wtorek, 23 czerwca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 8


Luty 2024
– Jak się czujesz, kochana? – spytała Babcia.
To pytanie wydawało się brzmieć nieco dziwnie w naszej sytuacji. To ona była ciężko chora, nie ja. Jednak jej zachowanie tłumaczyła rola, którą dobrowolnie przyjęła dawno temu; rola mojego jedynego rodzica. Oczywistym więc było, że martwiła się o samopoczucie podopiecznej. 
– Lepiej... lepiej – odparłam szczerze.
Nadal czułam na sercu nieprzyjemny ucisk, lecz największe negatywne emocje powoli znikały. Niestety jednocześnie zaczynała ogarniać mnie pewna forma zmęczenia.
– Stary Juan kiedyś powiedział, że emocje są bardzo produktywne... – wspomniałam słowa nieżyjącego już ojca Haslaye.
– "B y w a j ą bardzo produktywne" – poprawiła mnie starsza wadera. – Juan mawiał różne rzeczy... Jednak trzeba uważać, żeby nie wyciągać jego słów poza kontekst. Emocje motywują, ale również spychają myślenie na dalszy plan. To najgorszy element – Spojrzała na mnie. – Och, przepraszam... Znów prawię ci morały.
– Od tego jest rodzic w końcu – odparłam, zdobywając się na krzywy uśmiech. Nie utrzymał się on jednak na moim pyszczku zbyt długo – Jak ty to robisz, Babciu? Jakim cudem... nie gniewasz się na Tinga?
– Lind... to nie jest tak, że nie odczuwam gniewu. Kluczowe jest raczej uczenie się kontrolowania go. Zwłaszcza wtedy, kiedy jest skierowany nie na tę osobę, co trzeba.
– Aha...
– To przychodzi z czasem, nauczysz się jeszcze tego – zapewniła Babcia.
– Ech... Powinnam była nauczyć się tego wcześniej. Nie jestem już taka młoda – pomyślałam o moich przyjaciołach, którzy już mają własne szczenięta.
– A ja to niby jestem? – zaśmiała się starsza wilczyca.
Bardzo cieszył mnie fakt, że mimo wszystko Babcia była skora do żartów. Ja nie miałam ochoty na takie rzeczy.
– Gdzie jest Strażnik? – spytała moja opiekunka, wracając do poważniejszego tonu.
– Ma na imię Ting. Nazywajmy go po imieniu – powiedziałam z naciskiem.
– Więc... gdzie jest Ting?
– W głównej izbie. – Skinęłam głową w stronę drzwi. – Powiedział, że zagra z Haslaye w karty.
– Przecież ona nie umie grać.
– Ting ją nauczy – odparłam.
Babcia znów uśmiechnęła się szeroko. Tymczasem ja podniosłam uszy, by sprawdzić, czy tam za ścianą mój towarzysz nadal próbuje wyjaśnić Haslaye, jak odróżnić siódemkę od ósemki. Okazało się, że to już opanowała. Teraz stanęli na odróżnieniu dziewiątki od szóstki. Słysząc głos Tinga, znów poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie potrafiłam przestać wspominać tę straszną rewelację sprzed kilku godzin.
– Czy wzięliście ze sobą Wichurę Płomieni? – kontynuowała Babcia. Po raz kolejny jej słowa skutecznie sprowadziły mnie na ziemię.
– O...oczywiście.
– Mogę ją zobaczyć?
Spojrzałam w róg pokoju; nadal leżał tam plecak Tinga. Podeszłam do manatków mojego towarzysza i zaczęłam je przeglądać. Miałam szczerą nadzieję, że nie okaże się, iż instynkty obronne odmieńca są wciąż tak silne. Lata temu przydusił mnie do ziemi, ponieważ jakiś patyk obił się o jego ukochany słoik.
Podniosłam uszy. Z ulgą odkryłam, że Ting wciąż zajmował się Haslaye w drugim pokoju. Wreszcie znalazłam interesujący mnie przedmiot. Odwinęłam skrawek materiału zabezpieczający Wichurę i wróciłam z nią do łóżka Babci.
– Wygląda tak niepozornie – Moja opiekunka dotknęła szklanego naczynia. – Jest piękna.
– Nawet w kominku jest więcej ognia, niż tutaj – mruknęłam.
– Co masz na myśli, Lind?
Odstawiłam słoik na ziemi. 
– Nie rozumiem, czemu to coś jest opisywane jako POTĘŻNY ARTEFAKT – Trąciłam ogonem temat naszej rozmowy. – Wichura nigdy mi się do niczego nie przydała. Może szczenięta z watahy mają rację, że nazywają to "ognistym dżemikiem". Ta nazwa bardziej pasuje.
– Och, maluchy zawsze wynajdują kreatywne nazwy...
Westchnęłam głośno.
– Ale nie jest tak? – mruknęłam. – Co ten płomyczek może zrobić?
Babcia podniosła się nieco z łóżka.
– Nie wstawaj! – rzuciłam. – Haslaye mówiła, że masz leżeć!
– Widziałaś, jak Ting zionie ogniem? – Babcia puściła moje słowa mimo uszu.
– Tak, ale co to ma do...
– Ten ogień pochodzi bezpośrednio z Wichury – dokończyła myśl.
Oniemiałam.
– J...jak? Skąd ty to wiesz?
– Podczas swoich podróży dowiedziałam się kilku rzeczy – Wadera usiadła na łóżku. – Odmieńce same z siebie nie potrafią używać magii. Broń Strażników jest powiązana z chronionymi artefaktami. 
Spuściłam wzrok na stojące nieopodal szklane naczynie. Płomyk wciąż tańczył beztrosko pośród niczego; tak samo jak w dniu, w którym go zdobyłam.
Ten artefakt miał być trofeum mojej wielkiej wyprawy. Potem już tylko tracił dla mnie znaczenie.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 3 pomarańczowych⎹ 30 zielonych⎹ 0 niebieskich⎹ 6 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


