piątek, 5 czerwca 2020

Od Eterny "Zazdrość" cz. 8


Uwaga! W opowiadaniu pojawiają się treści drastyczne.

Luty 2026 r.
To, że na słowa rudej coś się w Eternie zagotowało, to za mało powiedziane. Jedyne, co ocaliło jej skórę, to zmęczenie Eterny i to, że natychmiast po wypowiedzeniu tych okrutnych słów zaczęła uciekać. Gdyby tylko mogła, zabiłaby ją samym spojrzeniem. Niestety nie posiadała takiego daru, czego serdecznie żałowała.
– Vi! Co ty tam robisz? Zaraz zacznie się lekcja. Czekamy już tylko na ciebie – krzyczał jakiś basiorek.
– A więc masz na imię Vi, co? – warknęła pod nosem Eterna. Jej imię pomoże jej wyłącznie w namierzaniu rudej i... (Zacisnęła powieki.) Unikania. Tak, na pewno chciała unikać tej przeklętej Vi. Wcale nie chciała jej zagryźć, wyrwać tętnice i powiesić za nie na gałęzi. Wcale nie chciała rozszarpać jej brzucha i udusić jelitami. Ani wyrwać łap i wepchnąć do jej własnego gardła.
– Dorwę cię. Prędzej czy później cię dorwę. Dorwę i zniszczę – wymamrotała pod nosem. Vi niewinnie patrzyła na Derneta, wysłuchując jego poleceń. Eternie było niedobrze na sam jej widok. Prychnęła cicho i odwróciła głowę w przeciwnym kierunku. Może pójdzie na wagary? Ten jeden, jedyny raz? Ciekawe, czy ktoś się nią przejmie.
Szybkim krokiem skierowała się do dżungli. Już zaraz potem zniknęła za krzewami. Czy mieli na przeklętej lekcji eliksirów jakieś trujące rośliny? Chyba nie. Po sztukach walki ma eliksiry. Zapyta Asgrima.
Kopnęła leżący jej pod łapami kamień tak mocno, że wystrzelił w powietrze i odbił się od najbliższego drzewa. Kiedy była na tyle głęboko w dżungli, żeby mieć pewność, że nikt jej nie usłyszy, przeklęła. Znajdowała się już stanowczo za głęboko w lesie, niż było im to przykazane, ale teraz nic jej nie obchodziło. Kai zapewne szybko otrzyma informacje o jej ucieczce. Na samą myśl o tym zacisnęło się jej gardło. Nie miała zamiaru mu tego tłumaczyć. To zapowiadało jej początek wojny z opiekunem. Nie było jej go żal. Na samą myśl o jego zagubionym wyrazie pyska, kiedy nie wie co się dzieje, uśmiechnęła się z politowaniem. Jego nie miała ochoty rozszarpać. Przynajmniej nie tak bardzo, jak Vi.
Idąc wgłąb dusznej dżungli jedyne co zaprzątało jej umysł, to jak mogłaby skutecznie i bez śladów pozbyć się rudej. Nie miała zamiaru mieć konkurencji. Morti ją lubił. Zbyt bardzo. Morti nie powinien lubić nikogo, prócz niej samej.
Nie wiedzieć kiedy, poczuła gorącą ciecz spływającą jej po policzkach. Z szoku aż oparła się o śliskie drzewo. Czy ona... płakała? Dlaczego? Z beznadziei? Ze złości? Czy może z...
Potrząsnęła głową. Chciała dalej udawać przed samą sobą silną i iść dalej, ale nie zdołała. Stała w miejscu, uparcie wpatrując się w ziemię. Łzy dalej płynęły. Nie umiała ich zahamować.
Minęło wiele czasu, nim usłyszała w lesie znajome okrzyki. Wołali jej imię.
Schowała się pod pierwszy lepszy krzak. Nadal płakała. Nie chciała, żeby zobaczono ją w takim stanie. Zwinęła się w kłębek i przeczekała, aż wilki które udały się na zwiady ją wyprzedzą. Jej szczęście, że naprzeciwko znajdowało się dość duże pole kwiatów. Ich mocny zapach zmylił Dana i Jasmine, których najwyraźniej udali się na poszukiwania. Skręcili w całkiem innym kierunku, przedzierając się przez sam środek kwiatowego poletka. Eterna nieco się rozluźniła, ale nadal tkwiła pod krzakiem.

Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim postanowiła w końcu się ruszyć. W dżungli panowała zupełna cisza. Nikogo nie było w pobliżu. Nawet ptaków. Kiedy słońce już raziło jej oczy, a plaża była w zasięgu wzroku, wypatrzyła Mortiego. Potrzebowała go. Już i teraz. Jak antidotum. Rozmawiał akurat z braćmi, więc po prostu tępo patrzyła w jego kierunku, stojąc na skraju dżungli. Nie lubiła się przytulać, ale teraz potrzebowała, aby zrobił to Morti.
– Eterna! Gdzież ty się podziewała? Szukaliśmy cię! – powiedział nagle Asgrim. Eterna odskoczyła w bok. Zupełnie nie była przygotowana na jego nagłe pojawienie się. Nie była w stanie wykrztusić ani słowa.
– Będziesz się tłumaczyć później. Teraz chodź na lekcję, bo właśnie się zaczyna. Nie chcę, żebyś się spóźniła.
Eterna spuściła głowę, po czym smętnie przytaknęła.
Nie miała pojęcia o czym była ta lekcja. Była zbyt zagubiona faktem, że zdarzyło się jej w życiu płakać. Nie miała dotychczas pojęcia, jakie to uczucie. Nawet nigdy się nad tym nie zastanawiała. Nie miała po co. Nawet bliska obecność Mortiego pozostawiało w jej sercu uczucie dziwnej pustki. 
Jakby wcale go tam nie było.

