niedziela, 14 czerwca 2020

Od Yvara "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 12


Sierpień 2025
Bardzo niezadowolony z takiego obrotu sytuacji, zabrał się za malowanie. Chciał jak najszybciej zaznaczyć ten cały piach, ale – na jego nieszczęście – namalował palmę tak wysoko, że musiało być go bardzo dużo. W innym wypadku drzewo wisiałoby w powietrzu. Yvar mruczał coś pod nosem, co nawet niespecjalnie przypominało słowa, a jedynie ciężkie do sprecyzowania dźwięki frustracji.
Ledwo skończył i poszedł wyczyścić swoje łapki, do basiorka doskoczył Morgan.
– Skończyłeś już? Naprawdę potrzebuję tych farbek! Chciałem namalować Li!
– Ona nazywa się Lind. Zapamiętaj to w końcu! – burknął w odpowiedzi Yvar. Całkowicie zignorował pytanie o farbki, wychwytując nowy irytujący szczegół w wypowiedzi samca.
– Li brzmi ładniej! 
– I co z tego? Ma na imię LIND! 
Morgan, słysząc jego warknięcie, podkulił ogon i wycofał się. Yvar miał nadzieję, że teraz już na zawsze da mu spokój, przynajmniej w kwestii tych głupich farb. Jednak na jego nieszczęście całą sytuacją zainteresował się pan Dernet, który podszedł do nich i spojrzał to na Yvara, to na Morgana. Mrużył oczy widocznie zdziwiony, co w ich kłótni robi Lind.
– Coś się stało, chłopcy? – zapytał w końcu.
– Morgan nie potrafi mówić – mruknął pod nosem Yvar, jednak jego słowa zginęły pod znacznie głośniejszym oskarżeniem Morgana. 
– Yvar nie chce mi pożyczyć farbek. A ja tylko chciałem domalować piórka! 
Szczeniak brzmiał jakby miał się za moment rozpłakać. Yvar spojrzał na niego i faktycznie dostrzegł zbierające się w jego oczach łzy. I to niby on był młodszy...
– Yvarze, mówiłeś, że już skończyłeś – zauważył nauczyciel. – Skoro nie będziesz już używać farbek, odstaw je, proszę, na miejsce. 
Basiorek zazgrzytał zębami i powoli skinął głową. Bez słowa odniósł farbki i usiadł przed swoją deseczką. Spod zmrużonych powiek obserwował Morgana, który z nową energią dopadł do odłożonych wcześniej kubełków i teraz niósł je do swojego obrazka. Uważnie paćkał, dodając koloru pracy, a kilka niesfornych kropli spadało na piasek. Yvar wyobrażał sobie ciche kapanie i zaciskał ząbki, powstrzymując się przed podejściem do basiorka i odepchnięciem go od farbek, z których chwilę wcześniej on sam korzystał. Tak bardzo żałował, że nie mógł tego zrobić naprawdę... 
W końcu, po niemożliwie długim czasie, pan Dernet zarządził koniec zajęć. Yvar niechętnie zwlekł się z ocienionego piasku i podszedł do nauczyciela.
– Teraz wspólnie obejrzymy stworzone przez was obrazki. Kto chce przedstawić swoją pracę jako pierwszy?
– Ja! Ja! – zawołała od razu Vi i pobiegła w stronę swojej deseczki, machając wesoło puszystym ogonkiem.
Yvar mimowolnie się uśmiechnął i szybko dogonił siostrę. Kiedy stanął nad jej obrazkiem, wypełnił go jednocześnie podziw i wstyd, że on nigdy nie byłby w stanie stworzyć czegoś tak ładnego. Vi namalowała niebieskozielony ocean, który przecinały białe fale. Były trochę krzywe, ale według Yvara to sprawiało, że wyglądały jeszcze ładniej. 
– I jak? – zapytała Vi.
– Ładny – przyznał od razu Yvar. Morgan powiedział to samo w tym samym czasie, przez co zasłużył sobie na posłanie mu groźnego spojrzenia. Szczeniak jednak go nie zauważył, zbyt wpatrzony w dzieło Vi. I to był chyba pierwszy raz, kiedy Yvarowi to nie przeszkadzało. Cieszył się, że basiorek chociaż docenił umiejętności jego siostry.
– Dobry obraz, Yngvi – pochwalił ją pan Dernet. Wilczyca w odpowiedzi uśmiechnęła się. Musiała być bardzo z siebie zadowolona. – Jednak niebo wyglądałoby o wiele ładniej, gdyby było bardziej szaroniebieskie.
Samiczka spojrzała na niego zaskoczona.
– Ale nie ma takiej farbki!
– Możesz stworzyć własny kolor, mieszając ze sobą barwy – przypomniał nauczyciel. – Zrobiłaś to, tworząc morze. Nie jest ono po prostu niebieskie, a niebieskozielone. Korzystałaś także z zielonej farbki?
Wilczyca spojrzała na swój obrazek jakby widziała go po raz pierwszy.
– No... Tak jakby... Zrobiłam to samo co Morgan, kiedy zepsuł farbkę, ale na deseczce. To był przypadek, naprawdę! – zawołała, widocznie martwiąc się, że wilk będzie na nią zły. Ten jednak uśmiechnął się, na co odetchnęła z ulgą – No i wyglądało to ładnie, więc zrobiłam tak wszędzie...
– Ja tak prawie zepsułem rysunek – wtrącił nagle Morgan. – Musiałem się naprawdę postarać, żeby go naprawić.
Nikt cię nie pytał o zdanie, pomyślał Yvar. Tym razem powstrzymał się od komentarza na głos. Miał przeczucie, że mógłby w ten sposób jeszcze bardziej podpaść nauczycielowi, a tego wolał uniknąć.
– Mogę zobaczyć? – zapytała Vi.
Samczyk przytaknął i oboje pobiegli w stronę deseczki Morgana. Yvar westchnął i niechętnie do nich podszedł. Szczeniaki pochylały się nad pracą. Stały tak blisko siebie, że ich głowy prawie się stykały. Kiedy odchrząknął, Morgan odskoczył przestraszony.