Od Yvara "Broń się" cz. 2


Październik 2025
– Prawie wszystkie postawy opierają się na delikatnym ugięciu łap. Czy któryś z was wie, dlaczego ten element jest tak ważny? – zapytała Navri, patrząc na trójkę maluchów. Yvar zauważył, że Arrow musiał powstrzymać się od odpowiedzi. Pewnie była dla niego aż zbyt oczywista.
– Tak... Dla zasady? – zaryzykował Kaiju.
Yvar powstrzymał ciche prychnięcie śmiechem. Nic nigdy nie było tylko dla zasady. Wszystko miało swoje powody. Na przykład... Nie był głodny, bo zjadł na obiad żółwia. Piasek był ciepły, bo świeciło słońce. Prościzna! Jak Kaiju mógł o tym nie wiedzieć?
Nauczycielka pokręciła głową.
– Pomyśl logicznie.
– Proszę pani, ale ja już byłem dzisiaj na logice... Mnie już wystarczy, naprawdę!
Yv zmarszczył brwi, dostrzegając jego kłamstwo. Szczeniak nie był tego dnia na żadnej lekcji. Widział go przecież, kiedy bawił się z Emeraldem i Eunice. W tym samym czasie Morgan i Nikaella siedzieli razem na logice. Raczej wątpił, żeby Kaiju w ramach zadania z logiki miał się świetnie bawić ze swoimi przyjaciółmi.
Przez moment chciał go wydać. Już nawet otwierał pyszczek, ale szybko go zamknął. Wolał nie podpadać innym szczeniakom jeszcze bardziej. Poza tym Kaiju – choć całkiem przystojny – nie budził większego zainteresowania Yngvi. Nie był jego rywalem, więc nie powinien tracić na niego sił.
– Mogę ja powiedzieć? – zapytał zamiast tego. Navri udzieliła mu pozwolenia skinięciem głowy. – Kiedy ma się ugięte łapy, można od razu zrobić unik lub odpowiedzieć atakiem. Przecież to oczywiste dla każdego, kto kiedykolwiek bawił się w zapasy.
– Bardzo dobrze, Yvarze. Musisz jednak mieć na uwadze, że niektórzy robią pewne rzeczy instynktownie.
– Co to znaczy instynktownie? – wtrącił Morgan.
– Bez zastanawiania się. Wilki instynktownie robią pewne rzeczy, żeby móc przetrwać. Tak jest także w chwili, kiedy widzimy, że ktoś szykuje się do zaatakowania nas – wyjaśniła pani Navri. W przeciwieństwie do cioci Yuki nie wyglądała na zirytowaną przez przerwanie jej. A przynajmniej nie na bardziej zirytowaną niż zwykle; jej pyszczek wyglądał tak, jakby cały czas była zdenerwowana.
Morgan mruknął coś na znak, że przyjął to do wiadomości.
– W takim razie jestem lepszy, bo ja o tym nigdy nie pomyślałem – stwierdził Kaiju, uśmiechając się dumnie.
– W takim razie po prostu nie myślisz – poprawił go Yvar. – Można mieć wiedzę i instynktowność.
– Instynkt – wtrącił Arrow, nim Kaiju zdążył odpowiedzieć na zaczepkę. Wszystkie szczeniaki spojrzały na niego zaskoczone. Żadne z nich nie spodziewało się, że ten cokolwiek powie. Poza tym basior miał bardzo niski głos. Yvar jeszcze nigdy nie słyszał samca z chociażby podobnym. To również budziło pewne zainteresowanie. – Mówi się instynkt – dodał po chwili.
Yvar poczuł przez moment wstyd. Chciał tak bardzo zaimponować basiorkowi, zakolegować się z nim... A niemal od razu popełnił jakiś błąd. Teraz już na pewno nie będzie chciał się z nim zaprzyjaźnić, bo pewnie twierdził, że Yvar jest po prostu głupi!
Z zamyślenia wyrwało go odchrząknięcie Navri, która próbowała ponownie zwrócić na siebie uwagę szczeniaków. Minęła dobra chwila nim wszyscy na nią spojrzeli.
– Świetnie, że zdołaliśmy już ustalić, dlaczego jest to tak ważne. Przybierzcie teraz postawy, które przybralibyście w chwili, gdyby ktoś szykowałby się właśnie do ataku na was – poleciła.
– A to nie pani miała nam je pokazać? – zapytał Kaiju.
– Najpierw wolałabym, żebyście pokazali mi te, z których korzystacie przy zabawie.
Jej głos stał się o chłodniejszy. Yvar miał wrażenie, że chyba każdy nauczyciel miał taki lodowaty ton. Ciekawiło go, czy tata też zwracał się z pomocą takiego do swoich uczniów. Powątpiewał w to. Nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. Tata był zbyt... Tatą. Raczej nie umiałby być tak oschły wobec szczeniaków.