<C.D.N.>

Zdobyto: 23 czerwonych⎹ 25 pomarańczowych⎹ 6 zielonych⎹ 29 niebieskich⎹ 3 granatowych⎹ 4 fioletowych⎹ 5 różowych odłamków

czwartek, 4 czerwca 2020

Od Kai'ego "Karczma" cz. 1

Czerwiec 2026 r.
Kai'ego zawsze ogarniało specyficzne uczucie, ilekroć zbliżali się do Białego Królestwa. Mógł obserwować z grzebietu smoka coraz wyraźniej rysujące się bramy miasta. Mury pozostawały śnieżnobiałe niezmiennie od lat, lecz pałac z tej odległości robił na nim jeszcze większe wrażenie, niż rok temu – mimo, że niebo było zachmurzone, zaledwie kilka cienkich pasm światła padających na konstrukcję sprawiało, iż mieniła się tysiącami kolorów. Kai nie mógł pozbyć się uczucia, że coś się w nim zmieniło. To właśnie dlatego, że pałac był wykonany ze szkła i marmuru mógł spektakularnie odbijać dziesiątki pryzm. To właśnie dlatego nawet w takiej pogodzie porze ostre, białe światło padało na całe miasto.
Wilki siedzące na tym samym smoku co Kai uparcie milczały, nawet pomimo tego wspaniałego widoku. Mieli za sobą wiele godzin podróży, przez co ich małomówność była całkowicie zrozumiała. Kai zresztą też wyjątkowo nie miał ochoty do nikogo otwierać pyska. Rok temu doszło do pewnych zmian w kwestii władzy Białego Królestwa, ale nikt do końca nie był pewien, na czym one polegały. Z jego rozmowy z Asgrimem i Hitamem jasno wynikało, że bardziej prawdopodobne jest, że w tym roku zmiany będą dla nich wyraźniejsze. Czy się denerwował? Owszem. Nie wiedział, czego powinien się tam spodziewać. Czy będzie lepiej, czy gorzej.
Lata tyranii króla Glorego już minęły. Teraz na tronie zasiadał obecnie... nie wiadomo kto. Nawet Elvin, który podobno ostatnio zamieszał się w politykę, nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Był dużo bardziej przygaszony niż rok temu, a powód tego pozostawał dla Kai'ego zagadką. Elvin nie chciał o tym rozmawiać. Cess zaś dostała od niego nakaz milczenia. Kai wiedział też, że nie mogła się doczekać na kolejne spotkanie z ukochanym.
Lot się obniżył, o czym poświadczyło delikatne szaprnięcie w dół. Kai zacisnął powieki. Nadal pozostał w nim lęk wysokości po jego upadku ze szczytu góry. Tylko dzięki własnemu szczęściu wtedy przeżył.
– Co powiecie na wypadz do restauracji jak wylądujemy? Umieram z głodu – rzucił ktoś. Kai był zbyt spięty, by odwrócić głowę.
– Taak, ja też – potaknął inny głos.
– Oby Hitam nas puścił.
– Pewnie puści.
Kai'emu przemknęło tylko przez myśl, że chyba woli zjeść coś w karczmie Elvina. Czuł się tam najbezpieczniej. Kto wie, może wyciągnie z niego więcej informacji niż rok temu?
Im bliżej ziemi byli, tym Kai miał mocniejsze poczucie, że chyba mdlał w trakcie. Nie pamiętał do końca ostatnich kilku minut, ale był pewien, że miał zamknięte oczy. I że trwał stanowczo zbyt krótko, jak na taką wysokość.
Wylądowali na polanie około dwóch kilometrów od bramy głównej. Ściągnięcie tobołków z grzbietów smoków i umocowanie ich na swoich własnych zajęło im kolejne przeszło pół godziny. Kai, jako wilk z jednym z największych staży w watasze, pomagał nadzorować ten proces. Hitam zaś przejął pakunek, który miał trafić na grzbiet Kai'ego, tłumacząc, że jest mu wdzięczny za pomoc i nie ma zamiaru przemęczać jego starych pleców. Dumnym krokiem ruszył w stronę bramy, wyprzedzając całe stado. Kai uśmiechnął się do siebie na ten widok i podążył w ślad za Alfą.
Niektórym bardzo się spieszyło do Białego Królestwa, a inni wręcz smętnie stąpali w tamtym kierunku. Kai zauważył pewną prawidłowość – do tej drugiej grupy należały głównie wilki, które były tutaj już dwa lata temu. Doświadczyły okrucieństw króla Glorego oraz surowości prawa. Zupełnie jak on sam.
Brama była tak wielka, jak Kai ją zapamiętał – kilkumetrowa, pełna złotych zdobień. U jej boku stało dwóch uzbrojonych aż po zęby strażników. Obejrzeli przepustkę, którą wyrobił sobie Hitam rok temu, przeliczyli całą grupę, a dopiero potem pozwolono im wejść do środka.
Kai miał wrażenie, że coś się zmieniło, ale nie był pewien co. Ulice były szersze? Wilków mniej? A może więcej?
– Jest czyściej, czyż nie? – zapytał Hitam, który najwyraźniej zwolnił kroku, byleby się zrównać z Kai'm.
– Co? Tak, tak. Faktycznie czyściej – odpowiedział, badając wzrokiem ścianę najbliższego budynku i brukowaną ulicę. Hitam miał absolutną rację.
– I wilków więcej. Wyglądają dużo schludniej niż rok temu, jeśli mówimy o tej części miasta – mówił dalej Hitam, a Kai zgodnie mu potakiwał. Naprawdę zrobił się tak stary, że nie pamięta takich rzeczy? Hitam dostrzegał to jak zupełną oczywistość.
– Chyba się poprawiło.
– Też mi się tak wydaje – Hitam skinął głową.
– Nie wiem jak ty, ale chciałbym porozmawiać z Elvinem – dodał Kai – Rok temu sprawiał wrażenie, jakby zamotał się w jakieś... złe znajomości. A takich tutaj nie brakuje...
– Nie powiedziałbym – odpowiedział po chwili namysłu Hitam – Chyba przytrafiło mu się coś złego. Wszędzie chodziła z nim ta wadera o białym futrze. Wyglądała, jakby była jego prywatnym ochroniarzem, tyle że...
– Była na to zbyt schludna?
– Tak.
Kai się zamyślił. Nie dostali jednoznacznej odpowiedzi od Elvina, kim była dla niego owa wadera. Wiedzieli tylko, że Cess bywała o nią zazdrosna. Pomimo tego chciała nadal się spotykać z Elvinem, zatem nie była to jego żona. Nie zerwał związku z Cess. Ponadto biała wadera wiedziała o tym, że Elvin coś czuł do Cess...
– Zjadłbym dobrą surówkę – powiedział nagle Hitam.
– A ja stek. I do tego piwo.
– Piwo? Niee... Ja bym wolał napar z ziół.
Kai potrząsnął głową.
– Masz dziwny gust, Hitamie.
– Jak na wilka – możliwe. Jak na magicznego wilka zmieniającego się w człowieka – niekoniecznie.
– Zastanawiam się, kiedy nasza relacja tak drastycznie się zmieniła. Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym nikomu, kto by mi powiedział, że dam się kiedyś obrażać Alfie.
Hitam wybuchnął śmiechem, na co Kai mlasnął z dezaprobatą. W duchu jednak również się śmiał.
Po upływie około kwadransu skręcili do karczmy Elvina. Czy się zmieniła? Owszem. Sprawiała wrażenie większej. Szczególnie pierwsze piętro już z pewnej odległości wydało się Kai'emu znacznie bardziej rozlazłe. Po wejści do środka, natychmiast uderzyły ich znajome zapachy – smażonego boczku, gęstego piwa i tuczonych ziemniaków. Stolików było jakby więcej, a ściany z drewnianych zmieniły się w murowane. Drugie piętro było wciąż drewniane, jak zaobserwował Kai jeszcze stojąc na dworze.
Za ladą kręcił się ten sam wilk, co rok temu. Nazywali go Cody. Miał rudawe futro i niezwykle znużony wzrok. Był niemal wzrostu Dana, który jako pierwszy pognał do lady.
– Hej, spokojnie, muszę nas najpierw zakwaterować – powiedział Hitam, kładąc łapę na ramieniu Dante. Niebieski basior zdjął swoje łapy z lady i wycofał się o kilka kroków.
– Aż taki głodny jesteś, staruszku? – zażartował Kai, podchodząc bliżej.
– No a jak! – parsknął Dan – A ty nie?
– Nie aż tak, żeby się pchać przed Hitamem – śmiał się dalej Kai. Wtedy do jego uszu dobiegło pytanie, które sam chciał za chwilę zadać Cody'emu:
– Nie ma Elvina?
– Nie – Cody pokręcił głową – Powinien wrócić niebawem.
– A to ciekawe... – mruknął do siebie Kai.
– Co jest? – Dan przekręcił głowę w bok.
– Nic, nic. Po prostu... Chciałem porozmawiać z Elvinem. Jak widać nic się nie zmieniło od zeszłego roku. Wiecznie go nie ma...
– Zakochałeś się, czy co? – zapytał nieco ironicznie Dan. W jego oczach lśnił jednak ból. Prawdopodobnie na wspomnienie Janey. Kai w ramach próby dodania mu otuchy klepnął go w ramię.
– Kręcą mnie tylko wadery, więc jest cały twój.
Dan z otwartym pyskiem zastanawiał się chwilę, co mu odpowiedzieć.
– Homoseksualizm nie jest już zabroniony – wtrącił jakiś dziecięcy głos. Kai odrobinę zagubiony obejrzał się dookoła, ale nikogo nie zauważył.
– Wiesz może kto...? – zaczął Kai, ale nim dokończył, Dan skinął głową w kierunku lady. Kai był jednak zbyt niski, by za nią spojrzeć.
– Mógłbyś się pokazać, kolego?
Zza lady wychylił się pysk basiorka o ciemnym futrze i wrednie błyszczących, ciemnych ślepiach.
– Stażysta? – zażartował Kai.
– Pełnoprawny pracownik z pensją razy dwa.
Kai zaskoczony uniósł brwi. Pomylił go z wyjątkowo niską waderą...?
– Nim się zakochasz, uprzedzam że nie lecę na staruchów. Jeśli nie przeszkadza ci friendzone, to w porządku.
– Przepraszam, że w trakim razie nazwałem panią "kolegą"... – zaczął Kai, ale wilk zaczął się śmiać. Znowu zniknął za ladą. Kai wymienił spojrzenia z Danem. Czekali chwilę, ale wadera nie odpowiadała. Po ruchu kotary Kai domyślił się, że straciła zainteresowanie ich towarzystwem.
– Wiesz... – zaczął Dan powoli – Mam wrażenie, że to był jednak chłopiec.
– Och – powiedział jakby do siebie Kai. Obserwował kotarę, ale ani drgnęła. Nieznajomy (lub nieznajoma) chyba nie miał zamiaru wracać.
Wtedy Cody zwrócił się do Dana tak nagle, że ten aż podskoczył. Nawet nie zauważył, że przed chwilą z kimś rozmawiali.
– Masz pierwszy pokój od schodów – powiedział Hitam, który najwyraźniej już skończył kwaterowanie stada.
– Tym razem wszyscy się pomieściliśmy w karczmie Elvina...? – zapytał Kai.
– Tak. Tym razem tak. Nawet zostało nam sporo funduszy na wszelki wypadek...
– Z zeszłego roku?
– Tak... – odparł Hitam. Wyglądał na rozkojarzonego.
– Coś się stało?
– Nie. Po prostu zastanawiam się jak się miewa Suzi... Chciałbym ją odwiedzić, ale nawet nie wiem gdzie musiałbym to zgłosić.
– Chyba jest jakiś urząd w pobliżu więzienia... Może tam zapytaj? Powinni wiedzieć, co w takiej sytuacji zrobić i gdzie to zgłosić.
– Tak, w sumie racja... – Hitam westchnął. Po wyrazie pyska Kai poznawał, że wciąż to go dręczyło.
– To co, zakwaterujemy się i lecimy na obiad?
– Tak, chyba tak.
– Dostaniesz swoje zielsko.
– Daj spokój z tym zielskiem – Hitam parsknął, stawiając pierwszy krok na schodach prowadzących na górę.
– No co? Nie znam drugiego wilka, który by tak jadał.

<C.D.N.>

Zdobyto: 104 czerwonych⎹ 62 pomarańczowych⎹ 108 zielonych⎹ 84 niebieskich⎹ 68 granatowych⎹ 48 fioletowych⎹ 20 różowych odłamków


>> Następna część >>

Od Yngvi "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 9


Sierpień 2025
- Wilki małe dwa chciały przejść przez rzeczkę - śpiewałam z zadowoleniem patrząc, że rodzice mnie słuchają. Tata nawet ruszał do rytmu głową jak zwykle, kiedy cokolwiek śpiewałam. - Nie wiedziały jak, znalazły kładeczkę. Kładka była zła! Skąpały się wilki małe dwa!
Zaczęłam nucić melodyjkę, która według taty pełniła funkcję refrenu - tekstu, który powtarzał się kilka razy w czasie całej piosenki. Zwykle w tym momencie do śpiewu dołączał się Yvar. Zerknęłam w jego stronę i spostrzegłam, że samiec czai się na dużego kraba o smakowicie czerwonej barwie. Na ten widok zaburczało mi w brzuszku, ale miałam zamiar to zignorować. Moja piosenka była ważniejsza.
- Yv, miałeś ze mną śpiewać - burknęłam z wyrzutem.
- Co? - Basiorek odwrócił w moją stronę skołowany wzrok. Zmrużył oczy, zastanawiając się przez moment. Westchnęłam. Nie słuchał mnie i zapomniał o naszym występie! Był takim okropnym bratem! - A, tak. Na czym skończyłaś?
- Już na niczym - warknęłam. Samiec skulił się leciutko.
- Przepraszam, Vi - powiedział smutno i szturchnął mnie noskiem w pyszczek. Nadal obrażona odwróciłam szybko głowę. Skoro nie chce śpiewać, to niech mnie nie dotyka. - Chciałem upolować kraba jak na lekcjach polowań. Poza tym jestem głodny, a ty nie?
Na te słowa wstała mama. Przeciągnęła się i spojrzała wymownie na tatę.
- To chyba dobry moment, żeby coś upolować. As, zerwij jakiegoś kokosa lub banana.
Tata nawet nie ruszył się z miejsca tylko od razu zamienił się w swoją łysą formę. Wyglądał bardzo zabawnie leżąc na piasku w tej postaci. Jego ubrania - jak zwykł nazywać sztuczne i dziwne w dotyku futerko - wręcz w nim tonęło!
- Banana już mam.
- A gdzie? Mogę go zjeść? Też jestem głodna! - Rozejrzałam się wokoło, jednak nigdzie go nie widziałam. Może krył go w ubraniu? Podeszłam do niego i zaczęłam go obwąchiwać, ale nigdzie go nie czułam. Dziwne!
Mama fuknęła coś pod nosem, a tata roześmiał się. Na to wilczyca podeszła do niego i ugryzła go w twarz. Zrobiłam to samo. Może to była jakaś nowa zabawa? Tata odgonił nas swoimi długimi rękami i pocałował w główki. Uśmiechnęłam się. Lubiłam, kiedy dawał nam całusy!
- Dobra, dobra. Już idę.
Wstał, otrzepał się z piasku i podszedł do najbliższego drzewa. Mama natomiast jednym ruchem zabiła kraba, który wzbudził takie zainteresowanie Yvara. Mój brat patrzył na to zafascynowany. Kilka chwil później wszyscy usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy jeść kraby oraz zebrane przez tatę owoce. Przyniósł naprawdę dużo tych bananów. I tym razem wszystkie dało się wyczuć z pomocą węchu.
W którymś momencie tata spojrzał w niebo i zerwał się z miejsca, mrucząc coś pod nosem. Mama szturchnęła go mocno łapą i wtedy umilkł, patrząc na nas spanikowany.
- Tor, odprowadź szczeniaki. Moja lekcja! - zawołał i czym prędzej odbiegł.