– To musisz być ty! A to twój tata! – Niezrażona jego reakcją, Yngvi wskazała na dwie brązowawe plamy, po czym jej łapka zatrzymała się na białej, poprzetykanej w kilku miejscach cienkimi, kolorowymi kreseczkami. – A to... Lind?
Basiorek przytaknął z szerokim uśmiechem.
– Wyglądacie jak rodzina – stwierdziła Vi po krótkim namyśle – Ciocia Lind to twoja mama?
Morgan przekrzywił główkę, marszcząc ze zdziwieniem brwi.
– Mama?
– No, mama. Nie wiesz, kim jest mama?
– Nie... – przyznał samczyk, a w jego głosie rozbrzmiał wstyd. Yvar już dawno zauważył, że Morgan lubił być tym najmądrzejszym. W rzeczywistości musiał być jednak strasznie głupi. Jak można było nie wiedzieć kim jest mama?
– To wilczyca, która się tobą opiekuje, bawi się z tobą, spędza czas... Która cię kocha – wyjaśniła Yngvi.
– Wszystko pasuje... – Morgan pokiwał ze zrozumieniem głową – Nie wiem tylko, czy mnie kocha...
– Zapytaj jej.
– Jeśli mnie kocha, to jest moją mamą?
– Tak mi się wydaje.
– To mam nadzieję, że mnie naprawdę mocno kocha! – stwierdził, uśmiechając się szeroko.
Yvar przewrócił oczami i spojrzał na pana Derneta, ale ten wolał chyba się nie odzywać w sprawie uczuć Lind do Morgana. Nauczyciel odczekał moment, pozwalając szczeniakom na zakończenie rozmowy, po czym odchrząknął i zapytał o efekt cienkich kresek, które miały udawać pióra białej wilczycy.
– Początkowo zrobiłem taką plamę, ale potem wpadłem na pomysł użycia pazurków. Wtedy linie są bardzo cieniutkie. – Morgan spojrzał jeszcze raz na swoją pracę. – Ale chyba nadal jest ich za mało, prawda?
– Myślę, że już wygląda to dobrze – Dernet uśmiechnął się łagodnie. Morgan skinął wdzięcznie głową. Wyglądał na bardzo dumnego z siebie. – To może teraz obejrzymy pracę Yvara?
– O, właśnie. Yv, pokaż, co namalowałeś! – zawołała Vi i rozejrzała się w poszukiwaniu trzeciej deseczki. Kiedy ją zauważyła, od razu do niej pobiegła. Co miał zrobić, jeśli nie popędzić za nią?
Yvar stanął obok siostry i uważnie obserwował jej pyszczek, kiedy patrzyła na jego obraz. Zauważył dziwny grymas, który szybko zamaskowała uśmiechem. Cały czas jednak mrużyła oczy, wpatrując się w niedokładnie pomalowaną czerwoną przestrzeń.
– To piasek?
Yvar przytaknął skinieniem głowy.
– Nie myślałeś o użyciu żółtej farbki? Wyglądałoby to ładniej.
– Jest czerwony, bo jest bardzo gorący – wymruczał pod nosem Yvar.
Yngvi spojrzała na niego zaskoczona i już otwierała pyszczek, ale przerwał jej niski głos pana Derneta.
– To obrazek Yvara, Yngvi. Czerwony piasek jest z pewnością... – Przerwał na moment, szukając odpowiedniego słowa. – zaskakującym pomysłem, ale cieszy mnie, że wypróbowałeś czegoś nowego, Yvarze.
Basiorek uśmiechnął się w podzięce. Może pan Dernet nie był taki zły, jak początkowo mu się wydawało? W końcu teraz go pochwalił, chociaż w ogóle na to nie zasługiwał, a to było bardzo miłe.
– Myślę, że to wszystko na dziś. Mogę prosić was o pomoc, nim przyjdą wasi opiekunowie? – Nauczyciel wskazał na nadal porozstawiane na plaży farbki.
Szczeniaki przytaknęły i każde z nich wzięło do pyszczka kubeczek. Yngvi zrobiła to z takim zapałem, że prawie wylała zawartość swojej farby na piasek. Morgan i Yvar podeszli do tego o wiele spokojniej, uważnie i powoli zanosząc je pod wyznaczoną przez nauczyciela palmę. Mieli włożyć je do starej skrzynki, w której nauczyciel składał materiały do swoich zajęć. Było tam kilka szpargałów o dziwnych kształtach, których zastosowania Yvar nawet nie potrafił sobie wyobrazić. Spodziewał się, że pewnie pozna kilka z nich w czasie kolejnych lekcji, na które nie bardzo miał ochotę przychodzić. Nawet dla Vi.
Każde z nich zrobiło jeszcze kilka rundek, nim podeszła do nich ciocia Lind. Morgan i Yngvi od razu do niej doskoczyli, piszcząc radośnie. Yvar został z tyłu i uśmiechnął się do niej nieznacznie, kiedy tamci tulili się do jej futerka.
– Li, mam do ciebie bardzo ważne pytanie – zagadnął Morgan, odsuwając się. Yvar zacisnął szczękę, słysząc tę głupią przeróbkę imienia jego cioci. – Ale takie naprawdę, naprawdę ważne!
– Tak, właśnie! Najważniejsze pytanie na świecie! – poparła go od razu Vi.
Yvar przewrócił oczami. Wiedział, o jakie chodziło i spodziewał się także odpowiedzi. Ciocia Lind nie mogła być jego mamą. Nie byli ani trochę podobni! Morgan nie miał w końcu ani jednego piórka, a rodzice powinni być podobni do swoich szczeniaków, prawda? W końcu wszyscy zawsze mu powtarzali, że nie ma wątpliwości, że tata jest jego tatą, skoro są tak podobni. Między Lind a Morganem nie było żadnej cechy wspólnej!
– Jakie? – Wilczyca wyszczerzyła zęby w szczerym uśmiechu.
– Kochasz mnie? – zapytał z pełną powagą Morgan.

