sobota, 20 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 2

Lipiec 2026 r.
Kilka szczeniaków na tę wiadomość radośnie pomerdała ogonem. Isa zaś oparła głowę o łapy. Nie chciało się jej siedzieć na tej lekcji. Liczyła na coś bardziej interesującego, niż to. Czuła się, jakby wybrał taki temat z uwagi na młodsze szczeniaki. Ona zaś, pomimo, że nigdy się tego nie uczyła, prawdopodobnie mogłaby podzielić żywioły na jakieś podgrupy. Z nazwami byłoby jej trudniej, ale mogłaby zawsze wymyślić własne.
– Możemy podzielić żywioły na podstawowe i nietypowe. Podstawowymi i za razem najpopularniejszymi są żywioły wody, ognia, ziemi i powietrza. Nietypowe to wszystkie inne. Ten podział jednak nie jest do końca precyzyjny. Wymyślił go mag nazywany Tihamem. Żył bardzo dawno temu, pewnie jeszcze przed powstaniem Białego Królestwa, więc nie sądzę, aby ów podział miał wiele sensu. Od tamtej pory sporo się zmieniło w kwestii żywiołów. Wtedy jeszcze dbano o czystość krwi, a obecne tak zwane "krzyżówki" pozwoliły nam na posiadanie większej ilości żywiołów, a także powstanie nowych – Gerrant przysunął bliżej szczeniaków dwie z trzymanych przez niego kartek – Wobec tego obecny główny podział to żywioły bojowe, defensywne oraz kurujące.
Nad stołem zapanowało milczenie. Wszyscy patrzyli na świstki papieru. W dusznym powietrzu w karczmie nadal unosiły się aromaty jedzenia i piwa. Jedyne co słyszeli, to pijackie rozmowy i śmiechy goszczących tam wilków. Ktoś coś rozlał, ktoś coś krzyknął. Isa zastrzygła uchem. Wszystko wydawało się ciekawsze, niż lekcja Gerranta. Mimo, że całkiem go ostatnio polubiła.
– Co widzicie na obrazkach?
– Kolory reprezentujące wymienione przez pana żywioły! Coś pod spodem jest napisane, ale nie umiem czytać... – powiedział Chase.
– Wiem – Gerrant uśmiechnął się – Dlatego wam je pokazuję. Żebyście nie mieli podpowiedzi.
Jakiś szczeniak położył głowę na stole. Zmrużył ciemne oczy i zaczął się wpatrywać w kartkę.
– To przykłady żywiołów pasujących do danej grupy – powiedział.
Gerrant wzdrygnął się.
– Możesz nie przeszkadzać nam w lekcji?
– Dobrze, już dobrze – zaśmiał się basior. Miał ciemne futro. Isa była niemal pewna, że już go gdzieś widziała.
– Zapamiętam to sobie i pożałujecie – powiedział pogodnie. Oddalił się od stolika. Isa odprowadziła go wzrokiem, unosząc wysoko brwi. Czyli nie należał do ich watahy?
– Udajmy, że tego nie słyszeliście – Gerrant westchnął – Co byście wymienili do danej grupy?
– Bojowe to na pewnoo... – wtrącił jasny basiorek, którego wysłano wcześniej po Isę. – Ogień. Lód.
– Zgadza się – Gerrant potaknął – Do tego szkło, światło... Wszystko, co może zranić. Aczkolwiek co do ostatniego jest sporo wątpliwości, więc nie bierzcie mnie na słowo. Wszystko zależy od interpretacji. Co powiecie o defensywnych?
– A co to znaczy? – wtrącił jakiś szczeniak o ponurym spojrzeniu.
– Obronne.
– No to chyba powietrze – zaczął jasny basiorek z pytaniem w oczach. Gerrant skinął głową. Wtedy kontynuował z zapałem: – Może też być ziemia i iluzja.
– Zgadza się. Co powiecie o kurujących?
– Woda i umysł!
– Doskonale – Gerrant pochwalił basiorka. Reszta uczniów słuchała albo w skupieniu, albo z rozchylonymi ustami, albo zupełnie nie słuchała, zbyt przejęta obserwowaniem ścian i plączących się po karczmie gości.

<C.D.N.>

Zdobyto: 16 czerwonych⎹ 11 pomarańczowych⎹ 11 zielonych⎹ 27 niebieskich⎹ 0 granatowych⎹ 5 fioletowych⎹ 0 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 6


Listopad 2025 r.
Następnego dnia pierwszą lekcją było wyjątkowo nudne polowanie. Zrobiliśmy obchód po niemal całej długości plaży, by po kolei omówić punkty w których najczęściej pojawia się określona zwierzyna. Niby wszystko w ramach powtórzenia, ale no błagam, polowanie mieliśmy co drugi dzień! Jeśli ktoś tego wszystkiego nie pamiętał, to chyba nie było go na połowie lekcji!
Kolejnymi zajęciami miały być sztuki kreatywne. Z tym większym zadowoleniem przywitałam zakończenie pierwszej lekcji (nawet pokazałam Yuki język, ale tak, żeby nie widziała). Zanim jednak udałam się na miejsce zbiórki, odnalazłam swoją opiekunkę, by potowarzyszyć jej przy posiłku. Gdy polowanie wypadało jako pierwsze zazwyczaj zostawałam z innymi szczeniakami, bo i tak posiliłam się tym co udało mi się złapać, ale tym razem nie było tego tak dużo jak zwykle, ba - w zasadzie nic. Jedynego kraba zagarnął Morgan, nikt jednak nie miał mu tego za złe, bo sam go schwytał.
Znalazłam Leah na skraju dżungli, w cieniu palm. Jeszcze mnie nie zauważyła, co natychmiast wykorzystałam. Podeszłam do niej cicho, odczekałam chwilę i odbiłam się ze wszystkich czterech łap. Opadałam na jej bok z warczeniem i zaczęłam szarpać jej ucho tak jak wtedy gdy byłam bardzo małym szczeniakiem. Niemal podskoczyła, a jej grube futro, w którym moje łapki wręcz się zapadały, natychmiast się zjeżyło.
- Mam cię! - roześmiałam się, opadając na trawę.
- Wystraszyłaś mnie. - rzuciła z wyrzutem, ale wyczułam, że się rozluźnia i już wygładza sierść. - Nie masz teraz lekcji? Tylko mi nie mów, że będę musiała robić ci wstyd, odprowadzając cię z wagarów.
- Nie, no pewnie że nie! - wzdrygnęłam się na samą myśl. - Jestem głodna. Dzisiaj na polowaniu robiliśmy obchód i prawie nic nie złapaliśmy.
- No to jedz, ale szybko - podsunęła mi trochę żółwiego mięsa. - A potem zmykaj na lekcję.
Skrzywiłam się, bo nie przepadałam za przesadnie słodkim żółwiem. Przeżułam szybko parę najbardziej atrakcyjnych kęsów. Nie najadłam się co prawda, ale stanowczo odmówiłam dalszej katorgi i ruszyłam dobrze znaną sobie ścieżką na zajęcia ze sztuk kreatywnych.
Tym razem dotarłam jako jedna z pierwszych i miałam trochę czasu by pogadać z innymi szczeniakami. Dowiedziałam się też kto dorwał żółwią skorupę:
- Kaiju - ziewnęła Yngvi. - Potem miał straszny problem z przymocowaniem do niej membrany. Pewnie była za twarda by ją przebić.
- Pewnie tak. - odparłam, przypominając sobie własną złość, gdy mi to nie wychodziło. - Może to nawet lepiej było jej nie dostać.
- Może. Ale wyszła mu tak pięknie! Już zaczął ją ozdabiać.
Gdy na lekcję dotarli już wszyscy, pan Dernet polecił nam kontynuować ozdabianie bębnów. Kilkoro z nas, włącznie ze mną, pobiegło dalej szukać ozdób, ale większość pozostała na miejscu by kontynuować rozpoczętą już pracę. Nie chciałam skończyć ostatnia, więc postanowiłam znaleźć tylko parę potrzebnych rzeczy i natychmiast zająć się pracą. Byle się nie zagalopować. Zaczęłam iść wzdłuż brzegu z nosem przy ziemi. W planach miałam znaleźć kilka piór różnej wielkości, pokryć bęben farbką i odcisnąć je w niej. Niepokoił mnie trochę fakt, że wzory mogą się z czasem pokruszyć, ale nie miałam lepszego pomysłu.
Przyjemna morska bryza owiewała moje futro, niosąc ze sobą zapachy lotnych ptaków. Nie łudziłam się, że byłabym w stanie jakiegoś schwytać, po prostu rozglądałam się za jakimś upuszczonym piórkiem. Tym bardziej nie byłam w stanie uwierzyć w swoje niewyobrażalne szczęście (no i oczywiście trochę umiejętności), gdy krótki powiew uderzył w mój nos bardzo świeżym i bardzo bliskim tropem. Mewa spokojnie dreptała po piasku ledwie kilkanaście metrów dalej i chyba tylko jej zuchwalstwo (te bestie prawie nie bały się wilków!) jeszcze powstrzymywało ją od ucieczki. Bo zauważyła mnie na pewno. Ani trochę nie starałam się być cicho.
Instynktownie przypadłam do ziemi tak jak uczyła nas pani Yuki, chociaż w okolicy nie było nic za czym mogłam się schować. Delikatne stąpnięcia ustały, ale ptak jeszcze nie odleciał. Zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, co powinnam teraz zrobić. Nagły ruch musiał ją zaniepokoić, bo rozłożyła skrzydła z cichym szmerem. Parę chwil dzieliło ją od odlotu, a mnie od utraty swojej szansy na darmowe pióra.
Odbiłam się od ziemi w tym samym momencie w którym moja zdobycz załopotała skrzydłami. Pacnęłam ją przednimi łapami tak, żeby znowu uderzyła o ziemię. Wrzeszcząc jak demon z najgłębszych czeluści piekieł próbowała mi umknąć, ale zamknęłam jej drogę do nieba własnym ciałem. Nie chciałam jej zabijać, bo nawet lubiłam mewy z tymi ich dziwnymi krzykami, tyle że ona nie chciała oddać mi ani jednego piórka!
Mewa zaczęła nagle uderzać mnie skrzydłami po pysku. Odsunęłam się z parsknięciem i to był mój błąd - natychmiast wystartowała z prędkością pocisku! Zdesperowana przypuściłam jeszcze jeden atak, tym razem chwytając ptaka zębami. A ona znowu zaczęła bić skrzydłami! Warcząc gardłowo, szarpnęłam łbem i chcąc nie chcąc puściłam oszalałą latającą bestię. Gdy tylko poczuła wolność, popędziła ile sił na roztrzepotanych skrzydłach, zostawiając mnie samą z pyszczkiem pełnym pierza.
Byłam z siebie dumna do momentu drogi powrotnej gdy zaczęłam kichać, za każdym razem upuszczając parę piórek. Z niewyobrażalną ulgą wyplułam je koło swojego bębna, kichnęłam jeszcze parę razy, aż zakręciło mi się w głowie i podreptałam do pana Derneta, by poprosić go o farbki. Całe to szukanie ozdób totalnie mnie wykończyło i chciałam załatwić sprawę jak najszybciej.
- Skąd aż tyle piór, Silee? Dorwałaś jakąś mewę? - powiedział nauczyciel wesoło, gdy podeszłam bliżej.
- Tak. Są strasznie wredne. Chciałam tylko kilka piórek, a ona zachowywała się tak jakbym próbowała ją zamordować. No to musiałam jej wyrwać - narzekałam.
Pan Dernet zamilkł jakby coś go zdziwiło, więc przeszłam do sedna:
- Czy mogę dostać parę farbek? Chcę pomalować bęben i odcisnąć w farbkach te pióra.
Basior odchrząknął.
- Tak, tak. Tak, no pewnie - w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności, podobna do tej, która czasem pojawia się w głosie Leah, gdy o coś ją pytam. - Jakie chcesz kolory?
Przez chwilę się namyślałam. Bęben wydawał mi się co prawda absurdalnym instrumentem, ale to jednak instrument, a muzyka jest fajna. A to prowadzi do jednego wniosku!
- Wesołe - odparłam w końcu.
- Dobrze. No to może... Żółty, jasnoróżowy... i zielony. Jestem niemal całkiem pewien, że są wesołe i że będą ładnie razem wyglądać.
- Dalej nie rozumiem o co chodzi z tym jasnym i ciemnym - mruknęłam na wpół do siebie. - I pan też uważa, że żółty jest wesoły?
- Tak. A co, nie lubisz go?
- Piasek jest żółty, a nie jest ani trochę wesoły. Ale może być - nagle wpadłam na coś jeszcze. - O, i jeszcze ten zły kolor! Ta mewa mnie zdenerwowała!
- Czarny?
- Nie, ale nazywał się jakoś podobnie...
- Czerwony?
- Tak!
- Dobrze - wyczułam uśmiech w głosie nauczyciela. - Za chwilę je przyniosę. Żółty, jasnoróżowy, zielony i czerwony.
Gdy dostałam farbki, praca poszła już gładko. Łapki co prawda lepiły mi się tak, że musiałam uważać by nie posklejać ze sobą piór, ale efekt był naprawdę fajny. Bardziej niż samo granie na instrumencie - dźwięk jaki z siebie wydobywał był o wiele mniej imponujący niż większości pozostałych bębnów - podobało mi się przejeżdżanie opuszkami raz za razem po skomplikowanych wzorach.
Po krótkim namyśle zostawiłam niby-instrument panu Dernetowi, dla młodszych szczeniaków. Na przyszłość. Może im się bardziej spodoba. Zabrałam ze sobą za to pióra mewy, teraz kolorowe i pozlepiane. Z jakiegoś powodu podobał mi się fakt, że dla innych wilków mogą być ładne.
A dla mnie to dalej będą tylko piórka.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 30 czerwonych⎹ 34 pomarańczowych⎹ 69 zielonych⎹ 41 niebieskich⎹ 39 granatowych⎹ 59 fioletowych⎹ 13 różowych odłamków

piątek, 19 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 1

Lipiec 2026 r.
Dopiero kilka dni po przylocie do Białego Królestwa Hitam zorientował się o obecności Ismanise. Zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy zapukała do drzwi jego pokoju i zapytała, czy mógłby kupić jej coś do jedzenia. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła i dlaczego najwyraźniej KAŻDY członek watahy ją przeoczył. I, co najważniejsze, prawdopodobnie nie jadła nic przez ten czas. Kiedy poszli na dół, aby zjeść śniadanie, Isa uparcie milczała. Milczała również wtedy, kiedy kończyła swoją porcję. Dopiero kiedy popijała kawą zbożową, postanowił odchrząknąć i zapytać:
– Mama wie?
– Wie – odpowiedziała, nie patrząc na niego.
– Mówisz prawdę?
– Nie.
Hitam odchylił się ze zrezygnowaniem na ławie. Isa rwała ludzkimi palcami resztki bułki na kawałki i maczać w pozostałym na talerzu sosie. Była całkowicie spokojna.
– I co ja mam teraz zrobić...?
– Nic. Domyśli się, że poleciałam z wami. Albo nawet nie zauważy, że mnie nie ma.
Hitam patrzył na nią zmartwiony. Jego talerz już był pusty. Przeszło mu przez myśl, że w takim razie muszą zorganizować lekcje. Szczeniaków przybyło, więc przydałyby się zajęcia przynajmniej inicujące normalne lekcje. Adora, Gerrant i Kai byli na miejscu.
– W południe macie zbiórkę tutaj – oświadczył nagle. Isa posłała mu iście mordercze spojrzenie.
– Z jakiej okazji?
– Na lekcje. Potem możecie zjeść od razu obiad. Nie umiem ci powiedzieć, która lekcja to będzie. Zależy, którego nauczyciela uda mi się ściągnąć.
– I tak będzie codziennie?
– Myślę, że tak. Z pominięciem jednego dnia. Ale nie od rana do wieczora. Tylko jedna lekcja, może trochę dłuższa niż zazwyczaj...
– I co? Będziemy się bić w karczmie? – Uśmiechnęła się kwaśno.
– Tak się składa, że mamy nauczycieli historii, magii i logiki. Nie sądzę, aby miejsce było problemem.
Isa poczerwieniała na twarzy.
– A magia? Mamy rzucać kulami na oślep wśród tłumu wilków? Powodzenia.
– Z tego co mi wiadomo nieopodal jest jakaś arena. Może zdołamy ją wynająć.
Isa była niepocieszona. Hitam na ten widok się uśmiechnął.
– Nie zadręczaj się tak. Jesteś już duża, niebawem kończysz szkołę. To ostatnia prosta do dorosłości. Musisz się tylko douczyć czego potrzebujesz, a potem droga wolna. Możesz robić co ci się podoba.
– O ile mi się uda...
Jej wzrok powędrował w stronę Cody'ego, który akurat czyścił kufle po piwie. Nieopodal uwijał się również Elvin, wydający z zawrotną prędkością jedzenie. Na najbliższym siedzeniu tkwiła też Cess, która wyglądała albo na bardzo zmęczoną, albo skacowaną. Bądź jedno i drugie. Nie było już zagadką, że lubiła wieczorami pić ze swoim partnerem.
– Chyba już pójdę... – wymamrotała Isa, zsuwając się z ławy. Hitam nie odpowiedział. Odprowadził ją wzrokiem, po czym sam udał się na piętro w poszukiwaniu nauczycieli szczeniaków. Usłyszał trzask drzwi do jego pokoju. Domyślił się, że była to Isa.

Isa przysnęła na łóżku Hitama. Obudziło ją dopiero łaskotanie słońca padającego przez okno, które było centralnie nad jej głową. Była niemal pewna, że przez ten cały czas była w pokoju sama. Przetarła twarz. Nie spodziewała się, że ludzie tak szybko śmierdną. Pociągnęła nosem z niezadowoleniem. Odszukała metalową miskę oraz dzbanek pełen wody. Rozebrała się. Przy zetknięciu z wodą wzdrygnęła się. Nie sądziła, że będzie aż tak zimna. Odszukała w międzyczasie mydło. Nie pieniło się tak, jakby sobie tego życzyła, ale i tak miała zamiar zakończyć kąpiel szybko. Tak niskie temperatury nie przeszkadały jej w formie wilczej. Miała jednak świadomość, że wedle tego, co uczył Joel – jeśli nie umyje się teraz, będzie śmierdzieć przy kolejnej przemianie. Chciała uniknąć tego wstydu.
Kiedy wycierała włosy, ktoś zapukał do drzwi. Rzuciła się do większego ręcznika. Kiedy drzwi się otworzyły, Isa kończyła go wiązać na swoim niewielkim biuście. Szczeniak na jej widok przystanął z lekko rozchylonymi wargami.
– Tak? – zapytała, uśmiechając się krzywo.
– Masz chyba lekcje – powiedział. Isa czekała, aż się ulotni, ale z jakiegoś powodu dalej stał w miejscu.
– Możesz już iść? Zaraz przyjdę.
Dopiero wówczas basiorek o jasnym futerku się otrząsnął i szybko przebierając łapkami ulotnił się z pokoju. Isa z westchnieniem zamknęła drzwi. Szybko się ubrała, zmieniła formę na wilczą, a dopiero potem zeszła na parter.
Przy jednym ze stolików już siedział Gerrant w towarzystwie kilku szczeniaków. Jasny basiorek na widok Isy wytrzeszczył oczy, a potem zawstydzony odwrócił wzrok. Prawdopodobnie z nadzieją, że Isa go nie zauważyła.
– Proszę, żebyś nie spóźniała się następnym razem – oznajmił Gerrant, przeglądając przyniesione na lekcje kartki z kolorowymi ilustracjami.
