piątek, 19 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 1

Lipiec 2026 r.
Dopiero kilka dni po przylocie do Białego Królestwa Hitam zorientował się o obecności Ismanise. Zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy zapukała do drzwi jego pokoju i zapytała, czy mógłby kupić jej coś do jedzenia. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła i dlaczego najwyraźniej KAŻDY członek watahy ją przeoczył. I, co najważniejsze, prawdopodobnie nie jadła nic przez ten czas. Kiedy poszli na dół, aby zjeść śniadanie, Isa uparcie milczała. Milczała również wtedy, kiedy kończyła swoją porcję. Dopiero kiedy popijała kawą zbożową, postanowił odchrząknąć i zapytać:
– Mama wie?
– Wie – odpowiedziała, nie patrząc na niego.
– Mówisz prawdę?
– Nie.
Hitam odchylił się ze zrezygnowaniem na ławie. Isa rwała ludzkimi palcami resztki bułki na kawałki i maczać w pozostałym na talerzu sosie. Była całkowicie spokojna.
– I co ja mam teraz zrobić...?
– Nic. Domyśli się, że poleciałam z wami. Albo nawet nie zauważy, że mnie nie ma.
Hitam patrzył na nią zmartwiony. Jego talerz już był pusty. Przeszło mu przez myśl, że w takim razie muszą zorganizować lekcje. Szczeniaków przybyło, więc przydałyby się zajęcia przynajmniej inicujące normalne lekcje. Adora, Gerrant i Kai byli na miejscu.
– W południe macie zbiórkę tutaj – oświadczył nagle. Isa posłała mu iście mordercze spojrzenie.
– Z jakiej okazji?
– Na lekcje. Potem możecie zjeść od razu obiad. Nie umiem ci powiedzieć, która lekcja to będzie. Zależy, którego nauczyciela uda mi się ściągnąć.
– I tak będzie codziennie?
– Myślę, że tak. Z pominięciem jednego dnia. Ale nie od rana do wieczora. Tylko jedna lekcja, może trochę dłuższa niż zazwyczaj...
– I co? Będziemy się bić w karczmie? – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Tak się składa, że mamy nauczycieli historii, magii i logiki. Nie sądzę, aby miejsce było problemem.
Isa poczerwieniała na twarzy.
– A magia? Mamy rzucać kulami na oślep wśród tłumu wilków? Powodzenia.
– Z tego co mi wiadomo nieopodal jest jakaś arena. Może zdołamy ją wynająć.
Isa była niepocieszona. Hitam na ten widok się uśmiechnął.
– Nie zadręczaj się tak. Jesteś już duża, niebawem kończysz szkołę. To ostatnia prosta do dorosłości. Musisz się tylko douczyć czego potrzebujesz, a potem droga wolna. Możesz robić co ci się podoba.
– O ile mi się uda...
Jej wzrok powędrował w stronę Cody'ego, który akurat czyścił kufle po piwie. Nieopodal uwijał się również Elvin, wydający z zawrotną prędkością jedzenie. Na najbliższym siedzeniu tkwiła też Cess, która wyglądała albo na bardzo zmęczoną, albo skacowaną. Bądź jedno i drugie. Nie było już zagadką, że lubiła wieczorami pić ze swoim partnerem.
– Chyba już pójdę... – wymamrotała Isa, zsuwając się z ławy. Hitam nie odpowiedział. Odprowadził ją wzrokiem, po czym sam udał się na piętro w poszukiwaniu nauczycieli szczeniaków. Usłyszał trzask drzwi do jego pokoju. Domyślił się, że była to Isa.

Isa przysnęła na łóżku Hitama. Obudziło ją dopiero łaskotanie słońca padającego przez okno, które było centralnie nad jej głową. Była niemal pewna, że przez ten cały czas była w pokoju sama. Przetarła twarz. Nie spodziewała się, że ludzie tak szybko śmierdną. Pociągnęła nosem z niezadowoleniem. Odszukała metalową miskę oraz dzbanek pełen wody. Rozebrała się. Przy zetknięciu z wodą wzdrygnęła się. Nie sądziła, że będzie aż tak zimna. Odszukała w międzyczasie mydło. Nie pieniło się tak, jakby sobie tego życzyła, ale i tak miała zamiar zakończyć kąpiel szybko. Tak niskie temperatury nie przeszkadały jej w formie wilczej. Miała jednak świadomość, że wedle tego, co uczył Joel – jeśli nie umyje się teraz, będzie śmierdzieć przy kolejnej przemianie. Chciała uniknąć tego wstydu.
Kiedy wycierała włosy, ktoś zapukał do drzwi. Rzuciła się do większego ręcznika. Kiedy drzwi się otworzyły, Isa kończyła go wiązać na swoim niewielkim biuście. Szczeniak na jej widok przystanął z lekko rozchylonymi wargami.
– Tak? – zapytała, uśmiechając się krzywo.
– Masz chyba lekcje – powiedział. Isa czekała, aż się ulotni, ale z jakiegoś powodu dalej stał w miejscu.
– Możesz już iść? Zaraz przyjdę.
Dopiero wówczas basiorek o jasnym futerku się otrząsnął i szybko przebierając łapkami ulotnił się z pokoju. Isa z westchnieniem zamknęła drzwi. Szybko się ubrała, zmieniła formę na wilczą, a dopiero potem zeszła na parter.
Przy jednym ze stolików już siedział Gerrant w towarzystwie kilku szczeniaków. Jasny basiorek na widok Isy wytrzeszczył oczy, a potem zawstydzony odwrócił wzrok. Prawdopodobnie z nadzieją, że Isa go nie zauważyła.
– Proszę, żebyś nie spóźniała się następnym razem – oznajmił Gerrant, przeglądając przyniesione na lekcje kartki z kolorowymi ilustracjami.
– Dobrze. Przepraszam. Tylko zasnęłam – powiedziała, siadając na miejscu tuż obok wadery o jasnych, beżowych lokach. Nie znała jej imienia. W zasadzie większość zebranych tam szczeniąt była z młodszej grupy... Isa poczuła się w tym towarzystwie nieswojo. Zupełnie jakby wbiegła przypadkiem w stado przedszkolaków.
– Dzisiaj... – zaczął Gerrant powoli – Chciałbym wam pokazać wszystkie typy żywiołów.

<C.D.N.>

Zdobyto: 50 czerwonych⎹ 29 pomarańczowych⎹ 43 zielonych⎹ 38 niebieskich⎹ 48 granatowych⎹ 40 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 6


