czwartek, 2 lipca 2020

Od Sinope "Musimy sobie wyjaśnić kilka spraw... albo i nie" cz. 1

Sierpień 2026 r.
– Sino, musimy sobie wyjaśnić kilka spraw.
– Jakich? – zapytała znużona wadera, nie zwracając w ogóle głowy do Isy. Była zbyt zajęta budowaniem zamku z piasku. Akurat robiła okna z muszelek. Do końca nie zostało jej zbyt wiele.
– Naszej relacji.
– Co chcesz o niej wiedzieć?
– Cokolwiek.
– To znaczy?
– Czy chcesz się godzić, czy mamy się do siebie po prostu nie zbliżać. Chcę, żeby było nam jak najłatwiej. Teraz nie wiem, jak mam cię nawet traktować.
– Jak chcesz.
Sino wygładziła pazurem murek, który wydał się jej odrobinę krzywy i dorobiła kropek u jego szczytu.
– Jesteśmy coraz starsze i widzę jak bardzo bezsensowne jest to, co odwalamy – Mówiła dalej Isa, ale nie bez trudu – I w miarę możliwości chciałabym się pogodzić. Nawet już nie pamiętam o co się kłócimy.
– Czy to ważne o co?
– Wydaje mi się, że tak.
Sino zamilkła. Brama wjazdowa zaczęła się jej walić, więc wygrzebała więcej wilgotnego piasku z uprzednio wykopanego dołku i zbudowała ją na nowo.
– Kto ci kazał do mnie z tym przyjść? – zapytała w końcu.
– Kto? – głos Isy zadrżał.
– Sama z siebie byś tego nie zrobiła. Jesteś zbyt uparta.
Z Isy nagle uleciała cała pewność.
– Infinite.
– Ha, tak myślałam – odpowiedziała beznamiętnie Sino. Poprawiała przekrzywioną muszelkę na jednej z wieżyczek.
– Ładny zamek – powiedziała Isa.
– I czym cię napoili? Znamy jakiś eliksir na bycie miłym?
– Próbuję się z tobą pogodzić, a ty mi prawisz frazesy o tym, że jestem wredna i nie jestem w pełni świadoma tego co mówię?
– Czemu by nie?
Isa ciężko westchnęła. Jej wzrok powędrował do nieba.
– Dobra, wygrałaś. Kai odstąpił mi trochę bimbru.
– Znowu miałam rację.
– Na trzeźwo bym do ciebie nie przyszła.
– Racja.
– Przejrzałaś mnie.
– Dokładnie.
Sino zrobiła kolejne wzroki na wieży zamku. Isa przyglądała się temu wyjątkowo tępym wzrokiem.
– Po co właściwie to robisz?
– To, to znaczy co?
– Zamek. Pałac. Nie wiem co to.
– Pani Adora kazała nam zrobić zamek na podstawie planu. Pokazała nam do zapamiętania przez pół minuty. Zrobiłam go już i zostało mi dużo czasu, więc go sobie ozdabiam.
– Nie masz nikogo do... no wiesz, pogadania? 
– Ciebie.
– A prócz mnie?
– Nie mam nikogo – odparła Sino, nawet nie podnosząc wzroku znad zamku.
Isa podrapała się dość niezgrabnie po już i tak zmierzwionej czuprynie.
– Niefajnie.
– Niezbyt.
Znowu zapanowało niezręczne milczenie. Reszta grupy rozmawiała za plecami Ismanise, ale Sino nawet na nich nie patrzyła.
– To... Nie wiem. Baw się, czy coś – powiedziała w końcu Isa.
– Ty też. Masz dzisiaj coś w stylu urodzin, co nie?
– Ta... inaczej Kai by mi nie dał tego bimbru.
– To wszystkiego najlepszego.
Isie zrobiło się nieco głupio. Rzadko widywała tak opuszczoną przez wszystkich i zwyczajnie smętną Sino. Przez życzenia zaczęły ją dopadać na dodatek wyrzuty sumienia. Może ten cały czas przeznaczony na walki był czasem straconym? Może wcale nie była aż taka zła?
– Dzięki.
Sino skinęła lekko głową.
– Nie wiem czy to przez to, że jestem pijana, czy może serio jesteś całkiem miła... Ale wydaje mi się, że jesteś całkiem spoko – dodała po chwili Isa.
– Wydaje ci się. Jak wytrzeźwiejesz to znowu będę się z tobą gryźć.
– Obiecujesz?
– Obiecuję.
– Może zacznę pić częściej, żeby doświadczyć miłej Sino.
Sino wzruszyła beznamiętnie ramionami.
– Masz miłego Infinite. Chodzicie ze sobą w końcu?
– Nie wiem. Chyba tak – parsknęła Isa – Co to w ogóle za pytanie?
– Też jest pijany?
– Nie zaglądałam do niego. Czemu pytasz?
– Nie wiem. Może świętowaliście razem – Sino przycisnęła do wieżyczki kolejną muszelkę, która się w międzyczasie odczepiła i spadła.
– Impreza jest wieczorem.
Sino pokiwała głową.
– Wpadniesz?
– Nie wiem – odpowiedziała Sino cicho.
– No dobra. Ale jak coś, to będziemy czekać.
– Nie musicie.
– Jak chcesz – parsknęła Isa – A teraz już serio idę. Klep sobie dalej ten zameczek, czy coś.
Sino pokiwała głową. Kiedy Isa się oddaliła, smętny wzrok Sino powędrował do spokojnie falującego oceanu. Chyba nigdy czuła się tak przygnębiona.

<C.D.N.>

Zdobyto: 6 czerwonych⎹ 1 pomarańczowych⎹ 11 zielonych⎹ 18 niebieskich⎹ 20 granatowych⎹ 11 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków

>> Następna część >>

Od Asgrima "Spotkanie z dzikim" cz. 5 (cd. Wilat)


Lipiec 2026
– Tori może z nim walczyć – odpowiedziałem od razu, wskazując łapą na moją partnerkę. Z jakiegoś dziwnego powodu to stwierdzenie nie spodobało się wilczycy, która zmierzyła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Wyszczerzyłem do niej zęby.
– Nie, As. Skoro wpadłeś na tak genialny pomysł jak zastąpienie Wilata w walce, to myślę, że ty powinieneś się z nim zmierzyć – Tori uśmiechnęła się słodko w tej samej chwili, kiedy mój uśmiech zamarł. Szybko jednak przypomniałem jeden bardzo ważny powód, dla którego samica nie mogła mnie wplątać w walkę.
– Tor, zapominasz o czymś – zacząłem. – To ty jesteś dowódcą polowań. Ja jestem ten inteligentny, ty ta silna. Dlatego to ty powinnaś walczyć.
– Inteligentny?
Tori parsknęła śmiechem, całkiem ignorując dalszą część mojej wypowiedzi. Zmrużyłem groźnie oczy, mając nadzieję, że dzięki temu przekonam ją, żeby odpuściła. Ona jednak nie miała litości. Jakaś część mnie przyznała jej rację; w końcu ja też jej nie miałem względem niej. Jednak przeważała druga, która oburzała się, że tak parszywie wyśmiewa mnie przy nowym. Chciałem zrobić jak najlepsze wrażenie, a ona mi tego nie ułatwiała!
– Jestem nauczycielem – zwróciłem jej uwagę. Nim zdążyłem dodać, że uczyłem najtrudniejszego jej zdaniem przedmiotu, wilczyca ponownie zabrała głos:
– Co z tego skoro twoi uczniowie są od ciebie mądrzejsi?
Teraz to już naprawdę zabolało. Żarty żartami, ale tego nie powinna mówić. Za kogo ona się uważała?
Twoją partnerkę – odpowiedział mi jakiś głos w mojej głowie. Świetnie, skoro jest moją partnerką, to powinna przestać ciągle podcinać mi skrzydła. Nie byłem od niej gorszy!
– W porządku. Zrobię to – Zwróciłem się do Wilata, który znowu stał otępiały, nie rozumiejąc pewnie genezy naszej sprzeczki. Też jej nie rozumiałem. Tori bywała naprawdę okropna. – Wezmę udział w tym pojedynku za ciebie.
– As, ty nie umiesz walczyć – wtrąciła Torance, kręcąc łbem. A więc teraz zmieniła zdanie? – Ja to zrobię. Mam lepszą kondycję i większe doświadczenie w walce.
– Chyba z krabami – burknąłem nadal niezadowolony. Tori prawdopodobnie tego nie dosłyszała, bo nie przyparła mnie do ziemi, ani nie uderzyła łapą. – Dam sobie radę. Może jestem starszy, niż gdy dołączyłem, ale też o wiele bardziej zahartowany – zauważyłem, po czym ponownie spojrzałem na Wilata – Pozwolisz mi na to?
Basior przestąpił z łapy na łapę. Wzrok utkwił w dżungli, jakby miała wypełznąć z niej odpowiedź na to pytanie. Widziałem, że się waha i to zabolało mnie jeszcze bardziej. Czemu nikt nie wierzył, że mogę mieć jakiekolwiek szanse? Wiedziałem, że sprawiam o wiele lepsze wrażenie niż Tori, która była chuda i niska. Pod jej długim futrem ginęły wszystkie mięśnie, więc wyglądała na bezbronną i słabą. Stojąc obok niej to ja wyglądałem na silnego basiora i dobrego wojownika. Trochę zbyt chudego, ale nadal wojownika. Dlaczego się wahał? To nie powinno mieć w ogóle miejsca! Nie, kiedy nawet nie znał żadnego z nas.