– Dobrze. Przepraszam. Tylko zasnęłam – powiedziała, siadając na miejscu tuż obok wadery o jasnych, beżowych lokach. Nie znała jej imienia. W zasadzie większość zebranych tam szczeniąt była z młodszej grupy... Isa poczuła się w tym towarzystwie nieswojo. Zupełnie jakby wbiegła przypadkiem w stado przedszkolaków.
– Dzisiaj... – zaczął Gerrant powoli – Chciałbym wam pokazać wszystkie typy żywiołów.

<C.D.N.>

Zdobyto: 50 czerwonych⎹ 29 pomarańczowych⎹ 43 zielonych⎹ 38 niebieskich⎹ 48 granatowych⎹ 40 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 6


Luty 2024
Czułam się, jakbym patrzyła na kogoś, kogo nie znam; jakby te lata, które spędziliśmy razem w watasze i poza nią, nagle przestały mieć znaczenie. W tym momencie Ting wyglądał na bardziej nieprzewidywalnego i nieprzyjaznego, niż kiedykolwiek. Nawet biorąc pod uwagę nasze pierwsze spotkanie w jego komnacie.
– M-miałeś czekać na zewnątrz – wydusiłam przez ściśnięte gardło.
Zamarzyłam, by faktycznie posłuchał tamtej prośby; by nigdy nie przekroczył progu pokoju. To... to nie był odpowiedni moment.
Mój towarzysz nic nie odpowiedział. Zdjął tylko plecak i odłożył go pod ścianą. Wystająca z jego manatków broń zaklekotała parę razy. Zacisnęłam zęby.
– Ting! – rzuciłam. – Wyjdź!
Strażnik Wichury nie posłuchał. Raczył jedynie spojrzeć w moją stronę. Nie wiedziałam, co to miało oznaczać; pysk odmieńca wciąż zakrywała niby-wilcza "czaszka". Bał się? Był zły? Nie potrafiłam niczego odgadnąć, dopóki milczał. Wraz z wściekłością, narastała we mnie frustracja wywołana jego nieposłuszeństwem. Przynajmniej jednego mógłby się uczyć od Strażniczki Burzy!
– Nie – usłyszałam nagle głos Babci. – Może zostać.
Odwróciłam głowę w jej kierunku. Na pysku mojej opiekunki nadal malował się żal, jednak oddychała spokojnie. Uderzyłam parę razy ogonem w podłogę. Nie zamierzałam pozwolić odmieńcowi na pozostanie w pokoju. Byłam przekonana, że dość już tej wilczycy przykrości na jeden dzień. Tymczasem Babcia, dostrzegając we mnie chęć oponowania, powtórzyła spokojnym tonem:
– Może zostać.
Uchylone okno zatrzasnął wiatr. Dopiero wtedy zauważyłam, że w przypływie emocji zaczęłam kumulować energię magiczną. Babcia położyła mi łapę na ramieniu na znak, że to zbędne. Tymczasem Strażnik Wichury podszedł bliżej nas i oznajmił:
– Miał szansę wygrać to starcie. Naprawdę miał – Ewidentnie odnosił się do wspomnianego wcześniej wilka. Jednak jego ton nie zdradzał absolutnie nic. To ukuło mnie jeszcze bardziej.
Babcia pokiwała głową. Przymknęła oczy.
– Tarcza uratowała go raz; ostrza mojej broni złamały się – kontynuował odmieniec. – Ale za drugim razem zabrakło mu... odpowiednich umiejętności.
Przypomniałam sobie, że odmieniec to samo mówił w grocie, gdzie wydobywaliśmy sól.
Tak samo jak wtedy, Strażnik spojrzał na swoje pazury.
Zagryzłam wargi. Tyle czasu spędziłam z tym stworem... Nigdy nie zatrzymałam się, by faktycznie pomyśleć nad tym, co on robił przez te lata. Zabił każdego, który wszedł do komnaty. Każdego.
Przypomniałam sobie jednak, że nie jestem w pokoju sama. Była tu ze mną jeszcze Babcia: ta, która wycierpiała najwięcej przez tego odmieńca. Spojrzałam w jej stronę w oczekiwaniu na wyrok. Wilczyca otarła pyszczek i powiedziała cicho:
– Nie mogę mieć do ciebie żalu... Robiłeś, co musiałeś.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
– Babciu!