<c.d.n.>

Zdobyto: 20 czerwonych⎹ 16 pomarańczowych⎹ 3 zielonych⎹ 12 niebieskich⎹ 28 granatowych⎹ 8 fioletowych⎹ 4 różowych odłamków

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Od Naidy „Mistrzowie kuchni” cz. 8


Maj 2026 r.
Sino pożegnała się z przyjaciółmi i rzucając im znaczące spojrzenia, udała się w tylko jej znanym kierunku. Naida była prawie pewna, że przechodząc obok niej, waderka wymamrotała coś o dobrym całowaniu się.
– No to zostaliśmy sami – stwierdził Theo, gdy tylko Sino zniknęła im z oczu.
– Mhm... – Naida spojrzała na niego niepewnie. – To co robimy?
– Idziemy na randkę.
– Teraz? Nawet nie zdążyłam się uczesać i umyć!
– Przecież ty chyba nigdy się nie czeszesz, prawda? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
Naida spojrzała na swoje potargane futerko. Rzeczywiście, rzadko kiedy zdarzało jej się uczesać. Jakoś nigdy nie myślała, aby taka czynność miała się jej na coś przydać, jednak teraz poczuła wstyd na myśl, że zawsze wygląda tak, jakby dopiero co spadła z drzewa.
– To tylko strata czasu... Ale na randce każdy powinien wyglądać ładnie.
– Ale po co? Ja lubię, jak wyglądasz tak jak teraz!
– Mówisz tak tylko dlatego, że nie chcesz mnie urazić! – stwierdziła.
– Mówię tak, bo lubię, gdy jesteś sobą, a nie uczesaną i ładną – zaczął się tłumaczyć.
Naida spojrzała na niego uważnie. Ze zdziwieniem zauważyła, że basiorek wygląda na spiętego. Szturchnęła go lekko łapą i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. Nie chciała, aby ten miły basiorek stresował się z jej powodu.
– To jakie mamy plany? Idziemy gdzieś?
Theo spojrzał na nią z błyskiem w oku. Naida zaśmiała się na ten widok i mimowolnie zaczęła merdać ogonem. Była ciekawa, co zamierzał zrobić. Może zabierze ją na jakiś romantyczny spacer w świetle gwiazd? Waderka spojrzała w niebo i przymrużyła oczy w słońcu. O gwiazdy będzie teraz ciężko, więc musieliby strasznie długo czekać.
– Nie jesteś głodna?
Wadera spojrzała na niego zaciekawiona. Basiorek ruszył w stronę morza, a Naida podążyła za nim bez słowa. Dotarli w końcu do samego brzegu i waderka poczuła się lekko zagubiona. Nie była pewna, o co chodziło Theo z jedzeniem. Nie widziała tu nic, co nadawałoby się do spożycia. Spojrzała na wodę i na samą myśl, że basiorek będzie jej kazał zapolować na jakieś ryby, poczuła straszne zmęczenie.
– Będziemy coś łapać? – jęknęła.
– Nie musisz się bać. Nie będziemy nic łowić – zaśmiał się.
– W takim razie co tu robimy?
Theo nie odpowiedział. Szedł powoli wzdłuż brzegu, mamrocząc coś cicho pod nosem. Spoglądał co chwilę na pobliskie palmy i z niezadowoleniem kręcił głową. Naida podeszła do niego, starając się rozszyfrować jego słowa.
– Nie... Ta też nie... Za krzywa... A ta...?
– Na co patrzysz? – zapytała lekko zniecierpliwiona.
– Jak pobiegłem po te liście... Nie ta też nie... Więc, jak je zbierałem, to wpadłem na pewien pomysł. Zapytałem Mortiego, czy nie chciałby czegoś dla mnie zrobić – Theo zatrzymał się nagle, spojrzał na kolejne drzewo i z niezadowoleniem ponownie ruszył przed siebie. – Zgodził się, ale w zamian mam mu oddać jedną z moich koszulek. Jak na złość, jedną z tych ładniejszych! Mam nadzieję, że nie będzie na niego pasować i mi ją zwróci...