Patrzyłam za nim zdezorientowana. To było bardzo... Nagłe. Nie miałam jednak czasu, żeby się nad tym dłużej zastanowić, bo mama kazała mi wstać.
- Po co? Gdzie idziemy? - zapytałam, doganiając ją i Yva. Oni wstali już chwilę temu i zdążyli nawet odejść kawałek. Mama uśmiechnęła się łagodnie.
- Na lekcję. Sama chciałaś na nią iść, pamiętasz?
Przytaknęłam, choć w rzeczywistości nie pamiętałam o żadnej lekcji. Nie chciałam chodzić na jakiekolwiek zajęcia. Znacznie bardziej wolałam się bawić, śpiewać, tańczyć i robić inne kreatywne rzeczy... Podskoczyłam podekscytowana. No tak, zajęcia kreatywne!
Z nową energią pobiegłam w miejsce, gdzie czekał już Morgan. Samczyk chodził podobno na wszystkie lekcje na jakie tylko mógł w tym wieku. Nie rozumiałam jego zapału, ale cieszyło mnie, że był i na tej. Im więcej wilków, tym lepsza zabawa! Szkoda tylko, że Yvar nie podzielał mojej radości. Z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie przepadał za Morganem. A przecież samczyk był taki milutki!
Przytuliłam kolegę na powitanie. Jak zwykle znieruchomiał na moment i dopiero po chwili również objął mnie łapką. Uśmiechnęłam się rozbawiona. Dopiero kiedy przestałam go przytulać, Yv warknął w stronę basiorka, co chyba miało być powitaniem. Morgan skinął mu głową. Nie uśmiechał się. Porzucił to już jakiś czas temu i ani trochę mnie to nie dziwiło. Mój brat był naprawdę niemiły.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na dużego basiorka. Miał brązową sierść, która trochę przypominała mi tatę, ale jej barwa była bardziej intensywna. Na jego ciele widniały jasne plamki, a te z kolei były podobne do moich. Musiał być naprawdę fajny skoro tak wyglądał...
- Dzień dobry! - Wyszczerzyłam do niego ząbki. Yv mruknął coś na przywitanie.
- Cześć, Dernet. Wybacz, że się spóźniliśmy. Trochę przeciągnęło nam się śniadanie - powiedziała mama, patrząc prosto na nauczyciela.
- Nie szkodzi. Jeszcze nawet nie zaczęliśmy. - Wilk machnął łapą. - Morgan powiedział mi, że powinniście niedługo przyjść, więc zdecydowaliśmy się zaczekać.
Uśmiechnęłam się w stronę samczyka. Jak zawsze kochany!
- Dzięki, Morgan!
Mama skinęła w podzięce obu basiorkom, pożegnała się z nami i poszła pewnie na jakieś polowanie. Ona naprawdę wiele polowała, bo była w końcu taką Alfą polowań!
Wróciłam spojrzeniem do nauczyciela i zamerdałam ogonkiem.
- To co będziemy dzisiaj robić?
- Myślałem, żebyście spróbowali coś namalować. Morgan pomógł mi przynieść wcześniej farbki oraz wyciosane przez wilków z żywiołem natury lub ziemi deski. Weźcie sobie po jednej i stwórzcie swoje własne dzieło sztuki - polecił nauczyciel.
Skinęłam głową i dopadłam do pudełeczek, które wskazał łapką. Wybrałam kilka kolorów i patrzyłam się w nie z zainteresowaniem. Jak miałam z ich pomocą coś namalować? Spojrzałam na Yvara i Morgana. Oboje zamoczyli łapki w kolorowej wodzie i dociskali je do swoich deseczek. Kiedy je odrywali, pozostawał na nich ślad o tej samej barwie, co wybrana przez nich farbka. Niesamowite! Zaczęłam czym prędzej ich naśladować, tworząc w ten sposób własne dzieło.

<c.d.n.>

Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 19 pomarańczowych⎹ 29 zielonych⎹ 14 niebieskich⎹ 26 granatowych⎹ 29 fioletowych⎹ 9 różowych odłamków

środa, 3 czerwca 2020

Od Morgana "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić" cz. 8

Przebrałem niecierpliwie łapkami. Wprost nie mogłem się doczekać! Jednak wszystko wskazywało, że pani Adorze się tak nie spieszyło. Przekrzywiła delikatnie głowę w bok i nieznacznie otworzyła pyszczek. Jej brwi były zmarszczone. Pewnie myślała, jaką właściwie minę powinna zrobić najpierw.
Czekałem grzecznie, nie chcąc znowu jej irytować pytaniami. Poza tym chyba nie powinien rozpraszać nauczyciela - i ogólnie kogokolwiek - który myśli jak wytłumaczyć nam pewną rzecz. Wpatrywałem się w dorosłą wilczycę, a cisza przeciągała się coraz bardziej i bardziej...
- Zamyślenie - powiedziała w końcu Nikaella.
Pani Adora skinęła poważnie głową.
- Dobrze. Po czym poznałaś?
Patrzyłem zaskoczony to na jedną waderę, to na drugą. Minęła chwila nim uświadomiłem sobie, że Nikaella znowu mnie ubiegła z odpowiedzią. I to poprawną!
- Nie wiedziałem, że już zaczęliśmy - mruknąłem pod nosem bardzo z siebie niezadowolony. Chciałem być lepszy, ale Nikaella była chyba aż zbyt mądra. Zrobiłem smutną minkę.
- Musisz być bardziej czujny - powiedziała beznamiętnie Adora. Przytaknąłem nadal wyjątkowo ponuro, ale pani straciła już mną zainteresowanie. Wzrok wlepiała w córkę, oczekując odpowiedzi.
- Zmarszczone brwi, nieruchomy wzrok i przekrzywienie głowy - wyrecytowała na jednym oddechu Nikaella.
- Bardzo dobrze - powiedziała nauczycielka, a waderka uśmiechnęła się delikatnie. Musiała być z siebie dumna i nie dziwiło mnie to. Podziwiałem ją, bo zauważyła, że zgadywanie już się rozpoczęło. Ja chyba nigdy nie dałbym rady. Chociaż nie mogłem powstrzymać ukłucia zazdrości. Tata mówił, że byłem ambitny i lubiłem być tym mądrzejszym. Chyba miał trochę racji...
Patrzyłem cały czas na panią Adorę, nie chcąc przegapić momentu, w którym wyraz jej pyszczka się zmieni. Samica otworzyła szerzej oczy i zaczęła się nerwowo rozglądać na boki. Uszy położyła płasko na głowie, a ogon podkuliła maksymalnie pod siebie. W pierwszej chwili myślałem, że za nami jest coś strasznego, ale szybko przypomniałem sobie, że nauczycielka tylko udawała na potrzeby lekcji.
- Strach - powiedziałem szybko, nim zdążyłaby to zrobić moja koleżanka. - Ma pani szeroko otwarte oczy, rozbiegany wzrok, opuszczone uszy i podkulony ogon.
- Dobrze. To było proste. Tym bardziej, że mówiłam o tym kilka chwil wcześniej.
Dlaczego miała taki nieprzyjazny ton?
Chwilę później zamarła, jakby czegoś oczekiwała. Jej wzrok był teraz całkowicie nieruchomy, wlepiony w jakiś punkt za nami. Wyglądałaby znowu na zamyśloną, gdyby nie mięśnie, które były wyjątkowo napięte. Nie byłem pewien, co ta poza miała nam przekazać, ale podobnie jak wcześniej, poczułem dreszcz niepokoju, kiedy patrzyłem na tak zdenerwowaną czymś nauczycielkę. Chwila... Zdenerwowanie, niepokój... Niepokój!
- Zaniepokojenie.
No nie! Nikaella znowu mnie wyprzedziła, kiedy już otwierałem pyszczek! Co za pech!
- Masz napięte mięśnie, szeroko otwarte oczy i patrzysz cały czas w jedno miejsce. Wyglądasz jakby cię zmroziło ze strachu - dodała samiczka.
- Dobrze. Tak jak powiedziałaś, może to oznaczać zarówno niepokój jak i zwykły strach. Musicie pamiętać, że różne wilki reagują w całkiem różny sposób. Niektórzy, jak zauważył Morgan, będą się kulić. Inni napną mięśnie, zdradzając własny niepokój. Istnieje również postawa, którą uznaje się za podporządkowanie innym, lecz nie jest ona tak często wykorzystywana. Polega na położeniu się na plecach i ewentualne lizanie po pyszczku wyższego społecznie wilka. Poza tym są osoby, które maskują strach za maską wrogości. Wówczas warczą i szykują się do ataku. Kolejni mogą rzucać słabe żarty.
Otworzyłem ze zdziwienia pyszczek. Niby to było takie oczywiste, ale kiedy mówiła to pani Adora, zaczynała mnie boleć od tego głowa. Chciałem zapamiętać każde słowo, ale było ich tak wiele! Nigdy też nie zdawałem sobie sprawy, że reakcje na coś mogą być tak złożone i różnorodne. Nie sądziłem, że ktoś mógłby żartować lub chcieć walczyć, kiedy się boi. Próbowałem znaleźć wśród moich znajomych kogoś, kto reagowałby w taki sposób, ale nikt nie przychodził mi do głowy. Może to i lepiej...? Słabe żarty były... Słabe. A walka była po prostu bardzo niefajna i niebezpieczna.
Pani Adora spojrzała na niebo i westchnęła cichutko.
- Zbliżamy się do końca zajęć. Wystarczy nam czasu na jeszcze jeden przykład mowy ciała. Skupcie się - poleciła.
Wciągnęła głośno powietrze i cofnęła głowę, krzywiąc się przy tym zabawnie. Jeden kącik ust był nienaturalnie podniesiony, drugi pozostał w dole. Wyglądało to odrobinę dziwnie. Zmarszczyła pyszczek w taki sposób, że trochę poniżej miejsca pomiędzy jej oczami pojawiły się głębokie bruzdy. Odsłoniła delikatnie zęby. Wpatrywałem się jak urzeczony w jej minę, próbując przypasować ją do czegoś, co znałem. W końcu przypomniałem sobie jak zakradłem się na lekcję eliksirów. Wszystkie szczeniaki też się tak krzywiły, wąchając przyrządzoną przez pana Asgrima miksturę.
- Obrzydzenie! - wykrzyknąłem bardzo z siebie dumny. Pani Adora przytaknęła i poprosiła mnie o podanie argumentów, co od razu zrobiłem. Uśmiechnąłem się radośnie, kiedy przyznała mi rację. Nawet mnie pochwaliła!
- Dobrze. Myślę, że możemy już się rozejść. Morganie, twój tata już idzie - powiedziała nauczycielka, wskazując za mnie. Obejrzałem się i rzeczywiście zauważyłem jego sylwetkę.
W pierwszej chwili chciałem jak najszybciej pobiec w tamtą stronę. Już nawet wstałem, jednak coś mi się przypomniało. Odwróciłem się i zamiast tego podszedłem do Nikaelli.
- Jesteś bardzo mądra.
Samiczka spojrzała na mnie zaskoczona, po czym spuściła wzrok.
- Dziękuję... - odparła niepewnie.
Wyszczerzyłem radośnie ząbki, widząc, że kąciki jej ust unoszą się nieznacznie. Dopiero teraz mogłem naprawdę odejść.

<c.d.n.>

Zdobyto: 27 czerwonych⎹ 19 pomarańczowych⎹ 32 zielonych⎹ 29 niebieskich⎹ 16 granatowych⎹ 38 fioletowych⎹ 7 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 3


Lipiec 2025 r.
Następnej lekcji polowania wprost nie mogłam się doczekać, ale tylko dlatego, że nadarzała się kolejna okazja, by dokopać Nikaelli. Miałam ogromną nadzieję, że znowu będziemy łowić ryby, bo tym razem dzień był wyjątkowo słoneczny i z ogromną niechęcią chodziłam po piasku. Z tego powodu nie za bardzo angażowałam się w rozmowę. Stałam sztywno i nieruchomo, by nie zagarnąć zbyt wiele pod pazurki, a poświęciłam temu tyle uwagi, że nie zauważyłam kiedy przyszli ostatni spóźnialscy i pani nauczycielka. Jej głos mnie zaskoczył i niestety zacisnęłam palce, tym samym zaprzepaszczając wszystkie swoje próby zapobiegnięcia katastrofie.
- Dzisiaj kraby - oznajmiła Yuki.
Ostrożnie uniosłam prawą przednią łapę i zaczęłam wytrzepywać z niej małe, żółte paskudy. Słowa wilczycy wpadły mi jednym uchem i wypadły drugim. A przynajmniej chciałam żeby tak się stało, natychmiast wyszukałam w pamięci smak kraba.
- Większa część z was już wie jak je chwytać, ale z uwagi na młodszych uczniów część lekcji poświęcimy na teorię - Nauczycielka usiadła, ale dalej czułam, że nade mną góruje. Nie podobało mi się to, z niecierpliwością czekałam na moment w którym to ja ją przerosnę! - W przeciwieństwie do ryb, kraby potrafią uprzykrzyć życie. Podczas polowania...
- Ale ryby też potrafią uprzykrzyć życie! - fuknął... ktoś.
Na chwilę zrobiło się cicho.
- To bez znaczenia - orzekła Yuki powoli i lodowato, po czym wróciła do swojego wywodu. Szczeniak już się nie odezwał. - Podczas polowania na kraby musicie być zarówno ostrożni jak i szybcy. Sprawa ma się zupełnie inaczej niż z rybami, nie podpełzną wam same pod łapy. Zdecydowanie będą wolały was unikać i w tym przypadku musicie wykazać się pod kątem tropienia, którego podstawy omówimy za kilka lekcji.
Łapczywie chłonęłam każde słowo, żeby przejść do praktyki z opanowaną teorią! Byłam a b s o l u t n i e pewna, że będę w tym mistrzem. Z rybami tak nie było, bo nie znałam teorii. Gdybym znała, to w ich łapaniu też zostałabym mistrzem. No ale wszystkiego mieć nie można.
- Kraby w tej okolicy podczas przypływu zagrzebują się w piasku, a gdy nadchodzi odpływ - tak jak teraz - wychodzą w poszukiwaniu pożywienia - kontynuowała pani nauczycielka. - Następny przypływ nadejdzie wczesnym popołudniem, więc tym razem nie macie dużo czasu. Będziecie szukać ich niedaleko brzegu. I, jak co bystrzejsi z was już się pewnie domyślają, musicie uważać na szczypce.
Już kierowałam się w stronę znajomych szczeniąt, podobnie jak wszyscy wokół, ale Yuki nas powstrzymała:
- Jeszcze nie skończyłam - warknęła. - Zanim zaczniecie, niech podejdą tu szczenięta, które były na przynajmniej jednej lekcji poświęconej przydziałowi obowiązków w grupach polowań. Przeorganizujecie dotychczasowe drużyny pod kątem umiejętności reszty uczniów. Najstarsza dwójka będzie pełnić rolę dowódców.
Poderwało się parę szczeniaków, w tym Chase (on wstał spokojnie) ze swoją siostrą, Luką. Oni byli najstarsi w naszej grupie, niedługo mieli przejść do tej z większymi szczeniakami, więc to na pewno oni mieli dowodzić. Poczułam ukłucie zazdrości. Dlaczego wszyscy uważają, że im starszy jesteś, tym więcej umiesz zrobić? To przecież nieprawda!
- Dlaczego im się trafiło? - fuknęłam cicho żeby Yuki nie usłyszała, przysuwając się do reszty szczeniaków. - To nie fair.
- Są najstarsi - odparła Yngvi entuzjastycznie.
- No i co z tego? Dlaczego musimy być gorsi? No i Emerald też poszedł, a wcale nie jest najstarszy - zaakcentowałam ostatnie słowo.
- Był na lekcjach z organizacji - zauważyła wadera o dziwnym zapachu, która, jak się okazało, miała na imię Eunice.
- Ale jest głupi - argumentowałam. - Założę się, że nie jest wcale taki dobry. To że był, nie znaczy, że dobrze sobie poradził. Myślisz, że byłby na tyle odważny, by pójść do dżungli?
Eunice zastanowiła się.
- Nie. Raczej nie. Nie wiem.
Z podziałem na grupy było trochę zamieszania - Yngvi kategorycznie odmówiła członkostwa w grupie Luki, bo nie było tam jej brata (on sam chyba też poczuł się szczęśliwszy w jej towarzystwie) - ale w końcu się udało. Ja trafiłam do Luki, jako tropiąca czy coś takiego. Nie spodobało mi się to, bo nie przypominałam sobie, żeby w prawdziwych grupach łowieckich było takie stanowisko, co jasno dawało znać, że nie wierzą w moje umiejętności. Zero zaufania. Bardziej rozzłościło mnie tylko to, że poza Kaiju w naszej drużynie był jeszcze Emerald i Nikaella. Zamiast tej drugiej miała być Yngvi, ale ona wolała do brata. Kolejny kopniak w mój dobry humor.
Gdy ruszyliśmy na swój kawałek plaży, znowu odezwał się piasek. Nie dość, że właził między opuszki, to jeszcze zaczął parzyć! Weszłam do wody po kostki i tylko prosiłam w duchu, żebym nie musiała jej opuszczać. Zaczęłam węszyć.
- Nic tam nie znajdziesz - prychnął Emerald. - Nie słuchałaś? Yuki mówiła, że kraby wychodzą na p l a ż ę podczas odpływu.
- Tak mi łatwiej - skłamałam. - Nie wtrącaj się.
- Woda zmywa zapachy - burknęła Luka. - Wyłaź i bierz się porządnie do roboty.
Poczułam się dziwacznie, zdecydowanie nieprzyjemnie. Jakbym nie miała drogi ucieczki. Uczucie pogłębiał tylko fakt, że starsze szczeniaki trochę nade mną górowały.
- Nie. Tak mi łatwiej - powtórzyłam, choć to wcale nie była prawda.
- Do cholery, nie utrudniaj, szczeniaku!
Trochę mnie zmroziło, ale nie chciałam ustępować.
- Sama jesteś szczeniakiem - warknęłam.
- Odpuśćcie, bo wszystko spłoszycie - powiedział Kaiju neutralnym albo niepewnym tonem. Jakoś nie mogłam stwierdzić. W każdym razie po części byłam mu wdzięczna, był tu jedyną osobą do której nie żywiłam złych uczuć.
- Tak czy siak zostaję - dodałam dla pewności.
Luka westchnęła zirytowana, ale ku mojej radości nie powiedziała nic więcej.
Trochę to trwało, ale gdy od schylania głowy zaczął mnie boleć kark, złapałam trop. Zawołałam cicho grupę i jeszcze chwilę powęszyłam. Nieco gorzkawy zapach wskazywał miejsce za zakrętem w prawo. Rozpoznałam to miejsce - wyłom w plaży tworzył tu niewielką zatoczkę, przy której parę krabów wyraźnie postanowiło poszukać pożywienia.
- Tam - wskazałam kierunek.
- Ja nic nie czuję - oświadczył Emerald.
- To idź sprawdź - odparowałam.
Wrócił szybko, potwierdzając burknięciem obecność paru skorupiaków. Byłam pewna swego i bardzo ucieszyło mnie, że to akurat on się o tym przekonał. Mam lepszy węch od większości wilków - Leah uważa, że to "naturalna konsekwencja" tego, że moje oczy nie działają - i łatwiej mi od nich zwietrzyć coś w czasie odpływu. W tej sprawie Luka miała oczywiście rację, woda zmywa zapachy, ale ona nie wie, że ja czuję o wiele więcej i że to jest przefajne!
Luka zaczęła się rządzić i rozstawiać wszystkich po kątach zatoczki. Próbowałam udawać, że nie istnieję, by nie musieć wychodzić na gorący piasek, ale niestety mnie też zauważyła:
- Ty idziesz z Nikaellą, naprowadzacie je do nas. - powiedziała.
- Ja chcę zostać - mimowolnie się zjeżyłam.
- A to niby czemu? - syknęła cicho.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc nie powiedziałam nic. Patrzyli na mnie, byłam tego pewna. Czułam się tak jakby coś fatalnie ciężkiego zaległo mi w gardle i klatce piersiowej, nie pozwalając mówić i normalnie oddychać. Zrobiło mi się jeszcze dziwniej, gdy Luka westchnęła cierpiętniczo.
- To sobie zostań i popatrz - warknęła.
Nie ruszyłam się z miejsca, aż skończyli z krabami. Było mi strasznie głupio, wściekałam się, że nie dała mi dość czasu, by wytłumaczyć. Byłam jednak zbyt dumna, by przeboleć piach i im pomóc. Ignorowałam wszystkie komentarze, gdy zabieraliśmy zdobycze z powrotem do Yuki. Tylko zadzierałam wysoko łebek. Prosiłam w duchu, by nie wspomnieli jej o zajściu. W głowie tak jakby nie zostało mi miejsca na nic więcej.
Przegraliśmy z drugą drużyną o jakąś naprawdę dużą liczbę skorupiaków, tylko tyle załapałam z tego co powiedziała na koniec Yuki. Postanowiłam, że nie odezwę się do nikogo aż do końca lekcji i po prostu sobie pójdę. Wcale nie musiałam nikomu wspominać o tym co zaszło. Miałam swój honor.
Wszystko zniszczyły te skarżypyty.
- Silee - wpół kroku w swoją stronę zatrzymał mnie groźny głos nauczycielki.
- Tak, proszę pani? - starając się nic po sobie nie pokazywać, zwróciłam głowę w jej stronę. Gdzieś w głębi duszy już wiedziałam co mnie czeka.
- Twoi koledzy twierdzą, że w żaden sposób nie pomogłaś im w wykonaniu zadania - oznajmiła.
- To nie są moi koledzy - fuknęłam. - I to nieprawda!
- Nie podnoś głosu, panienko. - warknęła nisko, na co mimowolnie podkuliłam ogon. - Takie zachowanie jest niedopuszczalne na moich zajęciach.
Miałam ogromną ochotę gdzieś się schować, ale nie chciałam odpuszczać. Nawet mimo to, że Yuki mroziła krew w żyłach.
- Oni kłamią.
- Wszyscy?
- Wszyscy...?
- Skończ kłamać, dzieciaku, bo nic ci to nie da. Wszyscy. Jeżeli uważasz, że jesteś ponad obowiązki każdego innego ucznia, możesz się już tu więcej nie pokazywać. Czy wyraziłam się jasno?
Milczałam.
- Czy wyraziłam się jasno? - powtórzyła z naciskiem.
- Tak. - odparłam z trudnością, tuląc uszy do łba.
- Dobrze. A teraz uciekaj. Nie chcę cię tu dłużej widzieć.
Odeszłam pospiesznie, bezskutecznie próbując powstrzymać spływające po pyszczku łzy.
Zabolało.


<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 98 czerwonych⎹ 43 pomarańczowych⎹ 110 zielonych⎹ 51 niebieskich⎹ 53 granatowych⎹ 61 fioletowych⎹ 22 różowych odłamków