Luty 2024
Czułam się, jakbym patrzyła na kogoś, kogo nie znam; jakby te lata, które spędziliśmy razem w watasze i poza nią, nagle przestały mieć znaczenie. W tym momencie Ting wyglądał na bardziej nieprzewidywalnego i nieprzyjaznego, niż kiedykolwiek. Nawet biorąc pod uwagę nasze pierwsze spotkanie w jego komnacie.
– M-miałeś czekać na zewnątrz – wydusiłam przez ściśnięte gardło.
Zamarzyłam, by faktycznie posłuchał tamtej prośby; by nigdy nie przekroczył progu pokoju. To... to nie był odpowiedni moment.
Mój towarzysz nic nie odpowiedział. Zdjął tylko plecak i odłożył go pod ścianą. Wystająca z jego manatków broń zaklekotała parę razy. Zacisnęłam zęby.
– Ting! – rzuciłam. – Wyjdź!
Strażnik Wichury nie posłuchał. Raczył jedynie spojrzeć w moją stronę. Nie wiedziałam, co to miało oznaczać; pysk odmieńca wciąż zakrywała niby-wilcza "czaszka". Bał się? Był zły? Nie potrafiłam niczego odgadnąć, dopóki milczał. Wraz z wściekłością, narastała we mnie frustracja wywołana jego nieposłuszeństwem. Przynajmniej jednego mógłby się uczyć od Strażniczki Burzy!
– Nie – usłyszałam nagle głos Babci. – Może zostać.
Odwróciłam głowę w jej kierunku. Na pysku mojej opiekunki nadal malował się żal, jednak oddychała spokojnie. Uderzyłam parę razy ogonem w podłogę. Nie zamierzałam pozwolić odmieńcowi na pozostanie w pokoju. Byłam przekonana, że dość już tej wilczycy przykrości na jeden dzień. Tymczasem Babcia, dostrzegając we mnie chęć oponowania, powtórzyła spokojnym tonem:
– Może zostać.
Uchylone okno zatrzasnął wiatr. Dopiero wtedy zauważyłam, że w przypływie emocji zaczęłam kumulować energię magiczną. Babcia położyła mi łapę na ramieniu na znak, że to zbędne. Tymczasem Strażnik Wichury podszedł bliżej nas i oznajmił:
– Miał szansę wygrać to starcie. Naprawdę miał – Ewidentnie odnosił się do wspomnianego wcześniej wilka. Jednak jego ton nie zdradzał absolutnie nic. To ukuło mnie jeszcze bardziej.
Babcia pokiwała głową. Przymknęła oczy.
– Tarcza uratowała go raz; ostrza mojej broni złamały się – kontynuował odmieniec. – Ale za drugim razem zabrakło mu... odpowiednich umiejętności.
Przypomniałam sobie, że odmieniec to samo mówił w grocie, gdzie wydobywaliśmy sól.
Tak samo jak wtedy, Strażnik spojrzał na swoje pazury.
Zagryzłam wargi. Tyle czasu spędziłam z tym stworem... Nigdy nie zatrzymałam się, by faktycznie pomyśleć nad tym, co on robił przez te lata. Zabił każdego, który wszedł do komnaty. Każdego.
Przypomniałam sobie jednak, że nie jestem w pokoju sama. Była tu ze mną jeszcze Babcia: ta, która wycierpiała najwięcej przez tego odmieńca. Spojrzałam w jej stronę w oczekiwaniu na wyrok. Wilczyca otarła pyszczek i powiedziała cicho:
– Nie mogę mieć do ciebie żalu... Robiłeś, co musiałeś.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
– Babciu!
Trzasnęły drzwi. Ponownie, za sprawą przywołanego przeze mnie wiatru.
– To nie jego wina. Strażnicy nie mają wolnej woli, Lind – powiedziała. – Mają zasady, których nie mogą złamać.
W moich oczach stanęły łzy. Zasady... zasady... Czy na wszystko odpowiedzią są zasady? Nawet kiedy w grę wchodzi coś tak potwornego?
– Pierzasta... wiesz, że to prawda.
Poczułam, że Babcia znów dotknęła mojego ramienia.
– Nie denerwuj się Lind... Nie warto. Nie możemy mieć do niego żalu – powtórzyła.
Całe życie uważałam ją za najmądrzejszą istotę na ziemi. Tym razem jednak nie wierzyłam w jej słowa. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogła w ogóle proponować wybaczenie czegoś takiego.
– Potrzebujesz się przewietrzyć? – spytała starsza wilczyca.
– Tak – odparłam bez namysłu, po czym wyszłam z pomieszczenia.
Pokonałam długość korytarza i wkroczyłam do głównej izby. Szłam w kierunku drzwi wyjściowych, jednak zatrzymałam się tuż przed progiem. Nagle poczułam, że nie mogę wyjść na zewnątrz; nawet na chwilę. Ten dom był jedną z niewielu rzeczy, które zostały z mojego dawnego życia. Zrodził się we mnie strach, że jeśli opuszczę tę izbę, utracę jeszcze więcej. Co jeśli do czasu mojego powrotu Babcia już...
Nabrałam w płuca wielki haust powietrza. Nie, to tylko bezpodstawne lęki... Prawda?
Spojrzałam na znajdujące się przede mną drzwi frontowe. Po raz kolejny wisiały na zawiasach, poruszane wiatrem. Spróbowałam je domknąć, ale odskoczyły od framugi z cichym skrzypnięciem. Zamek okazał się być już całkiem zepsuty.
Usłyszałam, że ktoś wszedł do głównej izby. Odwróciłam się. Dostrzegłam Haslaye; właśnie zdejmowała z kominka garnuszek z gorącą wodą.
– Chcesz się czegoś napić, Lind? – zapytała.
Zawahałam się.
– Ile z tego słyszałaś?
– Z waszej rozmowy? Nic – odparła wadera. – Nie jestem tu po to, żeby was podsłuchiwać. Chcesz coś do picia? Mamy kawę, herbatę, miętę, rumianek...
Odgarnęłam grzywkę. Westchnęłam i odsunęłam się od drzwi.
– Może być rumianek.
Haslaye postawiła na stoliku kubek, wrzuciła do niego garść przygotowanych wcześniej ziół i zalała wrzątkiem. Kiedy skończyła przygotowywać wywar dla mnie, zabrała resztę wody do innego pokoju. Może akurat potrzebowała jej do wyrobu jakiś maści.
Zdjęłam kubek ze stolika i usiadłam przy kominku. Wtedy usłyszałam, że ktoś inny wyszedł na korytarz. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 42 czerwonych⎹ 28 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 25 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

czwartek, 18 czerwca 2020

Od Lind "Los zawsze daje szansę" cz. 5


Luty 2024
Nie mogłam w to uwierzyć. Jednak wiedziałam, że ta wilczyca nie kłamała. Nigdy, przenigdy by tego nie zrobiła. Usłyszałam pulsowanie własnej krwi, potem wyłapałam także kołatanie serca mojej opiekunki.
– D… Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? – spytałam cicho.
– Nie chciałam tego wspominać – przyznała starsza wadera. – Utraciłam go... z własnej winy.
Otworzyłam pyszczek, by zadać kolejne pytanie, ale zawahałam się. Nigdy nie widziałam Babci pogrążonej w tak głębokim smutku. Nie wiedziałam, czy powinnyśmy dalej ciągnąć ten temat, skoro sprawia on mojej opiekunce tyle bólu. Wkrótce jednak Babcia sama zaczęła kontynuować swoją opowieść:
– Był mały, kiedy zaczął się konflikt. Kiedy jednak podrósł, wszyscy dookoła wiedzieli, że jest synem zdrajcy; tego, który rozpoczął to wszystko. – Wilczyca odwróciła pyszczek w stronę okna, jakby wciąż dobiegały stamtąd odgłosy walki. – A ja… byłam wtedy zbyt skupiona na sobie, by być wsparciem dla niego. Skupiłam się na własnym żalu, zamiast na moim jedynym szczenięciu – głos wadery się załamywał.
Położyłam swoją łapę na jej. Bolało mnie serce, kiedy widziałam moją opiekunkę w takim stanie. Teraz zaczynałam rozumieć, dlaczego dotąd nie wspomniała mi o tym wszystkim. To jednak nie był koniec tej tragicznej historii.
– Kiedy czara goryczy się przelała... – mówiła dalej Babcia. – ...uciekł z domu. Wyruszył w kierunku... Góry Upadłych.
Drgnęłam. Ta nazwa coś mi przypominała; na pewno już ją kiedyś słyszałam.
– On również... zamierzał zdobyć Wichurę Płomieni. – wyznała starsza wilczyca.
Nie skontrolowałam nawet, że cofnęłam łapę. Myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy. Jednak żaden wcześniejszy element tej historii nie mógł się równać z mocą tego ostatniego zdania; ani wieść o partnerze mojej opiekunki, ani historia wojny... nawet fakt, że przede mną Babcia miała własne szczenię. Wichura... Nigdy bym się nie spodziewała, że i na nią znalazło się miejsce w tej smutnej opowieści.
Nagle Babcia znów zacisnęła oczy; ponownie przez fizyczny ból. Zaczęła ciężko dyszeć. Ten widok wyrwał mnie z zamyślenia wywołanego jej ostatnim zdaniem.
– M-Mam iść po Haslaye? – spytałam drżącym głosem.
Oparłam łapy żeby wstać, ale moja opiekunka pokazała mi, że mam zostać na miejscu. Znów wzięła kilka głębszych wdechów.
– Nie... Nie... Ona tu już nic nie pomoże. Zrobiła, co mogła...
Poczułam jeszcze większy ucisk w gardle. Im dłużej siedziałam z Babcią, tym bardziej docierało do mnie jak słaba już była.
– Jeśli nie masz siły... – Chciałam zaproponować przerwanie tej historii; nawet pomimo faktu, jak bardzo interesowało mnie zakończenie. Jednak widziałam, że nerwy nie służyły mojej opiekunce. Przecież jej życie jest dla mnie ważniejsze, niż coś, co działo się lata temu...
– Nie... Muszę ci to w końcu opowiedzieć. – oznajmiła wilczyca. 
– Ale...
– Nie będę spokojna, jeśli nie poznasz całej prawdy – Babcia spojrzała mi prosto w oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie znalazłam żadnego sensownego argumentu. Spuściłam wzrok.
– Więc... co było dalej z twoim szczenięciem?
– Mogłoby się wydawać, że wziął wszystko. Ale nie miał ze sobą Klucza... 
Po raz kolejny zadrżałam. W mojej głowie zaczęły majaczyć przerażające domysły, co do zakończenia tej historii.
– Wziął eliksiry... broń, zbroję... i zaklętą tarczę...
– Tarczę z granatowym herbem – usłyszałam za sobą drugi głos.
Odwróciłam gwałtownie głowę. W pokoju stanął Ting. Zabrakło mi powietrza.
Wiedziałam, że broń Strażnika Wichury nie raz atakowała wilki; jednak nigdy nie rozmyślałam, kim były te postacie z przeszłości. To jest... do teraz.
Poczułam się, jakbym powoli traciła grunt pod nogami.
Nie... Ting... Proszę, nie. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 19 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 25 zielonych⎹ 5 niebieskich⎹ 17 granatowych⎹ 3 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków



Od Yvara "Broń się" cz. 1

Październik 2025
Dwóch samców siedziało na piasku, mierząc siebie niezadowolonymi spojrzeniami. Żaden z nich nie spodziewał się spotkać na tej lekcji tego drugiego i tak samo żaden z nich nie cieszył się z jego obecności. Przez ich głowy przemykały myśli, żeby po prostu sobie pójść, ale nie mieli dość odwagi i tupetu, żeby faktycznie to zrobić. Wszystko wskazywało, że byli po prostu na siebie skazani nie tylko na normalnych lekcjach, ale także na kolejnych dodatkowych. Jakby nie wystarczały im wspólne polowania!
Morgan w końcu odwrócił wzrok i podszedł do Kaiju – swojego najlepszego kolegi. Yvar przewrócił oczami i wyraził nagłe zainteresowanie silnymi falami, rozbijającymi się o brzeg. Nie miał zamiaru tego przed sobą przyznawać, ale gdzieś w głębi duszy był zazdrosny o Morgana. Basiorek miał w końcu kilku kolegów, z którymi spędzał świetnie czas. Poza tym dogadywał się bardzo dobrze z Yngvi, co już całkiem nie podobało się samczykowi. Yvar wiedział, że Morgan podobał się jego siostrze i w pewnym stopniu nawet ją rozumiał, co jeszcze bardziej wzmagało jego niechęć do niego. Nie rozumiał, dlaczego szczeniak był tak bardzo lubiany. To nie miało przecież najmniejszego sensu! Choć starszy, był strasznie głupkowaty i naiwny. Często udzielał się na lekcjach, ale co z tego, skoro jedynym przedmiotem, z którego był lepszy to zajęcia kreatywne? (To, że Yvar był lepszy wyłącznie z polowań, nie miało najmniejszego znaczenia).
Yvar był od niego znacznie lepszy. Tylko z jakiegoś powodu inni tego nie dostrzegali, zawsze stając po stronie Morgana. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym wszystkim, lecz teraz, kiedy po raz pierwszy znalazł się na jakiejś lekcji bez Vi i okazało się, że nawet nie ma z kim porozmawiać – to go uderzyło jak kokos spadający z palmy.
Westchnął, zerkając spod przymrużonych powiek na słońce. Zaraz zaczynała się lekcja, a nauczycielki nadal nie było. Ciekawiło go, czym było to spowodowane. Może miała do omówienia jakąś ważną sprawę? Pani Navri była w końcu Alfą.
Kiedy tylko o tym pomyślał, usłyszał dość niski, kobiecy głos. Obrócił się i napotkał wzrokiem na naprawdę wysoką waderę. Chyba najwyższą, jaką kiedykolwiek widział. Na dodatek nosiła coś dziwnego, co zasłaniało jej oczy oraz miała oklapnięte uszy. Kolejnymi dziwnymi cechami były szare, napuchnięte pręgi na grzbiecie. Na ich widok Yvarowi zrobiło się niedobrze. Z trudem przełknął ślinę, próbując w ten sposób przekonać obiad, żeby nie opuszczał jego brzucha.
– Dzień dobry. Cieszy mnie fakt, że widzę w naszym gronie kolejny młody pyszczek – powiedziała, patrząc wprost na Yvara. Skołowany samiec, odpowiedział (wraz z innymi szczeniakami) szybkim przywitaniem. – Dzisiaj chciałabym przedstawić wam kilka podstawowych pozycji obronnych. Arrow, jako najstarszy wśród was, będzie moim partnerem w czasie demonstracji.
Nieznany Yvarowi basior, niewątpliwie Arrow, wyprostował się i skinął powoli głową. Wyglądał na trochę zawiedzionego i jednocześnie dumnego.
– Utrwalanie podstaw oraz ciągłe ćwiczenie jest równie ważne jak nauka czegoś nowego – powiedziała Navri, zauważając minę samca.
Basior zamiast odpowiedzieć, ponownie skinął głową. Nie wyglądał na zbyt rozmownego. Yvar poczuł do niego jakąś iskierkę sympatii. Może mogliby się dogadać i pracować razem? Mimo wszystko, samiec chciał mieć chociaż jednego kolegę...

<c.d.n.>

Zdobyto: 5 czerwonych⎹ 15 pomarańczowych⎹ 18 zielonych⎹ 0 niebieskich⎹ 23 granatowych⎹ 16 fioletowych⎹ 0 różowych odłamków

środa, 17 czerwca 2020

Od Kai'ego "Karczma" cz. 2



Czerwiec 2026 r.
Po upływie ponad godziny od ich ostatniego spotkania Kai oczekiwał na przybycie Hitama przy jednym ze stolików w karczmie. Przed jego łapami stygnął już talerz pełen jedzenia. Zamówił również dla Alfy wcześniej wymarzony przez niego zestaw – herbatę i sałatkę. Kai zerkał na przemian to na Cody'ego, to na schody prowadzące na pierwsze piętro. Hitam nadal się nie zjawiał. Głównym podejrzeniem Kai'ego było, że mógł zasnąć.
Wtedy jak na zawołanie w polu widzenia Kai'ego pojawił się szczupły basior o ciemnym futrze. Ziewnął przeciągle, po czym leniwie odszukał wzrokiem Kai'ego. Miał zmierzwioną grzywkę.
– Spałeś? – zapytał Kai.
– Ta... Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Wybacz, że musiałeś tyle czekać.
– Nie szkodzi. I tak póki co nie miałem nic ciekawego do roboty, więc postanowiłem zamówić coś dla ciebie. Może być taka sałatka?
Hitam siadając przy stole, przyjrzał się mieszance warzyw, sałaty i jakiegoś oleju.
– Tak.
Zmienił się w postać ludzką i zaczął jeść. Kai nie posiadając takiej zdolności, musiał się zadowolić jedzeniem bez użycia noża i widelca.
– Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jakie to uczucie jeść sztućcami. Nie przeszkadzają ci one? – zagadał pomiędzy kolejnymi kęsami mięsa.
– Nie. Dzięki temu możesz mieć czyste dłonie.
Kai pokiwał głową ze zrozumieniem. Zaraz potem jego wzrok znowu powędrował do Cody'ego.
– Co jest takiego pilnego, że aż tak zawzięcie wypatrujesz Elvina? 
– Nic, po prostu... Miło się z nim rozmawiało – odparł Kai z roztargnieniem – Pod koniec naszego pobytu w zeszłym roku w ogóle go nie widziałem.
– Towarzyski z ciebie wilk.
– A z ciebie nie?
– Wolę przebywać sam.
Kai wyglądał na odrobinę zaskoczonego. Nie umiał sobie wyobrazić, jak można lubić samotność bardziej od towarzystwa innych wilków.
– A za Suzanną tęsknisz – powiedział po chwili namysłu Kai.
– Nie tyle co tęsknię co... Zastanawiam się w jakich warunkach teraz żyje. Może się martwię. Sam nie wiem. Dobrze się z nią współpracowało.
– Dogadywaliście się – Kai bardziej stwierdził, niż zapytał.
– Tak. Navri jest raczej małomówna, więc trudno mi przewidzieć jej ruchy. Suzanna choć była tak samo stanowcza, to przynajmniej to od razu uzasadniała i umiała się kłócić. Navri tylko burknie "tak" lub "nie" i tyle z tematu. Nie odmówię jej bystrości umysłu, ale... chyba sam rozumiesz.
– Empatyczny z ciebie wilk, skoro tak ci to przeszkadza.
– Tak. Może. Nie wiem – Hitam potrząsnął głową – Trudno mi powiedzieć.
Kai zaśmiał się pod nosem. Już kończył jeść swoją porcję, podczas gdy Hitam był zaledwie w połowie.
– Co masz zamiar jej powiedzieć?
– Raczej opowiem jak miewa się wataha. Sądzę, że to by ją zainteresowało – odparł po chwili namysłu – Może będzie miała jakieś pytania, a wtedy odpowiem na nie. Może przyniosę jej coś do jedzenia, jeśli będzie można. W więzieniu jest raczej bardzo zimno, więc lepiej aby było to coś ciepłego...
Kai kiwał głową. Wtedy coś przykuło jego uwagę. Tuż za akurat napełniającym kufel piwa Cody'm mignęła postać o błękitno-białym lokowanym futrze. Akurat zniknął za kotarą. Kai drgnął niespokojnie. Kiedy dostrzegł, że do lady spieszy Cess, upewnił się, że musiał to być Elvin.
– Coś się stało? – zapytał Hitam zaniepokojony.
– Nic. Po prostu najwyraźniej widziałem Elvina.
Hitam skierował wzrok w tym samym kierunku. Natychmiast dostrzegł Cess, która wykrzykiwała imię Elvina.
– Ale chyba sobie nie porozmawiacie.
– Chyba nie... Przynajmniej nie teraz – urwał – Masz jakieś plany na resztę dnia?
– Nieszczególnie – Hitam wzruszył ramionami – Prócz załatwienia wszystkiego odnośnie naszego pobytu tutaj.
– Możemy iść na spacer. Po drodze to ogarniesz.
– Czemu by nie...
Elvin akurat wrócił. Zdecydowanie wydobrzał. Jego futro nie było już wyłysiałe. Kai mógłby rzec, że wyglądał nawet lepiej, niż kilka lat temu. Jego futro było czyste i zadbane, znowu przydługie na karku i szyi. Znowu wyglądał jak jakiś książę, w dodatku znacznie młodszy, niż był faktycznie. Na widok Cess uśmiechnął się blado. To właśnie sprawiło, że Kai pomyślał, że Elvin nadal jest nadwyraz poważny. To była jedna rzecz, która nie zmieniła się od ostatniego roku. Teraz przynajmniej nie wyglądał przy okazji na nieszczęśliwego.
– Jestem naprawdę ciekawy, co się działo przez ostatnie lata – oznajmił Kai, kiedy Hitam odsunął pustą miskę po sałatce.
– Naprawdę? Czemu to aż tak cię interesuje?
– Przypomnę, że jestem nauczycielem historii – Kai uśmiechnął się jakby do siebie – Nie tylko chcę to wiedzieć, bo mnie to zwyczajnie interesuje, ale i mogę powiedzieć o tym szczeniakom na lekcji.
– Rozumiem – Hitam pokiwał głową – To co, idziemy?
– Możemy iść.
Kiedy wychodzili, Cess akurat coś żywo opowiadała Elvinowi. Przysłuchiwał się temu z lekkim uśmiechem. Wzrok miał wbity w ladę, więc nawet nie zauważył przechodzącego Kai'ego z Hitamem. Kai'emu przeszło przez myśl, że raczej nieprędko się sobą znudzą.
Kolejne trzy godziny Kai wraz z Hitamem spędził na zwiedzeniu miasta. Ku ich zaskoczeniu ceny w sklepach nieznacznie spadły. Pojawiły się również nowe zakłady rzemieślnicze – głównie skupiające się na hutnictwie i spawaniu. Kai'ego szczególnie zainteresował sklep protetyczny, jednak o tej porze wszystkie zakłady były pozamykane. Hitam z trudem odciągnął go od próby włamania.
Przeszli też wzdłuż królewskich ogrodów, które wyglądały dokładnie tak, jak Kai sobie zapamiętał. Podczas kiedy czekał, aż Hitam wyjdzie z gabinetu administracji przyjazdów do Białego Królestwa, obwąchiwał kwiaty. Kilka z nich wychylało główki przez płot, więc postanowił z tego skorzystać. Mógłby nawet rzec, że nic nie równało się z zapachem tutejszych róż.
W pewnym momencie zawędrował za daleko i – ku własnemu zaskoczeniu – zauważył, że wiele nieszczególnie zadbanych wilków zmierzało w kierunku wejścia do więzienia. Wejście nie było zamknięte, ani nawet strzeżone. Co więcej, wilki wyglądały na wyjątkowo szczęśliwe. Rozmawiały, żartowały...
Przed dalszym dochodzeniem powstrzymał go głos Hitama:
– Szukałem cię. Co tu robisz?
– Tutaj nie czasem było więzienie?
Hitam zmrużył oczy, obserwując wejście do podziemi. Znajdowało się ono nieopodal Białego Pałacu i siedziby administracji.
– Tak.
Kai nie musiał nic dodawać, bo Hitam sam domyślił się, w czym rzecz. Obserwował przechodzące wilki aż do momentu, kiedy coś innego nie przykuło jego uwagi.
– To jadłodajnia.
Kai aż się zdziwił na tę informację. Teraz wszystko zaczynało mu się układać w logiczną całość, ale... Białe Królestwo nigdy nie jawiło mu się jako miejsce, gdzie poddani dostawaliby cokolwiek bezinteresownie.
– Płatna? – upewnił się Kai.
– Nie ma cennika, ale za to jest dzienne menu.
Hitam miał rację. To wszystko wydało się Kai'emu dziwnie szalone. Gdyby ktoś inny mu powiedział, że w Białym Mieście jest cokolwiek darmowego, prawdopodobnie by go wyśmiał.
– Idziemy do środka? – zapytał Kai.
Hitam nie odpowiadając, ostrożnie skierował się do wyjścia. W środku uderzył ich zaduch i chłód dużo większy niż na zewnątrz. Pomieszczenie było bardzo długie, wypełnione kocami, pustymi i wypełnionymi miskami, siedziskami, poduchami, stołami i przede wszystkim zapachem jedzenia. Pomiędzy brudnymi, lecz szczęśliwymi wilkami lawirowały kelnerki, wręczając każdemu porcję obiadową.
– To chyba jedzenie dla biednych – stwierdził Hitam, kiedy poczuł na sobie nachalne spojrzenie jednego z wyliniałych wilków.
– Też tak mi się zdaje – wymamrotał Kai, gotów do wyjścia.
– Niemniej jednak miejsce sympatyczne.
– I to oznacza, że więzienie albo zmniejszyli, albo przenieśli – oznajmił Kai, kiedy byli już na zewnątrz. Niebo było o tej porze już zabarwione pomarańczem i jasnym fioletem.
– Może wracajmy już? – poprosił Kai.
– Możemy – odrzekł po chwili zadumy Hitam.
– O czym myślisz?
– O Suzi.
– Znowu? – Kai się zaśmiał.
– Najwyraźniej... – mrukliwy ton głosu Hitama Kai odczytał jako niechęć do dalszej dyskusji. Resztę drogi przeszli w milczeniu. Przecięli też rynek, gdzie – ku ich zaskoczeniu – nie było już podestu dla publicznych egzekucji. W zeszłym roku jeszcze tam stał, lecz wyglądał na dawno nie używany. Kai i Hitam patrzyli na to miejsce z dozą nostalgii. Nawet to jednak nie nakłoniło ich do rozmowy. Słowa były zbędne.
Na miejscu okazało się, że karczma była już niemal zupełnie wyludniona. Za ladą stał jedynie Elvin, który wciąż rozmawiał z Cess. Obok niej stało kilka pustych kufli po piwie, a ona sama śmiała się do siebie. Ledwo trzymała głowę w pionie. Na widok Hitama i Kai'ego Elvin zamilknął. Patrzył na nich jakby wystraszony.
– Nie przeszkadzajcie sobie – powiedział pospiesznie Hitam i przyspieszył kroku. Kai chciał coś jeszcze dodać od siebie, ale miał pustkę w głowie. Nie zdarzało mu się to często.
– Coś się stało, kochanie? – zaśmiała się Cess.
– Nic – odparł krótko Elvin. Brzmiał, jakby był w pełni trzeźwy. Cess odpowiedziała mu krótkim śmiechem i plaśnięciem ludzkiej dłoni o własne czoło.
Kai nie oglądał się już za nimi. Czuł jednak jak Elvin odprowadza go wzrokiem. Zastanawiał się, o czym mogli rozmawiać, podczas gdy Cess była w takim stanie. I co było w tym takiego tajnego, że przerwali na ich widok.

<C.D.N.>

Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 88 pomarańczowych⎹ 47 zielonych⎹ 61 niebieskich⎹ 79 granatowych⎹ 60 fioletowych⎹ 37 różowych odłamków


>> Następna część >>