środa, 5 sierpnia 2020

Od Violi "Wspaniałe podróże wspaniałego podróżnika" cz. 1

Grudzień 2026
„Głęboko, wśród mroku gęstej dżungli, przedzierałam się ja - Wielka Podróżniczka z Rodu Podróżników, Poszukiwaczka Przygód nad Poszukiwaczami Przygód. Nie straszny mi chód czy gorąca, wielkie potwory czy dzikie zwierzęta. W pogoni za sławą i bogactwem dotarłam na nieznane mi dotąd tereny. Szum drzew i śpiew ptaków dawały złudne poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Doskonale znam te sztuczki, iluzje za którymi kryje się szczerząca kły i szpony, iście zabójcza Natura. Taki zaprawiony w bojach łowca jak ja nie da się tak szybko nastraszyć...”
Nagły trzask suchej gałęzi wytrącił mnie z mojego podniosłego monologu. Rozejrzałam się nerwowo dookoła, pewna, że zaraz zginę. Serce zaczęło mi bić mocniej. Zapadła cisza, jedynie co słyszałam to dudnienie w uszach od przyspieszonego tętna. Ruszyłam dalej, oglądając się za siebie. „ Nie da... nie da... em... nastraszyć. Tak, nieustraszona Viola nie da się tak łatwo pokonać dziwnym, nieznanym odgłosom... w nieznanym miejscu. Żadne niebezpieczeństwo nie jest mi... straszne.”
Poczułam, jak coś pociągnęło mnie za ogon. Poskoczyłam z wrzaskiem i w panice pobiegłam na oślep przed siebie. Coś mnie goniło. Wielkie, ogromne bydle. Czułam jego oddech na swoim karku, nawet nie próbowałam odwracać się. Ze strachu serce prawie wyskoczyło mi z piersi.
Zaczęłam potykać się o własne pióra. Zaraz, pióra? Nawet nie zauważyłam, kiedy zmieniłam formę. Wymachując skrzydłami, biegłam dalej; w końcu na szali było moje życie. Gnałabym tak jeszcze długo, gdybym nie wpadła do wielkiego rowu. Desperacko próbowałam wydostać się z niego, ale drobne ptasie pazurki i skrzydełka nie pomagały. To już koniec. Przycupnęłam za drobnym kamieniem. Zamknęłam oczy, wtulając się w zimna ścianę skały.
- Proszę niech ten potwor będzie ślepy. 

<C. D. N.>

Uwagi: Jak mówiłam, mam wrażenie, że momentami używałaś entera zamiast spacji. Kiedy coś wymieniasz według wzoru "coś czy coś", przecinek jest zbędny. 


Od Firii "Brakuje mi ciepła" cz. 1

Grudzień 2026
Biały Puch, pod którym leżałam, nagle się przesunął. Z góry zaczęło padać na mnie rażące światło, ale nie to było najgorszą konsekwencją tej zmiany. Znów zaatakował ten straszliwy, zimny wiatr. Z mojego pyszczka wydobył się cichy pisk. Czym prędzej wywęszyłam wspomniane wcześniej okrycie i wróciłam pod nie. Tutaj zawsze było najwygodniej, najlepiej, a przede wszystkim, najcieplej.
– Chyba jednak woli zostać pod twoim ogonem – zadudnił niski głos.
– Tylko sprawdzałam, czy nadal tam jest – odparł drugi, o wiele milszy dla uszu.
Wtuliłam się w Biały Puch. Co mogłabym zrobić, żeby nigdy ode mnie nie uciekał? Nieraz zachowywał się, jakby wcale nie należał do mnie. A przecież bez niego na pewno bym zamarzła!
– Już się obudziła? – Do pozostałych dołączył nowy głos. Ten słyszałam najrzadziej, ale też brzmiał całkiem miło.
– Tak, ale pewnie nie na długo...
Biały puch po raz kolejny się przesunął. Tym razem wystawił na wiatr tylko moją główkę, ale to i tak było za wiele. Znów zapiszczałam. Tym razem moje okrycie zareagowało i posłusznie wróciło na swoje miejsce. Więc piski faktycznie działały!
– Ale ona kapryśna – zaśmiał się cicho najmilszy głos.
Nagle poczułam nieprzyjemny ścisk w brzuchu. To zawsze oznaczało, że muszę wyjść spod puchu, żeby znaleźć jedzenie. Nie powiem, lubiłam czas posiłku, ale nie znosiłam zimna. Czemu ten świat jest taki trudny?
Wysunęłam nos spod białej kity. Od razu sięgnął go zimny wiatr. Zamruczałam niezadowolona.
– Głodna? – po raz kolejny usłyszałam mój ulubiony głos.
Biały Puch znów się usunął, ale po chwili zastąpiło go coś innego. To coś było ciepłe i mokre. Złapało mnie, uniosło i położyło w innym miejscu. Tuż obok jedzenia!
Zaczęłam ssać. Nagle zauważyłam, że lodowaty wiatr zniknął. Coś go zatrzymało. Kątem oka zobaczyłam jakiś ciemnorudy cień; chyba to on dzielnie przyjął cały wicher na siebie. Niesamowite!
Nagle wszystko dookoła zadrżało. Znów usłyszałam znajome głosy:
– Crane, widziałeś to? – zaczął mój ulubiony ton.
– Chyba tak... – odparł ten niższy.
– Myślisz, że to...
– Pójdę sprawdzić – Zadudnił, przerywając najmilszemu głosowi. – Ty zostań z małą.
– Weź ze sobą Morgana.
Ciemnorudy cień z głośnym szelestem usunął się z drogi. Lodowaty wiatr znów do mnie dotarł. Zadrżałam. Dobrze, że w tamtym momencie już kończyłam jeść. Spróbowałam znaleźć najszybszą drogę z powrotem do białego puchu. Wtedy jednak powróciło mokre, ciepłe coś. Ponownie złapało mnie i położyło w nowym miejscu.
Znalazłam się bliżej innego źródła ciepła. Również białego, ale mniej puszystego. Prawie zapomniałam o nim! To miejsce miało w sobie najlepszą rzecz na świecie - takie coś, co robiło "bum bum". Kochałam ten dźwięk. Wtuliłam się w mniej puszysty puch i wsłuchałam we wspomnianą melodię. Może powinnam przenieść się na stałe tutaj? Może to by nie uciekało i nie wystawiało mnie znienacka na lodowaty wiatr?
Coś objęło mnie, dostarczając jeszcze więcej ciepła; jakiś podłużny przedmiot ze sterczącymi, barwnymi frędzlami. Z ciekawości wzięłam jeden nich do pyszczka. Nie był zbyt smaczny.
– Fałszywy alarm, mamo – odezwał się z daleka trzeci głos.
– Och... – westchnął smutno mój ulubiony ton. Tylko czemu było mu przykro?
<C. D. N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 0 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 12 niebieskich⎹ 14 granatowych⎹ 29 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

wtorek, 4 sierpnia 2020

Od Yvara "Zazdrość" cz. 16


Grudzień 2026
Yvar obserwował Vi jeszcze uważniej niż zwykle. Tego dnia były ich urodziny. Według rodziców drugie, co oznaczało, że wszystkie pory roku minęły równo dwa razy od momentu ich narodzin. Z tej okazji Yngvi przed zajęciami siedziała bardzo długo przed jednym z naczyń taty. Poprzedniego wieczora poprosiła nawet mamę, żeby pomogła jej rozczesać sierść. Wilczyca zawsze zwracała jej uwagę, że o wiele ładniej wyglądałaby bez drobnych kołtunów, ale Yngvi zwykle całkiem to ignorowała. Tym większe było zdziwienie Yvara, kiedy samica zaczęła tak bardzo się stroić. To do niej nie pasowało, ale basior nie powiedział na ten temat ani słowa. Jego siostra wyglądała zbyt dobrze, by mógł zacząć negować te pomysły.
Yngvi z każdą kolejną lekcją wyglądała na coraz bardziej podekscytowaną. Nieustannie zerkała w stronę Mortimera, co jednak nie było niczym szczególnym. Pomimo mijających miesięcy jej zainteresowanie nim nadal nie mijało. Yvar był z tego, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Nie powiedział jednak na ten temat ani słowa. Nie umiałby jej czegoś zabronić, a ona najpewniej i tak by go nie posłuchała. Zawsze wiedziała lepiej.
Westchnął i kontynuował mieszanie eliksiru. Ostatnie lekcje Asgrim poświęcił na nauczenie ich przepisu na Czerwony Napój. Dzisiaj mieli pokazać, czego się nauczyli i uwarzyć własną miksturę. Oczywiście tata miał później ich ocenić. Zapowiadał, że będzie surowy, ale Yvar wątpił w to; pomimo całej jego miłości do eliksirów, samiec był zbyt... Wyluzowany. Prawdopodobnie o wiele bardziej niż większość jego uczniów.
Yvar nie przykładał się do pracy, zresztą podobnie jak połowa jego grupy. Eliksiry były ostatnimi zajęciami i wszyscy chcieli już po prostu to zakończyć. Kiedy przyszła pora na sprawdzanie, Asgrim od razu zwrócił na to uwagę.
– Rozumiem, że ten eliksir nie należy do najprostszych. Jest w końcu czymś więcej niż byle maścią czy syropem. I to właśnie jest w tym niesamowite. To właśnie dlatego powinniście szczególnie uważać – mówił, a Yvar ziewnął przeciągle. Eliksiry były jednymi najnudniejszych zajęć w starszej grupie. – Jedyne dobre eliksiry to te stworzone przez Morgana, Nikaellę, Exana i Mortiego. – Basior zmierzył szczeniaki spojrzeniem, które w założeniu miało być groźne. – Odejdźcie w poczuciu wstydu.
Yvar wstał i już miał kierować się w stronę najbliższej palmy, żeby wziąć coś do jedzenia, gdy usłyszał głos Vi:
– Morti! Jesteś taki mądry!
Samiec zatrzymał się, a jego bracia poszli dalej. Widocznie nie mieli ochotę na niego czekać. Yngvi dobiegła do Mortiego i stanęła tuż przed nim. Yvar przymknął oczy, licząc, że w ten sposób lepiej usłyszy kolejne słowa siostry.
– Zrobiłeś najlepszy eliksir z całej grupy. To jest... Niesamowite.
Yvar powstrzymał prychnięcie. Mortimer był największym możliwym przeciętniakiem z tego przedmiotu. Był pewien, że dzisiejsze osiągnięcie zawdzięczał Exanowi, który radził sobie całkiem nieźle i całkiem przypadkiem pracował tuż obok Mortiego.
– Wcale nie. Było dużo osób, które zrobiły równie dobre.
– Dla mnie i tak jesteś najlepszy.
Yvar otworzył oczy. Nie chciał tego dłużej słuchać. Już miał odwrócić łeb, gdy zauważył, że Yngvi zbliża głowę niebezpiecznie blisko Mortiego. Nim którykolwiek zdążyłby zareagować, wilczyca polizała go w pyszczek i wycofała się.
– To moja nagroda dla ciebie – stwierdziła. Yvar nie widział jej wyrazu pyska, ale wyraźnie słyszał zadowolenie w jej głosie. Jego serce biło jak szalone i bolało. Tak cholernie bolało, że miał ochotę wyć.
Mortimer zwiększył dystans między nim a Vi. Yvar zauważył Elanor. Stała przy skraju dżungli. Niewątpliwie widziała całą scenę. Basior napiął mięśnie gotowy w każdej chwili skoczyć i odeprzeć jej atak na rudą samicę.
– Chyba... Nie powinniśmy – stwierdził samiec i odszedł. Wyglądał na przerażonego. Natomiast Elanor uśmiechała się z satysfakcją. 
Yngvi stała tam dłuższą chwilą. Ogon zamarł, a uszy były oklapnięte. Yvar podszedł do siostry i ją przytulił. Miał wrażenie, że wilczyca nawet tego nie zarejestrowała.
– Myślałam, że... – łkała – Mam szansę. Rozmawiał ze mną. Kolegowaliśmy się. Było już prawie tak samo jak przed... – Przerwa na głośne chlipnięcie. – To jej wina. To wszystko jej wina.
Yvar przytulił ją mocniej. Nie powiedział nic.
– Zmanipulowała go. Nastraszyła i zmusiła do bycia nieczułym. Gdyby nie ona...
– Morti to gnojek – wtrącił Yvar. Yngvi od razu odskoczyła od brata, przez co ten niemal stracił równowagę.
– Wcale nie! To najcudowniejszy basior na ziemi. Yvar, zrozum wreszcie, że go kocham. To nie jest już tylko durne zauroczenie. Zakochałam się w nim! – zawołała, a każde jej słowo było niczym kolec raniący jego serce.
– Vi...
– Nie, Yv. Ty nigdy tego nie zrozumiesz. Nie wiesz, jak to jest kogoś kochać w taki sposób. To dlatego tak na mnie patrzysz, kiedy rozmawiam z jakimś basiorem. Jesteś zły na myśl, że mogłabym być szczęśliwa, co?! – warknęła i nim Yvar zdążył odpowiedzieć, dodała: – Zostaw mnie już lepiej w spokoju. Nie chcę cię więcej widzieć. Jesteś taki sam jak Elanor. 
Odbiegła, zostawiając po sobie jedynie kilka ciemnych śladów po łzach na piasku.
Został sam. Chciał płakać, ale nie potrafił. Czuł w sercu pustkę. Nie wiedział, jak długo tak stał. Nie obchodziło go to. Nic już nie miało znaczenia. Tylko ten okropny ból.

<c.d.n.> 

Zdobyto: 40 czerwonych⎹ 10 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 33 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 47 fioletowych⎹ 11 różowych odłamków

>>Następna część >>

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Od Lind "Szczęśliwa rodzina" cz. 2



Grudzień 2026
Poczułam skurcz brzucha. Najpierw jeden, potem drugi. Serce podchodziło mi do gardła. Z całych sił pilnowałam, by nieświadomie nie sięgnąć po energię magiczną; zdarzało mi się to robić pod wpływem emocji. Teraz jednak skończyłoby się to katastrofą; z wichrem przywołałabym ogień. Wichura sprawiła, że nawet coś tak prostego, jak skrzydła, również formowało się z udziałem płomieni. Bałam się, że gdybym teraz użyła magii, mogłabym poważnie skrzywdzić wszystkich wokoło; Crane'a, Ellamarię, także siebie i szczenię. To ostatnie przerażało mnie najbardziej.
– Nadal nie umiem kontrolować tej nowej mocy... – wymamrotałam, spoglądając na swojego partnera. – Ja naprawdę próbowałam... Ja... Ja nie chcę zrobić ci krzywdy
– Tak, wiem. Spokojnie – wyszeptał. Położył łapę na mojej. – Oddychaj. Masz Medalion, wszystko będzie dobrze.
– Crane, boję się.
– Będzie dobrze. Morgan zaraz przyprowadzi Torance.
– A... a co jeśli... – Złapałam go mocniej za łapę. – Jeśli...
– Przede wszystkim oddychaj. Wdech... i wydech... – powtarzał Crane. Co jakiś czas zerkał na Ellamarię, by nie przegapić sygnału, gdyby faktycznie coś było nie tak. Lekarka na szczęście wyglądała na spokojną.
Wkrótce ujrzałam nadbiegającego Morgana, a tuż za nim Tori. Moja przyjaciółka natychmiast przysiadła obok mnie. Bez zbędnych słów użyła swojego wspaniałego talentu; zapewne Morgan już wszystko wyjaśnił jej po drodze. Torance tak skupiła się na swojej misji, że nie posłała Crane'owi nawet jednego krzywego spojrzenia.
Moje serce się uspokoiło. Oddech zwolnił. Poczułam absolutny spokój. Szkoda, że sama nie umiałam wprowadzać siebie w taki stan; życie byłoby wtedy o wiele łatwiejsze.
***
Wreszcie nadszedł moment, w którym usłyszeliśmy pisk maleństwa. Ellamaria bardzo ostrożnie położyła go przy moim brzuchu. Miał różowy pyszczek i łapki, a resztę ciałka rudą. Dostrzegłam przy jego główce coś podobnego do niebieskawego puchu. Szczenię całkiem szybko znalazło pokarm. Nagle poczułam, że Crane otarł z mojego pyska łzę. Zbyt skupiłam się na tym przepięknym widoku, by zauważyć, że płaczę. Po raz pierwszy w życiu nie wstydziłam się takiej reakcji. Wszystko się dobrze skończyło. Wszystko było dobrze.
– To samiczka – mruknęła Ellamaria.
– Jak chcecie ją nazwać? – spytała Tori.
Spojrzeliśmy na siebie z Crane'm. Chociaż mój partner był z początku przeciwny wczesnemu wybieraniu imion, ostatecznie omówiliśmy kilka opcji zanim mała przyszła na świat. Teraz już bez słów byliśmy w stanie zgodzić się, jak nazwiemy naszą córeczkę.
– Firia – wyszeptałam.
– Na imię jej Firia – powtórzył głośniej Crane.
Morgan pociągnął nosem, spoglądając na popiskujące szczenię. Widać w nim też zbierało się zbyt wiele emocji. Mój partner poklepał go po ramieniu.
– Opiekuj się dobrze swoją siostrą.
– Będę – odparł Morgan. Chyba nigdy nie słyszałam, by mówił o czymkolwiek z tak wielkim przekonaniem.
Kiedyś myślałam, że poznałam szczęście w dniu, w którym wyruszyłam po Wichurę. Później myślałam, że najszczęśliwszym był moment, w którym odnalazł mnie Ting. A potem zostałam mamą dla Morgana, wyszłam za Crane'a, usłyszałam, że jestem w ciąży... A potem okazało się, że Babcia nie miała racji co do Strażników.
Dziś jednak było jeszcze wspanialsze. 
Żałowałam tylko, że nie było z nami Tinga. Ciekawe co by powiedział. Znów by pogratulował? A może nie powiedziałby nic.

Uwagi: Niepoprawna data.

Zdobyto: 5 czerwonych⎹ 9 pomarańczowych⎹ 26 zielonych⎹ 6 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Yvara "Zazdrość" cz. 15


Luty 2026
Yvar porzucił stanie za krzakami na rzecz leżenia. Jego łapy zaczynały drżeć od nerwowego napinania mięśni. Kusiło go, żeby wyskoczyć i zaatakować wilczycę. Jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Nie przy tych wszystkich szczeniakach, nie przy tacie, który prowadził lekcję. Musiał być cierpliwy, niezależnie od tego jak bardzo wściekłość buzowała w jego żyłach.
Miał wrażenie, że w którymś momencie wpadł w jakiś dziwny stan przypominający do złudzenia coś na wzór półsnu. Patrzył na starsze od niego szczeniaki, na Asgrima i Elanor, lecz na ten obraz nakładał się kolejny, całkiem odmienny. Nie potrafił sprecyzować co przedstawiał. Kiedy tylko na niego patrzył, kreski, kolory i kształty znikały, zostawiając go z dziwnym poczuciem... braku czegoś istotnego. Przez moment odniósł wrażenie, że traci rozum, ale szybko porzucił tą myśl. Coś takiego nie mogło być symptomem szaleństwa. Musiał być po prostu zmęczony.
Po niemożliwie długim czasie lekcja dobiegła końca. Szczeniaki zaczęły się rozchodzić, każde we własną stronę. Yvar wstał i podszedł prosto do Elanor. Zaciskał zęby i cudem opanowywał warkot, rosnący w jego gardle.
Z satysfakcją zauważył, że wilczyca nie uciekała. Stała, patrząc na niego z góry. A przynajmniej na tyle, ile mogła. W przeciwieństwie do Yvara nie była zbyt wysoka. Dzięki temu, pomimo znacznej różnicy wieku, basior nie był od niej o wiele niższy.
– Skrzywdziłaś ją – powiedział, zatrzymawszy się kawałek przed nią.
– I co z tego? – Samica nie wyglądała na przejętą.
– Nie wolno ci.
Elanor parsknęła w wyjątkowo paskudny sposób. Yvar pomyślał, że to okropne parsknięcie bardzo dobrze oddawało całą jej postać. Nikt, kto skrzywdził Yngvi, nie mógł być dobry.
– Zasłużyła na to.
– Niby czym? Bo rozmawiała z Mortimerem?
Yvar uniósł wymownie brwi. Liczył, że uda mu się trafić w słaby punkt. Bardzo dobrze wiedział, że Elanor była przewrażliwiona na punkcie Mortiego. Wszyscy wiedzieli.
– Bo łamie obietnice – odparła.
– Ach tak? Niby jakie?
– By nie rozmawiać z nim nigdy więcej.
Yvar zamarł. Nie słyszał nic o żadnej obietnicy tego typu. Jeśli faktycznie do takiej doszło, Yvar nie miałby temu zbyt wiele przeciwko. Gdyby Yngvi przestała rozmawiać z Mortim... Świat nagle stałby się o wiele prostszy. Przez moment chciał odpuścić i przyznać rację wilczycy, może nawet namówić ją na wspólne spiskowanie przeciwko przyjaźni tamtej pary. Szybko jednak w jego głowie stanął obraz poranionej siostry, a w jego serce uderzyły wyrzuty sumienia. Nie mógłby zrobić jej czegoś takiego.
– To nie jest powód – stwierdził w końcu. – Możesz być wściekła, ale nie możesz jej krzywdzić.
– Zasłużyła sobie – wycedziła przez zaciśnięte zęby Elanor.
– Nie. To Morti zasłużył – stwierdził Yvar. Czuł, że jego mięśnie drgają w każdej chwili gotowe do ataku. W jego gardle cały czas narastał warkot.
– Na co?
– A jak myślisz? Raczej nie na całusa.
– To ona złamała obietnice, a nie on.
Elanor podeszła bliżej. Yvar zadarł nieznacznie głowę, żeby móc jej patrzeć w oczy i zmniejszyć dzielącą ich różnicę wzrostu.
– To on jej nigdy nie odtrącił – stwierdził samiec, mrużąc zaciekle oczy.
– Bo ona go do tego zmusza.
– Jakoś nie zauważyłem.
– Jest toksyczna. Dlatego nie zauważyłeś.
– W którym momencie zaczęłaś mówić o sobie? – zapytał Yvar i skrzywił się. To nie była najlepsza riposta na jaką wpadł.
– W żadnym – Elanor jeszcze bardziej zmniejszyła między nimi dystans. Teraz ten już prawie nie istniał. Gdyby pochyliła pyszczek odrobinę bardziej ich nosy zetknęłyby się. Na tą myśl na pysk Yvara wstąpił grymas obrzydzenia. – Owinęła sobie ciebie wokół palca. Widzę, jak na nią patrzysz. Każdy widzi.
– Zauważyłaś kiedyś jak ty patrzysz na Mortiego? – odparował. – Ja chociaż nikogo nie krzywdzę, nie zabraniam jej rozmów z innymi. Jesteś gorsza. O wiele gorsza.
Wilczyca prychnęła śmiechem. Najpaskudniejszym jaki Yvar kiedykolwiek słyszał.
– Gorsza? Czy ty widzisz samego siebie? Słyszysz, co wygadujesz? – zapytała, pomiędzy wybuchami śmiechu.
– Owszem i bardzo żałuję, że ty nie słyszysz siebie. Wytykasz mi rzeczy, które idealnie pasują do ciebie.
Śmiech nabrał na intensywności. Yvar zapragnął skoczyć do niej i zacisnąć zęby na jej szyi, żeby ten durny uśmiech zamarł na jej głupim pysku. Nie wykonał jednak żadnego ruchu. Zdał sobie sprawę, że była starsza i zapewne bardziej obeznana w walce. Musiał być ostrożny.
– Zwariowałeś.
– Możliwe. I nie obchodzi mnie to – przyznał. Nie było sensu się spierać. Sam dobrze wiedział, że całkiem zwariował na punkcie Vi. Że to, co czuł, to było coś więcej niż tylko braterska miłość. – Jedyne czego chcę, to żebyś jej nie tknęła nigdy więcej – Wyciągnął bardziej szyję i przystanął na tylnych łapkach, żeby ich oczy były na tej samej wysokości. – Czy to jasne?
Elanor nadal się śmiała. Warkot osiągnął apogeum. Jego mięśnie drżały. Krew buzowała.
– Zapamiętaj to sobie, suko – powiedział i odszedł jak gdyby nigdy nic. Za sobą cały czas słyszał śmiech wilczycy. Jeszcze nigdy nie był tak wściekły.
Po jego łbie huczała jedna myśl. Musi stać się silniejszy. Musi chronić Vi.

<c.d.n.>


Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 42 pomarańczowych⎹ 39 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 16 fioletowych⎹ 10 różowych odłamków