Naida spojrzała na niego zdziwiona. Prawie zapomniała, że Theo umie zmieniać się w człowieka. Jednak nadal nie rozumiała, o co może mu chodzić.
– Jest! – zawołał radośnie.
– Co jest?
– Ta palma – wskazał łapą palmę, która praktycznie identyczna, co reszta miniętych przez nich drzew. – Kazałem Mortiemu zakopać tu potrzebne rzeczy. Będą oznaczone dużym znakiem x...
Naida zaczęła rozglądać się po plaży, szukając jakichś znaków. W pewnym momencie dostrzegła narysowany niezdarnie „X”, który znajdował przy samym brzegu. Waderka zaśmiała się radośnie i podskoczyła podekscytowana.
– Jest! – pisnęła.
Theo podbiegł do niej i zaczął kopać. Naida chciała mu pomóc, ale łapy nadal bolały ją od siedzenia na drzewie. Obserwowała więc tylko, jak basiorek z zaangażowaniem przekopuje plażę i wyciąga z piasku jakiś pakunek. Waderka przyjrzała się uważnie wykopanemu przez Theo przedmiotowi. Pakunek zrobiony był z jakiegoś materiału i miał wielkość porównywalną do jej głowy.
– Co to?
– Zaraz się dowiesz!
Naida oglądała z zainteresowaniem, jak Theo starannie otwierał zawiniątko i ostrożnie rozkładał wszystko na plaży. Nim się obejrzała, leżał przed nią rozłożony koc z ułożonymi na nim dwoma rybami. Naida patrzyła na to z zachwytem.
– Podoba ci się? – zapytał niepewnie basiorek.
– Jest wspaniałe! Postarałeś się!
Theo wyglądał, jakby miał zaraz skakać z radości. Usiadł wygodnie na kocyku i poklepał miejsce obok, dając Naidzie znak, aby do niego dołączyła. Waderka wskoczyła na miękki materiał i przymknęła oczy, wsłuchując się w odgłosy fal.
– Wiedziałem, że lubisz wodę, więc wybrałem miejsce blisko brzegu...
Naida milczała, skupiając się na jego słowach. To było bardzo miłe z jego strony. Poczuła ciepło na sercu, myśląc o tym, jak bardzo starał się, aby ta randka była udana. Zastanawiała się, dlaczego wcześniej nie zwracała na niego uwagi. Zrobiło jej się głupio, że przez tak długi czas nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo ten basiorek starał się jej przypodobać. W czasie, gdy ona latała za Mortim z nadzieją na coś więcej, on stał z boku i cierpliwie czekał.
– Zjemy? – przerwał ciszę Theo.
– Tak, jasne!
Przysunęli do siebie leżące na kocu ryby i rozpoczęli swoją małą ucztę. Theo zerkał na waderkę co jakiś czas, jakby chciał się upewnić czy aby na pewno jej smakuje. Naida przeżuwała jednak z zadowoleniem i rozkoszowała się ciszą i spokojem panującym wokół. Wydawało jej się, że Theo specjalnie wybrał miejsce mniej uczęszczane przez watahę. Nie narzekała jednak, ponieważ taka cisza była miłą odmianą.
– Byłeś już kiedyś na randce? – zapytała z ciekawości.
– Nie. To mój pierwszy raz... A ty? Byłaś już na jakiejś?
– Nie przypominam sobie. Jakoś chyba nikt nigdy mnie na żadną nie zaprosił.
– Ja ciebie zaprosiłem! – przypomniał Theo.
– Fakt. Zaprosiłeś mnie jako pierwszy!
– I mam nadzieję, że nie żałujesz, że się zgodziłaś...
Naida spojrzała na basiorka z uśmiechem. Załatwił dla niej przepyszne jedzenie, miękki kocyk, ciszę i szum fal. Czego mogła chcieć więcej? Dokończyła swoją rybę i nie do końca będąc pewną, jak basiorek zareaguje na taki gest, oparła głowę na jego ramieniu. Theo spiął się trochę, niepewien co się właśnie dzieje. Spojrzał na waderkę kątem oka i wstrzymał oddech. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jak oddychać i rozluźnił się nieco, spoglądając na horyzont.
– Ładnie tu – stwierdziła po chwili wadera. – Musimy częściej to robić.
– Cz-częściej?
– Tak, przyjemnie tu i jedzenie dobre. Nawet ta cisza jest dziwnie uspokajająca, chociaż zazwyczaj wolę jak coś się dzieje.
Theo zaśmiał się i spojrzał na nią rozbawiony. Naida nie widziała w swojej wypowiedzi nic śmiesznego, jednak słysząc jego wesoły śmiech, sama także zaczęła się cicho śmiać. Siedzieli tak jeszcze przez dłuższy czas, rozmawiając na najróżniejsze tematy. Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, kiedy udało im się sprzątnąć cały bałagan jaki zostawili. Naidę zasmuciła informacja, że nie mogą zostać na dłużej. Z początku wcale nie chciała wracać, jednak gdy Theo zaczął jej wypominać, że dorośli będą ich szukać, niechętnie zgodziła się na powrót. Szli przy samym brzegu, obserwując fale, które co jakiś czas dosięgały ich łap. Piszczeli wtedy jednocześnie, czując przeszywający ich chłód. Słońce świeciło coraz słabiej, więc woda stawała się coraz zimniejsza. Byli już niedaleko watahy, gdy Theo zatrzymał się i wpatrzył uważnie w fale.
– O co chodzi? – zapytała zaciekawiona waderka.
– Poczekaj tu, chyba coś widzę...
Basiorek wszedł powoli do wody. Trząsł się, gdy woda dosięgła mu do brzucha, jednak zaciskał zęby i w ciszy szukał zauważonego wcześniej przedmiotu. Naida rzuciła niesiony przez nią koc i pobiegła do niego. Pisnęła, gdy jedna z większych fal zamoczyła jej futerko.
– Czego szukamy?
– Widziałem tu małże i pomyślałem... Może byłaby tam perła?
Naida kiwnęła głową ze zrozumieniem i zaczęła szukać jakiś gładkich kształtów na tle piasku. Było to dość trudne, ponieważ woda była teraz znaczne ciemniejsza niż po południu. Kilka razy wydawało się jej, że znalazła poszukiwany przedmiot, jednak za każdym razem okazywało się, że był to tylko zwykły kamień. W pewnym momencie usłyszała triumfalny okrzyk.
– Znalazłem! – zawołał Theo i pobiegł na brzeg.
Naida ruszyła za nim cała podekscytowana. Usiadła naprzeciwko basiorka i obserwowała, jak ten ze skupieniem otwiera małże. Nie widziała, co było w środku, jednak gdy tylko Theo wyszczerzył się do niej zadowolony, wiedziała już, że znaleźli perłę. Basiorek wyciągnął ją ostrożnie i położył przed Naidą.
– To dla ciebie! Abyś już zawsze pamiętała o tej randce.
Waderka spojrzała na prezent z niedowierzaniem. Perła była idealnie gładka i błyszcząca. Wyglądała na coś delikatnego, choć przecież była bardzo twarda.
– Dziękuję – wymamrotała ze wzruszeniem.
– Naida...?
– Tak?
– My teraz ze sobą chodzimy? – Theo wyglądał na lekko zawstydzonego.
Naida zaśmiała się i spojrzała ponownie na perłę. Theo był dla niej taki dobry i romantyczny. Dlaczego miałaby się nie zgodzić? Nie było sensu uganiać się za Mortim, zresztą, chyba już jej przeszła ta cała wielka miłość do tego basiorka. Przy Theo czuła się bezpiecznie i jakby spokojniej niż przy kimkolwiek innym. Z nim nie musiała się o nic kłócić i zawsze mogła liczyć na jego pomoc.
– Na to wygląda – zaśmiała się. – Wracajmy do watahy. Pewnie już nas szukają!

Uwagi: brak.

Zdobyto: 107 czerwonych⎹ 43 pomarańczowych⎹ 87 zielonych⎹ 65 niebieskich⎹ 100 granatowych⎹ 76 fioletowych⎹ 37 różowych odłamków

niedziela, 21 czerwca 2020

Od Ismanise "Zapomnieli o mnie" cz. 3

Lipiec 2026 r.
– Może reszta ma coś do dodania? Pytania, cokolwiek? – Gerrant zwrócił się do reszty szczeniaków.
– Co z materią? – zapytała Isa. Mimo wszystko chciała mieć dobrą ocenę na koniec, więc musiała choć udawać zainteresowanie.
– Dobre pytanie. Pewnie pytasz, bo twoja mama taki ma... – Zrobił pauzę na zebranie ponownie kartek na kupkę – Co do materii też jest wiele możliwości. Jeśli mówimy o zdolnościach magicznych pani Navri, sądzę że byłyby one defensywne. Jest w stanie niwelować obrażenia, teleportować się, a także zmieniać pewne obiekty. Znam jednak sytuacje, kiedy materia bywała bardziej kurująca niż defensywna. Być może Navri nie zna jeszcze pełni możliwości lub zwyczajnie nie czuła potrzeby testowania swoich zdolności bardziej, ale nie wątpię, że prawdopodobnie mogłaby też leczyć...
Isa zmarszczyła brwi.
– Czyli to by pozbawiło nas potrzeby posiadania lekarzy...?
– Kto wie – Gerrant wzruszył ramionami.
Kilka szczeniaków wyglądało na oburzonych. Isa dość obcesowo uśmiechnęła się do siebie.
– Nie chcielibyście tego? – Gerrant zwrócił się do szczeniąt.
– Ja... chciałabym być lekarką – powiedziała cichutko Nikaella. Isa aż zacmokała. Na jej szczęście Gerrant tego nie usłyszał.
– Rozumiem. Z powołaniem się nie walczy – Gerrant poklepał ją po głowie. W Isie aż coś się skręciło. Też chciałaby być tak wspierana. Z tym, że... nadal nie wiedziała co chciałaby robić. Nie czuła się powołana do niczego.
– Jak poznać swoje przeznaczenie? – zapytała Isa. Gerrant się zastanowił.
– Sądzę, że każdy ma coś, co kocha robić. Wystarczy, że pójdziesz w tym kierunku.
Isa zmrużyła oczy. Nie była usatysfakcjonowana.
– Co jeśli ja nic takiego nie mam?
– Musisz w takim razie szukać. Możemy spróbować ci w tym pomóc.
– My?
– Nauczyciele.
Isa parsknęła cichym śmiechem. Jasny basiorek i Nikaella aż opuścili uszy.
– Wątpię.
– Jeśli się zastanowisz nad tym i jednak będziesz potrzebować, pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć. Damy z siebie wszystko, abyś poznała swoją pasję.
Isa wywróciła oczami.
– Po prostu niech pan już wraca do lekcji.
Gerrant odchrząknął. Nadal zerkał na Isę, ale (ku jej zadowoleniu) darował sobie rzucanie jakimikolwiek komentarzami pod jej adresem.
 – Kto z was już poznał swój żywioł?
Isa w tamtym momencie pożałowała, że nie było tam Infinite. Mógłby rozpocząć swój wykład na temat jego zdolności... Ku jej własnemu zdumieniu, uświadomiła sobie, że trochę za nim tęskni. Nie mogła namówić ani jego, ani jego rodziców na podróż do Białego Królestwa. Czasem miała wrażenie, że Infinite był na nią zbyt grzeczny...
– A ty, Ismanise?
Isa otrząsnęła się jak z transu. Popatrzyła to na Gerranta, to na losowego szczeniaka. Jej wzrok błagał o pomoc.
– Pytałem, czy poznałaś swoją moc.
– Ja? – Zaśmiała się nerwowo – Nie. Czemu miałabym?
Gerrant wyglądał na zasmuconego.
– No dobrze. Szkoda. W takim razie życzę, żebyś szybko ją poznała.
Isa zmarszczyła brwi. Czemu miałoby to być coś złego?
Wtedy zauważyła, że basiorek o jasnym futerku bardzo intensywnie się w nią wpatrywał.

<C.D.N.>

Zdobyto: 15 czerwonych⎹ 13 pomarańczowych⎹ 22 zielonych⎹ 7 niebieskich⎹ 29 granatowych⎹ 2 fioletowych⎹ 9 różowych odłamków

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 7


Luty 2024
Zacisnęłam powieki. Nie usłyszałam kolejnych kroków. Odmieniec nie wszedł do izby; mój niemy nakaz został spełniony. Czemu wcześniej było to dla niego takie trudne?! Znów usłyszałam nerwowe pulsowanie własnej krwi.
Spróbowałam uciec myślami od tego, co miało miejsce w pokoju obok, ale nie umiałam. Mój umysł uporczywie przypominał mi o winie Strażnika Wichury; przypominał, iż ten konkretny odmieniec odebrał mojej opiekunce szczenię! Jedyne szczenię!
Byłam podwójnie wściekła przez to, że nikt nie dzielił moich poglądów w zaistniałej sytuacji. Babcia wyraziła się jasno; nie mamy prawa go karać. Więc Zasady Strażników usprawiedliwiają wszystko? To ma nam wystarczyć?!
Słowo "Strażnik" dotychczas kojarzyło mi się pozytywnie; z wiernym towarzyszem podróży. Teraz jednak oznaczało ono kogoś niebezpiecznego i okrutnego. Westchnęłam ciężko. Ta myśl naprawdę mnie bolała. To jakby mój towarzysz... przestał być moim towarzyszem. Stał się... kim on się dla mnie stał? Jak to w ogóle możliwe, że zabiorę stąd kogoś innego, niż tu sprowadziłam?
Wkrótce wróciła Haslaye, żeby zagotować nad ogniem kolejną porcję wody. Widać potrzebowała jej więcej do tego, czym się teraz zajmowała. Wilczyca poprosiła mnie, żebym zrobiła jej trochę miejsca przy kominku, ale nic poza tym. Nie próbowała nawiązać dłuższej rozmowy; obie wiedziałyśmy, że nie mamy wspólnych tematów. Nie mogłabym też dyskutować z nią o tym, co zaszło. Z jej zachowania wywnioskowałam, że nie chciała mieszać się w nasze sprawy.
Wilczyca wróciła do swoich zajęć w innym pomieszczeniu. Natomiast ja spróbowałam skupić całą uwagę na tańczącym w kominku ogniu. Liczyłam, że to pozwoli mi chociaż odrobinę się uspokoić. Ta strategia podziałała. Z upływem czasu moje serce zwolniło, oddech również. Zdołałam też rozgonić wicher, który wcześniej nieświadomie sprowadziłam. Żal i wściekłość nie odchodziły, ale przynajmniej przestały mną targać.
Dokończyłam rumianek. Wtedy ponownie usłyszałam kroki odmieńca. Jeszcze raz nakazałam mu w myślach pozostanie z dala ode mnie. Teraz już nie posłuchał. Głośniejsze skrzypnięcie desek pod łapami Strażnika świadczyło, że stanął już w izbie. Zacisnęłam zęby; nie odwracałam się od kominka. Tymczasem odmieniec przycupnął tuż obok mnie.
– Pierzasta?
Nie odpowiadałam; jedynie czekałam, aż odejdzie. To nie nastąpiło. Wkrótce Strażnik Wichury znów się odezwał:
– Coś nie tak?
– Pytałeś mnie już o to dziś. – warknęłam.
– Wcześniej. Widzę, że stan rzeczy się zmienił od tamtej pory.
– Zostaw mnie w spokoju.
Odmieniec westchnął.
– Pierzasta... Każdego, kto wszedł do tamtej komnaty, traktowałem tak samo. Nawet ciebie.
– Nie próbuj się usprawiedliwiać – warknęłam.
– Nie próbuję. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – wymamrotał. – Ja tylko... nie chcę, żebyś myślała o mnie inaczej.
– Czemu niby cię obchodzi, co ja myślę? Nie będę tobą o tym rozmawiać. – Odsunęłam się od niego.
Odmieniec na chwilę zamilkł. Uderzył parę razy nerwowo pazurami w podłogę.
– Właśnie nie chcę, żebyś przestała ze mną rozmawiać. Mam ciebie tylko jedną, Pierzasta.
Podniosłam uszy, następnie odwróciłam pyszczek w jego stronę. Odgarnęłam grzywkę, żeby lepiej widzieć mojego towarzysza. Wszystko wskazywało na to, że mówił szczerze.
Westchnęłam ciężko. Wiedziałam, że nie będzie mi łatwo otrząsnąć się po tym wszystkim. Nie wiem, czy zdołam tak po prostu zapomnieć to, o czym dziś rozmawialiśmy. Ale przecież... to nadal Ting. Nie mógł stać się kimś innym przez tę jedną wymianę zdań...
Ogień już przygasał, więc dorzuciłam do niego leżący nieopodal kawałek drewna. Z paleniska buchnęła fala gorąca. Przysłoniłam pysk i odsunęłam się nieco od kominka. Zauważyłam, że pozostawiona tu przez Haslaye woda zaczęła bulgotać. Wtedy wspomniana wilczyca wróciła do izby. Zdjęła z ognia naczynie z wrzątkiem, i postawiła na podłodze. Strażnik Wichury uważnie śledził każdy jej ruch. Wadera nie potrafiła tego zignorować, więc zwróciła się do odmieńca:
– Ty też chcesz coś do picia?
– A co jest w tym garnku? – spytał mój towarzysz, przyglądając się parującej cieczy.
– Tylko gorąca woda.
Wtedy, ku zaskoczeniu Haslaye, odmieniec nachylił się nad naczyniem i wypił połowę (podkreślam; wrzącej) zawartości. Kiedy skończył, wyprostował się i oznajmił:
– Całkiem dobra.
Nigdy w życiu nie widziałam Haslaye z taką miną. Mimo wszystko, ta sytuacja sprawiła, że się uśmiechnęłam.
Jednak Ting pozostał moim Tingiem.
Wtedy w mojej głowie powstało inne pytanie: kiedy się nim stał? Kiedy został kimś więcej, niż tylko Strażnikiem Wichury? A raczej... jak i dlaczego? Dlaczego pozostała dwójka nadal nie wychodzi ze swoich ról?
Wtem spostrzegłam, że Ting nie miał ze sobą plecaka. Zostawił wszystkie manatki w drugim pokoju; wliczając w to Wichurę Płomieni.

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 21 czerwonych⎹ 1 pomarańczowych⎹ 14 zielonych⎹ 26 niebieskich⎹ 13 granatowych⎹ 23 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków