piątek, 19 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 6


Luty 2024
Czułam się, jakbym patrzyła na kogoś, kogo nie znam; jakby te lata, które spędziliśmy razem w watasze i poza nią, nagle przestały mieć znaczenie. W tym momencie Ting wyglądał na bardziej nieprzewidywalnego i nieprzyjaznego, niż kiedykolwiek. Nawet biorąc pod uwagę nasze pierwsze spotkanie w jego komnacie.
– M-miałeś czekać na zewnątrz – wydusiłam przez ściśnięte gardło.
Zamarzyłam, by faktycznie posłuchał tamtej prośby; by nigdy nie przekroczył progu pokoju. To... to nie był odpowiedni moment.
Mój towarzysz nic nie odpowiedział. Zdjął tylko plecak i odłożył go pod ścianą. Wystająca z jego manatków broń zaklekotała parę razy. Zacisnęłam zęby.
– Ting! – rzuciłam. – Wyjdź!
Strażnik Wichury nie posłuchał. Raczył jedynie spojrzeć w moją stronę. Nie wiedziałam, co to miało oznaczać; pysk odmieńca wciąż zakrywała niby-wilcza "czaszka". Bał się? Był zły? Nie potrafiłam niczego odgadnąć, dopóki milczał. Wraz z wściekłością, narastała we mnie frustracja wywołana jego nieposłuszeństwem. Przynajmniej jednego mógłby się uczyć od Strażniczki Burzy!
– Nie – usłyszałam nagle głos Babci. – Może zostać.
Odwróciłam głowę w jej kierunku. Na pysku mojej opiekunki nadal malował się żal, jednak oddychała spokojnie. Uderzyłam parę razy ogonem w podłogę. Nie zamierzałam pozwolić odmieńcowi na pozostanie w pokoju. Byłam przekonana, że dość już tej wilczycy przykrości na jeden dzień. Tymczasem Babcia, dostrzegając we mnie chęć oponowania, powtórzyła spokojnym tonem:
– Może zostać.
Uchylone okno zatrzasnął wiatr. Dopiero wtedy zauważyłam, że w przypływie emocji zaczęłam kumulować energię magiczną. Babcia położyła mi łapę na ramieniu na znak, że to zbędne. Tymczasem Strażnik Wichury podszedł bliżej nas i oznajmił:
– Miał szansę wygrać to starcie. Naprawdę miał – Ewidentnie odnosił się do wspomnianego wcześniej wilka. Jednak jego ton nie zdradzał absolutnie nic. To ukuło mnie jeszcze bardziej.
Babcia pokiwała głową. Przymknęła oczy.
– Tarcza uratowała go raz; ostrza mojej broni złamały się – kontynuował odmieniec. – Ale za drugim razem zabrakło mu... odpowiednich umiejętności.
Przypomniałam sobie, że odmieniec to samo mówił w grocie, gdzie wydobywaliśmy sól.
Tak samo jak wtedy, Strażnik spojrzał na swoje pazury.
Zagryzłam wargi. Tyle czasu spędziłam z tym stworem... Nigdy nie zatrzymałam się, by faktycznie pomyśleć nad tym, co on robił przez te lata. Zabił każdego, który wszedł do komnaty. Każdego.
Przypomniałam sobie jednak, że nie jestem w pokoju sama. Była tu ze mną jeszcze Babcia: ta, która wycierpiała najwięcej przez tego odmieńca. Spojrzałam w jej stronę w oczekiwaniu na wyrok. Wilczyca otarła pyszczek i powiedziała cicho:
– Nie mogę mieć do ciebie żalu... Robiłeś, co musiałeś.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
– Babciu!
Trzasnęły drzwi. Ponownie, za sprawą przywołanego przeze mnie wiatru.
– To nie jego wina. Strażnicy nie mają wolnej woli, Lind – powiedziała. – Mają zasady, których nie mogą złamać.
W moich oczach stanęły łzy. Zasady... zasady... Czy na wszystko odpowiedzią są zasady? Nawet kiedy w grę wchodzi coś tak potwornego?
– Pierzasta... wiesz, że to prawda.
Poczułam, że Babcia znów dotknęła mojego ramienia.
– Nie denerwuj się Lind... Nie warto. Nie możemy mieć do niego żalu – powtórzyła.
Całe życie uważałam ją za najmądrzejszą istotę na ziemi. Tym razem jednak nie wierzyłam w jej słowa. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogła w ogóle proponować wybaczenie czegoś takiego.
– Potrzebujesz się przewietrzyć? – spytała starsza wilczyca.
– Tak – odparłam bez namysłu, po czym wyszłam z pomieszczenia.
Pokonałam długość korytarza i wkroczyłam do głównej izby. Szłam w kierunku drzwi wyjściowych, jednak zatrzymałam się tuż przed progiem. Nagle poczułam, że nie mogę wyjść na zewnątrz; nawet na chwilę. Ten dom był jedną z niewielu rzeczy, które zostały z mojego dawnego życia. Zrodził się we mnie strach, że jeśli opuszczę tę izbę, utracę jeszcze więcej. Co jeśli do czasu mojego powrotu Babcia już...
Nabrałam w płuca wielki haust powietrza. Nie, to tylko bezpodstawne lęki... Prawda?
Spojrzałam na znajdujące się przede mną drzwi frontowe. Po raz kolejny wisiały na zawiasach, poruszane wiatrem. Spróbowałam je domknąć, ale odskoczyły od framugi z cichym skrzypnięciem. Zamek okazał się być już całkiem zepsuty.
Usłyszałam, że ktoś wszedł do głównej izby. Odwróciłam się. Dostrzegłam Haslaye; właśnie zdejmowała z kominka garnuszek z gorącą wodą.
– Chcesz się czegoś napić, Lind? – zapytała.
Zawahałam się.
– Ile z tego słyszałaś?
– Z waszej rozmowy? Nic – odparła wadera. – Nie jestem tu po to, żeby was podsłuchiwać. Chcesz coś do picia? Mamy kawę, herbatę, miętę, rumianek...
Odgarnęłam grzywkę. Westchnęłam i odsunęłam się od drzwi.
– Może być rumianek.
Haslaye postawiła na stoliku kubek, wrzuciła do niego garść przygotowanych wcześniej ziół i zalała wrzątkiem. Kiedy skończyła przygotowywać wywar dla mnie, zabrała resztę wody do innego pokoju. Może akurat potrzebowała jej do wyrobu jakiś maści.
Zdjęłam kubek ze stolika i usiadłam przy kominku. Wtedy usłyszałam, że ktoś inny wyszedł na korytarz. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 42 czerwonych⎹ 28 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 25 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

czwartek, 18 czerwca 2020

Od Lind "Los zawsze daje szansę" cz. 5


Luty 2024
Nie mogłam w to uwierzyć. Jednak wiedziałam, że ta wilczyca nie kłamała. Nigdy, przenigdy by tego nie zrobiła. Usłyszałam pulsowanie własnej krwi, potem wyłapałam także kołatanie serca mojej opiekunki.
– D… Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? – spytałam cicho.
– Nie chciałam tego wspominać – przyznała starsza wadera. – Utraciłam go... z własnej winy.
Otworzyłam pyszczek, by zadać kolejne pytanie, ale zawahałam się. Nigdy nie widziałam Babci pogrążonej w tak głębokim smutku. Nie wiedziałam, czy powinnyśmy dalej ciągnąć ten temat, skoro sprawia on mojej opiekunce tyle bólu. Wkrótce jednak Babcia sama zaczęła kontynuować swoją opowieść:
– Był mały, kiedy zaczął się konflikt. Kiedy jednak podrósł, wszyscy dookoła wiedzieli, że jest synem zdrajcy; tego, który rozpoczął to wszystko. – Wilczyca odwróciła pyszczek w stronę okna, jakby wciąż dobiegały stamtąd odgłosy walki. – A ja… byłam wtedy zbyt skupiona na sobie, by być wsparciem dla niego. Skupiłam się na własnym żalu, zamiast na moim jedynym szczenięciu – głos wadery się załamywał.
Położyłam swoją łapę na jej. Bolało mnie serce, kiedy widziałam moją opiekunkę w takim stanie. Teraz zaczynałam rozumieć, dlaczego dotąd nie wspomniała mi o tym wszystkim. To jednak nie był koniec tej tragicznej historii.
– Kiedy czara goryczy się przelała... – mówiła dalej Babcia. – ...uciekł z domu. Wyruszył w kierunku... Góry Upadłych.
Drgnęłam. Ta nazwa coś mi przypominała; na pewno już ją kiedyś słyszałam.
– On również... zamierzał zdobyć Wichurę Płomieni. – wyznała starsza wilczyca.
Nie skontrolowałam nawet, że cofnęłam łapę. Myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy. Jednak żaden wcześniejszy element tej historii nie mógł się równać z mocą tego ostatniego zdania; ani wieść o partnerze mojej opiekunki, ani historia wojny... nawet fakt, że przede mną Babcia miała własne szczenię. Wichura... Nigdy bym się nie spodziewała, że i na nią znalazło się miejsce w tej smutnej opowieści.
Nagle Babcia znów zacisnęła oczy; ponownie przez fizyczny ból. Zaczęła ciężko dyszeć. Ten widok wyrwał mnie z zamyślenia wywołanego jej ostatnim zdaniem.
– M-Mam iść po Haslaye? – spytałam drżącym głosem.
Oparłam łapy żeby wstać, ale moja opiekunka pokazała mi, że mam zostać na miejscu. Znów wzięła kilka głębszych wdechów.
– Nie... Nie... Ona tu już nic nie pomoże. Zrobiła, co mogła...
Poczułam jeszcze większy ucisk w gardle. Im dłużej siedziałam z Babcią, tym bardziej docierało do mnie jak słaba już była.
– Jeśli nie masz siły... – Chciałam zaproponować przerwanie tej historii; nawet pomimo faktu, jak bardzo interesowało mnie zakończenie. Jednak widziałam, że nerwy nie służyły mojej opiekunce. Przecież jej życie jest dla mnie ważniejsze, niż coś, co działo się lata temu...
– Nie... Muszę ci to w końcu opowiedzieć. – oznajmiła wilczyca. 
– Ale...
– Nie będę spokojna, jeśli nie poznasz całej prawdy – Babcia spojrzała mi prosto w oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie znalazłam żadnego sensownego argumentu. Spuściłam wzrok.
– Więc... co było dalej z twoim szczenięciem?
– Mogłoby się wydawać, że wziął wszystko. Ale nie miał ze sobą Klucza... 
Po raz kolejny zadrżałam. W mojej głowie zaczęły majaczyć przerażające domysły, co do zakończenia tej historii.
– Wziął eliksiry... broń, zbroję... i zaklętą tarczę...
– Tarczę z granatowym herbem – usłyszałam za sobą drugi głos.
Odwróciłam gwałtownie głowę. W pokoju stanął Ting. Zabrakło mi powietrza.
Wiedziałam, że broń Strażnika Wichury nie raz atakowała wilki; jednak nigdy nie rozmyślałam, kim były te postacie z przeszłości. To jest... do teraz.
Poczułam się, jakbym powoli traciła grunt pod nogami.
Nie... Ting... Proszę, nie. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 19 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 25 zielonych⎹ 5 niebieskich⎹ 17 granatowych⎹ 3 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków



Od Yvara "Broń się" cz. 1

Październik 2025
Dwóch samców siedziało na piasku, mierząc siebie niezadowolonymi spojrzeniami. Żaden z nich nie spodziewał się spotkać na tej lekcji tego drugiego i tak samo żaden z nich nie cieszył się z jego obecności. Przez ich głowy przemykały myśli, żeby po prostu sobie pójść, ale nie mieli dość odwagi i tupetu, żeby faktycznie to zrobić. Wszystko wskazywało, że byli po prostu na siebie skazani nie tylko na normalnych lekcjach, ale także na kolejnych dodatkowych. Jakby nie wystarczały im wspólne polowania!
Morgan w końcu odwrócił wzrok i podszedł do Kaiju – swojego najlepszego kolegi. Yvar przewrócił oczami i wyraził nagłe zainteresowanie silnymi falami, rozbijającymi się o brzeg. Nie miał zamiaru tego przed sobą przyznawać, ale gdzieś w głębi duszy był zazdrosny o Morgana. Basiorek miał w końcu kilku kolegów, z którymi spędzał świetnie czas. Poza tym dogadywał się bardzo dobrze z Yngvi, co już całkiem nie podobało się samczykowi. Yvar wiedział, że Morgan podobał się jego siostrze i w pewnym stopniu nawet ją rozumiał, co jeszcze bardziej wzmagało jego niechęć do niego. Nie rozumiał, dlaczego szczeniak był tak bardzo lubiany. To nie miało przecież najmniejszego sensu! Choć starszy, był strasznie głupkowaty i naiwny. Często udzielał się na lekcjach, ale co z tego, skoro jedynym przedmiotem, z którego był lepszy to zajęcia kreatywne? (To, że Yvar był lepszy wyłącznie z polowań, nie miało najmniejszego znaczenia).
Yvar był od niego znacznie lepszy. Tylko z jakiegoś powodu inni tego nie dostrzegali, zawsze stając po stronie Morgana. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym wszystkim, lecz teraz, kiedy po raz pierwszy znalazł się na jakiejś lekcji bez Vi i okazało się, że nawet nie ma z kim porozmawiać – to go uderzyło jak kokos spadający z palmy.
Westchnął, zerkając spod przymrużonych powiek na słońce. Zaraz zaczynała się lekcja, a nauczycielki nadal nie było. Ciekawiło go, czym było to spowodowane. Może miała do omówienia jakąś ważną sprawę? Pani Navri była w końcu Alfą.
Kiedy tylko o tym pomyślał, usłyszał dość niski, kobiecy głos. Obrócił się i napotkał wzrokiem na naprawdę wysoką waderę. Chyba najwyższą, jaką kiedykolwiek widział. Na dodatek nosiła coś dziwnego, co zasłaniało jej oczy oraz miała oklapnięte uszy. Kolejnymi dziwnymi cechami były szare, napuchnięte pręgi na grzbiecie. Na ich widok Yvarowi zrobiło się niedobrze. Z trudem przełknął ślinę, próbując w ten sposób przekonać obiad, żeby nie opuszczał jego brzucha.
– Dzień dobry. Cieszy mnie fakt, że widzę w naszym gronie kolejny młody pyszczek – powiedziała, patrząc wprost na Yvara. Skołowany samiec, odpowiedział (wraz z innymi szczeniakami) szybkim przywitaniem. – Dzisiaj chciałabym przedstawić wam kilka podstawowych pozycji obronnych. Arrow, jako najstarszy wśród was, będzie moim partnerem w czasie demonstracji.
Nieznany Yvarowi basior, niewątpliwie Arrow, wyprostował się i skinął powoli głową. Wyglądał na trochę zawiedzionego i jednocześnie dumnego.
– Utrwalanie podstaw oraz ciągłe ćwiczenie jest równie ważne jak nauka czegoś nowego – powiedziała Navri, zauważając minę samca.
Basior zamiast odpowiedzieć, ponownie skinął głową. Nie wyglądał na zbyt rozmownego. Yvar poczuł do niego jakąś iskierkę sympatii. Może mogliby się dogadać i pracować razem? Mimo wszystko, samiec chciał mieć chociaż jednego kolegę...

<c.d.n.>

Zdobyto: 5 czerwonych⎹ 15 pomarańczowych⎹ 18 zielonych⎹ 0 niebieskich⎹ 23 granatowych⎹ 16 fioletowych⎹ 0 różowych odłamków

środa, 17 czerwca 2020

Od Kai'ego "Karczma" cz. 2



Czerwiec 2026 r.
Po upływie ponad godziny od ich ostatniego spotkania Kai oczekiwał na przybycie Hitama przy jednym ze stolików w karczmie. Przed jego łapami stygnął już talerz pełen jedzenia. Zamówił również dla Alfy wcześniej wymarzony przez niego zestaw – herbatę i sałatkę. Kai zerkał na przemian to na Cody'ego, to na schody prowadzące na pierwsze piętro. Hitam nadal się nie zjawiał. Głównym podejrzeniem Kai'ego było, że mógł zasnąć.
Wtedy jak na zawołanie w polu widzenia Kai'ego pojawił się szczupły basior o ciemnym futrze. Ziewnął przeciągle, po czym leniwie odszukał wzrokiem Kai'ego. Miał zmierzwioną grzywkę.
– Spałeś? – zapytał Kai.
– Ta... Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Wybacz, że musiałeś tyle czekać.
– Nie szkodzi. I tak póki co nie miałem nic ciekawego do roboty, więc postanowiłem zamówić coś dla ciebie. Może być taka sałatka?
Hitam siadając przy stole, przyjrzał się mieszance warzyw, sałaty i jakiegoś oleju.
– Tak.
Zmienił się w postać ludzką i zaczął jeść. Kai nie posiadając takiej zdolności, musiał się zadowolić jedzeniem bez użycia noża i widelca.
– Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jakie to uczucie jeść sztućcami. Nie przeszkadzają ci one? – zagadał pomiędzy kolejnymi kęsami mięsa.
– Nie. Dzięki temu możesz mieć czyste dłonie.
Kai pokiwał głową ze zrozumieniem. Zaraz potem jego wzrok znowu powędrował do Cody'ego.
– Co jest takiego pilnego, że aż tak zawzięcie wypatrujesz Elvina? 
– Nic, po prostu... Miło się z nim rozmawiało – odparł Kai z roztargnieniem – Pod koniec naszego pobytu w zeszłym roku w ogóle go nie widziałem.
– Towarzyski z ciebie wilk.
– A z ciebie nie?
– Wolę przebywać sam.
Kai wyglądał na odrobinę zaskoczonego. Nie umiał sobie wyobrazić, jak można lubić samotność bardziej od towarzystwa innych wilków.
– A za Suzanną tęsknisz – powiedział po chwili namysłu Kai.
– Nie tyle co tęsknię co... Zastanawiam się w jakich warunkach teraz żyje. Może się martwię. Sam nie wiem. Dobrze się z nią współpracowało.
– Dogadywaliście się – Kai bardziej stwierdził, niż zapytał.
– Tak. Navri jest raczej małomówna, więc trudno mi przewidzieć jej ruchy. Suzanna choć była tak samo stanowcza, to przynajmniej to od razu uzasadniała i umiała się kłócić. Navri tylko burknie "tak" lub "nie" i tyle z tematu. Nie odmówię jej bystrości umysłu, ale... chyba sam rozumiesz.
– Empatyczny z ciebie wilk, skoro tak ci to przeszkadza.
– Tak. Może. Nie wiem – Hitam potrząsnął głową – Trudno mi powiedzieć.
Kai zaśmiał się pod nosem. Już kończył jeść swoją porcję, podczas gdy Hitam był zaledwie w połowie.
– Co masz zamiar jej powiedzieć?
– Raczej opowiem jak miewa się wataha. Sądzę, że to by ją zainteresowało – odparł po chwili namysłu – Może będzie miała jakieś pytania, a wtedy odpowiem na nie. Może przyniosę jej coś do jedzenia, jeśli będzie można. W więzieniu jest raczej bardzo zimno, więc lepiej aby było to coś ciepłego...
Kai kiwał głową. Wtedy coś przykuło jego uwagę. Tuż za akurat napełniającym kufel piwa Cody'm mignęła postać o błękitno-białym lokowanym futrze. Akurat zniknął za kotarą. Kai drgnął niespokojnie. Kiedy dostrzegł, że do lady spieszy Cess, upewnił się, że musiał to być Elvin.
– Coś się stało? – zapytał Hitam zaniepokojony.
– Nic. Po prostu najwyraźniej widziałem Elvina.
Hitam skierował wzrok w tym samym kierunku. Natychmiast dostrzegł Cess, która wykrzykiwała imię Elvina.
– Ale chyba sobie nie porozmawiacie.
– Chyba nie... Przynajmniej nie teraz – urwał – Masz jakieś plany na resztę dnia?
– Nieszczególnie – Hitam wzruszył ramionami – Prócz załatwienia wszystkiego odnośnie naszego pobytu tutaj.
– Możemy iść na spacer. Po drodze to ogarniesz.
– Czemu by nie...
Elvin akurat wrócił. Zdecydowanie wydobrzał. Jego futro nie było już wyłysiałe. Kai mógłby rzec, że wyglądał nawet lepiej, niż kilka lat temu. Jego futro było czyste i zadbane, znowu przydługie na karku i szyi. Znowu wyglądał jak jakiś książę, w dodatku znacznie młodszy, niż był faktycznie. Na widok Cess uśmiechnął się blado. To właśnie sprawiło, że Kai pomyślał, że Elvin nadal jest nadwyraz poważny. To była jedna rzecz, która nie zmieniła się od ostatniego roku. Teraz przynajmniej nie wyglądał przy okazji na nieszczęśliwego.
– Jestem naprawdę ciekawy, co się działo przez ostatnie lata – oznajmił Kai, kiedy Hitam odsunął pustą miskę po sałatce.
– Naprawdę? Czemu to aż tak cię interesuje?
– Przypomnę, że jestem nauczycielem historii – Kai uśmiechnął się jakby do siebie – Nie tylko chcę to wiedzieć, bo mnie to zwyczajnie interesuje, ale i mogę powiedzieć o tym szczeniakom na lekcji.
– Rozumiem – Hitam pokiwał głową – To co, idziemy?
– Możemy iść.
Kiedy wychodzili, Cess akurat coś żywo opowiadała Elvinowi. Przysłuchiwał się temu z lekkim uśmiechem. Wzrok miał wbity w ladę, więc nawet nie zauważył przechodzącego Kai'ego z Hitamem. Kai'emu przeszło przez myśl, że raczej nieprędko się sobą znudzą.
Kolejne trzy godziny Kai wraz z Hitamem spędził na zwiedzeniu miasta. Ku ich zaskoczeniu ceny w sklepach nieznacznie spadły. Pojawiły się również nowe zakłady rzemieślnicze – głównie skupiające się na hutnictwie i spawaniu. Kai'ego szczególnie zainteresował sklep protetyczny, jednak o tej porze wszystkie zakłady były pozamykane. Hitam z trudem odciągnął go od próby włamania.
Przeszli też wzdłuż królewskich ogrodów, które wyglądały dokładnie tak, jak Kai sobie zapamiętał. Podczas kiedy czekał, aż Hitam wyjdzie z gabinetu administracji przyjazdów do Białego Królestwa, obwąchiwał kwiaty. Kilka z nich wychylało główki przez płot, więc postanowił z tego skorzystać. Mógłby nawet rzec, że nic nie równało się z zapachem tutejszych róż.
W pewnym momencie zawędrował za daleko i – ku własnemu zaskoczeniu – zauważył, że wiele nieszczególnie zadbanych wilków zmierzało w kierunku wejścia do więzienia. Wejście nie było zamknięte, ani nawet strzeżone. Co więcej, wilki wyglądały na wyjątkowo szczęśliwe. Rozmawiały, żartowały...
Przed dalszym dochodzeniem powstrzymał go głos Hitama:
– Szukałem cię. Co tu robisz?
– Tutaj nie czasem było więzienie?
Hitam zmrużył oczy, obserwując wejście do podziemi. Znajdowało się ono nieopodal Białego Pałacu i siedziby administracji.
– Tak.
Kai nie musiał nic dodawać, bo Hitam sam domyślił się, w czym rzecz. Obserwował przechodzące wilki aż do momentu, kiedy coś innego nie przykuło jego uwagi.
– To jadłodajnia.
Kai aż się zdziwił na tę informację. Teraz wszystko zaczynało mu się układać w logiczną całość, ale... Białe Królestwo nigdy nie jawiło mu się jako miejsce, gdzie poddani dostawaliby cokolwiek bezinteresownie.
– Płatna? – upewnił się Kai.
– Nie ma cennika, ale za to jest dzienne menu.
Hitam miał rację. To wszystko wydało się Kai'emu dziwnie szalone. Gdyby ktoś inny mu powiedział, że w Białym Mieście jest cokolwiek darmowego, prawdopodobnie by go wyśmiał.
– Idziemy do środka? – zapytał Kai.
Hitam nie odpowiadając, ostrożnie skierował się do wyjścia. W środku uderzył ich zaduch i chłód dużo większy niż na zewnątrz. Pomieszczenie było bardzo długie, wypełnione kocami, pustymi i wypełnionymi miskami, siedziskami, poduchami, stołami i przede wszystkim zapachem jedzenia. Pomiędzy brudnymi, lecz szczęśliwymi wilkami lawirowały kelnerki, wręczając każdemu porcję obiadową.
– To chyba jedzenie dla biednych – stwierdził Hitam, kiedy poczuł na sobie nachalne spojrzenie jednego z wyliniałych wilków.
– Też tak mi się zdaje – wymamrotał Kai, gotów do wyjścia.
– Niemniej jednak miejsce sympatyczne.
– I to oznacza, że więzienie albo zmniejszyli, albo przenieśli – oznajmił Kai, kiedy byli już na zewnątrz. Niebo było o tej porze już zabarwione pomarańczem i jasnym fioletem.
– Może wracajmy już? – poprosił Kai.
– Możemy – odrzekł po chwili zadumy Hitam.
– O czym myślisz?
– O Suzi.
– Znowu? – Kai się zaśmiał.
– Najwyraźniej... – mrukliwy ton głosu Hitama Kai odczytał jako niechęć do dalszej dyskusji. Resztę drogi przeszli w milczeniu. Przecięli też rynek, gdzie – ku ich zaskoczeniu – nie było już podestu dla publicznych egzekucji. W zeszłym roku jeszcze tam stał, lecz wyglądał na dawno nie używany. Kai i Hitam patrzyli na to miejsce z dozą nostalgii. Nawet to jednak nie nakłoniło ich do rozmowy. Słowa były zbędne.
Na miejscu okazało się, że karczma była już niemal zupełnie wyludniona. Za ladą stał jedynie Elvin, który wciąż rozmawiał z Cess. Obok niej stało kilka pustych kufli po piwie, a ona sama śmiała się do siebie. Ledwo trzymała głowę w pionie. Na widok Hitama i Kai'ego Elvin zamilknął. Patrzył na nich jakby wystraszony.
– Nie przeszkadzajcie sobie – powiedział pospiesznie Hitam i przyspieszył kroku. Kai chciał coś jeszcze dodać od siebie, ale miał pustkę w głowie. Nie zdarzało mu się to często.
– Coś się stało, kochanie? – zaśmiała się Cess.
– Nic – odparł krótko Elvin. Brzmiał, jakby był w pełni trzeźwy. Cess odpowiedziała mu krótkim śmiechem i plaśnięciem ludzkiej dłoni o własne czoło.
Kai nie oglądał się już za nimi. Czuł jednak jak Elvin odprowadza go wzrokiem. Zastanawiał się, o czym mogli rozmawiać, podczas gdy Cess była w takim stanie. I co było w tym takiego tajnego, że przerwali na ich widok.

<C.D.N.>

Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 88 pomarańczowych⎹ 47 zielonych⎹ 61 niebieskich⎹ 79 granatowych⎹ 60 fioletowych⎹ 37 różowych odłamków


>> Następna część >>

Od Naidy "Mistrzowie kuchni" cz. 7


Maj 2026 r.
Theo i Dannan siedzieli pod drzewem już od dłuższego czasu. Naida spojrzała na nich i stwierdziła, że z tej perspektywy wyglądają na bardzo małych. Co jakiś czas wykrzykiwali jej imię i bezskutecznie próbowali ją zdopingować do zejścia na dół. Naida jednak przez cały ten czas mocno trzymała się pnia drzewa. Nie miała pojęcia, jak długo już tam siedzi, jednak nie zamierzała schodzić. Kiedy nie patrzyła w dół, było nawet ciekawie. Ptaki co jakiś czas przelatywały jej obok głowy, piasek nie palił w łapy, a liście drzewa dawały schronienie przed słońcem. Czasami, gdy spoglądała w niebo, miała wrażenie, jakby latała. Siedząc na tak dużej wysokości, Naida zaczynała podziwiać wszystkie te zwierzęta i ptaki, które przez większość życia przesiadywały na drzewach. Musiały być bardzo odważne. Z dołu dobiegło kolejne wołanie. Naida odruchowo spojrzała w dół i od razu tego pożałowała. Przycisnęła się bliżej pnia drzewa i pisnęła przestraszona. Łapy zaczęły ją boleć od tak długiego i trudnego wysiłku. Wydawało jej się, że zaraz spadnie i zginie. Nie chciała tak szybko umierać.
– Łapy mnie bolą! – wyjęczała.
Theo wyglądał na spanikowanego. Zaczął o czymś rozmawiać z Dannem. Nauczyciel nie wydawał się zadowolony, słuchając, o czym mówił mu basiorek. Theo przez chwilę patrzył na Naidę, po czym gdzieś uciekł. Waderka poczuła się lekko urażona. Jeszcze przed lekcją zachowywał się, jakby mu bardzo na niej zależało, a teraz, gdy ta jest w potrzebie, on ucieka. Naida skupiła się na tym tak bardzo, że aż zapomniała, aby mocniej trzymać się konaru. Jeden z mocniejszych podmuchów wiatru poruszył drzewem, a waderka zaczęła zjeżdżać po drzewie. Szybko wbiła się pazurami pień i przycisnęła się do niego, drżąc ze strachu. Przeszyła ją fala bólu, gdy rozpędzona wbiła się pazurami w drzewo. Niechętnie spojrzała w dół. Zjechała tylko trochę niżej, ponieważ Dannan nadal wydawał się mały i odległy.
– I po co się zatrzymywałaś? Jeszcze trochę i byłabyś na dole! – zawołał basior.
– Boję się! – pisnęła. – Umrę!
– Dasz radę! Tylko nie panikuj.
– Nie dam rady...
Naida pomyślała o swoich łapach, które po zjechaniu bolały jeszcze bardziej i wadera zastanawiała się, co by się stało, gdyby miała w podobny sposób zejść na dół. Byłaby pewnie cała obolała, a łapy odpadłyby jej z bólu. Wzdrygnęła się, gdy kolejny ptak przeleciał jej obok ucha. Skuliła się i zamknęła oczy. Nie miała już ochoty na patrzenie w niebo i marzenie o lataniu. Utknęła na jakimś wielkim kiju, który ruszał się za każdym razem, gdy zawiało nieco mocniej. Czasami Naidzie wydawało się, jakby to nie wiatr tak rzucał nią na boki, a drzewo, które zauważywszy na sobie nieproszonego gościa, starało się go z siebie zrzucić. Czyżby nie była dość godna, aby się na nie wspiąć? Ten podniebny świat wydawał się jej wrogi i obcy. Wilki nie były stworzone do przebywania nad ziemią, ale wszystkie te latające stworzenia czuły się tu pewnie jak ryba w wodzie. Nagle do jej uszu dobiegło czyjeś wołanie. Waderka ostrożnie spojrzała na ziemię i ze zdziwieniem zauważyła biegnące w jej stronę szczeniaki. Naida wyszczerzyła się na widok Theo, Sino i Exana. Tego ostatniego nie spodziewała się widzieć podczas tej akcji ratunkowej. Theo i Sino ciągnęli za sobą duże liście, o które co jakiś czas się potykali. Dotarli pod drzewo i rzucili je na stertę. Naida zastanawiała się, co zamierzają zrobić. Theo wyglądał na podekscytowanego i z uśmiechem spoglądał na Naidę.
– Zaraz cię ściągniemy! – oznajmił radośnie.
– Niby jak? Zaraz spadnę!
– To dobrze! – ucieszyła się Sino.
– Dobrze? Chcecie mnie zabić?
– Rozłożymy pod tobą liście tak, abyś mogła na nie bezpiecznie spaść. Wtedy nie powinno tak boleć, prawda? – wyjaśnił Theo.
Ostatnie zdanie wypowiedział tak, jakby sam w to nie wierzył, jednak nadal uśmiechał się przyjaźnie i z dumą prezentował waderce zebrane przez nich duże liście. Stojący obok Dannan nadal nie wyglądał na zachwyconego tym, co działo się wokół niego. Zapewne wolałby, aby Naida sama zeszła z drzewa, jednak nie wtrącał się w plan szczeniaków. Usiadł kawałek dalej, tak aby móc wszystko dobrze widzieć i obserwował spokojnie całą sytuację.
– Zaraz rozciągnę je z Theo, a ty musisz jedynie w nie wycelować i skoczyć! – zawołała Sino.
Naida nic nie odpowiedziała. Z nieufnością wpatrywała się w cienkie liście palm. Nie była pewna, czy będzie to przyjemne lądowanie. Musiała przecież wycelować w coś, co było dla niej tak małe. Obserwowała, jak przyjaciele podnieśli liście i odpowiednio je napinając, ustawili się pod waderką. Exan stał z boku i z lekkim uśmiechem wpatrywał się w Naidę.
– Moszes juss skakac – wybełkotał Theo z ustami pełnymi liści.
– Dobrze! Zaraz...
Naida poczuła nagle strach. A co jeśli nie wyceluje? Łapy dokuczały jej coraz bardziej, a palma bujała się na boki, dając waderce do zrozumienia, że to nie miejsce dla niej. Naida wzięła głęboki oddech, aby choć trochę się uspokoić.
– Długo to będzie trwało? – zapytał znudzony Exan.
Naida zignorowała jego słowa i przerażona puściła się drzewa. Wydawało jej się, że spada przez wieczność. Strach i podmuch wiatru nie pozwalały na zaczerpnięcie oddechu. Oczy zaczęły jej łzawić, więc postanowiła je zamknąć. Następnym co poczuła, było mocne uderzenie o rozciągnięte nad ziemią liście. Usłyszała jakiś krzyk, a chwilę później wylądowała na piasku. Kiedy otworzyła oczy, okazało się, że co prawda wycelowała w dobre miejsce, jednak liście pękły i wadera spadła ciężko na ziemię. Siła uderzenia musiała być duża, bo zarówno Sino, jak i Theo leżeli obok niej przestraszeni. Exan siedział kawałek dalej śmiejąc się, jakby właśnie usłyszał dobry żart. Naida z irytacją stwierdziła, że basiorek nie przyszedł tu, aby jej pomóc.
– Co ci tak wesoło? – rzuciła.
– Gdybyście tylko widzieli swoje miny! Wyglądacie, jakbyście zobaczyli ducha!
– A ty mogłeś nam pomóc, zamiast tak siedzieć bezczynnie! Jakbyśmy trzymali to w trójkę, udałoby się! – Theo wstał powoli i otrzepał się z piasku.
– Te wasze cieniutkie liście i tak by pękły. Naida jest po prostu za gruba.
– Odszczekaj to! – wrzasnęła Naida.
– Ale taka prawda – Exan wzruszył ramionami.
– Może mieć trochę racji... – odezwała się nagle Sino. – Powinniśmy znaleźć trochę grubsze liście. Na te byłaś za ciężka.
– Nie jestem ciężka!
Naida chciała wstać, ale potknęła się i znów upadła na piasek. Łapy bolały ją od zbyt wielkiego wysiłku, a od upadku lekko kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się powoli i usiadła mierząc Exana morderczym spojrzeniem. Następnie odwróciła się w stronę jego brata, który starał się ignorować jej spojrzenie.
– Theo, powiedz im coś! – poskarżyła się basiorkowi.
– Znaczy... – Theo zastanawiał się nad odpowiednim doborem słów. – Nie mówię, że jesteś gruba! Jesteś idealna, ale... To wina liści! Były za cienkie, więc jak na nie spadłaś, to się rozerwały.
– Widzicie? Moja waga jest idealna!
– Według osoby zakochanej w tobie po uszy! Ale ja tam nie zamierzam się kłócić. Niektórzy lubią pulchniejsze waderki... – Exan uśmiechnął się złośliwie i odwracając się do nich plecami, odszedł.
– Może powinnaś pomyśleć o odchudzaniu? Jakieś ćwiczenia czy coś – Sino wstała i podeszła do Naidy.
– Dzięki, ale nie muszę się odchudzać.
Naida spojrzała ze złością na waderkę. Po chwili wstała i znowu zachwiała się lekko na łapach. Sino podtrzymała ją i pomogła złapać równowagę. Theo w tym czasie zaczął zgarniać liście w mały stosik pod drzewem. Kiedy skończył, wrócił do nich i z zatroskaniem przyglądał się Naidzie. Waderka stwierdziła, że to bardzo urocze, gdy tak się o nią martwi.
– Boli cię coś? – zapytał.
– Tylko łapy, ale to nic takiego! Wystarczy, że trochę odpocznę i będzie dobrze.
W tej chwili podszedł do nich Dannan. Nie wyglądał na zachwyconego, ale nie był też zły. Westchnął i spojrzał na szczeniaki.
– Naida, miałem nadzieję, że przełamiesz strach i sama dasz radę stamtąd zejść... – zerknął na nią przelotnie, po czym zwrócił się do Sino i Theo. – Muszę przyznać, że pomysł z liśćmi nie był taki zły. Udało wam się ją przekonać do skoku. Jednakże, gdyby nie udało jej się dobrze wycelować i spadłaby na któregoś z was... Następnym razem lepiej uważajcie i mimo strachu przynajmniej spróbujcie zejść, nie robiąc przy tym tylu problemów.
Ostatnie zdanie było skierowane do Naidy. Waderka skuliła się. Czekała, aż Dannan doda coś jeszcze, lecz on tylko pożegnał się i odszedł, zostawiając trójkę szczeniąt pod drzewem.
– Idziemy gdzieś? Nudno tu – stwierdziła Sino ziewając.
– Ja chyba... Miałem iść na randkę z Naidą, prawda?
Naida spojrzała na niego zdziwiona. Prawie zapomniała o randce! W czasie kiedy siedziała tam, na górze, nie myślała o rozmowie, która odbyła się przed lekcją. Zajęta była innymi rzeczami. Teraz zrobiło jej się głupio, że utknęła tam na tak długo. Pewnie Theo wolałby robić coś ciekawszego niż czekać, aż jakaś wadera zejdzie z drzewa.
– A masz jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy pójść? – zapytała, modląc się w duchu, aby Theo nie zauważył, że waderka zupełnie zapomniała o tak ważnej rzeczy jak pierwsza randka.
– Chyba tak...
– Będziecie się całować? – zapytała Sino.
– A powinniśmy? – Naida spojrzała pytająco na waderkę.
– Nie wiem.
– Chyba jeszcze nie... – Theo wyglądał na zakłopotanego. – Znaczy się... Jak Naida będzie chciała...
Sino roześmiała się i spojrzała na basiorka ze współczuciem. Naida pomyślała, że to nawet zabawne. Jeszcze tak niedawno marzyła o choćby rozmowie sam na sam z Mortim, a teraz jak gdyby nigdy nic rozmawiała o całowaniu się z Theo. Waderka z radością stwierdziła, że to drugie wygląda na znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze. Żadnych walk z innymi waderami oraz żadnych podchodów i udawania, że wszystko jest pod kontrolą. Tamtą walkę przegrała na samym starcie, lecz teraz życie dało jej drugą szansę i tylko od niej zależało czy ją wykorzysta. Theo spojrzał na Naidę z lekkim zakłopotaniem. Waderka uśmiechnęła się do niego, chcąc dodać mu nieco pewności siebie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 49 czerwonych⎹ 96 pomarańczowych⎹ 106 zielonych⎹ 109 niebieskich⎹ 77 granatowych⎹ 48 fioletowych⎹ 20 różowych odłamków