<c.d.n.>


Zdobyto: 101 czerwonych⎹ 47 pomarańczowych⎹ 97 zielonych⎹ 114 niebieskich⎹ 61 granatowych⎹ 111 fioletowych⎹ 12 różowych odłamków


sobota, 13 czerwca 2020

Od Wilata "Spotkanie z dzikim" cz. 1

Lipiec 2026
Był słoneczny dzień. Słońce prażyło niemiłosiernie, a na niebie nie było widać ani jednej ciemniejszej chmurki, która mogłaby przynieść upragniony deszcz. Wiatr zaspał i nie miał najmniejszego zamiaru się obudzić. Fale spokojnie, acz rytmicznie uderzały o brzeg. Do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu...
I tam właśnie, na tej upalnej plaży, na tym niemalże białym, rozgrzanym piasku leżę ja. Zdyszany, tęsknie wypatruję choć mililitra deszczu. Postanowiłem przejść się po plaży w towarzystwie wprawdzie miłych, ale mokrych fal. Zawsze się zastanawiam, dlaczego one muszą być takie mokre. Nie lepsze byłyby suche fale? Dla mnie jak najbardziej. Nie rozumiem wilków, które lubią wodę. Co w niej takiego fajnego? Moczy i brudzi. Brr, chyba pójdę się przejść gdzie indziej.
Słyszałem, że niedaleko plaży jest dżungla. Odbywają się tam dopiero zwiady, ale... Chyba nikt się nie dowie. Tak myślę. Spojrzałem ostatni raz na wielką plażę i skręciłem w głąb lądu.
Nadmorski krajobraz mozolnie przekształca się w dziewiczą dżunglę. Niestety, w sprawie temperatury nic to nie pomogło. Jasne, w dżungli jest więcej cienia, ale co z tego, jeśli zewsząd otacza mnie ciężkie, parne dżunglowe powietrze? Nie do wytrzymania. Cóż, będę musiał się przyzwyczaić.
Gdy skraj dżungli przemienił się w prawdziwą, zarośniętą dżunglę, postanowiłem wskoczyć na drzewo i stamtąd obserwować okolicę. Usadowiłem się na jednej z grubszych gałęzi i rozejrzałem się wokoło. Wszędzie rosły monstrualnie wielkie drzewa i wisiały pnącza. Grubsze i cieńsze. Omszone lub nie. Niektóre były wężami uciekającymi się do mimikry, a inne po prostu pnączami. Wokół roiło się od ptaków. Od malutkich, superszybkich ptaszków po duże i kolorowe, z dziobami większymi od nich samych. Do tego owady, pająki, gady, płazy. W pewnej chwili nadepnąłem nawet na żabę. Żabę na drzewie! Była zielona od góry, kremowa od spodu. Do tego miała nieco demonicznie wyglądające czerwone oczy i pomarańczowe łapki. Piękna! A może i smaczna..?
Jakiś czas później do moich nozdrzy dotarł pewien zapach. Z jednej strony egzotyczny i dziki, a z drugiej znajomy. Kot? Postawiłem uszy na sztorc, próbując wyłapać jak najwięcej dźwięków. Jednak niepotrzebnie — ów kot był bardzo blisko. Na dole. Widział mnie, a gdy ja spostrzegłem jego, instynktownie zamarłem w bezruchu. Wiedziałem, czego chce. Był dojrzałym samcem bliżej nieokreślonego gatunku dzikiego kota i patrolował swoje terytorium. Wtedy spotkał mnie. Intruza.
Mierzyliśmy się wzrokiem. Był duży, lecz nie większy ode mnie. Gdybym nie był hybrydą, a zwykłym kotem, przerastałby mnie. Z jego gardła zaczęło dochodzić ostrzegawcze syczenie. Spiąłem mięśnie, gotowy do ucieczki. Byłem jednak pewny, że nie poddam się bez walki. Rudy, cętkowany kocur nagle wyrzucił łapę w moim kierunku. Było to drugie i zarazem ostatnie ostrzeżenie. Kot przeszedł do ataku. Wszedł na drzewo w dwóch skokach i rzucił się na mnie z pazurami. Ja ledwo co uniknąłem jego ataku i zeskoczyłem na dół. Podirytowany zwierzak zrobił to samo, na co ja odpowiedziałem... Ponownym wdrapaniem się na drzewo. Tym razem mój przeciwnik kipiał ze złości, ale nie zatracił zdrowego rozsądku. Odsunął się kilka metrów od drzewa i czekał. Teraz albo nigdy. Dałem wielkiego susa, celując prosto w kocura. Tym razem on był szybszy. Umknął mi i znikł w gąszczu roślin, zostawiając mnie po drzewem.
Ja, nadal w lekkim szoku po walce i gwałtownym zderzeniu z ziemią zacząłem podsumowywać straty. Byłem trochę potłuczony i nieco podrapany przez kolczaste rośliny, ale nic poza tym.
Zmęczony i jeszcze bardziej zdyszany niż na początku ruszyłem ku plaży. Zdecydowanie nie miałem najmniejszej chęci na kolejne przygody. Spotkanie z dzikim całkowicie mi wystarczało.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 28 pomarańczowych⎹ 21 zielonych⎹ 22 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 5 fioletowych⎹ 1 różowych odłamków


Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 5


Listopad 2025 r.
Kiedy pierwszy raz przyszłam na zajęcia ze sztuk kreatywnych nauczyciel nie był pewien co ze mną zrobić. Nie umiałam powtarzać ruchów tanecznych, budować ładnych zamków z piasku bez ryzyka ich zburzenia przy każdych "oględzinach" ani w jakikolwiek sposób malować. Na początku było mi trochę przykro z tego powodu, ale szybko postanowiłam sprawiać jak najmniej kłopotów i zachowywać się jak inne szczeniaki. Gdy poszłam mu to oznajmić, poprosił żebym przyszła w sobotę na jego dodatkowe zajęcia. Razem z kilkoma szczeniakami przypisaliśmy wtedy każdemu kolorowi farbki jakieś znaczenie, które później miałam wykorzystywać w swojej pracy.
Otworzyli mi w ten sposób drogę do sztuki. Nigdy nie namalowałam niczego konkretnego (chociaż kiedyś Yngvi powiedziała, że parę różowych krech na jednej z moich pracy wygląda trochę jak wilk), ale uwielbiałam bawić się fakturą. Grubą warstwę farby rozprowadzałam liśćmi i odciskałam w niej muszelki albo połówki kokosów. O kolorze żółtym wiedziałam na przykład tylko, że jest ciepły, wesoły i taki jak piasek (co kompletnie mi do siebie nie pasowało), ale pan Dernet zawsze mówił, że prace są bardzo ładne. A ja zawsze byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Tym razem pan Dernet nawet nie czekał na spóźnialskich ze swoimi zajęciami, a każde przybycie po czasie, wydawałoby się, ignorował. Dobrze że przyszłam na jego lekcje od razu po logice - nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
- Dzisiaj mam dla was coś trochę innego. - zaczął, gdy przybyła większość zajęła miejsca. - Nie mamy wystarczająco instrumentów do własnego użytku, a szukanie kogoś, kto jest w stanie nam jakiś pożyczyć trochę zajmuje. Postanowiłem więc, że zrobimy własne.
Przestąpiłam z łapy na łapę. Zajęcia związane z muzyką były najlepsze!
- Większość tej lekcji poświęcimy na konstrukcję bębnów, na następnej zajmiecie się ich ozdobą. Przygotowałem wam wcześniej materiały - Trącił coś z metalicznym brzdękiem. - Wybierzecie sobie po jednym pudle rezonansowym i...
- Po jednym czym? - spytała Yngvi, wyraźnie zaintrygowana.
- Pudle rezonansowym. - powtórzył wolniej Dernet, podkreślając każdą sylabę. - Dźwięk będzie w nim rezonować, czyli drgać i odbijać się w jego wnętrzu, co bardzo go wzmocni.
Na chwilę przerwał. Spróbowałam sobie wyobrazić jakby to było stać w takim rezonującym bębnie i od samej tej myśli rozbolała mnie głowa.
- Weźmiecie po jednym pudle i po jednej membranie, czyli napiętej powierzchni, w którą będziecie uderzać. Możecie mieć problemy z jej prawidłowym umocowaniem, więc nie bójcie się prosić o pomoc.
- A my w to będziemy... łapkami uderzać? - spytała cicho Nikaella.
- Jak ten wielki kolczasty odmieniec! - ucieszył się Kaiju.
- Możecie uderzać łapkami - tak jak Baldor, Kaiju - albo zrobić sobie pałeczki.
To było... Naprawdę fajne. Może nigdy nie podobało mi się walenie w bęben (co to za muzyka?), ale zrobić taki własny...?
- No to co? - Miałam miłe wrażenie, że Dernet się uśmiecha. - Proszę, wybierajcie!
Zrobił się hałas i ruch. Wszyscy zerwali się by sięgnąć po upatrzone wcześniej zdobycze; natychmiast rozbrzmiały głośne sprzeczki o jedyną żółwią skorupę w stercie. Nie byłam zadowolona z tego, że muszę poczekać, jeśli chcę się przyjrzeć materiałom. Nie miałam najmniejszych szans zrobić tego dość szybko, by jeszcze zagarnąć dla siebie upatrzoną zdobycz. Poczekałam więc, aż tłumek trochę się przerzedzi i podeszłam do stosu. Sięgnęłam do niego łapą i sprawdziłam co pozostało. Z rozczarowaniem stwierdziłam, że do wyboru nie mam już nic poza dwiema nie wiadomo jak starymi i brudnymi puszkami oraz kawałkiem wystrzępionej skóry.
Przez myśl mi przeszło, by wziąć obie i zrobić podwójny bęben, ale szybko stwierdziłam, że materiału na membranę nie wystarczy. Nie straciłam jednak nadziei i zawołałam pana Derneta.
- Poczekaj chwilę, Silee - odparł. - Pomagam teraz Kaiju.
Poczekałam. W końcu łapy nauczyciela zaszurały na piasku.
- Słucham - powiedział.
- Nie ma może więcej takiej skóry? Chciałabym zrobić podwójny bęben - nadstawiłam uszu z nadzieją.
- Niestety zostało tyle, ile widzisz. Może popytaj koleżanek i kolegów, czy nie mają trochę w nadmiarze?
Tak też zrobiłam, ale nikt nie zgodził się podzielić. Chcąc nie chcąc wzięłam tylko jedną puszkę. Przeturlałam ją nad wodę (za nic nie mieściła mi się w pyszczku), żeby pozbyć się grubej warstwy brudu i przy okazji opłukać łapy z piasku. Następnym krokiem było umocowanie membrany, do czego przygotowałam sobie gruby sznurek.
Nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać. Nałożyłam skórę na puszkę i sprawdziłam jak dużo mam nadmiaru do obwiązania. Nie wyglądało to źle. Z pewnym trudem zawiązałam supeł i na próbę uderzyłam w bęben. Membrana zapadła mi się pod łapą, nie wydając najcichszego dźwięku.
Próbowałam wielokrotnie, ale nie ważne jak mocno zaciskałam węzeł, skóra i tak się wysuwała. Z frustracji zaczynało mnie ściskać w gardle, ale nie chciałam przyznawać się do porażki. Słyszałam jak coraz więcej szczeniaków wstaje i rusza na poszukiwanie ozdób, a świadomość tego, że zostaję w tyle jeszcze bardziej mnie irytowała.
- Potrzebujesz pomocy? - spytał nauczyciel, przechodząc obok.
Przez chwilę biłam się z myślami, ale w końcu postanowiłam odpuścić. Pan Dernet był przecież miły.
- Tak - westchnęłam.
By przytrzymać skórkę, nauczyciel wbił w jej końce parę ćwieków i zawiązał sznurek jeszcze raz. Zaraz potem wstał i zawołał wszystkie szczeniaki:
- Na dzisiaj to koniec, dokończymy na następnej lekcji. Bębenki zostawcie u mnie, ale zebrane ozdoby zabierzcie ze sobą. Nie chcemy przecież żeby się pomieszały, prawda?
Na pożegnanie wypróbowałam swój instrument, uderzając w niego łapą. Wydał z siebie krótki, wysoki dźwięk.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 20 czerwonych⎹ 50 pomarańczowych⎹ 45 zielonych⎹ 16 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 13 różowych odłamków


piątek, 12 czerwca 2020

Od Yvara "Dlaczego maluchy muszą się tylko bawić?" cz. 11

Sierpień 2025
Yvar nienawidził zajęć kreatywnych. Wiedział to już w chwili, kiedy usiadł przed deseczką z kilkoma wybranymi na chybił trafił farbkami. Czuł wręcz palącą potrzebę, żeby się wykazać. Chciał zaimponować Vi oraz nauczycielowi, tworząc o wiele ładniejszy obrazek niż Morgan. Problem był jednak w tym, że nie miał jakiegokolwiek pomysłu, co mógłby namalować. 
Rozejrzał się kilkukrotnie po plaży, szukając czegoś ładnego, co nie przerosłoby jego miernych umiejętności malowania. Jego wzrok nieustannie wracał w stronę Vi, która nadal wybierała odpowiednie farbki. Ona wyglądała ładnie, ale Yvar wiedział, że nie zdołałby odwzorować jej piękna. Nic nie mogło jej dorównać. 
W końcu jego wzrok zatrzymał się na palmie. Wielkie zielone liście nie wyglądały źle, zwłaszcza z długim brązowym patykiem, do którego były przyczepione. Westchnął i zanurzył łapkę w farbce. Od razu ją wyjął, zaskoczony jej gęstością. Myślał, że to po prostu kolorowa woda. Nie spodziewał się, że będzie ona taka ciężka! 
Farba zaczęła spadać na ziemię, barwiąc ją na zielony kolor. Yvar szybko przesunął łapkę i docisnął ją do deseczki. Kiedy ją uniósł, zauważył, że został na niej ślad jego łapki. Uśmiechnął się dumnie. Może jednak mógł stworzyć coś ładnego? 
Podczas malowania, nieustannie zerkał w stronę palmy. Oddanie kształtu jej liści było znacznie trudniejsze, niż początkowo sądził. Odciski jego łap zlewały się w jedno, tworząc plamę o dziwnym kształcie. Cały czas starał się to jakoś naprawić, ale kolejne przyciskanie łapki nie pomagało, a jedynie pogarszało sprawę. W końcu poddał się, warcząc z irytacji. To nie miało sensu. 
Wyczyścił łapkę, tak jak poradził pan Dernet Morganowi. Yvar nie miał zamiaru popełniać błędów swojego kolegi. Musiał zaznaczyć, że był od niego lepszy. A to, że sam nie wpadłby na taki pomysł.. Nie miało najmniejszego znaczenia. 
Wziął drugą farbkę i kilkoma szybkimi ruchami domalował gruby patyk. Nie wyglądał najlepiej - był krzywy i niedokładnie pomalowany, ale Yvar nie miał zamiaru dłużej się z tym babrać. Teraz mógł mieć tylko nadzieję, że Morgan maluje jeszcze gorzej niż on. Wtedy z pewnością zrobiłby wrażenie na Vi.
Basiorek położył się na piasku, głowę oparł o łapki, a wzrok utkwił w siostrze. Skoro skończył malować, powinien mieć już wolne. Wobec tego mógł oddać się przyglądaniu Yngvi, która tworzyła swoje „dzieło” z zapałem, jakiego jeszcze u niej nie widział na żadnej lekcji. Dobrze, że chociaż ona była zadowolona. 
W którymś momencie musiał przysnąć, bo obudziło go głośne chrząkniecie. Poderwał się z miejsca i zobaczył stojącego nad sobą nauczyciela. Yvar wybąkał szybkie przeprosiny. Co za wstyd! 
– Już skończyłeś? 
Szczeniak czym prędzej pokiwał głową i wskazał swój rysunek. Kiedy teraz na niego spojrzał, wydał mu się on jeszcze brzydszy niż wcześniej. Zazgrzytał zębami.
– Mógłbyś poprawić ten pień. Jest zrobiony bardzo nieestetycznie – poradził nauczyciel. Yvar zacisnął ząbki. Nie chciał go poprawiać, znowu brudzić swoich łapek i irytować podczas malowania. Pan Dernet jednak nie zważał na jego minę i kontynuował – Poza tym nie myślałeś o dorysowaniu plaży oraz nieba? 
– Nie. Tak mi się podoba – odparł szorstko.
Starszy wilk przyglądał mu się przez moment. Yvar przestąpił nerwowo z łapki na łapkę. Chyba przesadził. Mama zawsze mówiła, że powinien być miły względem kolegów (co często ignorował) oraz grzecznie wykonywać polecenia nauczycieli (co z kolei ignorowała Vi). Jednak nim zdążył przeprosić, nauczyciel wzruszył ramionami i odszedł, mówiąc:
– W porządku. To twój obraz.
Yvar westchnął przeciągle i niechętnie zabrał się za ponowne malowanie. Szybko poprawił gruby patyk, mając nadzieję, że ten nie wygląda już "nieestetycznie", cokolwiek miało znaczyć to słowo. Zastanawiał się właśnie, czy powinien domalować jeszcze ten piach i niebo, kiedy podszedł do niego Morgan.
– Hej, Yvar... – Młodszy samiec z satysfakcją zauważył, że jego kolega przestępuje nerwowo z łapki na łapkę. – Masz jakieś kolorowe farbki? Potrzebuję ich do...
– Nie – przerwał mu Yvar. 
Miał nadzieję, że samczyk od razu zrezygnuje i sobie pójdzie, ale widocznie się przeliczył. Morgan przyglądał się jego farbkom. Niestety, szczeniak – choć irytujący – nie był ślepy i zauważył zieloną, czerwoną i żółtą farbkę. 
– A ja widzę, że masz. Możesz mi je pożyczyć?
– Nie.
– Czemu? Przecież z nich nie korzystasz – zauważył Morgan.
– Korzystam – burknął Yvar i na potwierdzenie swoich słów zamoczył łapkę w przypadkowej farbce. Wyciągnął ją. Była czerwona. Co mógł zrobić z czerwoną farbą? Desperacko szukał pomysłu, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Na dodatek Morgan musiał mieć podobne myśli, bo zapytał:
– Co teraz malujesz?
To było bardzo dobre pytanie. Yvar stwierdził, że też chciałby znać na nie odpowiedź.
– Piasek – powiedział w końcu pierwsze, co przyszło mu do głowy. 
– Czerwony?
– Jest bardzo gorący – wyjaśnił, przyciskając łapkę do deseczki. – Możesz sobie iść? Jestem bardzo zajęty.
Morgan niechętnie kiwnął głową. Yvar uśmiechnął się. Zwycięstwo. Mina zrzedła mu w chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że teraz musiał namalować ten głupi czerwony piasek. Jakby tego było mało, Morgan nie wrócił do swojej deseczki, a zamiast tego podszedł do Vi. Czyli jednak przegrana. I to ogromna.

<c.d.n.>

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 30 pomarańczowych⎹ 33 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 10 granatowych⎹ 28 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 4


Listopad 2025 r.
Gdy naszej grupie ubyło Luki i Chase'a, zrobiło się spokojniej. Jak na razie miało nas być coraz mniej, bo większość maluchów podrośnie wystarczająco do rozpoczęcia nauki dopiero za jakiś czas. Nauczycielom to chyba odpowiadało, bo wtedy wszyscy byliśmy na mniej więcej tym samym etapie i nie musieliśmy nadrabiać tematów. Leah opowiadała mi kiedyś, że grupa była tylko jedna i mieli z tym prawdziwe urwanie głowy. Nie bardzo rozumiałam więc dlaczego ciągle narzekają, skoro kiedyś było gorzej. Może chcieliby, żeby wszystko podzielić na jeszcze mniejsze odłamy? Z drugiej strony chyba każdy przeprowadzałby wtedy więcej zajęć... To naprawdę skomplikowane.
Swojego planu lekcji (jak i dni tygodnia) uczyłam się dość długo, ale w końcu udało mi się wszystko zapamiętać. Tak mniej więcej. Dużo czasu wolnego zaczęła zagarniać mi obrona, za którą naprawdę nie przepadałam, więc chyba nie ma co się dziwić, że czasem o niej zapominałam, prawda? Pod tym względem najbardziej lubiłam wtorki - poranek miałam wolny i nie było obrony. Mogłam leżeć bezczynnie prawie tak długo jak mi się podobało i odespać po poniedziałku.
Bardzo pomocny w tej kwestii był Arkan. Bardzo długo prosiłam go by pozwolił mi drzemać na swoim łuskowatym grzbiecie, bo denerwuje mnie piasek, a szczeniakom nie wolno zapuszczać się zbyt daleko za linię drzew, ale pozostawał nieugięty. Pewnego razu zastałam go we śnie, chyba po raz pierwszy i w dodatku na ziemi (z tego co mówiła Leah woli drzewa), i bez pytania sama na niego wpełzłam. Gdy się obudził prawie mnie zrzucił, ale okazało się, że to tylko dlatego, że nawet mnie nie zauważył! No i od tamtej pory po prostu nie pytam o zgodę, nawet jak już mnie dostrzeże. Nigdy nie spytałam dlaczego przestało go to denerwować, bo może jeszcze zmieniłby zdanie!
Tego konkretnego poranka byłam wyjątkowo szczęśliwa, że akurat wypadł wtorek. Na wczorajszej obronie długo ćwiczyliśmy bardzo niewygodne pozycje, które podobno będą nam miały pomóc w kontakcie z agresorami. No ja nie wiem co nauczycielka sobie myśli, ale z takim bólem łap to się raczej przed niczym nie obroni!
Przeciągnęłam się na przyjemnie ciepłym i suchym grzbiecie smoka. On na pewno nie musiał się tyle uczyć. Mogąc przeżyć tyle lat w ogóle trzeba? Dla pewności go o to spytałam.
- No pewnie, że musiałem się uczyć. - parsknął w odpowiedzi, nawet nie drgnąwszy. - I to o wiele dłużej niż dwa lata.
- Dwa i pół roku - poprawiłam go.
- Dwa lata - odmruknął z leniwą pewnością. - I to niecałe. Zaczynacie mając osiem miesięcy.
Zamilkłam, przetwarzając to co powiedział.
- Musisz nauczyć się liczyć. Wystarczy mi twoja opiekunka, co to ledwie do stu duka. Przecież to śmieszne - marudził.
- Może kiedyś. Teraz mam dużo na głowie.
Poczułam, że Arkan unosi lekko opartą jak dotąd o piasek głowę. To zazwyczaj oznaczało, że na mnie spogląda.
- Dużo na głowie, czy ty przypadkiem nie masz teraz lekcji?
Poczułam jak ściska mi się żołądek.
- Co takiego?
- Słońce jest w zenicie.
Przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi, ale nagle z pełną mocą dotarło do mnie, że ma rację. Jak mogłam zapomnieć o logice?! Chodziłam na nią już od dawna, pory dnia w których wypada mogłabym wyrecytować bez zająknięcia! To na pewno wina tej całej obrony. Zmęczyłam nie tylko łapy, ale też głowę! Natychmiast zeskoczyłam na piach i z nosem przy ziemi pobiegłam na miejsce zbiórki, żegnana krótkim parsknięciem śmiechu.
Tym razem miałam szczęście - lekcja dopiero się zaczynała. Zwolniłam do wolnego kroku, by na nikogo nie wpaść i zatrzymałam się przed nauczycielką. Przerwała wpół słowa.
- Przepraszam za spóźnienie. - wydyszałam, próbując uspokoić oddech.
- Usiądź - odparła chłodno.
Adora nigdy nie była moją ulubioną nauczycielką i miałam wrażenie, że ona też mnie nie lubi. Może czuła się źle w roli nauczyciela, kiedy spierałam się słownie z Nikaellą, jej córką, i już jej tak zostało? Nawet jeśli, już nie było do czego wracać - w pewnym momencie obie odpuściłyśmy i choć nie zaprzyjaźniłyśmy się, tolerowałyśmy swoją obecność. Takie miałam przynajmniej wrażenie. Ja na pewno straciłam zainteresowanie. No, do pewnego stopnia.
Szybko złapałam zapach Yngvi. Przywitałam się z nią krótko i usiadłam obok.
- Dzisiaj rozwiążecie problem, z którym każdy z was, jeśli nie zachowa ostrożności, może się zetknąć - zaczęła nauczycielka. Z ukłuciem poczucia winy doszłam do wniosku, że pewnie już po raz drugi. - Co należy zrobić jeżeli zagubicie się w głębi dżungli?
Zdążyłam się zapowietrzyć, ale Adora jeszcze nie skończyła:
- Zakładamy, że jesteście tam w pojedynkę. Odłączyliście się od grupy zwiadowczej we wstępnym etapie oględzin i nie wiecie wiele o tym miejscu. Jedyna informacja jaką posiadacie to fakt, że już na początku ekspedycji zaobserwowaliście niebezpieczne zwierzęta, więc miejsce w którym się znajdujecie może być potencjalnie zagrożone.
- Sami powinniśmy do tego wszystkiego dojść. - syknął Emerald gdzieś z tyłu, tak cicho, że nie zdziwiłabym się gdyby nie usłyszał go nikt inny poza mną.
Nie zgadzałam się z nim. Nie przeszkadzało mi, że czasem Adora się rozgadała z taką nutą ekscytacji i jednoczesnej nudy w głosie jakby tylko czekała na to, by wyrecytować nam swój nowy, genialny problem. To całe dopytywanie o szczegóły "niezbędne do naszego hipotetycznego przeżycia" potrafiło doprowadzić do białej gorączki!
- A więc słucham. Co zrobicie jako pierwsze? - ponagliła nauczycielka, z cichym szuraniem owijając ogon wokół łap.
Ponownie się zapowietrzyłam, ale Emerald mnie uprzedził:
- Wracam po swoim tropie.
- Musisz mieć na uwadze, że dżungla to pełne wonnej roślinności miejsce, która może zamaskować twój zapach. Ale dobrze.
- Wspinam się na drzewo i stamtąd węszę! - wyrwałam się z odpowiedzią.
- Jesteś pewna, że wyczujesz swój zapach z takiej wysokości? - spytała Adora.
- Tak - odparłam pewnie. - Mam świetny węch!
- A co z tymi zwierzętami? - wtrącił Kaiju.
- Nie dosięgną cię na drzewie, więc jesteś bezpieczny - odparła Yngvi.
- Zwierzęta potrafią przemieszczać się po drzewach - dodała Adora. - Więc ta opcja odpada.
- Nie powiedziała pani tego na samym początku! - zauważył uszczypliwie Emerald.
- Musicie sami uwzględniać takie możliwości - odparowała nauczycielka.
- To dlaczego nie wszystkie?!
- Powiedziałam wam tylko to, co już byście wiedzieli - w jej głosie zadrżała nuta irytacji.
Tamta lekcja nie należała do najlepszych i zaczęłam po cichu żałować, że w ogóle się na nią udałam. Cokolwiek udało nam się wymyślić, Adorze zawsze coś nie pasowało. No i zawsze musiała poświęcić z pół lekcji, by wytłumaczyć co takiego. Nie znaleźliśmy rozwiązania, które w pełni by się jej spodobało i w końcu wypuściła nas na przerwę.
Przerwa przerwą, ale chyba wolałabym żeby trwała trochę dłużej niż czas jaki zajął mi dotarcie na ostatnią lekcję.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 47 czerwonych⎹ 43 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 23 niebieskich⎹ 44 granatowych⎹ 12 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków