielonych⎹ 73 niebieskich⎹ 63 granatowych⎹ 50 fioletowych⎹ 20 różowych odłamków

Od Yvara "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 12


Sierpień 2025
Bardzo niezadowolony z takiego obrotu sytuacji, zabrał się za malowanie. Chciał jak najszybciej zaznaczyć ten cały piach, ale – na jego nieszczęście – namalował palmę tak wysoko, że musiało być go bardzo dużo. W innym wypadku drzewo wisiałoby w powietrzu. Yvar mruczał coś pod nosem, co nawet niespecjalnie przypominało słowa, a jedynie ciężkie do sprecyzowania dźwięki frustracji.
Ledwo skończył i poszedł wyczyścić swoje łapki, do basiorka doskoczył Morgan.
– Skończyłeś już? Naprawdę potrzebuję tych farbek! Chciałem namalować Li!
– Ona nazywa się Lind. Zapamiętaj to w końcu! – burknął w odpowiedzi Yvar. Całkowicie zignorował pytanie o farbki, wychwytując nowy irytujący szczegół w wypowiedzi samca.
– Li brzmi ładniej! 
– I co z tego? Ma na imię LIND! 
Morgan, słysząc jego warknięcie, podkulił ogon i wycofał się. Yvar miał nadzieję, że teraz już na zawsze da mu spokój, przynajmniej w kwestii tych głupich farb. Jednak na jego nieszczęście całą sytuacją zainteresował się pan Dernet, który podszedł do nich i spojrzał to na Yvara, to na Morgana. Mrużył oczy widocznie zdziwiony, co w ich kłótni robi Lind.
– Coś się stało, chłopcy? – zapytał w końcu.
– Morgan nie potrafi mówić – mruknął pod nosem Yvar, jednak jego słowa zginęły pod znacznie głośniejszym oskarżeniem Morgana. 
– Yvar nie chce mi pożyczyć farbek. A ja tylko chciałem domalować piórka! 
Szczeniak brzmiał jakby miał się za moment rozpłakać. Yvar spojrzał na niego i faktycznie dostrzegł zbierające się w jego oczach łzy. I to niby on był młodszy...
– Yvarze, mówiłeś, że już skończyłeś – zauważył nauczyciel. – Skoro nie będziesz już używać farbek, odstaw je, proszę, na miejsce. 
Basiorek zazgrzytał zębami i powoli skinął głową. Bez słowa odniósł farbki i usiadł przed swoją deseczką. Spod zmrużonych powiek obserwował Morgana, który z nową energią dopadł do odłożonych wcześniej kubełków i teraz niósł je do swojego obrazka. Uważnie paćkał, dodając koloru pracy, a kilka niesfornych kropli spadało na piasek. Yvar wyobrażał sobie ciche kapanie i zaciskał ząbki, powstrzymując się przed podejściem do basiorka i odepchnięciem go od farbek, z których chwilę wcześniej on sam korzystał. Tak bardzo żałował, że nie mógł tego zrobić naprawdę... 
W końcu, po niemożliwie długim czasie, pan Dernet zarządził koniec zajęć. Yvar niechętnie zwlekł się z ocienionego piasku i podszedł do nauczyciela.
– Teraz wspólnie obejrzymy stworzone przez was obrazki. Kto chce przedstawić swoją pracę jako pierwszy?
– Ja! Ja! – zawołała od razu Vi i pobiegła w stronę swojej deseczki, machając wesoło puszystym ogonkiem.
Yvar mimowolnie się uśmiechnął i szybko dogonił siostrę. Kiedy stanął nad jej obrazkiem, wypełnił go jednocześnie podziw i wstyd, że on nigdy nie byłby w stanie stworzyć czegoś tak ładnego. Vi namalowała niebieskozielony ocean, który przecinały białe fale. Były trochę krzywe, ale według Yvara to sprawiało, że wyglądały jeszcze ładniej. 
– I jak? – zapytała Vi.
– Ładny – przyznał od razu Yvar. Morgan powiedział to samo w tym samym czasie, przez co zasłużył sobie na posłanie mu groźnego spojrzenia. Szczeniak jednak go nie zauważył, zbyt wpatrzony w dzieło Vi. I to był chyba pierwszy raz, kiedy Yvarowi to nie przeszkadzało. Cieszył się, że basiorek chociaż docenił umiejętności jego siostry.
– Dobry obraz, Yngvi – pochwalił ją pan Dernet. Wilczyca w odpowiedzi uśmiechnęła się. Musiała być bardzo z siebie zadowolona. – Jednak niebo wyglądałoby o wiele ładniej, gdyby było bardziej szaroniebieskie.
Samiczka spojrzała na niego zaskoczona.
– Ale nie ma takiej farbki!
– Możesz stworzyć własny kolor, mieszając ze sobą barwy – przypomniał nauczyciel. – Zrobiłaś to, tworząc morze. Nie jest ono po prostu niebieskie, a niebieskozielone. Korzystałaś także z zielonej farbki?
Wilczyca spojrzała na swój obrazek jakby widziała go po raz pierwszy.
– No... Tak jakby... Zrobiłam to samo co Morgan, kiedy zepsuł farbkę, ale na deseczce. To był przypadek, naprawdę! – zawołała, widocznie martwiąc się, że wilk będzie na nią zły. Ten jednak uśmiechnął się, na co odetchnęła z ulgą – No i wyglądało to ładnie, więc zrobiłam tak wszędzie...
– Ja tak prawie zepsułem rysunek – wtrącił nagle Morgan. – Musiałem się naprawdę postarać, żeby go naprawić.
Nikt cię nie pytał o zdanie, pomyślał Yvar. Tym razem powstrzymał się od komentarza na głos. Miał przeczucie, że mógłby w ten sposób jeszcze bardziej podpaść nauczycielowi, a tego wolał uniknąć.
– Mogę zobaczyć? – zapytała Vi.
Samczyk przytaknął i oboje pobiegli w stronę deseczki Morgana. Yvar westchnął i niechętnie do nich podszedł. Szczeniaki pochylały się nad pracą. Stały tak blisko siebie, że ich głowy prawie się stykały. Kiedy odchrząknął, Morgan odskoczył przestraszony.
– To musisz być ty! A to twój tata! – Niezrażona jego reakcją, Yngvi wskazała na dwie brązowawe plamy, po czym jej łapka zatrzymała się na białej, poprzetykanej w kilku miejscach cienkimi, kolorowymi kreseczkami. – A to... Lind?
Basiorek przytaknął z szerokim uśmiechem.
– Wyglądacie jak rodzina – stwierdziła Vi po krótkim namyśle – Ciocia Lind to twoja mama?
Morgan przekrzywił główkę, marszcząc ze zdziwieniem brwi.
– Mama?
– No, mama. Nie wiesz, kim jest mama?
– Nie... – przyznał samczyk, a w jego głosie rozbrzmiał wstyd. Yvar już dawno zauważył, że Morgan lubił być tym najmądrzejszym. W rzeczywistości musiał być jednak strasznie głupi. Jak można było nie wiedzieć kim jest mama?
– To wilczyca, która się tobą opiekuje, bawi się z tobą, spędza czas... Która cię kocha – wyjaśniła Yngvi.
– Wszystko pasuje... – Morgan pokiwał ze zrozumieniem głową – Nie wiem tylko, czy mnie kocha...
– Zapytaj jej.
– Jeśli mnie kocha, to jest moją mamą?
– Tak mi się wydaje.
– To mam nadzieję, że mnie naprawdę mocno kocha! – stwierdził, uśmiechając się szeroko.
Yvar przewrócił oczami i spojrzał na pana Derneta, ale ten wolał chyba się nie odzywać w sprawie uczuć Lind do Morgana. Nauczyciel odczekał moment, pozwalając szczeniakom na zakończenie rozmowy, po czym odchrząknął i zapytał o efekt cienkich kresek, które miały udawać pióra białej wilczycy.
– Początkowo zrobiłem taką plamę, ale potem wpadłem na pomysł użycia pazurków. Wtedy linie są bardzo cieniutkie. – Morgan spojrzał jeszcze raz na swoją pracę. – Ale chyba nadal jest ich za mało, prawda?
– Myślę, że już wygląda to dobrze – Dernet uśmiechnął się łagodnie. Morgan skinął wdzięcznie głową. Wyglądał na bardzo dumnego z siebie. – To może teraz obejrzymy pracę Yvara?
– O, właśnie. Yv, pokaż, co namalowałeś! – zawołała Vi i rozejrzała się w poszukiwaniu trzeciej deseczki. Kiedy ją zauważyła, od razu do niej pobiegła. Co miał zrobić, jeśli nie popędzić za nią?
Yvar stanął obok siostry i uważnie obserwował jej pyszczek, kiedy patrzyła na jego obraz. Zauważył dziwny grymas, który szybko zamaskowała uśmiechem. Cały czas jednak mrużyła oczy, wpatrując się w niedokładnie pomalowaną czerwoną przestrzeń.
– To piasek?
Yvar przytaknął skinieniem głowy.
– Nie myślałeś o użyciu żółtej farbki? Wyglądałoby to ładniej.
– Jest czerwony, bo jest bardzo gorący – wymruczał pod nosem Yvar.
Yngvi spojrzała na niego zaskoczona i już otwierała pyszczek, ale przerwał jej niski głos pana Derneta.
– To obrazek Yvara, Yngvi. Czerwony piasek jest z pewnością... – Przerwał na moment, szukając odpowiedniego słowa. – zaskakującym pomysłem, ale cieszy mnie, że wypróbowałeś czegoś nowego, Yvarze.
Basiorek uśmiechnął się w podzięce. Może pan Dernet nie był taki zły, jak początkowo mu się wydawało? W końcu teraz go pochwalił, chociaż w ogóle na to nie zasługiwał, a to było bardzo miłe.
– Myślę, że to wszystko na dziś. Mogę prosić was o pomoc, nim przyjdą wasi opiekunowie? – Nauczyciel wskazał na nadal porozstawiane na plaży farbki.
Szczeniaki przytaknęły i każde z nich wzięło do pyszczka kubeczek. Yngvi zrobiła to z takim zapałem, że prawie wylała zawartość swojej farby na piasek. Morgan i Yvar podeszli do tego o wiele spokojniej, uważnie i powoli zanosząc je pod wyznaczoną przez nauczyciela palmę. Mieli włożyć je do starej skrzynki, w której nauczyciel składał materiały do swoich zajęć. Było tam kilka szpargałów o dziwnych kształtach, których zastosowania Yvar nawet nie potrafił sobie wyobrazić. Spodziewał się, że pewnie pozna kilka z nich w czasie kolejnych lekcji, na które nie bardzo miał ochotę przychodzić. Nawet dla Vi.
Każde z nich zrobiło jeszcze kilka rundek, nim podeszła do nich ciocia Lind. Morgan i Yngvi od razu do niej doskoczyli, piszcząc radośnie. Yvar został z tyłu i uśmiechnął się do niej nieznacznie, kiedy tamci tulili się do jej futerka.
– Li, mam do ciebie bardzo ważne pytanie – zagadnął Morgan, odsuwając się. Yvar zacisnął szczękę, słysząc tę głupią przeróbkę imienia jego cioci. – Ale takie naprawdę, naprawdę ważne!
– Tak, właśnie! Najważniejsze pytanie na świecie! – poparła go od razu Vi.
Yvar przewrócił oczami. Wiedział, o jakie chodziło i spodziewał się także odpowiedzi. Ciocia Lind nie mogła być jego mamą. Nie byli ani trochę podobni! Morgan nie miał w końcu ani jednego piórka, a rodzice powinni być podobni do swoich szczeniaków, prawda? W końcu wszyscy zawsze mu powtarzali, że nie ma wątpliwości, że tata jest jego tatą, skoro są tak podobni. Między Lind a Morganem nie było żadnej cechy wspólnej!
– Jakie? – Wilczyca wyszczerzyła zęby w szczerym uśmiechu.
– Kochasz mnie? – zapytał z pełną powagą Morgan.

<c.d.n.>


Zdobyto: 101 czerwonych⎹ 47 pomarańczowych⎹ 97 zielonych⎹ 114 niebieskich⎹ 61 granatowych⎹ 111 fioletowych⎹ 12 różowych odłamków


sobota, 13 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 1

Lipiec 2026
Był słoneczny dzień. Słońce prażyło niemiłosiernie, a na niebie nie było widać ani jednej ciemniejszej chmurki, która mogłaby przynieść upragniony deszcz. Wiatr zaspał i nie miał najmniejszego zamiaru się obudzić. Fale spokojnie, acz rytmicznie uderzały o brzeg. Do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu...
I tam właśnie, na tej upalnej plaży, na tym niemalże białym, rozgrzanym piasku leżę ja. Zdyszany, tęsknie wypatruję choć mililitra deszczu. Postanowiłem przejść się po plaży w towarzystwie wprawdzie miłych, ale mokrych fal. Zawsze się zastanawiam, dlaczego one muszą być takie mokre. Nie lepsze byłyby suche fale? Dla mnie jak najbardziej. Nie rozumiem wilków, które lubią wodę. Co w niej takiego fajnego? Moczy i brudzi. Brr, chyba pójdę się przejść gdzie indziej.
Słyszałem, że niedaleko plaży jest dżungla. Odbywają się tam dopiero zwiady, ale... Chyba nikt się nie dowie. Tak myślę. Spojrzałem ostatni raz na wielką plażę i skręciłem w głąb lądu.
Nadmorski krajobraz mozolnie przekształca się w dziewiczą dżunglę. Niestety, w sprawie temperatury nic to nie pomogło. Jasne, w dżungli jest więcej cienia, ale co z tego, jeśli zewsząd otacza mnie ciężkie, parne dżunglowe powietrze? Nie do wytrzymania. Cóż, będę musiał się przyzwyczaić.
Gdy skraj dżungli przemienił się w prawdziwą, zarośniętą dżunglę, postanowiłem wskoczyć na drzewo i stamtąd obserwować okolicę. Usadowiłem się na jednej z grubszych gałęzi i rozejrzałem się wokoło. Wszędzie rosły monstrualnie wielkie drzewa i wisiały pnącza. Grubsze i cieńsze. Omszone lub nie. Niektóre były wężami uciekającymi się do mimikry, a inne po prostu pnączami. Wokół roiło się od ptaków. Od malutkich, superszybkich ptaszków po duże i kolorowe, z dziobami większymi od nich samych. Do tego owady, pająki, gady, płazy. W pewnej chwili nadepnąłem nawet na żabę. Żabę na drzewie! Była zielona od góry, kremowa od spodu. Do tego miała nieco demonicznie wyglądające czerwone oczy i pomarańczowe łapki. Piękna! A może i smaczna..?
Jakiś czas później do moich nozdrzy dotarł pewien zapach. Z jednej strony egzotyczny i dziki, a z drugiej znajomy. Kot? Postawiłem uszy na sztorc, próbując wyłapać jak najwięcej dźwięków. Jednak niepotrzebnie — ów kot był bardzo blisko. Na dole. Widział mnie, a gdy ja spostrzegłem jego, instynktownie zamarłem w bezruchu. Wiedziałem, czego chce. Był dojrzałym samcem bliżej nieokreślonego gatunku dzikiego kota i patrolował swoje terytorium. Wtedy spotkał mnie. Intruza.
Mierzyliśmy się wzrokiem. Był duży, lecz nie większy ode mnie. Gdybym nie był hybrydą, a zwykłym kotem, przerastałby mnie. Z jego gardła zaczęło dochodzić ostrzegawcze syczenie. Spiąłem mięśnie, gotowy do ucieczki. Byłem jednak pewny, że nie poddam się bez walki. Rudy, cętkowany kocur nagle wyrzucił łapę w moim kierunku. Było to drugie i zarazem ostatnie ostrzeżenie. Kot przeszedł do ataku. Wszedł na drzewo w dwóch skokach i rzucił się na mnie z pazurami. Ja ledwo co uniknąłem jego ataku i zeskoczyłem na dół. Podirytowany zwierzak zrobił to samo, na co ja odpowiedziałem... Ponownym wdrapaniem się na drzewo. Tym razem mój przeciwnik kipiał ze złości, ale nie zatracił zdrowego rozsądku. Odsunął się kilka metrów od drzewa i czekał. Teraz albo nigdy. Dałem wielkiego susa, celując prosto w kocura. Tym razem on był szybszy. Umknął mi i znikł w gąszczu roślin, zostawiając mnie po drzewem.
Ja, nadal w lekkim szoku po walce i gwałtownym zderzeniu z ziemią zacząłem podsumowywać straty. Byłem trochę potłuczony i nieco podrapany przez kolczaste rośliny, ale nic poza tym.
Zmęczony i jeszcze bardziej zdyszany niż na początku ruszyłem ku plaży. Zdecydowanie nie miałem najmniejszej chęci na kolejne przygody. Spotkanie z dzikim całkowicie mi wystarczało.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 28 pomarańczowych⎹ 21 zielonych⎹ 22 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 5 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków


Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 5


Listopad 2025 r.
Kiedy pierwszy raz przyszłam na zajęcia ze sztuk kreatywnych nauczyciel nie był pewien co ze mną zrobić. Nie umiałam powtarzać ruchów tanecznych, budować ładnych zamków z piasku bez ryzyka ich zburzenia przy każdych "oględzinach" ani w jakikolwiek sposób malować. Na początku było mi trochę przykro z tego powodu, ale szybko postanowiłam sprawiać jak najmniej kłopotów i zachowywać się jak inne szczeniaki. Gdy poszłam mu to oznajmić, poprosił żebym przyszła w sobotę na jego dodatkowe zajęcia. Razem z kilkoma szczeniakami przypisaliśmy wtedy każdemu kolorowi farbki jakieś znaczenie, które później miałam wykorzystywać w swojej pracy.
Otworzyli mi w ten sposób drogę do sztuki. Nigdy nie namalowałam niczego konkretnego (chociaż kiedyś Yngvi powiedziała, że parę różowych krech na jednej z moich pracy wygląda trochę jak wilk), ale uwielbiałam bawić się fakturą. Grubą warstwę farby rozprowadzałam liśćmi i odciskałam w niej muszelki albo połówki kokosów. O kolorze żółtym wiedziałam na przykład tylko, że jest ciepły, wesoły i taki jak piasek (co kompletnie mi do siebie nie pasowało), ale pan Dernet zawsze mówił, że prace są bardzo ładne. A ja zawsze byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Tym razem pan Dernet nawet nie czekał na spóźnialskich ze swoimi zajęciami, a każde przybycie po czasie, wydawałoby się, ignorował. Dobrze że przyszłam na jego lekcje od razu po logice - nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
- Dzisiaj mam dla was coś trochę innego. - zaczął, gdy przybyła większość zajęła miejsca. - Nie mamy wystarczająco instrumentów do własnego użytku, a szukanie kogoś, kto jest w stanie nam jakiś pożyczyć trochę zajmuje. Postanowiłem więc, że zrobimy własne.
Przestąpiłam z łapy na łapę. Zajęcia związane z muzyką były najlepsze!
- Większość tej lekcji poświęcimy na konstrukcję bębnów, na następnej zajmiecie się ich ozdobą. Przygotowałem wam wcześniej materiały - Trącił coś z metalicznym brzdękiem. - Wybierzecie sobie po jednym pudle rezonansowym i...
- Po jednym czym? - spytała Yngvi, wyraźnie zaintrygowana.
- Pudle rezonansowym. - powtórzył wolniej Dernet, podkreślając każdą sylabę. - Dźwięk będzie w nim rezonować, czyli drgać i odbijać się w jego wnętrzu, co bardzo go wzmocni.
Na chwilę przerwał. Spróbowałam sobie wyobrazić jakby to było stać w takim rezonującym bębnie i od samej tej myśli rozbolała mnie głowa.
- Weźmiecie po jednym pudle i po jednej membranie, czyli napiętej powierzchni, w którą będziecie uderzać. Możecie mieć problemy z jej prawidłowym umocowaniem, więc nie bójcie się prosić o pomoc.
- A my w to będziemy... łapkami uderzać? - spytała cicho Nikaella.
- Jak ten wielki kolczasty odmieniec! - ucieszył się Kaiju.
- Możecie uderzać łapkami - tak jak Baldor, Kaiju - albo zrobić sobie pałeczki.
To było... Naprawdę fajne. Może nigdy nie podobało mi się walenie w bęben (co to za muzyka?), ale zrobić taki własny...?
- No to co? - Miałam miłe wrażenie, że Dernet się uśmiecha. - Proszę, wybierajcie!
Zrobił się hałas i ruch. Wszyscy zerwali się by sięgnąć po upatrzone wcześniej zdobycze; natychmiast rozbrzmiały głośne sprzeczki o jedyną żółwią skorupę w stercie. Nie byłam zadowolona z tego, że muszę poczekać, jeśli chcę się przyjrzeć materiałom. Nie miałam najmniejszych szans zrobić tego dość szybko, by jeszcze zagarnąć dla siebie upatrzoną zdobycz. Poczekałam więc, aż tłumek trochę się przerzedzi i podeszłam do stosu. Sięgnęłam do niego łapą i sprawdziłam co pozostało. Z rozczarowaniem stwierdziłam, że do wyboru nie mam już nic poza dwiema nie wiadomo jak starymi i brudnymi puszkami oraz kawałkiem wystrzępionej skóry.
Przez myśl mi przeszło, by wziąć obie i zrobić podwójny bęben, ale szybko stwierdziłam, że materiału na membranę nie wystarczy. Nie straciłam jednak nadziei i zawołałam pana Derneta.
- Poczekaj chwilę, Silee - odparł. - Pomagam teraz Kaiju.
Poczekałam. W końcu łapy nauczyciela zaszurały na piasku.
- Słucham - powiedział.
- Nie ma może więcej takiej skóry? Chciałabym zrobić podwójny bęben - nadstawiłam uszu z nadzieją.
- Niestety zostało tyle, ile widzisz. Może popytaj koleżanek i kolegów, czy nie mają trochę w nadmiarze?
Tak też zrobiłam, ale nikt nie zgodził się podzielić. Chcąc nie chcąc wzięłam tylko jedną puszkę. Przeturlałam ją nad wodę (za nic nie mieściła mi się w pyszczku), żeby pozbyć się grubej warstwy brudu i przy okazji opłukać łapy z piasku. Następnym krokiem było umocowanie membrany, do czego przygotowałam sobie gruby sznurek.
Nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać. Nałożyłam skórę na puszkę i sprawdziłam jak dużo mam nadmiaru do obwiązania. Nie wyglądało to źle. Z pewnym trudem zawiązałam supeł i na próbę uderzyłam w bęben. Membrana zapadła mi się pod łapą, nie wydając najcichszego dźwięku.
Próbowałam wielokrotnie, ale nie ważne jak mocno zaciskałam węzeł, skóra i tak się wysuwała. Z frustracji zaczynało mnie ściskać w gardle, ale nie chciałam przyznawać się do porażki. Słyszałam jak coraz więcej szczeniaków wstaje i rusza na poszukiwanie ozdób, a świadomość tego, że zostaję w tyle jeszcze bardziej mnie irytowała.
- Potrzebujesz pomocy? - spytał nauczyciel, przechodząc obok.
Przez chwilę biłam się z myślami, ale w końcu postanowiłam odpuścić. Pan Dernet był przecież miły.
- Tak - westchnęłam.
By przytrzymać skórkę, nauczyciel wbił w jej końce parę ćwieków i zawiązał sznurek jeszcze raz. Zaraz potem wstał i zawołał wszystkie szczeniaki:
- Na dzisiaj to koniec, dokończymy na następnej lekcji. Bębenki zostawcie u mnie, ale zebrane ozdoby zabierzcie ze sobą. Nie chcemy przecież żeby się pomieszały, prawda?
Na pożegnanie wypróbowałam swój instrument, uderzając w niego łapą. Wydał z siebie krótki, wysoki dźwięk.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 20 czerwonych⎹ 50 pomarańczowych⎹ 45 zielonych⎹ 16 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 13 różowych odłamków