Trzasnęły drzwi. Ponownie, za sprawą przywołanego przeze mnie wiatru.
– To nie jego wina. Strażnicy nie mają wolnej woli, Lind – powiedziała. – Mają zasady, których nie mogą złamać.
W moich oczach stanęły łzy. Zasady... zasady... Czy na wszystko odpowiedzią są zasady? Nawet kiedy w grę wchodzi coś tak potwornego?
– Pierzasta... wiesz, że to prawda.
Poczułam, że Babcia znów dotknęła mojego ramienia.
– Nie denerwuj się Lind... Nie warto. Nie możemy mieć do niego żalu – powtórzyła.
Całe życie uważałam ją za najmądrzejszą istotę na ziemi. Tym razem jednak nie wierzyłam w jej słowa. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogła w ogóle proponować wybaczenie czegoś takiego.
– Potrzebujesz się przewietrzyć? – spytała starsza wilczyca.
– Tak – odparłam bez namysłu, po czym wyszłam z pomieszczenia.
Pokonałam długość korytarza i wkroczyłam do głównej izby. Szłam w kierunku drzwi wyjściowych, jednak zatrzymałam się tuż przed progiem. Nagle poczułam, że nie mogę wyjść na zewnątrz; nawet na chwilę. Ten dom był jedną z niewielu rzeczy, które zostały z mojego dawnego życia. Zrodził się we mnie strach, że jeśli opuszczę tę izbę, utracę jeszcze więcej. Co jeśli do czasu mojego powrotu Babcia już...
Nabrałam w płuca wielki haust powietrza. Nie, to tylko bezpodstawne lęki... Prawda?
Spojrzałam na znajdujące się przede mną drzwi frontowe. Po raz kolejny wisiały na zawiasach, poruszane wiatrem. Spróbowałam je domknąć, ale odskoczyły od framugi z cichym skrzypnięciem. Zamek okazał się być już całkiem zepsuty.
Usłyszałam, że ktoś wszedł do głównej izby. Odwróciłam się. Dostrzegłam Haslaye; właśnie zdejmowała z kominka garnuszek z gorącą wodą.
– Chcesz się czegoś napić, Lind? – zapytała.
Zawahałam się.
– Ile z tego słyszałaś?
– Z waszej rozmowy? Nic – odparła wadera. – Nie jestem tu po to, żeby was podsłuchiwać. Chcesz coś do picia? Mamy kawę, herbatę, miętę, rumianek...
Odgarnęłam grzywkę. Westchnęłam i odsunęłam się od drzwi.
– Może być rumianek.
Haslaye postawiła na stoliku kubek, wrzuciła do niego garść przygotowanych wcześniej ziół i zalała wrzątkiem. Kiedy skończyła przygotowywać wywar dla mnie, zabrała resztę wody do innego pokoju. Może akurat potrzebowała jej do wyrobu jakiś maści.
Zdjęłam kubek ze stolika i usiadłam przy kominku. Wtedy usłyszałam, że ktoś inny wyszedł na korytarz. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 42 czerwonych⎹ 28 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 25 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

czwartek, 18 czerwca 2020

Od Lind "Los zawsze daje szansę" cz. 5


Luty 2024
Nie mogłam w to uwierzyć. Jednak wiedziałam, że ta wilczyca nie kłamała. Nigdy, przenigdy by tego nie zrobiła. Usłyszałam pulsowanie własnej krwi, potem wyłapałam także kołatanie serca mojej opiekunki.
– D… Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? – spytałam cicho.
– Nie chciałam tego wspominać – przyznała starsza wadera. – Utraciłam go... z własnej winy.
Otworzyłam pyszczek, by zadać kolejne pytanie, ale zawahałam się. Nigdy nie widziałam Babci pogrążonej w tak głębokim smutku. Nie wiedziałam, czy powinnyśmy dalej ciągnąć ten temat, skoro sprawia on mojej opiekunce tyle bólu. Wkrótce jednak Babcia sama zaczęła kontynuować swoją opowieść:
– Był mały, kiedy zaczął się konflikt. Kiedy jednak podrósł, wszyscy dookoła wiedzieli, że jest synem zdrajcy; tego, który rozpoczął to wszystko. – Wilczyca odwróciła pyszczek w stronę okna, jakby wciąż dobiegały stamtąd odgłosy walki. – A ja… byłam wtedy zbyt skupiona na sobie, by być wsparciem dla niego. Skupiłam się na własnym żalu, zamiast na moim jedynym szczenięciu – głos wadery się załamywał.
Położyłam swoją łapę na jej. Bolało mnie serce, kiedy widziałam moją opiekunkę w takim stanie. Teraz zaczynałam rozumieć, dlaczego dotąd nie wspomniała mi o tym wszystkim. To jednak nie był koniec tej tragicznej historii.
– Kiedy czara goryczy się przelała... – mówiła dalej Babcia. – ...uciekł z domu. Wyruszył w kierunku... Góry Upadłych.
Drgnęłam. Ta nazwa coś mi przypominała; na pewno już ją kiedyś słyszałam.
– On również... zamierzał zdobyć Wichurę Płomieni. – wyznała starsza wilczyca.
Nie skontrolowałam nawet, że cofnęłam łapę. Myślałam, że nic już mnie nie zaskoczy. Jednak żaden wcześniejszy element tej historii nie mógł się równać z mocą tego ostatniego zdania; ani wieść o partnerze mojej opiekunki, ani historia wojny... nawet fakt, że przede mną Babcia miała własne szczenię. Wichura... Nigdy bym się nie spodziewała, że i na nią znalazło się miejsce w tej smutnej opowieści.
Nagle Babcia znów zacisnęła oczy; ponownie przez fizyczny ból. Zaczęła ciężko dyszeć. Ten widok wyrwał mnie z zamyślenia wywołanego jej ostatnim zdaniem.
– M-Mam iść po Haslaye? – spytałam drżącym głosem.
Oparłam łapy żeby wstać, ale moja opiekunka pokazała mi, że mam zostać na miejscu. Znów wzięła kilka głębszych wdechów.
– Nie... Nie... Ona tu już nic nie pomoże. Zrobiła, co mogła...
Poczułam jeszcze większy ucisk w gardle. Im dłużej siedziałam z Babcią, tym bardziej docierało do mnie jak słaba już była.
– Jeśli nie masz siły... – Chciałam zaproponować przerwanie tej historii; nawet pomimo faktu, jak bardzo interesowało mnie zakończenie. Jednak widziałam, że nerwy nie służyły mojej opiekunce. Przecież jej życie jest dla mnie ważniejsze, niż coś, co działo się lata temu...
– Nie... Muszę ci to w końcu opowiedzieć. – oznajmiła wilczyca. 
– Ale...
– Nie będę spokojna, jeśli nie poznasz całej prawdy – Babcia spojrzała mi prosto w oczy.
Otworzyłam pyszczek, ale nie znalazłam żadnego sensownego argumentu. Spuściłam wzrok.
– Więc... co było dalej z twoim szczenięciem?
– Mogłoby się wydawać, że wziął wszystko. Ale nie miał ze sobą Klucza... 
Po raz kolejny zadrżałam. W mojej głowie zaczęły majaczyć przerażające domysły, co do zakończenia tej historii.
– Wziął eliksiry... broń, zbroję... i zaklętą tarczę...
– Tarczę z granatowym herbem – usłyszałam za sobą drugi głos.
Odwróciłam gwałtownie głowę. W pokoju stanął Ting. Zabrakło mi powietrza.
Wiedziałam, że broń Strażnika Wichury nie raz atakowała wilki; jednak nigdy nie rozmyślałam, kim były te postacie z przeszłości. To jest... do teraz.
Poczułam się, jakbym powoli traciła grunt pod nogami.
Nie... Ting... Proszę, nie. 

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 19 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 25 zielonych⎹ 5 niebieskich⎹ 17 granatowych⎹ 3 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków