środa, 17 czerwca 2020

Od Kai'ego "Karczma" cz. 2



Czerwiec 2026 r.
Po upływie ponad godziny od ich ostatniego spotkania Kai oczekiwał na przybycie Hitama przy jednym ze stolików w karczmie. Przed jego łapami stygnął już talerz pełen jedzenia. Zamówił również dla Alfy wcześniej wymarzony przez niego zestaw – herbatę i sałatkę. Kai zerkał na przemian to na Cody'ego, to na schody prowadzące na pierwsze piętro. Hitam nadal się nie zjawiał. Głównym podejrzeniem Kai'ego było, że mógł zasnąć.
Wtedy jak na zawołanie w polu widzenia Kai'ego pojawił się szczupły basior o ciemnym futrze. Ziewnął przeciągle, po czym leniwie odszukał wzrokiem Kai'ego. Miał zmierzwioną grzywkę.
– Spałeś? – zapytał Kai.
– Ta... Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Wybacz, że musiałeś tyle czekać.
– Nie szkodzi. I tak póki co nie miałem nic ciekawego do roboty, więc postanowiłem zamówić coś dla ciebie. Może być taka sałatka?
Hitam siadając przy stole, przyjrzał się mieszance warzyw, sałaty i jakiegoś oleju.
– Tak.
Zmienił się w postać ludzką i zaczął jeść. Kai nie posiadając takiej zdolności, musiał się zadowolić jedzeniem bez użycia noża i widelca.
– Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jakie to uczucie jeść sztućcami. Nie przeszkadzają ci one? – zagadał pomiędzy kolejnymi kęsami mięsa.
– Nie. Dzięki temu możesz mieć czyste dłonie.
Kai pokiwał głową ze zrozumieniem. Zaraz potem jego wzrok znowu powędrował do Cody'ego.
– Co jest takiego pilnego, że aż tak zawzięcie wypatrujesz Elvina? 
– Nic, po prostu... Miło się z nim rozmawiało – odparł Kai z roztargnieniem – Pod koniec naszego pobytu w zeszłym roku w ogóle go nie widziałem.
– Towarzyski z ciebie wilk.
– A z ciebie nie?
– Wolę przebywać sam.
Kai wyglądał na odrobinę zaskoczonego. Nie umiał sobie wyobrazić, jak można lubić samotność bardziej od towarzystwa innych wilków.
– A za Suzanną tęsknisz – powiedział po chwili namysłu Kai.
– Nie tyle co tęsknię co... Zastanawiam się w jakich warunkach teraz żyje. Może się martwię. Sam nie wiem. Dobrze się z nią współpracowało.
– Dogadywaliście się – Kai bardziej stwierdził, niż zapytał.
– Tak. Navri jest raczej małomówna, więc trudno mi przewidzieć jej ruchy. Suzanna choć była tak samo stanowcza, to przynajmniej to od razu uzasadniała i umiała się kłócić. Navri tylko burknie "tak" lub "nie" i tyle z tematu. Nie odmówię jej bystrości umysłu, ale... chyba sam rozumiesz.
– Empatyczny z ciebie wilk, skoro tak ci to przeszkadza.
– Tak. Może. Nie wiem – Hitam potrząsnął głową – Trudno mi powiedzieć.
Kai zaśmiał się pod nosem. Już kończył jeść swoją porcję, podczas gdy Hitam był zaledwie w połowie.
– Co masz zamiar jej powiedzieć?
– Raczej opowiem jak miewa się wataha. Sądzę, że to by ją zainteresowało – odparł po chwili namysłu – Może będzie miała jakieś pytania, a wtedy odpowiem na nie. Może przyniosę jej coś do jedzenia, jeśli będzie można. W więzieniu jest raczej bardzo zimno, więc lepiej aby było to coś ciepłego...
Kai kiwał głową. Wtedy coś przykuło jego uwagę. Tuż za akurat napełniającym kufel piwa Cody'm mignęła postać o błękitno-białym lokowanym futrze. Akurat zniknął za kotarą. Kai drgnął niespokojnie. Kiedy dostrzegł, że do lady spieszy Cess, upewnił się, że musiał to być Elvin.
– Coś się stało? – zapytał Hitam zaniepokojony.
– Nic. Po prostu najwyraźniej widziałem Elvina.
Hitam skierował wzrok w tym samym kierunku. Natychmiast dostrzegł Cess, która wykrzykiwała imię Elvina.
– Ale chyba sobie nie porozmawiacie.
– Chyba nie... Przynajmniej nie teraz – urwał – Masz jakieś plany na resztę dnia?
– Nieszczególnie – Hitam wzruszył ramionami – Prócz załatwienia wszystkiego odnośnie naszego pobytu tutaj.
– Możemy iść na spacer. Po drodze to ogarniesz.
– Czemu by nie...
Elvin akurat wrócił. Zdecydowanie wydobrzał. Jego futro nie było już wyłysiałe. Kai mógłby rzec, że wyglądał nawet lepiej, niż kilka lat temu. Jego futro było czyste i zadbane, znowu przydługie na karku i szyi. Znowu wyglądał jak jakiś książę, w dodatku znacznie młodszy, niż był faktycznie. Na widok Cess uśmiechnął się blado. To właśnie sprawiło, że Kai pomyślał, że Elvin nadal jest nadwyraz poważny. To była jedna rzecz, która nie zmieniła się od ostatniego roku. Teraz przynajmniej nie wyglądał przy okazji na nieszczęśliwego.
– Jestem naprawdę ciekawy, co się działo przez ostatnie lata – oznajmił Kai, kiedy Hitam odsunął pustą miskę po sałatce.
– Naprawdę? Czemu to aż tak cię interesuje?
– Przypomnę, że jestem nauczycielem historii – Kai uśmiechnął się jakby do siebie – Nie tylko chcę to wiedzieć, bo mnie to zwyczajnie interesuje, ale i mogę powiedzieć o tym szczeniakom na lekcji.
– Rozumiem – Hitam pokiwał głową – To co, idziemy?
– Możemy iść.
Kiedy wychodzili, Cess akurat coś żywo opowiadała Elvinowi. Przysłuchiwał się temu z lekkim uśmiechem. Wzrok miał wbity w ladę, więc nawet nie zauważył przechodzącego Kai'ego z Hitamem. Kai'emu przeszło przez myśl, że raczej nieprędko się sobą znudzą.
Kolejne trzy godziny Kai wraz z Hitamem spędził na zwiedzeniu miasta. Ku ich zaskoczeniu ceny w sklepach nieznacznie spadły. Pojawiły się również nowe zakłady rzemieślnicze – głównie skupiające się na hutnictwie i spawaniu. Kai'ego szczególnie zainteresował sklep protetyczny, jednak o tej porze wszystkie zakłady były pozamykane. Hitam z trudem odciągnął go od próby włamania.
Przeszli też wzdłuż królewskich ogrodów, które wyglądały dokładnie tak, jak Kai sobie zapamiętał. Podczas kiedy czekał, aż Hitam wyjdzie z gabinetu administracji przyjazdów do Białego Królestwa, obwąchiwał kwiaty. Kilka z nich wychylało główki przez płot, więc postanowił z tego skorzystać. Mógłby nawet rzec, że nic nie równało się z zapachem tutejszych róż.
W pewnym momencie zawędrował za daleko i – ku własnemu zaskoczeniu – zauważył, że wiele nieszczególnie zadbanych wilków zmierzało w kierunku wejścia do więzienia. Wejście nie było zamknięte, ani nawet strzeżone. Co więcej, wilki wyglądały na wyjątkowo szczęśliwe. Rozmawiały, żartowały...
Przed dalszym dochodzeniem powstrzymał go głos Hitama:
– Szukałem cię. Co tu robisz?
– Tutaj nie czasem było więzienie?
Hitam zmrużył oczy, obserwując wejście do podziemi. Znajdowało się ono nieopodal Białego Pałacu i siedziby administracji.
– Tak.
Kai nie musiał nic dodawać, bo Hitam sam domyślił się, w czym rzecz. Obserwował przechodzące wilki aż do momentu, kiedy coś innego nie przykuło jego uwagi.
– To jadłodajnia.
Kai aż się zdziwił na tę informację. Teraz wszystko zaczynało mu się układać w logiczną całość, ale... Białe Królestwo nigdy nie jawiło mu się jako miejsce, gdzie poddani dostawaliby cokolwiek bezinteresownie.
– Płatna? – upewnił się Kai.
– Nie ma cennika, ale za to jest dzienne menu.
Hitam miał rację. To wszystko wydało się Kai'emu dziwnie szalone. Gdyby ktoś inny mu powiedział, że w Białym Mieście jest cokolwiek darmowego, prawdopodobnie by go wyśmiał.
– Idziemy do środka? – zapytał Kai.
Hitam nie odpowiadając, ostrożnie skierował się do wyjścia. W środku uderzył ich zaduch i chłód dużo większy niż na zewnątrz. Pomieszczenie było bardzo długie, wypełnione kocami, pustymi i wypełnionymi miskami, siedziskami, poduchami, stołami i przede wszystkim zapachem jedzenia. Pomiędzy brudnymi, lecz szczęśliwymi wilkami lawirowały kelnerki, wręczając każdemu porcję obiadową.
– To chyba jedzenie dla biednych – stwierdził Hitam, kiedy poczuł na sobie nachalne spojrzenie jednego z wyliniałych wilków.
– Też tak mi się zdaje – wymamrotał Kai, gotów do wyjścia.
– Niemniej jednak miejsce sympatyczne.
– I to oznacza, że więzienie albo zmniejszyli, albo przenieśli – oznajmił Kai, kiedy byli już na zewnątrz. Niebo było o tej porze już zabarwione pomarańczem i jasnym fioletem.
– Może wracajmy już? – poprosił Kai.
– Możemy – odrzekł po chwili zadumy Hitam.
– O czym myślisz?
– O Suzi.
– Znowu? – Kai się zaśmiał.
– Najwyraźniej... – mrukliwy ton głosu Hitama Kai odczytał jako niechęć do dalszej dyskusji. Resztę drogi przeszli w milczeniu. Przecięli też rynek, gdzie – ku ich zaskoczeniu – nie było już podestu dla publicznych egzekucji. W zeszłym roku jeszcze tam stał, lecz wyglądał na dawno nie używany. Kai i Hitam patrzyli na to miejsce z dozą nostalgii. Nawet to jednak nie nakłoniło ich do rozmowy. Słowa były zbędne.
Na miejscu okazało się, że karczma była już niemal zupełnie wyludniona. Za ladą stał jedynie Elvin, który wciąż rozmawiał z Cess. Obok niej stało kilka pustych kufli po piwie, a ona sama śmiała się do siebie. Ledwo trzymała głowę w pionie. Na widok Hitama i Kai'ego Elvin zamilknął. Patrzył na nich jakby wystraszony.
– Nie przeszkadzajcie sobie – powiedział pospiesznie Hitam i przyspieszył kroku. Kai chciał coś jeszcze dodać od siebie, ale miał pustkę w głowie. Nie zdarzało mu się to często.
– Coś się stało, kochanie? – zaśmiała się Cess.
– Nic – odparł krótko Elvin. Brzmiał, jakby był w pełni trzeźwy. Cess odpowiedziała mu krótkim śmiechem i plaśnięciem ludzkiej dłoni o własne czoło.
Kai nie oglądał się już za nimi. Czuł jednak jak Elvin odprowadza go wzrokiem. Zastanawiał się, o czym mogli rozmawiać, podczas gdy Cess była w takim stanie. I co było w tym takiego tajnego, że przerwali na ich widok.

<C.D.N.>

Zdobyto: 41 czerwonych⎹ 88 pomarańczowych⎹ 47 zielonych⎹ 61 niebieskich⎹ 79 granatowych⎹ 60 fioletowych⎹ 37 różowych odłamków


>> Następna część >>

Od Naidy "Mistrzowie kuchni" cz. 7


Maj 2026 r.
Theo i Dannan siedzieli pod drzewem już od dłuższego czasu. Naida spojrzała na nich i stwierdziła, że z tej perspektywy wyglądają na bardzo małych. Co jakiś czas wykrzykiwali jej imię i bezskutecznie próbowali ją zdopingować do zejścia na dół. Naida jednak przez cały ten czas mocno trzymała się pnia drzewa. Nie miała pojęcia, jak długo już tam siedzi, jednak nie zamierzała schodzić. Kiedy nie patrzyła w dół, było nawet ciekawie. Ptaki co jakiś czas przelatywały jej obok głowy, piasek nie palił w łapy, a liście drzewa dawały schronienie przed słońcem. Czasami, gdy spoglądała w niebo, miała wrażenie, jakby latała. Siedząc na tak dużej wysokości, Naida zaczynała podziwiać wszystkie te zwierzęta i ptaki, które przez większość życia przesiadywały na drzewach. Musiały być bardzo odważne. Z dołu dobiegło kolejne wołanie. Naida odruchowo spojrzała w dół i od razu tego pożałowała. Przycisnęła się bliżej pnia drzewa i pisnęła przestraszona. Łapy zaczęły ją boleć od tak długiego i trudnego wysiłku. Wydawało jej się, że zaraz spadnie i zginie. Nie chciała tak szybko umierać.
– Łapy mnie bolą! – wyjęczała.
Theo wyglądał na spanikowanego. Zaczął o czymś rozmawiać z Dannem. Nauczyciel nie wydawał się zadowolony, słuchając, o czym mówił mu basiorek. Theo przez chwilę patrzył na Naidę, po czym gdzieś uciekł. Waderka poczuła się lekko urażona. Jeszcze przed lekcją zachowywał się, jakby mu bardzo na niej zależało, a teraz, gdy ta jest w potrzebie, on ucieka. Naida skupiła się na tym tak bardzo, że aż zapomniała, aby mocniej trzymać się konaru. Jeden z mocniejszych podmuchów wiatru poruszył drzewem, a waderka zaczęła zjeżdżać po drzewie. Szybko wbiła się pazurami pień i przycisnęła się do niego, drżąc ze strachu. Przeszyła ją fala bólu, gdy rozpędzona wbiła się pazurami w drzewo. Niechętnie spojrzała w dół. Zjechała tylko trochę niżej, ponieważ Dannan nadal wydawał się mały i odległy.
– I po co się zatrzymywałaś? Jeszcze trochę i byłabyś na dole! – zawołał basior.
– Boję się! – pisnęła. – Umrę!
– Dasz radę! Tylko nie panikuj.
– Nie dam rady...
Naida pomyślała o swoich łapach, które po zjechaniu bolały jeszcze bardziej i wadera zastanawiała się, co by się stało, gdyby miała w podobny sposób zejść na dół. Byłaby pewnie cała obolała, a łapy odpadłyby jej z bólu. Wzdrygnęła się, gdy kolejny ptak przeleciał jej obok ucha. Skuliła się i zamknęła oczy. Nie miała już ochoty na patrzenie w niebo i marzenie o lataniu. Utknęła na jakimś wielkim kiju, który ruszał się za każdym razem, gdy zawiało nieco mocniej. Czasami Naidzie wydawało się, jakby to nie wiatr tak rzucał nią na boki, a drzewo, które zauważywszy na sobie nieproszonego gościa, starało się go z siebie zrzucić. Czyżby nie była dość godna, aby się na nie wspiąć? Ten podniebny świat wydawał się jej wrogi i obcy. Wilki nie były stworzone do przebywania nad ziemią, ale wszystkie te latające stworzenia czuły się tu pewnie jak ryba w wodzie. Nagle do jej uszu dobiegło czyjeś wołanie. Waderka ostrożnie spojrzała na ziemię i ze zdziwieniem zauważyła biegnące w jej stronę szczeniaki. Naida wyszczerzyła się na widok Theo, Sino i Exana. Tego ostatniego nie spodziewała się widzieć podczas tej akcji ratunkowej. Theo i Sino ciągnęli za sobą duże liście, o które co jakiś czas się potykali. Dotarli pod drzewo i rzucili je na stertę. Naida zastanawiała się, co zamierzają zrobić. Theo wyglądał na podekscytowanego i z uśmiechem spoglądał na Naidę.
– Zaraz cię ściągniemy! – oznajmił radośnie.
– Niby jak? Zaraz spadnę!
– To dobrze! – ucieszyła się Sino.
– Dobrze? Chcecie mnie zabić?
– Rozłożymy pod tobą liście tak, abyś mogła na nie bezpiecznie spaść. Wtedy nie powinno tak boleć, prawda? – wyjaśnił Theo.
Ostatnie zdanie wypowiedział tak, jakby sam w to nie wierzył, jednak nadal uśmiechał się przyjaźnie i z dumą prezentował waderce zebrane przez nich duże liście. Stojący obok Dannan nadal nie wyglądał na zachwyconego tym, co działo się wokół niego. Zapewne wolałby, aby Naida sama zeszła z drzewa, jednak nie wtrącał się w plan szczeniaków. Usiadł kawałek dalej, tak aby móc wszystko dobrze widzieć i obserwował spokojnie całą sytuację.
– Zaraz rozciągnę je z Theo, a ty musisz jedynie w nie wycelować i skoczyć! – zawołała Sino.
Naida nic nie odpowiedziała. Z nieufnością wpatrywała się w cienkie liście palm. Nie była pewna, czy będzie to przyjemne lądowanie. Musiała przecież wycelować w coś, co było dla niej tak małe. Obserwowała, jak przyjaciele podnieśli liście i odpowiednio je napinając, ustawili się pod waderką. Exan stał z boku i z lekkim uśmiechem wpatrywał się w Naidę.
– Moszes juss skakac – wybełkotał Theo z ustami pełnymi liści.
– Dobrze! Zaraz...
Naida poczuła nagle strach. A co jeśli nie wyceluje? Łapy dokuczały jej coraz bardziej, a palma bujała się na boki, dając waderce do zrozumienia, że to nie miejsce dla niej. Naida wzięła głęboki oddech, aby choć trochę się uspokoić.
– Długo to będzie trwało? – zapytał znudzony Exan.
Naida zignorowała jego słowa i przerażona puściła się drzewa. Wydawało jej się, że spada przez wieczność. Strach i podmuch wiatru nie pozwalały na zaczerpnięcie oddechu. Oczy zaczęły jej łzawić, więc postanowiła je zamknąć. Następnym co poczuła, było mocne uderzenie o rozciągnięte nad ziemią liście. Usłyszała jakiś krzyk, a chwilę później wylądowała na piasku. Kiedy otworzyła oczy, okazało się, że co prawda wycelowała w dobre miejsce, jednak liście pękły i wadera spadła ciężko na ziemię. Siła uderzenia musiała być duża, bo zarówno Sino, jak i Theo leżeli obok niej przestraszeni. Exan siedział kawałek dalej śmiejąc się, jakby właśnie usłyszał dobry żart. Naida z irytacją stwierdziła, że basiorek nie przyszedł tu, aby jej pomóc.
– Co ci tak wesoło? – rzuciła.
– Gdybyście tylko widzieli swoje miny! Wyglądacie, jakbyście zobaczyli ducha!
– A ty mogłeś nam pomóc, zamiast tak siedzieć bezczynnie! Jakbyśmy trzymali to w trójkę, udałoby się! – Theo wstał powoli i otrzepał się z piasku.
– Te wasze cieniutkie liście i tak by pękły. Naida jest po prostu za gruba.
– Odszczekaj to! – wrzasnęła Naida.
– Ale taka prawda – Exan wzruszył ramionami.
– Może mieć trochę racji... – odezwała się nagle Sino. – Powinniśmy znaleźć trochę grubsze liście. Na te byłaś za ciężka.
– Nie jestem ciężka!
Naida chciała wstać, ale potknęła się i znów upadła na piasek. Łapy bolały ją od zbyt wielkiego wysiłku, a od upadku lekko kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się powoli i usiadła mierząc Exana morderczym spojrzeniem. Następnie odwróciła się w stronę jego brata, który starał się ignorować jej spojrzenie.
– Theo, powiedz im coś! – poskarżyła się basiorkowi.
– Znaczy... – Theo zastanawiał się nad odpowiednim doborem słów. – Nie mówię, że jesteś gruba! Jesteś idealna, ale... To wina liści! Były za cienkie, więc jak na nie spadłaś, to się rozerwały.
– Widzicie? Moja waga jest idealna!
– Według osoby zakochanej w tobie po uszy! Ale ja tam nie zamierzam się kłócić. Niektórzy lubią pulchniejsze waderki... – Exan uśmiechnął się złośliwie i odwracając się do nich plecami, odszedł.
– Może powinnaś pomyśleć o odchudzaniu? Jakieś ćwiczenia czy coś – Sino wstała i podeszła do Naidy.
– Dzięki, ale nie muszę się odchudzać.
Naida spojrzała ze złością na waderkę. Po chwili wstała i znowu zachwiała się lekko na łapach. Sino podtrzymała ją i pomogła złapać równowagę. Theo w tym czasie zaczął zgarniać liście w mały stosik pod drzewem. Kiedy skończył, wrócił do nich i z zatroskaniem przyglądał się Naidzie. Waderka stwierdziła, że to bardzo urocze, gdy tak się o nią martwi.
– Boli cię coś? – zapytał.
– Tylko łapy, ale to nic takiego! Wystarczy, że trochę odpocznę i będzie dobrze.
W tej chwili podszedł do nich Dannan. Nie wyglądał na zachwyconego, ale nie był też zły. Westchnął i spojrzał na szczeniaki.
– Naida, miałem nadzieję, że przełamiesz strach i sama dasz radę stamtąd zejść... – zerknął na nią przelotnie, po czym zwrócił się do Sino i Theo. – Muszę przyznać, że pomysł z liśćmi nie był taki zły. Udało wam się ją przekonać do skoku. Jednakże, gdyby nie udało jej się dobrze wycelować i spadłaby na któregoś z was... Następnym razem lepiej uważajcie i mimo strachu przynajmniej spróbujcie zejść, nie robiąc przy tym tylu problemów.
Ostatnie zdanie było skierowane do Naidy. Waderka skuliła się. Czekała, aż Dannan doda coś jeszcze, lecz on tylko pożegnał się i odszedł, zostawiając trójkę szczeniąt pod drzewem.
– Idziemy gdzieś? Nudno tu – stwierdziła Sino ziewając.
– Ja chyba... Miałem iść na randkę z Naidą, prawda?
Naida spojrzała na niego zdziwiona. Prawie zapomniała o randce! W czasie kiedy siedziała tam, na górze, nie myślała o rozmowie, która odbyła się przed lekcją. Zajęta była innymi rzeczami. Teraz zrobiło jej się głupio, że utknęła tam na tak długo. Pewnie Theo wolałby robić coś ciekawszego niż czekać, aż jakaś wadera zejdzie z drzewa.
– A masz jakiś pomysł, gdzie moglibyśmy pójść? – zapytała, modląc się w duchu, aby Theo nie zauważył, że waderka zupełnie zapomniała o tak ważnej rzeczy jak pierwsza randka.
– Chyba tak...
– Będziecie się całować? – zapytała Sino.
– A powinniśmy? – Naida spojrzała pytająco na waderkę.
– Nie wiem.
– Chyba jeszcze nie... – Theo wyglądał na zakłopotanego. – Znaczy się... Jak Naida będzie chciała...
Sino roześmiała się i spojrzała na basiorka ze współczuciem. Naida pomyślała, że to nawet zabawne. Jeszcze tak niedawno marzyła o choćby rozmowie sam na sam z Mortim, a teraz jak gdyby nigdy nic rozmawiała o całowaniu się z Theo. Waderka z radością stwierdziła, że to drugie wygląda na znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze. Żadnych walk z innymi waderami oraz żadnych podchodów i udawania, że wszystko jest pod kontrolą. Tamtą walkę przegrała na samym starcie, lecz teraz życie dało jej drugą szansę i tylko od niej zależało czy ją wykorzysta. Theo spojrzał na Naidę z lekkim zakłopotaniem. Waderka uśmiechnęła się do niego, chcąc dodać mu nieco pewności siebie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 49 czerwonych⎹ 96 pomarańczowych⎹ 106 zielonych⎹ 109 niebieskich⎹ 77 granatowych⎹ 48 fioletowych⎹ 20 różowych odłamków

wtorek, 16 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 4


Luty 2024
Przypomniałam sobie moment, w którym nauczyłam się otwierać drzwi bez niczyjej pomocy. Mogłam mieć wtedy z pół roku. Od tamtej pory Babcia musiała cały czas zamykać dom na klucz, żebym nie zdołała uciec. Tylko raz udało mi się wymknąć bez jej wiedzy; wtedy jednak wykorzystałam do tego okno. Złapała mnie mieszkająca nieopodal wadera, której imienia nie umiem już sobie przypomnieć. Wiem tylko, że było krótkie. Ta wilczyca miała jeszcze brata; wiecznie głośnego rudzielca o równie krótkim imieniu...
Wreszcie przestałam rozmyślać, nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi. Moim oczom ukazała się schludna sypialnia. Nie znałam jej tak dobrze, jak głównej izby, ale byłam w stanie powiedzieć, że i tutaj wystrój pozostał ten sam. Łóżko, szafa, a nawet dywan; wszystko było na swoim miejscu. Jednak ponownie z moimi wspomnieniami nie pokrywał się rozmiar pomieszczenia i kolorystyka. Pierwszy aspekt można było wytłumaczyć tym, że ja sama kiedyś byłam mniejsza. Nie miałam jednak pewności, czy farby na ścianie faktycznie zdążyły wyblaknąć, czy po prostu mój umysł przeinaczył niektóre wspomnienia. Magnus mówił, że to się czasem zdarza.
Zatrzymałam wzrok na siedzącej na łóżku postaci. Nie był to wilk, a człowiek. Dopiero po chwili skojarzyłam, że Babcia była z urodzenia wilkołakiem. Prawie o tym zapomniałam; nigdy dotąd nie przybrała przy mnie nie-wilczej formy. Zapewne nie chciała straszyć swojej podopiecznej. Podobno jak pierwszy raz spotkałam człowieka, mając ponad rok, uciekłam z płaczem.
Na mój widok stara kobieta głośno westchnęła. Wstała z łóżka i zaczęła zmieniać się z powrotem w wilka. Chciałam ją przed tym powstrzymać, skoro była wyraźnie słaba, ale nie zdążyłam. Jej ludzkie ubranie w mig zastąpiła sierść.
– N… nie musiałaś… – powiedziałam.
– Musiałam, skoro tutaj przyszłaś. Taką mnie znasz – Na chudym pyszczku Babci zagościł uśmiech.
– Nie boję się już ludzi – zapewniłam.
– Och, Lind… Moja mała Lind...
Uśmiechnęłam się szeroko. W moich oczach stanęły łzy wzruszenia. Tymczasem starsza wilczyca dotknęła moich włosów.
– Jak ty wyglądasz moje dziecko – Zmarszczyła czoło. – Kiedy ta sierść ostatni raz widziała szczotkę?
– Chyba dzień przed tym, jak wyruszyłam.
Babcia zaśmiała się cicho i odgarnęła na bok splątane kosmyki zasłaniające mi oczy. Natomiast ja postanowiłam wreszcie ją uściskać. Tak mi tego brakowało. Wilczyca oczywiście nie opierała się; odpowiedziała mi tym samym. Wówczas zauważyłam, że jej chude łapy drżały. Moja radość przygasła. Nie tak ją zapamiętałam. Babcia zawsze poruszała się swobodnie; szła przed siebie sprężystym krokiem... Zbyt długo mnie tu nie było. Poczułam ból; ciągnący się od gardła po klatkę piersiową. Wreszcie obie rozluźniłyśmy uścisk.
– Przepraszam… – wydusiłam. – Przepraszam, że nie pojawiłam się tu wcześniej. Powinnam była wrócić…
– O czym ty mówisz? Przecież gdybym chciała cię tu zatrzymać, nie pozwalałabym ci wyruszyć po Wichurę, prawda?
Pokiwałam głową.
– Nie mam do ciebie żalu, Lind. Nie wezwałam cię tutaj, żeby czynić ci wyrzuty.
Przez chwilę nic nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, jak ubrać w słowa to, co czuję. Pomyślałam o listach, które zdołałyśmy wymienić od czasu mojego odejścia. Minęły całe długie lata, a ja przez cały ten czas napisałam do niej tylko jeden raz.
– Ja… To znaczy… – spróbowałam ułożyć zdanie.
– Lind... – mruknęła ciepło Babcia. –  Wystarczyło, że… – urwała i schyliła głowę. Sapnęła, zaciskając oczy.
– Boli cię coś? – spytałam zaniepokojona.
– To nic… To nic.
Wadera usiadła na podłodze. Ponownie zapadła między nami cisza. Dopiero wtedy zauważyłam, że po raz pierwszy górowałam nad nią wzrostem. Minęło kilka minut, zanim Babcia zebrała dość sił, by znów się odezwać.
– Chcesz mi coś opowiedzieć, Lind? Opowiesz mi o swoich przygodach? – Na jej pyszczek powrócił delikatny uśmiech.
– Przygodach...?
Jakoś nie brzmiało mi to na odpowiednie słowo. Jedyną "przygodą" mojego życia zdawała się być podróż po Wichurę, a nawet ona nie miała satysfakcjonującego finału.
– Nie wiem… Nie wiem nawet od czego mogę zacząć – westchnęłam.
– Powiedz mi… jak jest w twojej watasze? Dobrze ci z tymi wilkami? – spytała Babcia.
– Jestem członkiem stada, jednym z wielu. Mam tam kilku przyjaciół, ale często mam do czynienia z masą... wrednych wilków. Ale da się z nimi żyć... Jakoś.
– Jak duża to wataha?
– To dwa połączone stada; łącznie około stu wilków.
– Stu… – powtórzyła Babcia z podziwem. – Ciut więcej niż w watasze, która kiedyś była tutaj.
– Nie opowiadałaś mi o niej dużo – zauważyłam.
Pogodny wyraz zniknął z pyska mojej opiekunki. Zastąpiło go coś na kształt głębokiej powagi bądź zamyślenia.
– Uznałam, że tak będzie lepiej... Jest to historia pełna bólu i śmierci...
Spuściłam nieznacznie wzrok. Liczyłam, że któregoś dnia usłyszę więcej o stadzie, którego potomkami były wszystkie żyjące tu niegdyś wilki; Juan, Haslaye i to... bezimienne rodzeństwo.
– Ale chyba w końcu przyszedł na to czas. Chyba już obie do tego dorosłyśmy – oznajmiła nagle Babcia.
Podniosłam uszy i znów skierowałam spojrzenie na moją opiekunkę. Dałam jej wyraźnie do zrozumienia, że jestem gotowa usłyszeć tę historię.
– Stado rozpadło się przez zdradę mojego partnera – zaczęła. – Chciał przejąć władzę siłą. Doszło do starcia, w którym zabił nowego samca Alfa.
– Nie wiedziałam, że miałaś wcześniej kogoś… Ani że on…
– Nie miało to znaczenia – przerwała mi Babcia. – Ciebie, Jen, Rey’a, nawet Haslaye nie było wtedy jeszcze na świecie.
Więc to były imiona tej dwójki... Jak mogłam zapomnieć?
– Gdzie jest Jen z Ray’em? – zmieniłam na chwilę temat. – Dokąd poszli? Czemu nie zostali; jak ty i Haslaye?
– Haslaye też chciała odejść po śmierci Juana – wyjaśniła moja opiekunka.
Wtedy przypomniałam sobie, że słyszałam o tym wydarzeniu od Freeze'a. Przebiegł mnie dreszcz. Ile jeszcze czasu zostało do końca jego wyroku...? Był wtedy... grudzień...
– Jednak wróciła – kontynuowała Babcia, wyrywając mnie z nerwowego rozmyślania. – Rok później rodzeństwo wyruszyło na południe. Bez wyjaśnień, bez pożegnania. Nie widziałam ich więcej.
Dotarło do mnie wtedy, jak puste zrobiło się to miejsce. Z wilków, które kiedyś były dla mnie jak rodzina, zostały tylko te dwie wadery...
– Dlaczego wszyscy członkowie tamtej watahy odeszli? – wróciłam do kwestii dawnego stada mojej opiekunki. – Co się stało po śmierci Alfy?
– Reszta watahy nie mogła dojść do ładu… Mój partner zginął w walce, żaden nowy przywódca nie zachował władzy zbyt długo. Powstało kilka frakcji, które toczyły ze sobą prawdziwe wojny. Ostatecznie nic z tego nie wynikło. Wszystko przepadło, wszyscy stąd uciekli. Został tylko Juan ze swoją partnerką, rodzice Jen i Rey’a, ja i... i w sumie to wszyscy.
Zmarszczyłam czoło. Czegoś mi brakowało w tej historii…
– A jaką rolę ty odegrałaś w tym wszystkim?
– Żadną – westchnęła Babcia. – Nie wiedziałam, że mój partner szykował atak, a jak wszystko już ogarnął chaos… usunęłam się w cień. Nie zajęłam żadnego stanowiska. Do dziś tego żałuję… Może wszystko potoczyłoby się wtedy inaczej… Może wtedy mój…
Babcia zasłoniła pyszczek łapą. Z jej otoczonych zmarszczkami oczu popłynęło kilka łez. Bardzo zdziwił mnie tak nagły wybuch emocji; dotąd mogłoby się wydawać, że wadera miała pewien dystans do tych wydarzeń sprzed lat. Zapragnęłam jakoś wesprzeć ją słowem, ale nie wiedziałam nawet czym był ten element, który zdołał tak poruszyć moją opiekunkę.
Babcia nabrała więcej powietrza, próbując się uspokoić. Otarła oczy i spojrzała na mnie.
– Zanim cię znalazłam, Lind… Miałam własne szczenię.

<C.D.N.>

Uwagi: Pisze się raczej "wynikło", a nie "wyniknęło".

Zdobyto: 24 czerwonych⎹ 56 pomarańczowych⎹ 24 zielonych⎹ 24 niebieskich⎹ 53 granatowych⎹ 36 fioletowych⎹ 7 różowych odłamków

Od Torance "Spotkanie z dzikim" cz. 3 (cd. Wilat)


Lipiec 2026
– No spójrz na niego. Od razu widać, że jest coś nie tak – mruknęłam, wskazując ruchem głowy młodego samca. Miał szare futro, dość cienki ogon i niewielki wzrost. Był niższy nawet ode mnie. Podobno – tak samo jak Cess – był hybrydą, z tym, że on mieszał w sobie cechy wilka i kota. 
Dobrze, że Redian jeszcze się o tym nie dowiedział. Od razu pobiegłby zaczepiać nowego. 
Tak właściwie... Gdzie on teraz jest? 
Zacisnęłam ząbki, zdając sobie sprawę, że pewnie znowu błąka się po dżungli. Przysięgam, nie mam już sił do tego kocura!
– Przestań, Tor. Zdaje ci się. – As machnął łapą. – Poza tym, od kiedy tak przejmujesz się nowymi? 
– Od kiedy ty jesteś tak nieczuły? – odparowałam. Irytowało mnie zachowanie mojego partnera. Powinniśmy dbać o nowych, żeby od nas nie odchodzili. Czy to było tak trudne do zrozumienia?
– Pytałem poważnie. Nigdy nie widziałem, żebyś wyrażała takie zainteresowanie. Mam być zazdrosny? Zdradzasz mnie z jakimś nowym pół-kotem, który mógłby być twoim synem?
– Nie jestem aż tak stara – burknęłam tylko.
– Czyli jednak? A ja tak cię kocham! Co z naszymi szczeniakami?! Nie możesz tak po prostu nas zostawić!
Basior uniósł teatralnie pysk. Jego krzyk ściągnął na nas zaciekawione spojrzenia wilków z watahy. Kątem oka widziałam jak kilka z nich uśmiecha się. Na moje szczęście już chyba wszyscy byli przyzwyczajeni do takich akcji ze strony Asgrima. Gdyby nie to, nieraz wyszłabym na okropną matkę i partnerkę. 
– Przestań się wydurniać, As. Nikogo nie mam zamiaru zostawiać. Po prostu mnie to intryguje –mruknęłam i przewróciłam wymownie oczami. Nie chciałam, żeby wciągnął mnie w dyskusje na temat mojego "zdradzania".
– Nie wydurniam się – zaprzeczył od razu samiec. Przyjrzał mi się dokładnie, a ja widziałam, jak kąciki jego ust drgają. Tyle wystarczyło, żebym wiedziała, że za moment znowu powie coś głupiego. – A ty jesteś stanowczo zbyt ciekawska. Zresztą, jak zwykle.
– Co to miało znaczyć? – Zmrużyłam groźnie oczy. – Jeszcze jakbyś sam był lepszy na tym polu.
– A TO co miało znaczyć? Nie jestem ciekawski.
– Ja też nie.
Basior spojrzał na mnie – podobnie jak ja – mrużąc oczy. W końcu wyszczerzył zęby i wyciągnął łapę, żeby prawdopodobnie potargać mnie po głowie. Zrobiłam szybki unik, przez co ten stracił równowagę i upadł na piach, wzbijając w powietrze kilka jego drobinek.
– Niech ci będzie. Iść z nim pogadać? – zapytał, wstając i otrzepując sierść.
– Jednak cię to interesuje? – Uśmiechnęłam się słodko.
– Idziesz ze mną czy nie? 
Basior całkiem zignorował moje pytanie, co uznałam za jawny znak zwycięstwa. Wyszczerzyłam zęby w dumnym uśmiechu i przytaknęłam. 
Podeszliśmy do nowego, który wyglądał na trochę zagubionego, kiedy As dość mocno naruszył jego przestrzeń osobistą, pytając, czy wszystko w porządku jakby byli najlepszymi kumplami na świecie.
–  Czy wszystko w porządku? Tak... Czemu miałoby nie być? –  zapytał, a ja nie musiałam mieć żywiołu uczuć, żeby wyraźnie dostrzec w tym kłamstwo.
Westchnęłam i stanowczo odepchnęłam od niego Asgrima, który fuknął niezadowolony. Nowy wyglądał jakby już całkiem nie wiedział, co powinien zrobić. Nie dziwiłam mu się. Pewnie z jego perspektywy ta sytuacja była naprawdę pokręcona. Co też strzeliło mi do głowy, żeby do niego podchodzić? As miał rację. Nigdy wcześniej nie robiłam czegoś podobnego.
– Widzę, że jest coś nie tak. Mimo wszystko jesteśmy teraz w jednej watasze i należałoby się wzajemnie wspierać. Jeżeli stało się coś złego, możesz powiedzieć o tym nam albo komuś innemu – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Oczywiście, jeżeli nie chcesz, nie będziemy naciskać.
– Tylko pamiętaj, że pomoc proponuje ci najlepszy wilk w tej watasze. Wspaniały weteran, najcudowniejszy ze wszystkich – dodał As. W odpowiedzi posłałam mu wymowne spojrzenie oraz jedno słowo przez łączę: przestań. – No i jego partnerka. Też całkiem niezła.
Przewróciłam oczami.
– Nie słuchaj go. Zawsze gada bzdury bez większego celu.
– Nie słuchaj jej. Zawsze podcina mi skrzydła, bo jest zwyczajnie zazdrosna o moją wspaniałość.
– As...
– Dobra, dobra. To jak, nowy, co z tobą?
Wilk był jeszcze bardziej skołowany niż chwilę wcześniej. Patrzył to na mnie, to na Asa, widocznie nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć. Stłumiłam cisnące mi się na język przekleństwo. Zaczynałam żałować, że w ogóle wpadłam na pomysł zagadania do nowego. Oby tylko się nie wystraszył i uciekł już teraz.
– Nawet was nie znam – stwierdził jedynie.
– Zawsze możemy się poznać. Jestem As, a to Tori – wskazał na mnie łapą. – No, teraz ty się przedstaw.
– Wilat. 
– To jak, Wilacie, z czym masz problem i czy możemy ci jakoś pomóc? – zapytał As, nim zdążyłam go powstrzymać. Naprawdę wolałam już sobie pójść i dać spokój. To zdecydowanie nie była nasza sprawa. Czemu musiałam angażować do tego jeszcze Asa? Przecież znam go nie od dziś, powinnam wiedzieć, że jeśli wyrazi zainteresowanie, nie da nowemu spokoju.
Oblizałam nerwowo pysk, wpatrując się w Wilata. Szukałam na jego pysku znaków, które mogłyby mi podpowiedzieć, co dokładnie zamierza. Idąca od niego aura uczuć nie mówiła mi jednak wszystkiego...

<Wilat? Nie uciekaj, proszę! :D>

Zdobyto: 31 czerwonych⎹ 17 pomarańczowych⎹ 23 zielonych⎹ 48 niebieskich⎹ 46 granatowych⎹ 45 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 3


Koniec marca 2018
W domu panowała niemal absolutna cisza. Przerywał ją tylko spokojny oddech siedzącego u progu pokoju Juana. Niepewnie skierowałam łebek w tamtą stronę. Wiedziałam, że ten wilk nie zrobiłby mi krzywdy, ale i tak nie lubiłam jak Babcia mnie z nim zostawiała. Miał w sobie coś wyjątkowo nieprzyjaznego. Rey i Jen nazywali go „Wujaszkiem Juanem”, ale mnie zabroniono tak mówić. Miałam być wobec niego „szczególnie kulturarna”, cokolwiek to znaczyło.
Moja kartka była zarysowana już z obu stron. Przez chwilę nie wiedziałam, co powinnam z tym zrobić. Pomyślałam, czy nie poprosić opiekuna o nową, ale uznałam, że mam ochotę na jakieś inne zajęcie. Tylko… jak to „kulturarnie” powiedzieć? Omiotłam wzrokiem sylwetkę Juana. Nawet z tej odległości wydawał mi się być olbrzymem. Na pewno był znacznie wyższy od mojej Babci…
– Co jest, Lind? Nie mówili ci,  że niegrzecznie jest się gapić? – rzucił wilk, odsłaniając kilka kłów.
Drgnęłam przestraszona. Chyba właśnie zrobiłam coś „nie-kulturarnego”!
– Spokojnie, przecież żartuję – dodał Juan. –  Patrz sobie, ile chcesz, jesteś u siebie w domu.
Może jednak będę dalej rysować – pomyślałam. Wyglądało to na bezpieczniejszą opcję; jeśli tylko znajdę gdzieś tutaj więcej papieru, nie będę musiała zaczepiać Juana. Rozejrzałam się dookoła. Nigdzie nie wypatrzyłam nawet kawałka samotnej kartki. Na stoliku i najwyższych półkach regału leżało kilka książek, ale mnie nie wolno było w nich rysować. Nie rozumiałam, czemu Babcia mogła po nich kreślić, ile chciała.

Na koniec spojrzałam na swoje łóżko. Dawno nie sprawdzałam, co jest pod nim. Może leży tam kilka kartek?
Wczołgałam się w ciemną przestrzeń między ramą, a podłogą. Czułam pod łapkami kłęby kurzu. Podczas węszenia niechcący wciągnęłam kilka z nich nosem. Kichnęłam.
– Co ty tam robisz? – usłyszałam.
Spięłam się i zaczęłam czym prędzej przeciskać dalej. Jakby dotarcie tą drogą do ściany miało mnie ukryć przed opiekunem. To oczywiście nie dało oczekiwanych efektów; ktoś złapał mnie za ogon i zaczął ciągnąć ku światłu. Wyciągnęłam łapki przed siebie. Moje pazury znalazły oparcie, ale nie na długo. Tajemnicza odstająca deseczka wkrótce ugięła się. Zostałam wyciągnięta z powrotem na dywanik.
- Uch, jak ty wyglądasz – mruknął Juan na mój widok. Spróbował ściągnąć kurz z mojego pyszczka. – Czego szukałaś pod łóżkiem?
Milczałam. Do tamtego momentu zapomniałam już zupełnie, o co mi chodziło. Pokazałam łapką w kierunku ciemnej jamy, żeby nie zostawić pytania bez odpowiedzi. Wilk odsunął mnie jeszcze dalej i sam zajrzał pod łóżko. Po chwili wsunął tam cały łeb i przednie łapy. Chyba coś znalazł. Usłyszałam charakterystyczny szelest. Kartki!
Zapiszczałam radośnie i zaczęłam skakać dookoła Juana w oczekiwaniu na papier do rysowania. Wilk wreszcie się wyprostował. Wtem ujrzałam, że odnalezione przez niego kartki były już zabazgrane. Przestałam skakać i usiadłam na podłodze. Ten dzień jest do kitu! – pomyślałam.
Juan zamruczał pod nosem:
– Więc nie spaliła wszystkiego… – Obrócił stronę i zaczął się przyglądać dziwnie równym liniom czarnych bazgrołów. Co to w ogóle miało przedstawiać?
– Jestem głodna! – zapiszczałam.
Juan nawet na mnie nie spojrzał. Wykazał dziwne zainteresowanie tymi wymiętymi stronami.
– Głodna!
– Już, już… – mruknął Juan, ale nie poruszył się. Dalej wodził wzrokiem po bazgrołach. Robiłam się coraz bardziej zła.
– JEŚĆ!!!
– Dobrze, już dobrze – westchnął mój opiekun. Całe szczęście, że wieczorem utraci ten tytuł, jak tylko wróci Babcia.
Juan odłożył kartki na ziemię. Wówczas mojego nosa dobiegł ich zapach. Nie pachniały mną, ani Babcią. A przecież tylko my dwie tu mieszkamy! Zjeżyłam się.

Luty 2024
Podeszłam do lekko poruszanych przez wiatr drzwi. Ciekawe kto zapomniał zamknąć je za sobą. Niepewnie wsunęłam głowę do głównego pomieszczenia. Otworzyłam pyszczek na widok wnętrza domu. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętałam. To jest, prawie… regały, które kojarzyłam jako niewyobrażalnie wysokie, nie prezentowały się już tak potężnie. Stół, po którym kiedyś skakałam, był o wiele niższy; kiedyś wdrapanie się na ten blat uważałam za wyczyn. Inaczej prezentowały się również kolory tego otoczenia. Obrazy w mojej głowie były przesycone wyrazistymi barwami; tymczasem przed moimi oczami stały głównie matowe odcienie; miejscami podchodzące pod szarość.
- Lind! – usłyszałam nagle.
Z korytarza wynurzyła się wilcza postać. Wadera smukła i zgrabna, ale widocznie mająca najlepsze lata już za sobą. Była to Haslaye; córka starego Juana. Ta sama wilczyca, która wezwała mnie tu za pomocą zamkniętego w kamieniu zaklęcia. Znajomy widok sprawił, że zrobiło mi się ciepło w środku. Nie wiedziałam jednak, jak powinnam się wobec niej zachować. Chociaż mieszkała tuż obok nas, nigdy nie byłyśmy blisko. Tak naprawdę widywałam ją tylko na tych rzadkich wspólnych polowaniach. Nie było szans, że się zaprzyjaźnimy; okolicę opuściłam tuż przed osiągnięciem wieku dorosłego, więc zawsze byłam dla niej byle maluchem.
– Haslaye – mruknęłam.
Wadera zawiesiła wzrok na dziwnie ubranym czymś, co siedziało na moim grzbiecie. Po paru sekundach domyśliła się jednak, że to mój towarzysz.
– Idźcie do niej – westchnęła wilczyca. – Korytarzem w lewo.
– Pamiętam drogę, przecież tu mieszkałam – powiedziałam, mijając ją.
– Ale odeszłaś lata temu.
W jej głosie było coś wyjątkowo ciężkiego. Czy mogła mieć do mnie osobiste pretensje o to, jak postąpiłam?
Wadera zniknęła w kuchni. Natomiast ja znów poczułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej i gardle. Zaczęłam się autentycznie obawiać spotkania z moją opiekunką. To Haslaye mnie wezwała, może Babcia wcale nie chce mnie widzieć. Co ja jej wtedy powiem?
- Pierzasta… idziemy.
Ocknęłam się z nerwowego amoku. Podskoczyłam, wykręcając tułów, by zrzucić odmieńca z grzbietu. Był tym ruchem tak zaskoczony, że nie zdążył schwycić szponami mojej sierści. Zdołał tylko upewnić się, że wyląduje na łapach.
– Teraz możemy iść – rzuciłam sucho.
Ruszyłam w stronę wskazanego przez Haslaye korytarza. Wsłuchiwałam się w każde skrzypnięcie deski pod moimi łapami. Było w tym coś dziwnie fascynującego. Zastanawiałam się, czy to drewno tak skrzypiało, czy może dopiero dziś zwracam na to uwagę.
Ile konkretnie lat minęło? Och, przecież przez większość czasu spędzonego poza domem nie umiałam nawet liczyć. Powinnam była zrobić cokolwiek, by skutecznie śledzić bieg czasu; nie żyć tylko od wschodu do zachodu… od patrolu do patrolu… od śniadania do kolacji…

Ciekawe, czy Freeze nauczyłby mnie liczyć wcześniej, gdyby wrócił do tej chaty jeszcze jeden raz. Na pewno tutaj mielibyśmy przyjemniejszą atmosferę. Przed oczami stanęła mi cela więzienna. Zatrzymałam się i zamruczałam cicho. Zaczęłam intensywnie mrugać. Tak bardzo nie chciałam tego wspominać.  

– Co się dzieje, Pierzasta?
– Nic.
Podeszłam szybko do drzwi. Położyłam łapę na klamce, jednak znów się zawahałam. Chyba trwałam w tej pozycji odrobinę zbyt długo; Ting trącił mnie w bok.
– Nie rób tak – warknęłam, spoglądając na towarzysza.
– Albo wchodzimy, albo nie – podsumował.
– Pójdę do niej sama. Ty czekasz tutaj. Bez dyskusji.
Odmieniec odsunął się od drzwi; chyba po raz pierwszy zamierzał mnie posłuchać. Widząc to, prawie się uśmiechnęłam.

<C.D.N.>

Zdobyto: 42 czerwonych⎹ 78 pomarańczowych⎹ 72 zielonych⎹ 28 niebieskich⎹ 24 granatowych⎹ 65 fioletowych⎹ 14 różowych odłamków