czwartek, 2 lipca 2020

Od Asgrima "Spotkanie z dzikim" cz. 5 (cd. Wilat)


Lipiec 2026
– Tori może z nim walczyć – odpowiedziałem od razu, wskazując łapą na moją partnerkę. Z jakiegoś dziwnego powodu to stwierdzenie nie spodobało się wilczycy, która zmierzyła mnie niezadowolonym spojrzeniem. Wyszczerzyłem do niej zęby.
– Nie, As. Skoro wpadłeś na tak genialny pomysł jak zastąpienie Wilata w walce, to myślę, że ty powinieneś się z nim zmierzyć – Tori uśmiechnęła się słodko w tej samej chwili, kiedy mój uśmiech zamarł. Szybko jednak przypomniałem jeden bardzo ważny powód, dla którego samica nie mogła mnie wplątać w walkę.
– Tor, zapominasz o czymś – zacząłem. – To ty jesteś dowódcą polowań. Ja jestem ten inteligentny, ty ta silna. Dlatego to ty powinnaś walczyć.
– Inteligentny?
Tori parsknęła śmiechem, całkiem ignorując dalszą część mojej wypowiedzi. Zmrużyłem groźnie oczy, mając nadzieję, że dzięki temu przekonam ją, żeby odpuściła. Ona jednak nie miała litości. Jakaś część mnie przyznała jej rację; w końcu ja też jej nie miałem względem niej. Jednak przeważała druga, która oburzała się, że tak parszywie wyśmiewa mnie przy nowym. Chciałem zrobić jak najlepsze wrażenie, a ona mi tego nie ułatwiała!
– Jestem nauczycielem – zwróciłem jej uwagę. Nim zdążyłem dodać, że uczyłem najtrudniejszego jej zdaniem przedmiotu, wilczyca ponownie zabrała głos:
– Co z tego skoro twoi uczniowie są od ciebie mądrzejsi?
Teraz to już naprawdę zabolało. Żarty żartami, ale tego nie powinna mówić. Za kogo ona się uważała?
Twoją partnerkę – odpowiedział mi jakiś głos w mojej głowie. Świetnie, skoro jest moją partnerką, to powinna przestać ciągle podcinać mi skrzydła. Nie byłem od niej gorszy!
– W porządku. Zrobię to – Zwróciłem się do Wilata, który znowu stał otępiały, nie rozumiejąc pewnie genezy naszej sprzeczki. Też jej nie rozumiałem. Tori bywała naprawdę okropna. – Wezmę udział w tym pojedynku za ciebie.
– As, ty nie umiesz walczyć – wtrąciła Torance, kręcąc łbem. A więc teraz zmieniła zdanie? – Ja to zrobię. Mam lepszą kondycję i większe doświadczenie w walce.
– Chyba z krabami – burknąłem nadal niezadowolony. Tori prawdopodobnie tego nie dosłyszała, bo nie przyparła mnie do ziemi, ani nie uderzyła łapą. – Dam sobie radę. Może jestem starszy, niż gdy dołączyłem, ale też o wiele bardziej zahartowany – zauważyłem, po czym ponownie spojrzałem na Wilata – Pozwolisz mi na to?
Basior przestąpił z łapy na łapę. Wzrok utkwił w dżungli, jakby miała wypełznąć z niej odpowiedź na to pytanie. Widziałem, że się waha i to zabolało mnie jeszcze bardziej. Czemu nikt nie wierzył, że mogę mieć jakiekolwiek szanse? Wiedziałem, że sprawiam o wiele lepsze wrażenie niż Tori, która była chuda i niska. Pod jej długim futrem ginęły wszystkie mięśnie, więc wyglądała na bezbronną i słabą. Stojąc obok niej to ja wyglądałem na silnego basiora i dobrego wojownika. Trochę zbyt chudego, ale nadal wojownika. Dlaczego się wahał? To nie powinno mieć w ogóle miejsca! Nie, kiedy nawet nie znał żadnego z nas.
– Nie jestem pewien... – przyznał w końcu, a ja poczułem się jakby dał mi kopniaka prosto w mój piękny pyszczek. – Dziki wspominał coś o honorze... Możliwe, że nie pozwoli w ogóle na zamianę. 
Odetchnąłem z ulgą. Czyli nie o to chodziło. Może jednak nie widział mnie jako całkowitej pokraki.
– Tak, to rzeczywiście może stanowić problem – Tori pokiwała w zamyśleniu łbem. – Trzeba obmyślić plan awaryjny.
– Może napadniemy go we trójkę i ucieknie natychmiast? – zaproponowałem.
Moja partnerka pokręciła głową. Czy to był jakiś dzień podważania wszystkiego, co tylko powiem? Czemu nikt mnie o tym nie poinformował wcześniej?
– Nie, to nie jest wyjście.
– Może wtedy sprowadzić innych i napaść na całą watahę – dodał Wilat, po czym spojrzał na Tori. – Masz jakiś inny pomysł, skoro ten Asa odpada?
Zaczynałem lubić tego nowego. Może nadal faworyzował Torance, ale za to zmusił ją do myślenia, a nie tylko wyśmiewania moich pomysłów. 
Wilczyca nie odpowiedziała od razu. Przez kilka długich chwil myślała, a ja czekałem. Chciałem usłyszeć, co też ona wspaniałego wymyśli. Nie przestawałem jednak myśleć nad swoim własnym planem. 
– Mogłabym nauczyć cię kilku sztuczek, ale w jeden dzień... Ciężko byłoby je opanować na poziomie, który zagwarantowałby ci zwycięstwo.
– Lepsze to niż nic, ale na pewno szybko mnie pokona. Ma nade mną fizyczną przewagę.
To był odpowiedni moment, żeby się odezwać. Czas na prawdziwie genialny pomysł równie genialnego Asa!
– Może wobec tego wspomożesz się magią? – Starałem się zabrzmieć tak niewinnie, jak tylko było to możliwe.
– Umiem tylko sterować wzrostem krzewów i kwiatków. Jak miałoby mi to pomóc? – przyznał Wilat. Brzmiał na zrezygnowanego. Widocznie nie upatrywał w tym swojego zwycięstwa i, jeśli miałem być szczery, ja też tego nie widziałem.
– A co powiesz na użycie magicznych przedmiotów i eliksirów? 
Tori zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Któreś z nas, a najlepiej ty skoro i tak nie walczysz, da mu Medalion Siły – Wskazałem najpierw na swój wisiorek, potem ten należący do Torance. – Dodatkowo wcześniej napoimy go Czerwonym Napojem. Jego kondycja od razu skoczy w górę. 
– To... Zaskakująco dobry pomysł – przyznała Tori, a ja uśmiechnąłem się dumnie.
– Bo ja go wymyśliłem.
Wilczyca przewróciła oczami.
– Dobra, ale skąd weźmiemy ten eliksirek? Chyba nie mamy go w swoich zapasach, a ty raczej go nie masz – zwróciła się do Wilata. Basior od razu pokręcił łbem.
– Nie... Nawet nie wiem, co on robi.
Westchnąłem. Byli jak szczeniaki, które nie miały nawet podstawowej wiedzy na temat tworzenia eliksirów. Na ich szczęście byłem cudownym i bardzo cierpliwym nauczycielem.
– Jest to eliksir, który dodaje wytrzymałości i podnosi na siłach na pół godziny od spożycia – wyjaśniłem, zerkając na oba wilki, czy uważnie słuchali, co mówiłem. – Na nasze szczęście jakiś czas temu stworzyłem go w czasie lekcji. Po demonstracji zostało mi go wystarczająco, aby zostawić sobie jedną fiolkę. Co sądzicie?

<Wilat?>

Zdobyto: 33 czerwonych⎹ 44 pomarańczowych⎹ 10 zielonych⎹ 21 niebieskich⎹ 19 granatowych⎹ 26 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


środa, 1 lipca 2020

Od Lind „Los zawsze daje szansę” cz. 13


Luty 2025
Wyszłam na zewnątrz. Musiałam przymknąć oczy, by nie trafiały do nich płatki śniegu. Ruszyłam naprzód; oddaliłam się od słabego światła rozstawionych w domu latarni. Moje łapy tonęły w białym puchu. W uszach rozbrzmiewało mi kołatanie własnego serca. Zupełnie, jakby było ono głośniejsze, niż szalejący dzisiejszej nocy wicher.
Przypomniałam sobie, że tą drogą można trafić do nory Jen i Rey'a. Ale teraz ich tam nie ma. Gdybym skręciła w lewo, doszłabym do jaskini Starego Juana i Haslaye. Ale teraz ich tam nie ma.
Za mną stoi budynek, w którym się wychowałam. Teraz nikt już na mnie tam nie czeka.
Zatrzymałam się i zaczęłam płakać. Nie potrafiłam dłużej powstrzymywać emocji. Odgłos mojego łkania niknął gdzieś pośród wycia wiatru.
– Pierzasta! – krzyknął Ting. 
Odmieniec podążał moim śladem. Z każdym kolejnym susem powarkiwał; nie znosił dotyku śniegu. Kiedy do mnie dotarł, zawiesiłam wzrok na jego sylwetce. Nie potrafiłam wyczytać z niej nic, poza faktem, że Tingowi było zimno. Nie mogłam też szukać podpowiedzi na mordzie odmieńca; zasłaniał ją ten czaszko-hełm. Wytarłam pyszczek i ruszyłam dalej przed siebie. Strażnik pobiegł za mną.
– W-wracajm-my na p-plażę... – wydusił.
Znów przystanęłam. Spojrzałam na swojego towarzysza. Drżał i szczękał zębami. Zrobiło mi się go trochę szkoda, ale po chwili uznałam jego postępowanie za zwykłą głupotę. Po co w ogóle wychodził za mną, skoro wiedział, że źle znosi zimno?
– Rozpal sobie ogień.
– W-wieje... w-wiatr – wymamrotał odmieniec.
Użyłam energii żywiołu, by utworzyć kopułę chroniącą nas przed wichrem i gęsto sypiącym śniegiem. Tingowi pozwoliło to rozpalić ogień, a mnie wreszcie otworzyć szerzej oczy. Wtedy poczułam, że ślady po moich łzach zaczęły zamarzać.
Jeszcze raz omiotłam wzrokiem okolicę. Nie czułam się tu bezpiecznie; nie byłam już u siebie. Ale co mam teraz zrobić? Wrócić do watahy? Żyć dalej pośród wilków, których większości nawet nie znam? Pośród przyjaciół, którzy mają już własne rodziny i własne sprawy?
Co mnie czeka po powrocie? Odliczanie dni do... nadejścia Freeze'a?
Skuliłam się i nakryłam głowę łapami. Tak bardzo nie chciałam, by doszło do naszego ponownego spotkania. A miałam się kiedyś za waderę odważną i twardą. Teraz widać, że po prostu nigdy nie rozumiałam zagrożenia.
Nagle poczułam na grzbiecie ciepło ognia. Podniosłam wzrok. Stał nade mną Ting; trzymał w łapie "pochodnię" utworzoną ze swojej broni. Spoglądał w moją stronę zza pozbawionego wyrazu czaszko-hełmu. Ogarnęła mnie wściekłość. Miałam dość tego widoku. Zapragnęłam chociaż raz dowiedzieć się, co naprawdę ukazuje pysk Strażnika; wiedzieć na pewno, czy faktycznie jest nieczułym potworem.
Wyciągnęłam łapy w stronę maski Tinga, ale on zdołał odskoczyć. Warknęłam głośno.
– Zdejmij tę czaszkę, hełm, cokolwiek to jest! – krzyknęłam. Po moim pysku znów zaczęły spływać piekące łzy – Zdejmij go, jako Właścicielka Wichury rozkazuję ci to!
– N-nie mogę, Pierzasta! Nieważne, jak mi to rozkażesz!
– Czemu? Kto ci zabrania?! – Uderzyłam łapami w ziemię.
– Są zasady których nie mogę z-złamać! - rzucił Ting.
– Dlaczego niby? Co się stanie, jeśli je złamiesz?!
Odmieniec milczał.
– Co się stanie?! - powtórzyłam załamującym się głosem.
– Ja... Nie wiem.
Zaczęłam znów płakać. Zasady... zasady... Zasady dyktują wszystko. Zasady usprawiedliwiają wszystko. Nie on podejmuje decyzję; robią to za niego zasady.
Zakrztusiłam się własnymi łzami. Ting spróbował podtopić śnieg dookoła i przysiadł naprzeciwko mnie.
– Wracajmy, Pierzasta. W-wracajmy do domu.
Pociągnęłam nosem i przetarłam pysk łapą. Odwróciłam głowę w stronę budynku, z którego wyszliśmy. Pośród zawiei i ciemności nocy jawił się jako kilka rozmazanych plam światła.
Ja nie mam już domu. Może nigdy nie miałam.
Wataha też nie jest moim domem; ja nigdy nie planowałam dołączyć do watahy. Przecież trafiłam tam przypadkiem. Pełnię w niej jakieś funkcje, ale częściej czuję się tylko obserwatorem jej historii... A jeśli gdzieś tam jest też moja własna opowieść, martwię się, że będzie tak samo, jak z Wichurą; że na końcu długiej, żmudnej drogi nie ma satysfakcjonującego zakończenia. Martwię się, że po prostu pewnego dnia autor napisze ostatnie zdanie.
I to będzie koniec. 

Uwagi: brak.

Zdobyto: 8 czerwonych⎹ 15 pomarańczowych⎹ 5 zielonych⎹ 29 niebieskich⎹ 20 granatowych⎹ 24 fioletowych⎹ 2 różowych odłamków


Od Gavriela "Jestem w tej kwestii wyjątkowy" cz. 1 (cd. chętny)

Wrzesień 2026 r.
Kiedy nareszcie zsiadł ze smoka, a miękkie poduszki jego łap zetknęły się z rozgrzanym piachem, nagle odczuł odosobnienie. Grupka wilków patrzyła na niego nieufnie, a co młodsze wskazywały na niego łapami. Wymieniali spojrzenia, szemrali między sobą. Gavriel zmrużył ślepia, unosząc butnie podbródek. Nie da zrobić z siebie pośmiewiska.
Zaraz po nim z grzbietu smoka zeskoczył Hitam. Gavriel poczuł na ramieniu ciężar jego łapy.
– Witajcie! To nowy członek naszego stada – Gavriel. Mam nadzieję, że ciepło go przyjmiecie.
– Białusy będą nas ścigać za porwanie! – krzyknął ktoś z głębi tłumu.
"Białusy?", powtórzył w myślach Gavriel. "To tak nas nazywają wszędzie indziej?".
– Białe Królestwo zmieniło nieco swoją politykę. A Gavriel to specjalny przypadek – ostatnie spojrzenie wypowiedział już nieco ciszej. Gavriel wówczas popatrzył na niego bez większego zainteresowania.
Na tym powitania basiora się zakończyły. Hitam wymieniał uściski z jakimiś nieznanymi mu wilkami. Zresztą nie tylko on, bo większość pozostałych odwiedzających Białe Królestwo mogło liczyć na to samo. Gavriel mógł się temu przyglądać tylko z boku. Sam nie wiedział na co liczył.
Kiedy nagle usłyszał zza pleców swoje imię, podskoczył nieco.
Z uśmiechem wpatrywał się w niego basior o orzechowym futrze i szaroniebieskich ślepiach. Jedno z nich niemal zupełnie zasłoniła ciemniejsza grzywka. Z pewnego dystansu patrzyła na niego również śnieżnobiała wadera o dość nietypowej urodzie. Ona w przeciwieństwie do basiora jednak nie uśmiechała się. Wyglądała jakby chciała go zamrozić spojrzeniem, wobec czego intuicyjnie ją polubił.
– To Navri – wtrącił orzechowy basior, widząc gdzie powędrował wzrok Gavriela.
– A ty? – nastolatek przeniósł spojrzenie na nieznajomego.
– Asgrim. Możesz mówić As. Jestem twoim nauczycielem eliksirów.
– Umiesz grać w karty?
Asgrim wydał się zbity z tropu.
– Proszę?
– Czy umiesz grać w karty?
– Trochę.
– Tylko trochę? – w głosie Gavriela rozbrzmiało rozczarownie z nutką ironiczności – Czyli ksywka "As" nie ma żadnego głębszego znaczenia? Szkoda.
– To tylko zdrobnienie...
– Wszyscy się tak zdrabniacie? Navri to Na, a Hitam to Hi?
As zamrugał szybko oczami. Nagle odebrało mu mowę.
– Nie. Jestem w tej kwestii wyjątkowy – oświadczył w końcu.
– Założymy się, że znajdzie się choć jeszcze jeden wilk, który używa do zdrabniania własnego imienia dwóch pierwszych liter?
– Nie – odpowiedział twardo As.
– Wobec tego nie jesteś wyjątkowy – zmrużył oczy z udawaną podejrzliwością.
– Ależ jestem. Moja wyjątkowość nie opiera się wyłącznie na zdrobnieniu imienia – prychnął.
– Jestem pewien, że użyłeś słów "w tej kwestii", zatem chodziło o imię.
– Wydawało ci się.
– Na pewno nie.
As zacisnął usta w wąską kreskę. Na pysk Gavriela wkradł się uśmieszek.
– Jestem Gavriel, a moje imię jest nieskracalne. Miło mi poznać.
Biała wadera w końcu postanowiła się zbliżyć. Przerastała Gavriela o około głowę, a jej wzrok zza ciemnych szkiełek był jeszcze bardziej dumny, niż jego własny.
– Witaj. Żywię nadzieję, iż zadomowisz się prędko w naszych skromnych progach.
– Witam, witam – Pokiwał głową pośpiesznie – Navri, tak?
– Owszem.
– Więc, Navri, mam pytanie. Mogę?
Navri skinęła głową.
– Czemu jako jedyna nosisz okulary przeciwsłoneczne? Wszystkich chyba razi po równo.
Wadera uniosła nieznacznie brwi. As chcąc nie chcąc parsknął śmiechem.
– Mam wadliwy wzrok. Zakupiłam zeszłego lata właśnie te szkiełka z czarnego kryształu, ponieważ sprawiają, iż widzę najlepiej tą porą.
– Jesteś agentką?
– Proszę?
– Na filmach tajni agenci i tym podobni często mają takie okrągłe okulary. Leon Zawodowiec, Morfeusz z Matrixa... W ogóle często mają przyciemnane okulary. W Facetach w Czerni też na pewno mieli.
Navri zerknęła na nadal roześmianego Asgrima.
– Chyba nie rozumiem aluzji.
– Cóż, trudno – Gavriel wzruszył ramionami.
– Od kiedy w Białym Królestwie macie kablówkę? – wtrącił As.
– Od nigdy.
– Nigdy?
– Nigdy, jak własną matkę kocham.
– Kochasz swoją matkę? – zdziwił się As.
– Nie.
As znowu wyglądał na skonfundowanego.
– Haha, żartowałem – Zaśmiał się Gavriel, ale zaraz potem spoważniał – Ale nie wiesz kiedy.
Navri patrzyła w milczeniu raz na jednego z basiorów, raz na drugiego, już zupełnie zagubiona w tej dyskusji.

<C.D.N./chętny>

Zdobyto: 22 czerwonych⎹ 22 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 20 niebieskich⎹ 26 granatowych⎹ 13 fioletowych⎹ 8 różowych odłamków


>> Następna część >>

wtorek, 30 czerwca 2020

Od Lind „Turyści z mapą w kamieniu” cz. 3 (cd.Torance/Kai)


Początek stycznia 2025
Wylądowałam przy pozostałych członkach swojej podgrupy zwiadowczej. Obejrzałam się jeszcze raz ku kamiennej ścianie. Zmrużyłam oczy, śledząc powoli malejącą sylwetkę Kai'ego.
– I co ci powiedział? – spytała Tori.
– Twierdzi, że "da sobie radę" – odparłam. – Tyle, że on nie potrafi nawet latać! To jest po prostu... – na pysk cisnęły mi się różne niepochlebne określenia, ale nie mogłam niczego spośród nich wybrać.
– Kai zawsze lubił wyzwania... – westchnęła moja przyjaciółka, zadzierając pyszczek ku górze. – Ale mnie też to trochę martwi...
Klif oglądany z tej perspektywy wyglądał na naprawdę wysoki. Wspomniany wilk nie był nawet w połowie drogi na szczyt.
– A wy na co czekacie? – rzucił nagle Ting.
Jak na komendę, obie spojrzałyśmy w stronę odmieńca.
– Podobno jesteście zwiadowcami. Może zamiast zajmować się Czerwonowłosym, skupicie się na tym, po co tu przyszliśmy? Pierzasta, miałaś sprawdzić jak okolica wygląda z góry.
To się zgadzało; przed chwilą byłam w powietrzu. Jednak przez zamieszanie z Kai'em, nie obejrzałam wszystkiego dokładnie. Mruknęłam coś pod nosem i odgarnęłam grzywkę.
– Dajcie mi jeszcze chwilę – Przywołałam znów skrzydła, by powtórzyć rekonesans.
– Może jak wypatrzysz lepszą ścieżkę, Kai odpuści – mruknęła Tori.
– Mniejsza o niego, Ruda. Niech Pierzasta znajdzie normalną trasę dla nas – burknął Ting.
Wzięłam krótki rozbieg i wzbiłam się w powietrze. Zewsząd dobiegało donośne zawodzenie wiatru; ciekawie brzmiało zestawione z szumem fal. Wzleciałam nad szczyt skalnego wzniesienia w rekordowym czasie. Wykonałam pełen obrót i zawisłam w jednym miejscu. Omiotłam wzrokiem okolicę. Wypatrzyłam po naszej stronie klifu całkiem łagodne zejście. Na pewno ten szlak był lepszą opcją, niż wspinaczka po pionowej ścianie czy okrążanie skał drogą morską.
Wróciłam do Tori i Tinga, by poinformować ich o swoim odkryciu. Moja przyjaciółka spróbowała jeszcze namówić Kai'ego do zmiany strategii, ale to nic nie dało. Wadera wkrótce zrezygnowała z dalszego nalegania i ruszyła we wskazanym przeze mnie kierunku. Ani ja, ani Ting nie byliśmy daleko za nią.
– Jak to wygląda z góry? – zagadnęła mnie po chwili Torance.
– Powiem... dziwnie – mruknęłam. – O ile na naszym dawnym terytorium nie było wyraźnej granicy między plażą, a górami, to tutaj... jakby samotna góra wyrosła nagle spod piasku.
– Jakby olbrzym zostawił swoją zabawkę? – zaśmiała się Tori.
– Na przykład – Pokiwałam głową.
– Długa ta droga na szczyt? – wtrącił Ting.
– No... trochę. 
Strażnik Wichury wydał gardłowy pomruk niezadowolenia. Przypominało mi to trochę naszą pierwszą wspólną wędrówkę przez góry; tym razem jednak odmieńcowi wyraźnie przeszkadzał brak cienia. Ting przepadał za ciepłem, ale kiedy mógł, unikał promieni słonecznych. Zaczęłam się obawiać, że takie warunki sprowadzą na nas tylko więcej narzekania z jego strony. Wtem w mojej głowie zawitał nowy pomysł.
– Hej, przecież mogłabym użyć swojej mocy żeby od razu przenieść nas wszystkich na górę – oznajmiłam nieco ożywiona.
– Nie, tym razem to nie jest rozwiązanie – mruknęła Tori. – Chodzi tutaj głównie o znalezienie trasy, która będzie przystępna dla wszystkich. Chciałabyś stać tutaj cały dzień i przenosić na górę każdego członka watahy? – Ta wizja przywołała na jej pyszczek uśmiech rozbawienia.
– Um... Nie, raczej nie.

<Torance/Kai>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 14 czerwonych⎹ 27 pomarańczowych⎹ 27 zielonych⎹ 27 niebieskich⎹ 11 granatowych⎹ 14 fioletowych⎹ 6 różowych odłamków

Od Sileenthar "A ja to tej pani nie lubię" cz. 9


Listopad 2025 r.
- Nie znoszę obrony - narzekałam, po raz enty drepcząc obok skupiska wielkich kwiatów o delikatnym zapachu. - Wszyscy mamy doskonale znać swoje terytorium... To robota dla patrolu, nie uczniów!
- Lepiej żebyś wiedziała gdzie jesteś już teraz. - odparła niewzruszenie Leah, krocząc powoli na swoich ludzkich nogach kawałek z tyłu.
Nie byłam pewna, czy jestem zła na panią Navri za pracę domową, czy podekscytowana tym, że dzięki niej mogę pospacerować po dżungli. Mniejsza o to, że skupiałam się głównie na zapachach, nie szukaniem możliwych kryjówek. Promienie zachodzącego słońca, przenikające miejscowo gęste listowie, przyjemnie ogrzewały moje boki, a tropikalny las szeleścił usypiająco. Jak skupić się na pracy w tak miłym miejscu?
- Wiem gdzie jestem, a wiedziałabym jeszcze lepiej gdybyście puszczali nas dalej do dżungli. - odparowałam.
- Dżungla nie jest bezpieczna...
- Ale to nasz teren, więc powinnam go znać! Bo inaczej zawalę obronę!
- Nie zawalisz - Leah westchnęła. - No chyba, że nie skupisz się jak należy na pracy, którą zadała ci nauczycielka.
- Ty nic nie rozumiesz - fuknęłam.
- Oczywiście, że nie. - odfuknęła mi, nagle poirytowana.
Zaskoczyła mnie. Bardzo rzadko się denerwowała, a tym razem nic na to nie wskazywało. Uznałam, że to dobry moment by zamknąć pyszczek. Burknęłam coś tylko pod nosem i kopnęłam jakiś korzeń żeby przypadkiem nie pomyślała, że się z nią zgadzam.
Szmer wiatru w wyższych partiach lasu zagłuszył odgłos czegoś ciężkiego, przedzierającego się przez roślinność. Na chwilę zamarłam i nadstawiłam uszu. Po chwili moja opiekunka również zareagowała, w skoku zmieniając postać i przystając dopiero gdy znalazłam się między jej przednimi łapami. Nie protestowałam. Dopiero w takich momentach mogłam wyczuć jej przytłaczającą siłę, drzemiącą w silnych mięśniach gdzieś pod grubym, miękkim futrem. Nie ważyłam się jej sprzeciwić.
Nasłuchiwałam źródła hałasu i z przerażeniem stwierdziłam, że się rozdzieliło. Jedno stworzenie z miękkim łopotem skrzydeł i sporadycznym chrobotem pazurów na korze jakiegoś drzewa pędziło ku górze i wkrótce musiało odlecieć, bo dźwięki zamarły. Jednak drugie wydało z siebie tylko przenikliwy, wściekły wrzask i dalej podążało w naszą stronę! W gardle Leah zaczął narastać warkot...
Kiedy stwór wypadł zza drzew, sycząc jak rozgniewana kobra i tańcząc w miejscu ze świstem rozrywanego powietrza, łapy pode mną zmiękły. Leah skoczyła na napastnika. Byłam pewna usłyszeć szarpaninę, ale...
- Ty imbecylu! - wykrzyknęła, obskakując obcego, ale za każdym razem upadając na ziemię z ciężkim uderzeniem wszystkich czterech łap. Stworzenie zamilkło i zaczęło się niezgrabnie wycofywać. - Co ty sobie wyobrażałeś?!
I w tym momencie do mojego nosa dotarł jego zapach, charakterystyczny, świeży zapach, od podszewki przesiąknięty wyziewami ognia. To przecież Arkan! Nigdy tylko nie słyszałam jak tak głośno syczy!
- Co...? - Leah znowu do niego doskoczyła i tym razem by jej uniknąć musiał zaryzykować utratę równowagi. Postawił parę niepewnych kroków i załopotał krótko skrzydłami. - Stój, ej! Co ja znowu zrobiłem? - parsknął z wyrzutem.
- Myślałyśmy, że biegnie tu jakiś wściekły stwór - Leah odetchnęła, ale w jej głosie dalej pobrzmiewała irytacja.
- Bo biegł, poniekąd - mruknął.
- Co?
- Ten hipogryf, towarzysz Magnusa. Dorwał się do mojej zdobyczy!
Nie zważając na oburzone prychnięcie Leah, wyminął ją i schylił nieco swój wielki łeb. Poczułam jak owiewa mnie jego ciepły oddech i zdałam sobie sprawę, że leżę skulona na boku, z uszami przyciśniętymi ciasno do głowy. Zagrożenia nigdy nie było, ale serce dalej waliło mi w piersi zdecydowanie za szybko.
- Przepraszam, że cię wystraszyłem - powiedział łagodnie, na co tylko kiwnęłam głową, nie potrafiąc wyrzucić z siebie ani słowa.
- Mnie też wystraszyłeś - warknęła moja opiekunka. Tyle że już wcale nie pachniała strachem, w przeciwieństwie do mnie.
- Ty jesteś już dużym szczeniakiem. - odparł jej Arkan gładko i trącił mnie nosem. - No, wstawaj. Wszystko w porządku.

***

Następnego dnia na zajęciach ze sztuk kreatywnych zajmowaliśmy się malowaniem. Z oczywistych powodów nie uważałam tego za specjalnie ciekawe, ale fakt, że moje prace nie były oceniane tak surowo jak inne pozwalał mi myśleć o lekcji jak o obowiązkowej przerwie. Pan Dernet szczególnie zwracał uwagę na to bym pamiętała nazwy i znaczenia kolorów. Kiedy spytałam go, dlaczego ma mieć to dla mnie znaczenie, skoro i tak nigdy nie zrozumiem, o co z nimi chodzi, powiedział, że są zbyt piękne by po prostu ich nie znać. Z jakiegoś powodu polubiłam go wtedy jeszcze bardziej.
Tym razem to całe malowanie wypadło w dobrym momencie, bo mogłam zastanowić się nad tym, co zrobię na obronie. Byłam pewna swoich umiejętności, jeśli chodzi o odszukanie szczeniaka udającego wrogo nastawionego wilka i schowanie się, ale bronić się...? To nigdy mi nie wychodziło. Może z atakiem pójdzie mi trochę lepiej...
Na mojej deseczce zaczynało coś powstawać. Zainspirowałam się sytuacją z poprzedniego dnia, kiedy Arkan najpierw mnie wystraszył, a później uspokoił. Podzieliłam wybrane farbki na dwie grupy - pierwszy zestaw kolorów odpowiadał niepokojowi przed nieznaną bestią (kilka szarych, czarny i niebieski), a drugi uldze gdy okazało się, że jest niegroźna (zielony, biały, pomarańczowy i znowu niebieski). Część strachu była po lewej, ulgi po prawej.
W złym fragmencie obrazka odcisnęłam porowate kamyczki, które znalazłam wcześniej na plaży. Z pomocą Kaiju i pana Derneta udało mi się rozpołowić i trochę potrzaskać wewnętrzną skorupę kokosa, tak żeby wyszły ostre kawałki. Je również odcisnęłam (kilka chyba nawet się przykleiło i już za żadne skarby nie chciało odpaść). Na sam koniec, po chwili zastanowienia, przejechałam jeszcze po farbie pazurami.
Dobrą część obrazka przyozdobiłam kamykami o łagodniejszych krawędziach i nakreśliłam trochę zawijasów chorągiewkami moich piórek, po której specjalnie w tym celu pobiegłam do Leah. We wzorze znalazło się też parę odcisków spiralnych muszelek.
Kiedy uznałam pracę za skończoną, zabrałam się za sprzątanie farbek i umaczanych w niej przedmiotów. Wpierw upewniłam się jednak, że moje kolorowe piórka leżą bezpiecznie dociśnięte kamieniem. W skupieniu ledwie ucho mi drgnęło, gdy usłyszałam za sobą ciężkie kroki pana Derneta.
- Skończyłaś? - zapytał.
- Tak - odparłam, zgarniając na stosik skorupki kokosa. - Ale jeszcze nie mogę go obejrzeć, farba nie wyschła.
- Co przedstawia?
Opowiedziałam mu o sytuacji z dnia poprzedniego i o tym co reprezentują części obrazka. Z jakiegoś powodu trochę się obawiałam reakcji nauczyciela, jednocześnie rozpierana dumą ze swojej pracy. Tylko to była taka dziwna duma. Zarezerwowana tylko dla mnie.
- Świetna metafora - pochwalił pracę pan Dernet. - To świetnie, że tak do tego podeszłaś. Sztuka ma za zadanie uzewnętrzniać uczucia.
Trochę zapiekł mnie pyszczek, ale w głębi ducha bardzo się ucieszyłam.
- Szczególnie podoba mi się to przejście na środku, od ciemnego do jasnego błękitu. Wykorzystałaś wszechstronną symbolikę tego koloru, jeśli dobrze rozumiem
- Chyba nie rozumiem - zakłopotałam się. - O co chodzi z tym jasnym i ciemnym?
Nauczyciel zamilkł na chwilę. Często mu się to zdarzało, gdy powiedział coś czego nie rozumiałam. Myślę, że to dlatego, że czasami zapominał o moich zepsutych oczach. Ale to oznaczało, że dobrze wychodziło mi nie sprawianie tym kłopotów!
- Może na przykładzie niebieskiego właśnie. Wiesz co oznaczają granatowy i błękitny? - odezwał się w końcu.
- Tak. - mruknęłam, niezbyt pewna do czego zmierza.
- To dwa odcienie niebieskiego. Granatowy jest ciemniejszym niebieskim, a błękitny jaśniejszym. Powiedzmy... Że tak jakby leżą w jednym zbiorze. O, wszystkie są takimi skorupkami kokosa, różniącymi tylko się kształtami. Tak jest z jasnymi i ciemnymi kolorami. Jasne są zazwyczaj weselsze, a ciemne smutniejsze, ale to też nie jest reguła. Każdy odcień może mieć własne znaczenie.
Przez chwilę układałam to sobie w głowie, ale chyba zaczynałam rozumieć. To o wiele bardziej skomplikowanie niż myślałam!
- I mi wyszło takie połączenie granatowego i błękitnego? O tu, na środku? - trąciłam deseczkę.
- Dokładnie tak. Ładnie razem wyglądają, bo należą do tej samej grupy, niebieskiego. Ich połączenie wygląda naturalnie, tak jak kolory połączyłyby się na futrze wilka.
Tknęła mnie nagła myśl.
- A jakiego ja jestem koloru? - zapytałam z ekscytacją.
- Głównie szarego. Jasnoszarego. Z elementami bieli.
- Szary? Ten nudny kolor? - poczułam jak uszy mi oklapły w wyrazie gorzkiego zawodu.
- Od razu nudny - parsknął. - Ja bym raczej powiedział, że spokojny.
- A pan jakiego jest koloru?
Na chwilę umilkł, pewnie by się sobie przyjrzeć.
- Karmelowego - odpowiedział w końcu.
- Jakiego? - zdziwiłam się.
- Takiego złotobrązowego.
- Królewski kolor! - ożywiłam się.
- Czy ja wiem... Ta domieszka brązu jest mało królewska. I chyba nie kojarzy się najlepiej.
Parsknęłam śmiechem.
- Twoja praca chyba już wyschła - zmienił temat pan Dernet. - Obejrzyj ją i dokończ sprzątać. Niedługo skończymy lekcję. I tak z góry, powodzenia na tej obronie - dodał weselej. - Navri mogłaby troszeczkę wyluzować.
- Dziękuję - odparłam uprzejmie, dalej się śmiejąc.
- Tylko jej tego nie powtarzaj! - dorzucił, oddalając się. - Bo obedrze mnie ze skóry!

<C.D.N.>

Uwagi: brak.

Zdobyto: 43 czerwonych⎹ 112 pomarańczowych⎹ 105 zielonych⎹ 42 niebieskich⎹ 62 granatowych⎹ 105 fioletowych⎹ 27 różowych odłamków