wtorek, 16 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 4


Luty 2024
Przypomniałam sobie moment, w którym nauczyłam się otwierać drzwi bez niczyjej pomocy. Mogłam mieć wtedy z pół roku. Od tamtej pory Babcia musiała cały czas zamykać dom na klucz, żebym nie zdołała uciec. Tylko raz udało mi się wymknąć bez jej wiedzy; wtedy jednak wykorzystałam do tego okno. Złapała mnie mieszkająca nieopodal wadera, której imienia nie umiem już sobie przypomnieć. Wiem tylko, że było krótkie. Ta wilczyca miała jeszcze brata; wiecznie głośnego rudzielca o równie krótkim imieniu...
Wreszcie przestałam rozmyślać, nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi. Moim oczom ukazała się schludna sypialnia. Nie znałam jej tak dobrze, jak głównej izby, ale byłam w stanie powiedzieć, że i tutaj wystrój pozostał ten sam. Łóżko, szafa, a nawet dywan; wszystko było na swoim miejscu. Jednak ponownie z moimi wspomnieniami nie pokrywał się rozmiar pomieszczenia i kolorystyka. Pierwszy aspekt można było wytłumaczyć tym, że ja sama kiedyś byłam mniejsza. Nie miałam jednak pewności, czy farby na ścianie faktycznie zdążyły wyblaknąć, czy po prostu mój umysł przeinaczył niektóre wspomnienia. Magnus mówił, że to się czasem zdarza.
Zatrzymałam wzrok na siedzącej na łóżku postaci. Nie był to wilk, a człowiek. Dopiero po chwili skojarzyłam, że Babcia była z urodzenia wilkołakiem. Prawie o tym zapomniałam; nigdy dotąd nie przybrała przy mnie nie-wilczej formy. Zapewne nie chciała straszyć swojej podopiecznej. Podobno jak pierwszy raz spotkałam człowieka, mając ponad rok, uciekłam z płaczem.
Na mój widok stara kobieta głośno westchnęła. Wstała z łóżka i zaczęła zmieniać się z powrotem w wilka. Chciałam ją przed tym powstrzymać, skoro była wyraźnie słaba, ale nie zdążyłam. Jej ludzkie ubranie w mig zastąpiła sierść.
– N… nie musiałaś… – powiedziałam.
– Musiałam, skoro tutaj przyszłaś. Taką mnie znasz – Na chudym pyszczku Babci zagościł uśmiech.
– Nie boję się już ludzi – zapewniłam.
– Och, Lind… Moja mała Lind...
Uśmiechnęłam się szeroko. W moich oczach stanęły łzy wzruszenia. Tymczasem starsza wilczyca dotknęła moich włosów.
– Jak ty wyglądasz moje dziecko – Zmarszczyła czoło. – Kiedy ta sierść ostatni raz widziała szczotkę?
– Chyba dzień przed tym, jak wyruszyłam.
Babcia zaśmiała się cicho i odgarnęła na bok splątane kosmyki zasłaniające mi oczy. Natomiast ja postanowiłam wreszcie ją uściskać. Tak mi tego brakowało. Wilczyca oczywiście nie opierała się; odpowiedziała mi tym samym. Wówczas zauważyłam, że jej chude łapy drżały. Moja radość przygasła. Nie tak ją zapamiętałam. Babcia zawsze poruszała się swobodnie; szła przed siebie sprężystym krokiem... Zbyt długo mnie tu nie było. Poczułam ból; ciągnący się od gardła po klatkę piersiową. Wreszcie obie rozluźniłyśmy uścisk.
– Przepraszam… – wydusiłam. – Przepraszam, że nie pojawiłam się tu wcześniej. Powinnam była wrócić…
– O czym ty mówisz? Przecież gdybym chciała cię tu zatrzymać, nie pozwalałabym ci wyruszyć po Wichurę, prawda?
Pokiwałam głową.
– Nie mam do ciebie żalu, Lind. Nie wezwałam cię tutaj, żeby czynić ci wyrzuty.
Przez chwilę nic nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co czuję. Pomyślałam o listach, które zdołałyśmy wymienić od czasu mojego odejścia. Minęły całe długie lata, a ja przez cały ten czas napisałam do niej tylko jeden raz.
– Ja… To znaczy… – spróbowałam ułożyć zdanie.
– Lind... – mruknęła ciepło Babcia. –  Wystarczyło, że… – urwała i schyliła głowę. Sapnęła, zaciskając oczy.
– Boli cię coś? – spytałam zaniepokojona.
– To nic… To nic.
Wadera usiadła na podłodze. Ponownie zapadła między nami cisza. Dopiero wtedy zauważyłam, że po raz pierwszy górowałam nad nią wzrostem. Minęło kilka minut, zanim Babcia zebrała dość sił, by znów się odezwać.
– Chcesz mi coś opowiedzieć, Lind? Opowiesz mi o swoich przygodach? – Na jej pyszczek powrócił delikatny uśmiech.
– Przygodach...?
Jakoś nie brzmiało mi to na odpowiednie słowo. Jedyną "przygodą" mojego życia zdawała się być podróż po Wichurę, a nawet ona nie miała satysfakcjonującego finału.
– Nie wiem… Nie wiem nawet od czego mogę zacząć – westchnęłam.
– Powiedz mi… jak jest w twojej watasze? Dobrze ci z tymi wilkami? – spytała Babcia.
– Jestem członkiem stada, jednym z wielu. Mam tam kilku przyjaciół, ale często mam do czynienia z masą... wrednych wilków. Ale da się z nimi żyć... Jakoś.
– Jak duża to wataha?
– To dwa połączone stada; łącznie około stu wilków.
– Stu… – powtórzyła Babcia z podziwem. – Ciut więcej niż w watasze, która kiedyś była tutaj.
– Nie opowiadałaś mi o niej dużo – zauważyłam.
Pogodny wyraz zniknął z pyska mojej opiekunki. Zastąpiło go coś na kształt głębokiej powagi bądź zamyślenia.
– Uznałam, że tak będzie lepiej... Jest to historia pełna bólu i śmierci...
Spuściłam nieznacznie wzrok. Liczyłam, że któregoś dnia usłyszę więcej o stadzie, którego potomkami były wszystkie żyjące tu niegdyś wilki; Juan, Haslaye i to... bezimienne rodzeństwo.
– Ale chyba w końcu przyszedł na to czas. Chyba już obie do tego dorosłyśmy – oznajmiła nagle Babcia.
Podniosłam uszy i znów skierowałam spojrzenie na moją opiekunkę. Dałam jej wyraźnie do zrozumienia, że jestem gotowa usłyszeć tę historię.
– Stado rozpadło się przez zdradę mojego partnera – zaczęła. – Chciał przejąć władzę siłą. Doszło do starcia, w którym zabił nowego samca Alfa.
– Nie wiedziałam, że miałaś wcześniej kogoś… Ani że on…
– Nie miało to znaczenia – przerwała mi Babcia. – Ciebie, Jen, Rey’a, nawet Haslaye nie było wtedy jeszcze na świecie.
Więc to były imiona tej dwójki... Jak mogłam zapomnieć?
– Gdzie jest Jen z Ray’em? – zmieniłam na chwilę temat. – Dokąd poszli? Czemu nie zostali; jak ty i Haslaye?
– Haslaye też chciała odejść po śmierci Juana – wyjaśniła moja opiekunka.
Wtedy przypomniałam sobie, że słyszałam o tym wydarzeniu od Freeze'a. Przebiegł mnie dreszcz. Ile jeszcze czasu zostało do końca jego wyroku...? Był wtedy... grudzień...
– Jednak wróciła – kontynuowała Babcia, wyrywając mnie z nerwowego rozmyślania. – Rok później rodzeństwo wyruszyło na południe. Bez wyjaśnień, bez pożegnania. Nie widziałam ich więcej.
Dotarło do mnie wtedy, jak puste zrobiło się to miejsce. Z wilków, które kiedyś były dla mnie jak rodzina, zostały tylko te dwie wadery...
– Dlaczego wszyscy członkowie tamtej watahy odeszli? – wróciłam do kwestii dawnego stada mojej opiekunki. – Co się stało po śmierci Alfy?
– Reszta watahy nie mogła dojść do ładu… Mój partner zginął w walce, żaden nowy przywódca nie zachował władzy zbyt długo. Powstało kilka frakcji, które toczyły ze sobą prawdziwe wojny. Ostatecznie nic z tego nie wynikło. Wszystko przepadło, wszyscy stąd uciekli. Został tylko Juan ze swoją partnerką, rodzice Jen i Rey’a, ja i... i w sumie to wszyscy.
Zmarszczyłam czoło. Czegoś mi brakowało w tej historii…
– A jaką rolę ty odegrałaś w tym wszystkim?
– Żadną – westchnęła Babcia. – Nie wiedziałam, że mój partner szykował atak, a jak wszystko już ogarnął chaos… usunęłam się w cień. Nie zajęłam żadnego stanowiska. Do dziś tego żałuję… Może wszystko potoczyłoby się wtedy inaczej… Może wtedy mój…
Babcia zasłoniła pyszczek łapą. Z jej otoczonych zmarszczkami oczu popłynęło kilka łez. Bardzo zdziwił mnie tak nagły wybuch emocji; dotąd mogłoby się wydawać, że wadera miała pewien dystans do tych wydarzeń sprzed lat. Zapragnęłam jakoś wesprzeć ją słowem, ale nie wiedziałam nawet czym był ten element, który zdołał tak poruszyć moją opiekunkę.
Babcia nabrała więcej powietrza, próbując się uspokoić. Otarła oczy i spojrzała na mnie.
– Zanim cię znalazłam, Lind… Miałam własne szczenię.

<C.D.N.>

Uwagi: Pisze się raczej "wynikło", a nie "wyniknęło".

Zdobyto: 24 czerwonych⎹ 56 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 24 niebieskich⎹ 53 granatowych⎹ 36 fioletowych⎹ 7 różowych odłamków

Od Torance "Spotkanie z dzikim" cz. 3 (cd. Wilat)


Lipiec 2026
– No spójrz na niego. Od razu widać, że jest coś nie tak – mruknęłam, wskazując ruchem głowy młodego samca. Miał szare futro, dość cienki ogon i niewielki wzrost. Był niższy nawet ode mnie. Podobno – tak samo jak Cess – był hybrydą, z tym, że on mieszał w sobie cechy wilka i kota. 
Dobrze, że Redian jeszcze się o tym nie dowiedział. Od razu pobiegłby zaczepiać nowego. 
Tak właściwie... Gdzie on teraz jest? 
Zacisnęłam ząbki, zdając sobie sprawę, że pewnie znowu błąka się po dżungli. Przysięgam, nie mam już sił do tego kocura!
– Przestań, Tor. Zdaje ci się. – As machnął łapą. – Poza tym, od kiedy tak przejmujesz się nowymi? 
– Od kiedy ty jesteś tak nieczuły? – odparowałam. Irytowało mnie zachowanie mojego partnera. Powinniśmy dbać o nowych, żeby od nas nie odchodzili. Czy to było tak trudne do zrozumienia?
– Pytałem poważnie. Nigdy nie widziałem, żebyś wyrażała takie zainteresowanie. Mam być zazdrosny? Zdradzasz mnie z jakimś nowym pół-kotem, który mógłby być twoim synem?
– Nie jestem aż tak stara – burknęłam tylko.
– Czyli jednak? A ja tak cię kocham! Co z naszymi szczeniakami?! Nie możesz tak po prostu nas zostawić!
Basior uniósł teatralnie pysk. Jego krzyk ściągnął na nas zaciekawione spojrzenia wilków z watahy. Kątem oka widziałam jak kilka z nich uśmiecha się. Na moje szczęście już chyba wszyscy byli przyzwyczajeni do takich akcji ze strony Asgrima. Gdyby nie to, nieraz wyszłabym na okropną matkę i partnerkę. 
– Przestań się wydurniać, As. Nikogo nie mam zamiaru zostawiać. Po prostu mnie to intryguje –mruknęłam i przewróciłam wymownie oczami. Nie chciałam, żeby wciągnął mnie w dyskusje na temat mojego "zdradzania".
– Nie wydurniam się – zaprzeczył od razu samiec. Przyjrzał mi się dokładnie, a ja widziałam, jak kąciki jego ust drgają. Tyle wystarczyło, żebym wiedziała, że za moment znowu powie coś głupiego. – A ty jesteś stanowczo zbyt ciekawska. Zresztą, jak zwykle.
– Co to miało znaczyć? – Zmrużyłam groźnie oczy. – Jeszcze jakbyś sam był lepszy na tym polu.
– A TO co miało znaczyć? Nie jestem ciekawski.
– Ja też nie.
Basior spojrzał na mnie – podobnie jak ja – mrużąc oczy. W końcu wyszczerzył zęby i wyciągnął łapę, żeby prawdopodobnie potargać mnie po głowie. Zrobiłam szybki unik, przez co ten stracił równowagę i upadł na piach, wzbijając w powietrze kilka jego drobinek.
– Niech ci będzie. Iść z nim pogadać? – zapytał, wstając i otrzepując sierść.
– Jednak cię to interesuje? – Uśmiechnęłam się słodko.
– Idziesz ze mną czy nie? 
Basior całkiem zignorował moje pytanie, co uznałam za jawny znak zwycięstwa. Wyszczerzyłam zęby w dumnym uśmiechu i przytaknęłam. 
Podeszliśmy do nowego, który wyglądał na trochę zagubionego, kiedy As dość mocno naruszył jego przestrzeń osobistą, pytając, czy wszystko w porządku jakby byli najlepszymi kumplami na świecie.
–  Czy wszystko w porządku? Tak... Czemu miałoby nie być? –  zapytał, a ja nie musiałam mieć żywiołu uczuć, żeby wyraźnie dostrzec w tym kłamstwo.
Westchnęłam i stanowczo odepchnęłam od niego Asgrima, który fuknął niezadowolony. Nowy wyglądał jakby już całkiem nie wiedział, co powinien zrobić. Nie dziwiłam mu się. Pewnie z jego perspektywy ta sytuacja była naprawdę pokręcona. Co też strzeliło mi do głowy, żeby do niego podchodzić? As miał rację. Nigdy wcześniej nie robiłam czegoś podobnego.
– Widzę, że jest coś nie tak. Mimo wszystko jesteśmy teraz w jednej watasze i należałoby się wzajemnie wspierać. Jeżeli stało się coś złego, możesz powiedzieć o tym nam albo komuś innemu – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Oczywiście, jeżeli nie chcesz, nie będziemy naciskać.
– Tylko pamiętaj, że pomoc proponuje ci najlepszy wilk w tej watasze. Wspaniały weteran, najcudowniejszy ze wszystkich – dodał As. W odpowiedzi posłałam mu wymowne spojrzenie oraz jedno słowo przez łączę: przestań. – No i jego partnerka. Też całkiem niezła.
Przewróciłam oczami.
– Nie słuchaj go. Zawsze gada bzdury bez większego celu.
– Nie słuchaj jej. Zawsze podcina mi skrzydła, bo jest zwyczajnie zazdrosna o moją wspaniałość.
– As...
– Dobra, dobra. To jak, nowy, co z tobą?
Wilk był jeszcze bardziej skołowany niż chwilę wcześniej. Patrzył to na mnie, to na Asa, widocznie nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć. Stłumiłam cisnące mi się na język przekleństwo. Zaczynałam żałować, że w ogóle wpadłam na pomysł zagadania do nowego. Oby tylko się nie wystraszył i uciekł już teraz.
– Nawet was nie znam – stwierdził jedynie.
– Zawsze możemy się poznać. Jestem As, a to Tori – wskazał na mnie łapą. – No, teraz ty się przedstaw.
– Wilat. 
– To jak, Wilacie, z czym masz problem i czy możemy ci jakoś pomóc? – zapytał As, nim zdążyłam go powstrzymać. Naprawdę wolałam już sobie pójść i dać spokój. To zdecydowanie nie była nasza sprawa. Czemu musiałam angażować do tego jeszcze Asa? Przecież znam go nie od dziś, powinnam wiedzieć, że jeśli wyrazi zainteresowanie, nie da nowemu spokoju.
Oblizałam nerwowo pysk, wpatrując się w Wilata. Szukałam na jego pysku znaków, które mogłyby mi podpowiedzieć, co dokładnie zamierza. Idąca od niego aura uczuć nie mówiła mi jednak wszystkiego...

<Wilat? Nie uciekaj, proszę! :D>

Zdobyto: 31 czerwonych⎹ 17 pomarańczowych⎹ 23 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 46 granatowych⎹ 45 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 3


Koniec marca 2018
W domu panowała niemal absolutna cisza. Przerywał ją tylko spokojny oddech siedzącego u progu pokoju Juana. Niepewnie skierowałam łebek w tamtą stronę. Wiedziałam, że ten wilk nie zrobiłby mi krzywdy, ale i tak nie lubiłam jak Babcia mnie z nim zostawiała. Miał w sobie coś wyjątkowo nieprzyjaznego. Rey i Jen nazywali go „Wujaszkiem Juanem”, ale mnie zabroniono tak mówić. Miałam być wobec niego „szczególnie kulturarna”, cokolwiek to znaczyło.
Moja kartka była zarysowana już z obu stron. Przez chwilę nie wiedziałam, co powinnam z tym zrobić. Pomyślałam, czy nie poprosić opiekuna o nową, ale uznałam, że mam ochotę na jakieś inne zajęcie. Tylko… jak to „kulturarnie” powiedzieć? Omiotłam wzrokiem sylwetkę Juana. Nawet z tej odległości wydawał mi się być olbrzymem. Na pewno był znacznie wyższy od mojej Babci…
– Co jest, Lind? Nie mówili ci,  że niegrzecznie jest się gapić? – rzucił wilk, odsłaniając kilka kłów.
Drgnęłam przestraszona. Chyba właśnie zrobiłam coś „nie-kulturarnego”!
– Spokojnie, przecież żartuję – dodał Juan. –  Patrz sobie, ile chcesz, jesteś u siebie w domu.
Może jednak będę dalej rysować – pomyślałam. Wyglądało to na bezpieczniejszą opcję; jeśli tylko znajdę gdzieś tutaj więcej papieru, nie będę musiała zaczepiać Juana. Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie nie wypatrzyłam nawet kawałka samotnej kartki. Na stoliku i najwyższych półkach regału leżało kilka książek, ale mnie nie wolno było w nich rysować. Nie rozumiałam, czemu Babcia mogła po nich kreślić, ile chciała.

Na koniec spojrzałam na swoje łóżko. Dawno nie sprawdzałam, co jest pod nim. Może leży tam kilka kartek?
Wczołgałam się w ciemną przestrzeń między ramą, a podłogą. Czułam pod łapkami kłęby kurzu. Podczas węszenia niechcący wciągnęłam kilka z nich nosem. Kichnęłam.
– Co ty tam robisz? – usłyszałam.
Spięłam się i zaczęłam czym prędzej przeciskać dalej. Jakby dotarcie tą drogą do ściany miało mnie ukryć przed opiekunem. To oczywiście nie dało oczekiwanych efektów; ktoś złapał mnie za ogon i zaczął ciągnąć ku światłu. Wyciągnęłam łapki przed siebie. Moje pazury znalazły oparcie, ale nie na długo. Tajemnicza odstająca deseczka wkrótce ugięła się. Zostałam wyciągnięta z powrotem na dywanik.
- Uch, jak ty wyglądasz – mruknął Juan na mój widok. Spróbował ściągnąć kurz z mojego pyszczka. – Czego szukałaś pod łóżkiem?
Milczałam. Do tamtego momentu zapomniałam już zupełnie, o co mi chodziło. Pokazałam łapką w kierunku ciemnej jamy, żeby nie zostawić pytania bez odpowiedzi. Wilk odsunął mnie jeszcze dalej i sam zajrzał pod łóżko. Po chwili wsunął tam cały łeb i przednie łapy. Chyba coś znalazł. Usłyszałam charakterystyczny szelest. Kartki!
Zapiszczałam radośnie i zaczęłam skakać dookoła Juana w oczekiwaniu na papier do rysowania. Wilk wreszcie się wyprostował. Wtem ujrzałam, że odnalezione przez niego kartki były już zabazgrane. Przestałam skakać i usiadłam na podłodze. Ten dzień jest do kitu! – pomyślałam.
Juan zamruczał pod nosem:
– Więc nie spaliła wszystkiego… – Obrócił stronę i zaczął się przyglądać dziwnie równym liniom czarnych bazgrołów. Co to w ogóle miało przedstawiać?
– Jestem głodna! – zapiszczałam.
Juan nawet na mnie nie spojrzał. Wykazał dziwne zainteresowanie tymi wymiętymi stronami.
– Głodna!
– Już, już… – mruknął Juan, ale nie poruszył się. Dalej wodził wzrokiem po bazgrołach. Robiłam się coraz bardziej zła.
– JEŚĆ!!!
– Dobrze, już dobrze – westchnął mój opiekun. Całe szczęście, że wieczorem utraci ten tytuł, jak tylko wróci Babcia.
Juan odłożył kartki na ziemię. Wówczas mojego nosa dobiegł ich zapach. Nie pachniały mną, ani Babcią. A przecież tylko my dwie tu mieszkamy! Zjeżyłam się.

Luty 2024
Podeszłam do lekko poruszanych przez wiatr drzwi. Ciekawe kto zapomniał zamknąć je za sobą. Niepewnie wsunęłam głowę do głównego pomieszczenia. Otworzyłam pyszczek na widok wnętrza domu. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętałam. To jest, prawie… regały, które kojarzyłam jako niewyobrażalnie wysokie, nie prezentowały się już tak potężnie. Stół, po którym kiedyś skakałam, był o wiele niższy; kiedyś wdrapanie się na ten blat uważałam za wyczyn. Inaczej prezentowały się również kolory tego otoczenia. Obrazy w mojej głowie były przesycone wyrazistymi barwami; tymczasem przed moimi oczami stały głównie matowe odcienie; miejscami podchodzące pod szarość.
- Lind! – usłyszałam nagle.
Z korytarza wynurzyła się wilcza postać. Wadera smukła i zgrabna, ale widocznie mająca najlepsze lata już za sobą. Była to Haslaye; córka starego Juana. Ta sama wilczyca, która wezwała mnie tu za pomocą zamkniętego w kamieniu zaklęcia. Znajomy widok sprawił, że zrobiło mi się ciepło w środku. Nie wiedziałam jednak, jak powinnam się wobec niej zachować. Chociaż mieszkała tuż obok nas, nigdy nie byłyśmy blisko. Tak naprawdę widywałam ją tylko na tych rzadkich wspólnych polowaniach. Nie było szans, że się zaprzyjaźnimy; okolicę opuściłam tuż przed osiągnięciem wieku dorosłego, więc zawsze byłam dla niej byle maluchem.
– Haslaye – mruknęłam.
Wadera zawiesiła wzrok na dziwnie ubranym czymś, co siedziało na moim grzbiecie. Po paru sekundach domyśliła się jednak, że to mój towarzysz.
– Idźcie do niej – westchnęła wilczyca. – Korytarzem w lewo.
– Pamiętam drogę, przecież tu mieszkałam – powiedziałam, mijając ją.
– Ale odeszłaś lata temu.
W jej głosie było coś wyjątkowo ciężkiego. Czy mogła mieć do mnie osobiste pretensje o to, jak postąpiłam?
Wadera zniknęła w kuchni. Natomiast ja znów poczułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej i gardle. Zaczęłam się autentycznie obawiać spotkania z moją opiekunką. To Haslaye mnie wezwała, może Babcia wcale nie chce mnie widzieć. Co ja jej wtedy powiem?
- Pierzasta… idziemy.
Ocknęłam się z nerwowego amoku. Podskoczyłam, wykręcając tułów, by zrzucić odmieńca z grzbietu. Był tym ruchem tak zaskoczony, że nie zdążył schwycić szponami mojej sierści. Zdołał tylko upewnić się, że wyląduje na łapach.
– Teraz możemy iść – rzuciłam sucho.
Ruszyłam w stronę wskazanego przez Haslaye korytarza. Wsłuchiwałam się w każde skrzypnięcie deski pod moimi łapami. Było w tym coś dziwnie fascynującego. Zastanawiałam się, czy to drewno tak skrzypiało, czy może dopiero dziś zwracam na to uwagę.
Ile konkretnie lat minęło? Och, przecież przez większość czasu spędzonego poza domem nie umiałam nawet liczyć. Powinnam była zrobić cokolwiek, by skutecznie śledzić bieg czasu; nie żyć tylko od wschodu do zachodu… od patrolu do patrolu… od śniadania do kolacji…

Ciekawe, czy Freeze nauczyłby mnie liczyć wcześniej, gdyby wrócił do tej chaty jeszcze jeden raz. Na pewno tutaj mielibyśmy przyjemniejszą atmosferę. Przed oczami stanęła mi cela więzienna. Zatrzymałam się i zamruczałam cicho. Zaczęłam intensywnie mrugać. Tak bardzo nie chciałam tego wspominać.  

– Co się dzieje, Pierzasta?
– Nic.
Podeszłam szybko do drzwi. Położyłam łapę na klamce, jednak znów się zawahałam. Chyba trwałam w tej pozycji odrobinę zbyt długo; Ting trącił mnie w bok.
– Nie rób tak – warknęłam, spoglądając na towarzysza.
– Albo wchodzimy, albo nie – podsumował.
– Pójdę do niej sama. Ty czekasz tutaj. Bez dyskusji.
Odmieniec odsunął się od drzwi; chyba po raz pierwszy zamierzał mnie posłuchać. Widząc to, prawie się uśmiechnęłam.

<C.D.N.>

Zdobyto: 42 czerwonych⎹ 78 pomarańczowych⎹ 72 zielonych⎹ 28 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 65 fioletowych⎹ 14 różowych odłamków

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 2 (C.D. chętny)


Lipiec 2026
Roztrzęsiony krążyłem po plaży wte i wewte, nie wiedząc, co zrobić. Do zadrapań przypadkowo dostał się piasek, co spowodowało ich bolesne pieczenie. Musiałem się gdzieś schronić, to pewne. Dżungla z pewnością odpada — Dziki na pewno już tam na mnie czyha. Wiedziałem, że koty się nie poddają, a o swą godność dbają nad wszystko. To połączenie w wykonaniu silnego, dzikiego kota mogłoby się dla mnie skończyć tragicznie.
Rozejrzałem się wkoło. Zauważyłem, że nadchodzi wieczór. Słońce powoli, bo powoli, ale jednak zbliżało się do horyzontu. Zawiał niewielki wiaterek. Skwar wkrótce zaczął słabnąć. Dzień ustąpił nocy, słońce ustąpiło księżycowi, a niebo zaczęło się wypełniać gwiazdami. Od strony lądu zaczęły dobiegać niesamowite odgłosy. Ptaki darły się jak oszalałe, chcąc wykorzystać każdą sekundę na śpiew, taniec i co tam jeszcze, aby zaimponować potencjalnej partnerce. Podchodząc nieco bliżej, wyczułem drgania ziemi i usłyszałem tupot łapek gryzonia. Już, już chciałem się na niego zaczaić, gdy przypomniałem sobie o niebezpieczeństwie. Ten gryzoń zaspokoi głód innego zwierzaka.
Ja zacząłem biec, napawając się wiatrem. On bawił się ze mną — raz targał moje futro pod włos, a raz wygładzał je. Raz przybierał na mocy, a raz cichł. Czułem się szybki, wolny. Nie przejmowałem się piaskiem utrudniającym mi bieg, nie przejmowałem się hałasem. Wszystko inne stało się rozmazanym tłem. Byłem tylko ja i mój bieg. Czułem się niesamowicie. Czułem silny związek z naturą, ze wszystkim, co żywe. W tamtej chwili poczułem nawet związek z Dzikim.
Ale nie na długo. Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że ktoś mnie obserwuje, ktoś mnie śledzi. Gałęzie w dżungli poruszały się w dokładnie tym tempie, w jakim biegłem. Zatrzymałem się, a one były jak cień. A raczej ktoś, kto na nich biegł. Przywarłem do ziemi i zacząłem się skradać. O wilku mowa... On. Patrzył się na mnie. Złość tliła się w jego oczach. Złość i upokorzenie.
- Czego chcesz? - zapytałem. Nie chciałem pokazać, że się boję, choć gdyby nie jego obecność, trząsłbym się jak galareta.
- Nie udawaj głupka.
- Śledzisz mnie, bo przegrałeś ze mną walkę? Serio? - starałem się zachować spokój.
- Wiesz, czym dla kota jest godność?
- Wiem. Ale nie rozumiem, dlaczego się po prostu ode mnie nie odczepisz.
- Masz w ogóle pojęcie, co ty mówisz? Powiedziałeś, że rozumiesz, czym jest dla mnie i dla ciebie godność. Obaj jesteśmy kotami. A ty moją godność naruszyłeś. Kocie prawo pozwala mi się zemścić, prawda?
- Nie jestem kotem. Nie znam żadnego kociego prawa. Ja nie jestem kotem! - krzyknąłem.
- Jesteś, to widać.
- Ja jestem wilkiem!
W tym momencie Dziki zrobił kilka kroków w tył.
- Jesteś potomkiem tych gałganów? No, no, czyli wiadomo, skąd twój charakter.
W tym momencie on uderzył w moją godność. Nie byłem na to przygotowany, nie wiedziałem co zrobić. Nie odpowiedziałem.
- Skąd ty w ogóle jesteś, pchlarzo-sierściuchu?
- Skądś. Muszę już iść.
- Aha, typowa zagrywka tchórza. Ale nie znikniesz na długo. Jutro o tej samej godzinie, w tym samym miejscu, odbędzie się walka. Na plaży, abyś nie próbował żadnych drzewnych zagrywek. Inaczej będę cię śledzić, aż cię dopadnę. Twoje futro posłuży mi za posłanie, a ogon podrzucę tym gałganom, których ty nazywasz wilkami. Niech znają potęgę ocelota - To mówiąc, Dziki swoim zwyczajem odwrócił się i zniknął w dżungli. To, co powiedział, dało mi do myślenia.

***

Wracając, dużo myślałem. O tym, aby powiedzieć komuś z watahy o Dzikim. O tym, aby nie przyjść. O tym, aby uciec i nie wracać, dopóki Dziki nie umrze... Ale nic oprócz tego pierwszego nie wchodziło w grę. Albo przyjdę sam i przegram, albo przyjdę z kimś i wygram. Nie mam wyboru. Z ciężkim sercem udałem się do częściej uczęszczanej części plaży.

<Ktoś? Pomóżcie no biednemu Wilatowi>

Uwagi: Powtórzenia, przede wszystkim słowa "się". Tak, to też jest powtórzenie.

Zdobyto: 9 czerwonych⎹ 17 pomarańczowych⎹ 15 zielonych⎹ 18 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 29 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

niedziela, 14 czerwca 2020

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 13


Sierpień 2025
Proszę, powiedz, że tak. Proszę, proszę, proszę – błagałem w myślach, wpatrując się w Li. Miałem wielką nadzieję, że przytaknie i okaże się być moją mamą.  Fajnie byłoby mieć mamę, a nie tylko tatę. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale faktycznie – większość moich znajomych miało dwójkę rodziców, a nie tylko tatę tak jak ja. 
– Um... Tak, oczywiście – odpowiedziała w końcu wilczyca.
– Czyli jesteś moją mamą! – pisnąłem i od razu do niej dopadłem, wtulając się w białe futerko. Było takie przyjemne w dotyku...
– Ciociu Lind, czyli musisz kochać tatę Morgana, prawda? – zapytała Vi, a ja przekrzywiłem główkę. 
Li nie może być mamą taty, skoro jest już mają. To oznaczałoby, że tata jest moim bratem tak, jak Yvar jest bratem Vi. To nie miałoby najmniejszego sensu!
Minęła chwila, nim zdałem sobie sprawę, że Vi musiało chodzić o całkiem inną miłość. Taką, jaka mogła być tylko między mamą a tatą. Ciekawiło mnie, czy moi rodzice – to słowo było takie cudowne! – się kochali. Miałem nadzieję, że tak!
– Jesteśmy watahą... A wataha to jedna wielka rodzina w końcu.
Uśmiechnęła się, a ja poczułem jak po moim serduszku rozchodzi się takie przyjemne ciepełko. 
– Ale są też takie specjalne rodziny, które kochają się bardziej – zauważyła Vi. – Jak ja, Yv, mama i tata!
Odsunąłem się od futerka Li i zadarłem główkę, próbując spojrzeć w jej oczy. Były zielone i bardzo ładne.
– Też jesteśmy specjalni? 
Wilczyca spojrzała na mnie, po czym szybko odwróciła wzrok. Zamiast tego wyraziła o wiele większe zainteresowanie plażą, na której się znajdowaliśmy.
– Nie wiem, czy o takich rodzinach mówi się "specjalni"... To chyba jest jakoś inaczej... 
– Ale... Ale jesteś moją mamą? 
Skoro nie byliśmy specjalną rodziną, to mogłem się mylić. Może tak naprawdę nie była moją mamą... Kiedy o tym pomyślałem, całe szczęście na wieść, że Li mnie kocha, zniknęło. Opuściłem uszka i spojrzałem na własne łapki.
– Skoro cię kocha, to musi nią być! – zawołała Vi, ale to nie jej odpowiedzi oczekiwałem. Niepewnie uniosłem wzrok, czekając na odpowiedź Li. Moje serduszko biło jak szalone i dziwnie bolało. Nigdy nie czułem czegoś takiego... 
Wadera przymknęła na moment oczy, zwlekając z odpowiedzią. Kiedy je otworzyła, z jej pyszczka wyrwały się najcudowniejsze słowa, jakie tylko mogłem usłyszeć:
– Tak... Mogę nią być...
– Mam mamę! – pisnąłem i nim zdałem sobie z tego sprawę, doskoczyłem do niej i ponownie wtuliłem w jej futerko. 
Wdychałem zapach mamy tak bardzo szczęśliwy z tej chwili. Pachniała tak ładnie, a jej sierść była tak mięciutka. Mógłbym zostać tak na zawsze. Albo nie! Jeszcze lepiej byłoby tulić na zmianę mamę i tatę! Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Nagle ładny zapach mamy został wyparty przez straszny smród. Odsunąłem się od niej i zobaczyłem Tinga, który niósł jakąś miskę. 
– Pierzasta, pamiętasz, co my zrobiliśmy z tymi rybimi ogonami? 
– Co? – Mama spojrzała na Tinga, mrugając kilkukrotnie. – Co mnie interesują twoje rybie ogony?
– O, a co to? – odezwała się Vi. Spojrzałem w jej stronę i zobaczyłem, że zakradła się do miski Tinga i zaczęła ją obwąchiwać. Jednak szybko cofnęła pyszczek, na którym widniał brzydki grymas. – Fu, ale śmierdzi!
– To się nazywa wabik na muchy, Nakrapiana – wyjaśnił Ting. Miałem wrażenie, czy w jego głosie rozbrzmiała duma? – Im bardziej śmierdzi, tym lepiej.
– Po co ci muchy? – zapytałem, przekrzywiając główkę.
– Do jedzenia – odparł odmieniec. Zrobiło mi się wstyd, że o tym zapomniałem. Przecież kilkukrotnie widziałem jak Ting je różne ohydne owady. Nigdy jednak nie zastanawiałem się, skąd je bierze.
– Myślałam, że jesz szczeniaki – wtrąciła Vi.
– Mówiłem wam, że nie! Ting nigdy nie zjadłby szczeniaka! – Zacisnąłem ząbki. Denerwowały mnie to, że szczeniaki ciągle mówiły o tym, że Ting i Baldor jedzą szczeniaki. Mówiłem im o tym tysiąc albo nawet sto razy, a one dalej uważały swoje! A przecież odmieńce – chociaż baaardzo dziwne – nie były takie straszne. Gdyby pożerały małe wilki, już dawno zostałbym zjedzony! – Tak... Tak mi się wydaje.
– Pewnie jadłbym je, gdyby były choć trochę smaczne – Ting wzruszył ramionami.
– Próbowałeś kiedyś? – zapytał Yvar. Całkiem zapomniałem, że on też tutaj był!
Yngvi, słysząc pytanie swojego brata, zrobiła kilka kroków w tył. Zwiększyła w ten sposób dystans między sobą a Tingiem. Chociaż byłem zły na basiorka, że tylko dodatkowo wspierał te głupie informacje na temat tego, co je Ting, to nie mogłem opanować niepokoju. Zadał bardzo dobre pytanie.
– Hm... Czy próbowałem... – mruknął odmieniec i potrząsnął głową. – Schodzimy z tematu. Gdzie są rybie ogony, Pierzasta?
– Nie wiem! – zawołała mama. – Nie mam pojęcia!
Kiedy Ting nie zaprzeczył, zacząłem się naprawdę bać. Co z tego, że szczeniaki były niesmaczne, skoro odmieniec już je kiedyś jadł? Może kiedyś będzie chciał spróbować ich ponownie! A ja byłem najbliższym szczeniakiem w okolicy!
Znowu przyparłem do mamy, wtulając się mocno w futerko. Schowany za jej łapką, usłyszałem kolejne słowa Yvara, które ani trochę nie pomagały!
– Nie odpowiedziałeś.
Odmieniec wtedy spojrzał na basiorka, a ja wystraszyłem się, że zaraz go pożre! Nie lubiłem za bardzo Yvara, ale nie chciałem, żeby Ting go zjadł! Nie miałem jednak odwagi, żeby wychylić się za mocno zza łapki mamy.
– Aż takie to ważne?
– Spokojnie, jestem pewna, że jego gatunek NIE je szczeniąt.
– Po drugiej stronie plaży Baldor próbuje podtrzymać ogień w palenisku i nie wiadomo, ile jeszcze mamy czasu, zanim podpali całą dżunglę – powiedział odmieniec.
Zdałem sobie sprawę, że lekko drżę. Ting wcale nie pomagał w tym całym niebaniu się! Miałem nadzieję, że palenisko było na te głupie muchy, a nie na Yvara lub mnie! 
– Wiesz, może jak tylko odstawię Morgana, pomogę wam z tym paleniskiem – zaproponowała mama. Teraz to dopiero miałem mętlik w głowie! Musiałem jednak założyć, że palenisko było na owady. Inaczej mama by mu nie pomagała, prawda? Przecież mnie kochała! Nie mogłaby chcieć, żeby Ting mnie zjadł! – A Ting i Baldor jedzą tylko owady – dodała.
– Ale kiedyś mógł zjeść szczeniaka – zauważył Yvar. – Jak inaczej miałby się dowiedzieć, że są niesmaczne? 
– Ting nigdy nic mi nie zrobił! – pisnąłem, ze wstydem zdając sobie sprawę, że mój głos drżał.
– Ale może. 
– Yv, to nie jest zabawne! – zawołała nagle Vi. Spojrzałem na nią. Musiała cały czas się cofać, bo stała teraz dobry kawałek ode mnie, mamy i Tinga. Pocieszyło mnie odrobinę, że ona też drżała leciutko. – Przestań! Po prostu przestań!
– Przepraszam, Vi... – Yvar opuścił wzrok i zrobił kilka kroków w tył.
– A niech mnie, ale te maluchy łatwo nastraszyć! – zaśmiał się odmieniec.
– Ting od zawsze jadł owady. Koniec tematu! – zarządziła mama, jednak od razu w słowo wpadł jej sam Ting:
– Nieprawda. Niedługo po naszym przybyciu upiekliśmy z Baldorem tego kraba, którego ty nie chciałaś. 
Vi rozglądała się nerwowo, cały czas drżąc. Miałem ochotę podejść i ją przytulić, ale za bardzo nie chciałem opuszczać futerka mamy. Dawało mi zbyt duże poczucie bezpieczeństwa. Nagle podskoczyła i wskazała w kierunku, z którego nadchodziła jakaś ruda wilczyca.
– Patrz, Yv! Mama idzie. Może do niej pójdziemy, co? – zaproponowała i nie czekając na jego odpowiedź, odwróciła się i pobiegła w stronę wadery, krzycząc jeszcze – Pa, Morgan! Pa, ciociu!
Yvar jeszcze przez moment wpatrywał się w odmieńca, mrużąc dziwnie oczy. Dopiero po chwili wstał i pobiegł za swoją siostrą.
– Li... – zacząłem, jednak szybko przerwałem zdając sobie sprawę, że teraz nie powinienem się do niej zwracać po imieniu. Spróbowałem ponownie, powoli wypowiadając i smakując nowe słowo. – Mamo...?
– Chodźmy do twojego taty. Znów było jakieś zamieszanie z patrolem, więc skończy dzisiaj wcześniej – powiedziała, nachylając się nade mną.
Niepewnie przytaknąłem.

<c.d.n.>

Zdobyto: 73 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 66 zielonych⎹ 73 niebieskich⎹ 63 granatowych⎹ 50 fioletowych⎹ 20 różowych odłamków