– Nie jestem pewien... – przyznał w końcu, a ja poczułem się jakby dał mi kopniaka prosto w mój piękny pyszczek. – Dziki wspominał coś o honorze... Możliwe, że nie pozwoli w ogóle na zamianę. 
Odetchnąłem z ulgą. Czyli nie o to chodziło. Może jednak nie widział mnie jako całkowitej pokraki.
– Tak, to rzeczywiście może stanowić problem – Tori pokiwała w zamyśleniu łbem. – Trzeba obmyślić plan awaryjny.
– Może napadniemy go we trójkę i ucieknie natychmiast? – zaproponowałem.
Moja partnerka pokręciła głową. Czy to był jakiś dzień podważania wszystkiego, co tylko powiem? Czemu nikt mnie o tym nie poinformował wcześniej?
– Nie, to nie jest wyjście.
– Może wtedy sprowadzić innych i napaść na całą watahę – dodał Wilat, po czym spojrzał na Tori. – Masz jakiś inny pomysł, skoro ten Asa odpada?
Zaczynałem lubić tego nowego. Może nadal faworyzował Torance, ale za to zmusił ją do myślenia, a nie tylko wyśmiewania moich pomysłów. 
Wilczyca nie odpowiedziała od razu. Przez kilka długich chwil myślała, a ja czekałem. Chciałem usłyszeć, co też ona wspaniałego wymyśli. Nie przestawałem jednak myśleć nad swoim własnym planem. 
– Mogłabym nauczyć cię kilku sztuczek, ale w jeden dzień... Ciężko byłoby je opanować na poziomie, który zagwarantowałby ci zwycięstwo.
– Lepsze to niż nic, ale na pewno szybko mnie pokona. Ma nade mną fizyczną przewagę.
To był odpowiedni moment, żeby się odezwać. Czas na prawdziwie genialny pomysł równie genialnego Asa!
– Może wobec tego wspomożesz się magią? – Starałem się zabrzmieć tak niewinnie, jak tylko było to możliwe.
– Umiem tylko sterować wzrostem krzewów i kwiatków. Jak miałoby mi to pomóc? – przyznał Wilat. Brzmiał na zrezygnowanego. Widocznie nie upatrywał w tym swojego zwycięstwa i, jeśli miałem być szczery, ja też tego nie widziałem.
– A co powiesz na użycie magicznych przedmiotów i eliksirów? 
Tori zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Któreś z nas, a najlepiej ty skoro i tak nie walczysz, da mu Medalion Siły – Wskazałem najpierw na swój wisiorek, potem ten należący do Torance. – Dodatkowo wcześniej napoimy go Czerwonym Napojem. Jego kondycja od razu skoczy w górę. 
– To... Zaskakująco dobry pomysł – przyznała Tori, a ja uśmiechnąłem się dumnie.
– Bo ja go wymyśliłem.
Wilczyca przewróciła oczami.
– Dobra, ale skąd weźmiemy ten eliksirek? Chyba nie mamy go w swoich zapasach, a ty raczej go nie masz – zwróciła się do Wilata. Basior od razu pokręcił łbem.
– Nie... Nawet nie wiem, co on robi.
Westchnąłem. Byli jak szczeniaki, które nie miały nawet podstawowej wiedzy na temat tworzenia eliksirów. Na ich szczęście byłem cudownym i bardzo cierpliwym nauczycielem.
– Jest to eliksir, który dodaje wytrzymałości i podnosi na siłach na pół godziny od spożycia – wyjaśniłem, zerkając na oba wilki, czy uważnie słuchali, co mówiłem. – Na nasze szczęście jakiś czas temu stworzyłem go w czasie lekcji. Po demonstracji zostało mi go wystarczająco, aby zostawić sobie jedną fiolkę. Co sądzicie?

<Wilat?>

Zdobyto: 33 czerwonych⎹ 44 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 19 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


środa, 1 lipca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 13


Luty 2025
Wyszłam na zewnątrz. Musiałam przymknąć oczy, by nie trafiały do nich płatki śniegu. Ruszyłam naprzód; oddaliłam się od słabego światła rozstawionych w domu latarni. Moje łapy tonęły w białym puchu. W uszach rozbrzmiewało mi kołatanie własnego serca. Zupełnie, jakby było ono głośniejsze, niż szalejący dzisiejszej nocy wicher.
Przypomniałam sobie, że tą drogą można trafić do nory Jen i Rey'a. Ale teraz ich tam nie ma. Gdybym skręciła w lewo, doszłabym do jaskini Starego Juana i Haslaye. Ale teraz ich tam nie ma.
Za mną stoi budynek, w którym się wychowałam. Teraz nikt już na mnie tam nie czeka.
Zatrzymałam się i zaczęłam płakać. Nie potrafiłam dłużej powstrzymywać emocji. Odgłos mojego łkania niknął gdzieś pośród wycia wiatru.
– Pierzasta! – krzyknął Ting. 
Odmieniec podążał moim śladem. Z każdym kolejnym susem powarkiwał; nie znosił dotyku śniegu. Kiedy do mnie dotarł, zawiesiłam wzrok na jego sylwetce. Nie potrafiłam wyczytać z niej nic, poza faktem, że Tingowi było zimno. Nie mogłam też szukać podpowiedzi na mordzie odmieńca; zasłaniał ją ten czaszko-hełm. Wytarłam pyszczek i ruszyłam dalej przed siebie. Strażnik pobiegł za mną.
– W-wracajm-my na p-plażę... – wydusił.
Znów przystanęłam. Spojrzałam na swojego towarzysza. Drżał i szczękał zębami. Zrobiło mi się go trochę szkoda, ale po chwili uznałam jego postępowanie za zwykłą głupotę. Po co w ogóle wychodził za mną, skoro wiedział, że źle znosi zimno?
– Rozpal sobie ogień.
– W-wieje... w-wiatr – wymamrotał odmieniec.
Użyłam energii żywiołu, by utworzyć kopułę chroniącą nas przed wichrem i gęsto sypiącym śniegiem. Tingowi pozwoliło to rozpalić ogień, a mnie wreszcie otworzyć szerzej oczy. Wtedy poczułam, że ślady po moich łzach zaczęły zamarzać.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem okolicę. Nie czułam się tu bezpiecznie; nie byłam już u siebie. Ale co mam teraz zrobić? Wrócić do watahy? Żyć dalej pośród wilków, których większości nawet nie znam? Pośród przyjaciół, którzy mają już własne rodziny i własne sprawy?
Co mnie czeka po powrocie? Odliczanie dni do... nadejścia Freeze'a?
Skuliłam się i nakryłam głowę łapami. Tak bardzo nie chciałam, by doszło do naszego ponownego spotkania. A miałam się kiedyś za waderę odważną i twardą. Teraz widać, że po prostu nigdy nie rozumiałam zagrożenia.
Nagle poczułam na grzbiecie ciepło ognia. Podniosłam wzrok. Stał nade mną Ting; trzymał w łapie "pochodnię" utworzoną ze swojej broni. Spoglądał w moją stronę zza pozbawionego wyrazu czaszko-hełmu. Ogarnęła mnie wściekłość. Miałam dość tego widoku. Zapragnęłam chociaż raz dowiedzieć się, co naprawdę ukazuje pysk Strażnika; wiedzieć na pewno, czy faktycznie jest nieczułym potworem.
Wyciągnęłam łapy w stronę maski Tinga, ale on zdołał odskoczyć. Warknęłam głośno.
– Zdejmij tę czaszkę, hełm, cokolwiek to jest! – krzyknęłam. Po moim pysku znów zaczęły spływać piekące łzy – Zdejmij go, jako Właścicielka Wichury rozkazuję ci to!
– N-nie mogę, Pierzasta! Nieważne, jak mi to rozkażesz!
– Czemu? Kto ci zabrania?! – Uderzyłam łapami w ziemię.
– Są zasady których nie mogę z-złamać! - rzucił Ting.
– Dlaczego niby? Co się stanie, jeśli je złamiesz?!
Odmieniec milczał.
– Co się stanie?! - powtórzyłam załamującym się głosem.
– Ja... Nie wiem.
Zaczęłam znów płakać. Zasady... zasady... Zasady dyktują wszystko. Zasady usprawiedliwiają wszystko. Nie on podejmuje decyzję; robią to za niego zasady.
Zakrztusiłam się własnymi łzami. Ting spróbował podtopić śnieg dookoła i przysiadł naprzeciwko mnie.
– Wracajmy, Pierzasta. W-wracajmy do domu.
Pociągnęłam nosem i przetarłam pysk łapą. Odwróciłam głowę w stronę budynku, z którego wyszliśmy. Pośród zawiei i ciemności nocy jawił się jako kilka rozmazanych plam światła.
Ja nie mam już domu. Może nigdy nie miałam.
Wataha też nie jest moim domem; ja nigdy nie planowałam dołączyć do watahy. Przecież trafiłam tam przypadkiem. Pełnię w niej jakieś funkcje, ale częściej czuję się tylko obserwatorem jej historii... A jeśli gdzieś tam jest też moja własna opowieść, martwię się, że będzie tak samo, jak z Wichurą; że na końcu długiej, żmudnej drogi nie ma satysfakcjonującego zakończenia. Martwię się, że po prostu pewnego dnia autor napisze ostatnie zdanie.
I to będzie koniec. 

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 15 pomarańczowych⎹ 5 zielonych⎹ 29 niebieskich⎹ 20 granatowych⎹ 24 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków


Od Gavriela "Jestem w tej kwestii wyjątkowy" cz. 1 (cd. chętny)

Wrzesień 2026 r.
Kiedy nareszcie zsiadł ze smoka, a miękkie poduszki jego łap zetknęły się z rozgrzanym piachem, nagle odczuł odosobnienie. Grupka wilków patrzyła na niego nieufnie, a co młodsze wskazywały na niego łapami. Wymieniali spojrzenia, szemrali między sobą. Gavriel zmrużył ślepia, unosząc butnie podbródek. Nie da zrobić z siebie pośmiewiska.
Zaraz po nim z grzbietu smoka zeskoczył Hitam. Gavriel poczuł na ramieniu ciężar jego łapy.
– Witajcie! To nowy członek naszego stada – Gavriel. Mam nadzieję, że ciepło go przyjmiecie.
– Białusy będą nas ścigać za porwanie! – krzyknął ktoś z głębi tłumu.
"Białusy?", powtórzył w myślach Gavriel. "To tak nas nazywają wszędzie indziej?".
– Białe Królestwo zmieniło nieco swoją politykę. A Gavriel to specjalny przypadek – ostatnie spojrzenie wypowiedział już nieco ciszej. Gavriel wówczas popatrzył na niego bez większego zainteresowania.
Na tym powitania basiora się zakończyły. Hitam wymieniał uściski z jakimiś nieznanymi mu wilkami. Zresztą nie tylko on, bo większość pozostałych odwiedzających Białe Królestwo mogło liczyć na to samo. Gavriel mógł się temu przyglądać tylko z boku. Sam nie wiedział na co liczył.
Kiedy nagle usłyszał zza pleców swoje imię, podskoczył nieco.
Z uśmiechem wpatrywał się w niego basior o orzechowym futrze i szaroniebieskich ślepiach. Jedno z nich niemal zupełnie zasłoniła ciemniejsza grzywka. Z pewnego dystansu patrzyła na niego również śnieżnobiała wadera o dość nietypowej urodzie. Ona w przeciwieństwie do basiora jednak nie uśmiechała się. Wyglądała jakby chciała go zamrozić spojrzeniem, wobec czego intuicyjnie ją polubił.
– To Navri – wtrącił orzechowy basior, widząc gdzie powędrował wzrok Gavriela.
– A ty? – nastolatek przeniósł spojrzenie na nieznajomego.
– Asgrim. Możesz mówić As. Jestem twoim nauczycielem eliksirów.
– Umiesz grać w karty?
Asgrim wydał się zbity z tropu.
– Proszę?
– Czy umiesz grać w karty?
– Trochę.
– Tylko trochę? – w głosie Gavriela rozbrzmiało rozczarownie z nutką ironiczności – Czyli ksywka "As" nie ma żadnego głębszego znaczenia? Szkoda.
– To tylko zdrobnienie...
– Wszyscy się tak zdrabniacie? Navri to Na, a Hitam to Hi?
As zamrugał szybko oczami. Nagle odebrało mu mowę.
– Nie. Jestem w tej kwestii wyjątkowy – oświadczył w końcu.
– Założymy się, że znajdzie się choć jeszcze jeden wilk, który używa do zdrabniania własnego imienia dwóch pierwszych liter?
– Nie – odpowiedział twardo As.
– Wobec tego nie jesteś wyjątkowy – zmrużył oczy z udawaną podejrzliwością.
– Ależ jestem. Moja wyjątkowość nie opiera się wyłącznie na zdrobnieniu imienia – prychnął.
– Jestem pewien, że użyłeś słów "w tej kwestii", zatem chodziło o imię.
– Wydawało ci się.
– Na pewno nie.
As zacisnął usta w wąską kreskę. Na pysk Gavriela wkradł się uśmieszek.
– Jestem Gavriel, a moje imię jest nieskracalne. Miło mi poznać.
Biała wadera w końcu postanowiła się zbliżyć. Przerastała Gavriela o około głowę, a jej wzrok zza ciemnych szkiełek był jeszcze bardziej dumny, niż jego własny.
– Witaj. Żywię nadzieję, iż zadomowisz się prędko w naszych skromnych progach.
– Witam, witam – Pokiwał głową pośpiesznie – Navri, tak?
– Owszem.
– Więc, Navri, mam pytanie. Mogę?
Navri skinęła głową.
– Czemu jako jedyna nosisz okulary przeciwsłoneczne? Wszystkich chyba razi po równo.
Wadera uniosła nieznacznie brwi. As chcąc nie chcąc parsknął śmiechem.
– Mam wadliwy wzrok. Zakupiłam zeszłego lata właśnie te szkiełka z czarnego kryształu, ponieważ sprawiają, iż widzę najlepiej tą porą.
– Jesteś agentką?
– Proszę?
– Na filmach tajni agenci i tym podobni często mają takie okrągłe okulary. Leon Zawodowiec, Morfeusz z Matrixa... W ogóle często mają przyciemnane okulary. W Facetach w Czerni też na pewno mieli.
Navri zerknęła na nadal roześmianego Asgrima.
– Chyba nie rozumiem aluzji.
– Cóż, trudno – Gavriel wzruszył ramionami.
– Od kiedy w Białym Królestwie macie kablówkę? – wtrącił As.
– Od nigdy.
– Nigdy?
– Nigdy, jak własną matkę kocham.
– Kochasz swoją matkę? – zdziwił się As.
– Nie.
As znowu wyglądał na skonfundowanego.
– Haha, żartowałem – Zaśmiał się Gavriel, ale zaraz potem spoważniał – Ale nie wiesz kiedy.
Navri patrzyła w milczeniu raz na jednego z basiorów, raz na drugiego, już zupełnie zagubiona w tej dyskusji.

<C.D.N./chętny>

Zdobyto: 22 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 20 niebieskich⎹ 26 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


>> Następna część >>

wtorek, 30 czerwca 2020

Od Lind „Turyści z mapą w kamieniu” cz. 3 (cd.Torance/Kai)


Początek stycznia 2025
Wylądowałam przy pozostałych członkach swojej podgrupy zwiadowczej. Obejrzałam się jeszcze raz ku kamiennej ścianie. Zmrużyłam oczy, śledząc powoli malejącą sylwetkę Kai'ego.
– I co ci powiedział? – spytała Tori.
– Twierdzi, że "da sobie radę" – odparłam. – Tyle, że on nie potrafi nawet latać! To jest po prostu... – na pysk cisnęły mi się różne niepochlebne określenia, ale nie mogłam niczego spośród nich wybrać.
– Kai zawsze lubił wyzwania... – westchnęła moja przyjaciółka, zadzierając pyszczek ku górze. – Ale mnie też to trochę martwi...
Klif oglądany z tej perspektywy wyglądał na naprawdę wysoki. Wspomniany wilk nie był nawet w połowie drogi na szczyt.
– A wy na co czekacie? – rzucił nagle Ting.
Jak na komendę, obie spojrzałyśmy w stronę odmieńca.
– Podobno jesteście zwiadowcami. Może zamiast zajmować się Czerwonowłosym, skupicie się na tym, po co tu przyszliśmy? Pierzasta, miałaś sprawdzić jak okolica wygląda z góry.
To się zgadzało; przed chwilą byłam w powietrzu. Jednak przez zamieszanie z Kai'em, nie obejrzałam wszystkiego dokładnie. Mruknęłam coś pod nosem i odgarnęłam grzywkę.
– Dajcie mi jeszcze chwilę – Przywołałam znów skrzydła, by powtórzyć rekonesans.
– Może jak wypatrzysz lepszą ścieżkę, Kai odpuści – mruknęła Tori.
– Mniejsza o niego, Ruda. Niech Pierzasta znajdzie normalną trasę dla nas – burknął Ting.
Wzięłam krótki rozbieg i wzbiłam się w powietrze. Zewsząd dobiegało donośne zawodzenie wiatru; ciekawie brzmiało zestawione z szumem fal. Wzleciałam nad szczyt skalnego wzniesienia w rekordowym czasie. Wykonałam pełen obrót i zawisłam w jednym miejscu. Omiotłam wzrokiem okolicę. Wypatrzyłam po naszej stronie klifu całkiem łagodne zejście. Na pewno ten szlak był lepszą opcją, niż wspinaczka po pionowej ścianie czy okrążanie skał drogą morską.
Wróciłam do Tori i Tinga, by poinformować ich o swoim odkryciu. Moja przyjaciółka spróbowała jeszcze namówić Kai'ego do zmiany strategii, ale to nic nie dało. Wadera wkrótce zrezygnowała z dalszego nalegania i ruszyła we wskazanym przeze mnie kierunku. Ani ja, ani Ting nie byliśmy daleko za nią.
– Jak to wygląda z góry? – zagadnęła mnie po chwili Torance.
– Powiem... dziwnie – mruknęłam. – O ile na naszym dawnym terytorium nie było wyraźnej granicy między plażą, a górami, to tutaj... jakby samotna góra wyrosła nagle spod piasku.
– Jakby olbrzym zostawił swoją zabawkę? – zaśmiała się Tori.
– Na przykład – Pokiwałam głową.
– Długa ta droga na szczyt? – wtrącił Ting.
– No... trochę. 
Strażnik Wichury wydał gardłowy pomruk niezadowolenia. Przypominało mi to trochę naszą pierwszą wspólną wędrówkę przez góry; tym razem jednak odmieńcowi wyraźnie przeszkadzał brak cienia. Ting przepadał za ciepłem, ale kiedy mógł, unikał promieni słonecznych. Zaczęłam się obawiać, że takie warunki sprowadzą na nas tylko więcej narzekania z jego strony. Wtem w mojej głowie zawitał nowy pomysł.
– Hej, przecież mogłabym użyć swojej mocy żeby od razu przenieść nas wszystkich na górę – oznajmiłam nieco ożywiona.
– Nie, tym razem to nie jest rozwiązanie – mruknęła Tori. – Chodzi tutaj głównie o znalezienie trasy, która będzie przystępna dla wszystkich. Chciałabyś stać tutaj cały dzień i przenosić na górę każdego członka watahy? – Ta wizja przywołała na jej pyszczek uśmiech rozbawienia.
– Um... Nie, raczej nie.

<Torance/Kai>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 14 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 27 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 14 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków